Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 30 listopada 2016

Musisz moją być lub iść na stos. O dzwonniku z Notre Dame


Czytałam sobie niedawno artykuł na Cracked.com, który podrzucił mi Ryba. Wciągnęło mnie mocno, bo to tekst to osobliwych momentach w życiu, których doświadcza człowiek z zagranicy oglądający amerykańskie filmy. Tak dokładniej tymże człowiekiem był sobie Polak, który teraz mieszka w Japonii. Jeden z tematów, które porusza, to możliwość docenienia musicali, na przykładzie animacji Disneya, w co najmniej dwóch językach. Autor linkuje między innymi Hellfire i Z dna piekieł z Dzwonnika z Notre Dame.

Tak się zaczęło. Wsiąknęłam totalnie, odtwarzając sobie po tysiąc razy moją ulubioną piosenkę z jakiegokolwiek filmu disneyowskiego. Po polsku (fantastyczne!), po angielsku (dobree!), po niemiecku (uh, ależ moc!), wersje wielojęzyczne jednej linijki... Potem doszła cała reszta soundtracku, w szczególności Dzwony Notre Dame, nie ograniczałam się, doszły przeróbki metalowe... Wiecie, opowiadam ostatnie półtora tygodnia. Potem zaczęło korcić dalej. Żeby obejrzeć jeszcze raz. I książkę sobie powtórzyć! Przecież czytałam przykucnięta koło grzejnika na korytarzu szkolnym w liceum, z wypiekami na twarzy, zafascynowana, zadziwiona, uzależniona od tekstu, póki go nie skończyłam z mocnym klapnięciem okładką i mocnym wzdychnięciem.

Znacie ten stan?


Dlatego na ostatnie ciche czytanie wzięłam ze sobą to samo wydanie, choć inny egzemplarz, tej samej książki, którą czytałam w liceum. Ktoś odrzucił ją kiedyś na stragan podczas święta ulicy, gdy wymieniano się książkami. Musiałam ją przygarnąć. Te wszystkie wspomnienia! 

Ale tak naprawdę pamiętałam tylko mgliste fragmenty. Że animowany Frollo był sędzią, a oryginalnie archidiakonem w sutannie. Że Febus był bucem nad bucami, a nie rycerzem w lśniącej zbroi i o złotym sercu. Że Quasimodo nie był głównym bohaterem, ani że nie był taki miły i uroczy, jak pokazuje film. Że Esmeralda miała ledwie szesnaście lat, była trochę głupiutka i bardzo ją skrzywdzono. Że to wszystko nie skończyło się tak wesoło, a więzienie było straszne.

I przeczytałam jeszcze raz. 



Z perspektywy zwykłego zjadacza chleba, żeby dobrać się do fabuły, trzeba przebrnąć przez długą, nie do końca zrozumiałą na pierwszy rzut oka scenę uroczystości miejskich z okazji święta Trzech Króli w postaci przedstawienia dla gawiedzi, która przeradza się w szaloną samowolkę i koronowanie króla błaznów. Oprócz tego autor zaserwował swoim czytelnikom bite pięćdziesiąt stron pełnego dygresji wykładu o piętnastowiecznym Paryżu, architekturze i samej katedrze, które mnie interesują tyle, co encyklopedyczny opis wielorybów w Moby Dicku. Nie jest jednak aż tak źle, bo pisane jest to mniej więcej takim językiem:


"Cité, położe na wyspie, było miastem najstarszym, najmniejszym, miastem-matką; wciśnięte pomiędzy tamte dwa wyglądało (proszę nam wybaczyć to porównanie) jak drobna staruszeczka między dwoma dorodnymi dziewczynami."


Pierwszymi postaciami, które poznajemy, są dumny a ubogi poeta Piotr Gringoire, twórca sztuki, oraz bezczelny, hałaśliwy student Jan Frollo. Ktoś, kto oglądał tylko film Disneya, będzie się głowił, kto to jest - czy to pierwowzór sędziego Frolla za młodu?... Tylko potem zjawia się już cyganka Esmeralda na rynku i czaruje swoim zapierającym dech w piersiach tańcem, młodzieńczą urodą i sztuczkami sprytnej kózki Dżali... Więc to nie ten Frollo? Jest jakiś inny?



