Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 18 czerwca 2017

Where are my dragons?! Historia naturalna smoków


Smoki to naprawdę mocna karta przetargowa. Słyszę smoki, myślę: TAK. Smoki sprawiają, że wszystko jest bardziej fascynujące. Oczywiście i taki temat można zepsuć (mimo dobrego początku, tak, piję do Christophera Paoliniego), ale literatura fantasy roi się od świetnych przedstawień smoków: J.R.R. Martin, Ursula Le Guin, Michael Ende, J.K Rowling, Ewa Białołęcka, Andrzej Sapkowski – można by wymieniać i wymieniać tych autorów, którzy mieli swój pomysł na te budzące podziw i respekt mityczne stworzenia. Czy książka o tak zachwycającej okładce, jak pierwszy tom z cyklu Pamiętników Lady Trent Marie Brennan, może zawieźć w tym względzie?

Jednym z największych minusów tej książki, marketingowo zapewne zaliczanych na plus, są olbrzymie oczekiwania, jakie wzbudza w czytelniku. Sięgając po tę kremową, pysznie cudowną w dotyku okładkę z pięknie naszkicowanym w najdrobniejszych detalach smokiem ze sznytem jak ze ze starego woluminu, ma się nadzieję na prawdziwą Historię naturalną smoków. Z dużą ilością dokładnych opisów różnych rodzajów smoków, jakąś taksonomią, czymś na wielką, smoczą skalę. Autorka ukończyła antropologię, co nieco zna się na pracy naukowej; wyszczególniona na okładce główna bohaterka, Lady Trent, przedstawiona jest jako szacowny naukowiec z wieloma wybitnymi osiągnięciami.

Tymczasem w miarę czytania okazuje się, że zamysł był zupełnie inny. To nie opisany dokładnie fantastyczny projekt badawczy, a wiktoriański memuar starszej, dumnej kobiety, która opisuje swoje życie z perspektywy czasu. Swego rodzaju bildungsroman, opowiadający o ścieżce Lady Trent od małej pasjonatki natury, spragnionej wiedzy i ciekawej świata dziewczynki, która wtłaczana była pod wpływem oczekiwań społecznych w sztywny gorset dziewiętnastowiecznej damy, ale której mimo to udało się przetrzeć drogę do nauki. W jaki sposób? Przez małżeństwo. I tu wkraczamy w rejon typowej historycznej powieści obyczajowej; smoki są zdecydowanie na uboczu. Przez pierwszą połowę książki w centrum jest głównie ambicja, ciekawość i oczytane młodej Izabelli, która ustawiła sobie na celowniku zdobycie uczucia Jacoba Camhersta, dobrą partię według matki, zainteresowanego historią naturalną posiadacza pokaźnej biblioteki według ojca.

Nie powiem, czyta się to przyjemnie, ale uwiera fakt, że smoki są niczym prawdziwe drapieżniki na sawannie dla kolonialnego zapaleńca z Anglii. Dopiero z czasem, po perypetiach ściśle rodzinnych i domowych, Izabelli udaje się wmanewrować wraz z mężem na niesłychaną wyprawę do Wystrany, podległego, mało cywilizowanego państewka przypominającego trochę okolice Karpat. Tam, podczas pełnej niewygód, długiej wyprawy, studiować będzie (na odległość i ostrożnie) te niebezpieczne bestie.



Urzekają rzecz jasna piękne rysunki, udające prawdziwe dzieła młodej Izabelli z dalekiej wyprawy; miłym dodatkiem są streszczenia rozdziałów niczym z autentycznej powieści starej daty. Samo pióro Brennan jest tylko lekko stylizowane, choć wyraźnie czuć atmosferę kolonialnej Anglii jeszcze sprzed rozpowszechnienia elektryczności czy rozwoju kolei. Podróż do Wystrany minimalnie nawiązuje do klimatu Draculi, gdy Johnathan Harker wybrał się do Transylwanii. Podoba mi się drobiazgowość: Isabella wybrała sobie umiejętność typową dla młodej damy z wyższych sfer, czyli szkicowanie, z czystą premedytacją, by później móc wykorzystać ją do pracy naukowej, w podróży wspomniana jest logistyka z kuframi i transportem mebli (!), a także szykowanie specjalnych sukien, które można założyć samodzielnie, problemy językowe ze służącą Dagmirą, nawet lekko zarysowana w tle sytuacja polityczna i intryga rozwiązująca zagadkę napadających na ludzi smoków.