A tak! Klaudiusz Frollo to człowiek tak uczony, że zabrakło mu wiedzy bezpiecznej i nie tylko się para mrocznymi sztukami alchemicznymi, ale i uczy o nich króla. Mężczyzna w kwiecie wieku, ale siwiejący, niezbyt urodziwy. Nie jest jednak potworem bez serca: kocha swojego brata utracjusza, Jana, a także wyłącznie z litościwego porywu serca przygarnia znajdę, czteroletniego już garbuska, Quasimoda. A do tego wszystkiego jest wręcz zbyt wyraźnie śmiertelnie zauroczony Esmeraldą. Najpierw widzimy go, jak jej złorzeczy i każe przestać tańczyć, a potem jak usiłuje porwać dziewczynę, wykorzystując do tego siłę głuchego od potężnych dzwonów katedry wychowanka.

Jego chorobliwe, toksyczne uczucie jest naprawdę przerażające, ale generalnie są sceny, przy których nie można przestać się śmiać: gdy Frollo udaje mnicha zza światów, żeby przekonać Febusa, by ten pozwolił mu podglądać jego schadzkę z Esmeraldą, moment, gdy Esmeralda prosi Febusa, żeby wyjął pałasz i jej dał do ucałowania (wink wink nudge nudge), a potem cała akcja z podglądającym Frollem, który doznaje katuszy pożądania i zazdrości, z zakochaną, wzniosłą Esmeraldą, która zupełnie odpływa i z Febusem, który wmówi jej wszystko, byle by już się do niej dobrać - mistrzostwo komedii. Z drugiej strony jednak uwięzienie Esmeraldy, jej wyobcowanie w katedrze, miłość garbusa, którą dziewczyna celowo depcze i wykorzystuje, wreszcie kompletne szaleństwo Frolla, jego zawzięte, brudne pożądanie, przez które nawet udając ostatnią spowiedź dla skazanej, proponuje jej ultimatum: ja albo szubienica...

Całość tworzy skomplikowaną mozaikę zależności, niesprawiedliwości, ironii losu, ślepoty uczuć, tragizmu postaci. Czytelnik musi zastanowić się nad rozwarstwieniem społeczeństwa, nad determinizmem życia człowieka, związkami powieści z nadchodzącą rewolucją, korupcją władzy, kościoła, systemu sprawiedliwości, matczynych uczuciach, średniowiecznych pustelnikach, przejściem od narracji budowlą za czasów starożytnych do narracji drukiem, który zagarną sobie złożoność ornamentacji, symbolikę i przekaz wartości społeczno-religijnych. To powieść monumentalna, szalona, straceńcza. Ponoć przez krytyków Katedra Marii Panny w Paryżu, obok Nędzników najpopularniejsza powieść Hugo, uznawana jest za słabą jeśli chodzi o psychologię postaci. Bo bohaterowie mają obrazować idee aż do bólu, by ukazać rozbuchane, średniowieczne malowidło losów ludzkich, są płascy i schematyczni, nie podlegają zmianie, pchają ich te same motywy. To prawda, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza, bo czyta się z pasją, drżeniem i zachwytem.


Katedra Marii Panny w Paryżu

Wiktor Hugo

Biblioteka Gazety Wyborczej, 2005
506 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★
__________________________

sobota, 19 listopada 2016

Kiedy anioł zasługuje na bamboszki. Siła niższa


Podchodzę do tego wpisu i podchodzę, ale zacząć nie mogę. Czegokolwiek bym nie napisała, nic nie wyjaśni, wytłumaczy, zastąpi, zachęci wystarczająco do Marty Kisiel, jak przeczytanie jej książki. Ewentualnie może dokonać tego samego wywiad, ♪ ale to już było

Może zaczniemy zatem od fragmentu?