Również całkiem niezła, choć mimo wszystko bardzo mało subtelna i trochę nieudana, jest próba przedstawienia problemu nierówności płci. No bo jak to, dziewczynka interesuje się wnętrznościami zwierząt i podkrada książki z biblioteki ojca? Nie do pomyślenia! Autorka zgrabnie opisała, jak dziewczynka najpierw buntuje się, a potem akceptuje rzeczywistość, by następnie bardzo przemyślnie tak pokierować swoim zależnym od mężczyzn losem, by wreszcie osiągnąć swój cel i spełnić marzenia o badaniu smoków. Jak słusznie zauważono w innej recenzji, problemem jest tutaj to, że bohaterka przedstawiona została jako wyjątkowa, obdarzona wybitnymi zdolnościami kobieta, która najlepiej dogaduje się z mężczyznami. Wszystkie inne drugoplanowe panie są przedstawione raczej płasko i negatywnie (oprócz jednej koleżanki, która po przedstawieniu Izabelli odpowiedniej osobie, znika jak marzenie i więcej się nie pojawia).

Nie da się też nie zauważyć, że generalnie wszyscy bohaterowie są mniej lub bardziej stereotypowi. Szmuglerzy to paskudne bandziory, Wystrańczycy to nieokrzesani i nieucywilizowani poganie, inne kobiety są nudne i trzpiotowate, a lord Hilford to typowy dobroduszny, wygodnicki zapaleniec. Mimo ciekawych napomknień na temat rozwiniętych później teorii, Lady Trent nie wydaje się też aż tak świetnym naukowcem, jak autorka chciałaby, żebyśmy uważali. Jest ambitna, oczytana i wytrwała, ale głównie bezmyślnie i arogancko pakuje się w tarapaty i w większości to dzięki niebywałemu szczęściu udaje jej się zobaczyć tak upragnionego smoka czy dokonać jakiegoś odkrycia. To prawda, jest jeszcze młoda i na początku swojej kariery, ale trąci mi to marysuizmem.

Samym smokom u Brennan nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Pomysł na przedstawienie ich jako typowo dzikich stworzeń, które badają wiktoriańscy naukowcy o bardzo ograniczonej wiedzy i możliwościach, jest naprawdę oryginalny i fascynujący. Małe, kolorowe iskrzyki traktowane jak szkodniki ogrodowe są absolutnie przeurocze. To fabularnie ta książka zawodzi. Historia wydaje się nierówna, za bardzo skupia się na sprawach rodzinnych tam, gdzie chcielibyśmy czytać o czymś zupełnie innym, kiedy indziej zbyt szybko przechodzi od jednego zdarzenia do drugiego. Oprócz Izabelli i jej męża Jacoba reszta postaci to oklepane klisze. Kwestia kobieca została potraktowana po macoszemu pomimo walczącej o swoje marzenia protagonistki-emancypantki. Warstwa językowa bywa raczej nijaka, zakończenie nie porywa (trudno też się przywiązywać do męża bez tytułu, podczas gdy pisząca z perspektywy czasu bohaterka to lady...). Zabrakło oryginalności, ikry, jakby autorka za bardzo wczuła się w klimat mało ciekawego zakurzonego woluminu. Czy cztery kolejne tomy i dodatkowe opowiadanie są lepsze? Tego już nie wiem, ale nie mam wielkich oczekiwań.

Polecam fanom smoków, ale ostrzegam: nie będzie fajerwerków.


Historia naturalna smoków

Marie Brennan

Zysk i S-ka, 2017
358 stron
przekład: Dorota Żywno
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


09:22:00