"W przeciwieństwie do swej wyżej postawionej i pomysłowej kuzynki, która nawet z głupiego jabłka potrafiła wycisnąć wyprawę na tysiąc okrętów i jednego drewnianego konia, siła niższa dysponowała znacznie skromniejszym arsenałem. Nie miała głowy do skomplikowanej logistyki katastrof naturalnych, uparcie myliła geopolitykę z geoplastyką, a do odkryć natury dziejowej brakowało jej i szczęścia, i kompetencji. Za to po mistrzowsku łamała obcasy, tłukła filiżanki z kompletu, pryskała keczupem na śnieżnobiałe koszule, puszczała oczka w pończochach i zacinała windy między piętrami. I to wszystko. Niby nic wielkiego, niby proza życia zamiast dramatu w trzech aktach, poświęcała się jej jednak z prawdziwym oddaniem, gorliwością nadrabiając braki w potencjale bojowym."

Siłą niższą próbuje się usprawiedliwić wszystkie kolejne szaleństwa, które wynikają od tego początku książki, wybuchając w oczy czytelnika rozdział za rozdziałem. Tymczasem wiadomo, że za wszystkim stoi Ałtorka (pisownia intencjonalna). I za nieszczęsnym pracoholizmem pewnego pisarza, i za zagubieniem małego anioła w bamboszkach, i za tęsknotą za pradawnym złem, co potrafiło tak wspaniale radzić sobie w kuchni, i za zamknięciem się w sobie tego jednego utopca, zagnieżdżonego na dobre w skutecznie zaglonionej łazience na parterze, i za niezdrową fascynację drewnem jednego postawnego wikinga. Przede wszystkim zaś za kolejny dom, w którym lądują bohaterowie wyśmienitego Dożywocia, które kontynuuje Siła niższa.

Pamiętacie, jak przekonywałam, że Dożywocie to książka idealna na jesień? Wiadomo, tak naprawdę jest idealna na każdą porę roku, a ja tylko niecnie uprawiam clickbait, ale dla mnie Kisiel jest bardzo jesienna. Podobnie z Siłą niższą. Targowa premiera po koniec poprzedniego miesiąca i czytanie podczas pierwszych większych mrozów zapowiadających zimę nastawiły mnie bardzo krzepiąco. Kisiel w końcu krzepi.









Oprócz trudnego do podrobienia poczucia humoru, rządów prawami cudownej absurdalności i uroczego stada fantastycznych bohaterów, opowieść snuta przez Ałtorkę ma w sobie składnik spajający wszystko w jedno. Niezapomnianą atmosferę bliskości, która wciąga czytelnika jak kleiste ciasto na pierogi. Przypomnijmy dość specyficzny miks rodzinki z Dożywocia w postaci Licha - sztuk jeden, utopców - sztuki trzy, krakena - sztuk jeden, macek dużo, romantycznego poety od siedmiu boleści - sztuk o jeden za dużo, paskudnego kociska oraz abominacji natury w postaci różowego królika - po jednym egzemplarzu, do tego jeszcze rzecz jasna dochodził Konrad Romańczuk, współczesny nieszczęśnik, na którego spada dożywocie. W Sile niższej spotkamy się z dość podobnym zestawieniem, ale do tego dochodzi między innymi jeszcze jeden anioł - wyjątkowo upierdliwy Zadkiel, tudzież Dupkiel, jak go przezywa Turu Brząszczyk, mocarny młodzian o wielkim sercu (obaj z miejsca mnie podbili!). Dojmujące uczucie silnego przywiązania, które w różny sposób kiełkuje tudzież łączy tych wszystkich domowników, wypełnia duszę czytelnika trudnym do opisania szczęściem i zachwytem tą swojskością, tymi codziennymi zmaganiami, utarczkami, posiłkami, świętami, porywami honoru i miłości. Wspominałam o tym przy okazji Dożywocia i muszę powtórzyć - rzadko się spotyka prozę, która wytwarza coś tak unikalnego.

Może fragment na dowód?

"Zmierzchało już, gdy pośród monotonnego bębnienia deszczu rozległ się dzwonek u drzwi. Metaliczny terkot poniósł się echem po wszystkich zakamarkach.
Piętro wyżej Licho struchlało. Pęseta, którą właśnie dokonywało aktu depilacji, wypadła mu z rączki i z nieśmiałym brzękiem wpadła pod łóżko.
Konrad Romańczuk zbladł i zastygł nad patelnią, na której właśnie przypalał kolejną porcję mielonych.
Rozsiane po całym domu różowe króliki zgodnie zastrzygły uszami.
Utopiec zabulgotał z bagiennych głębin żeliwnej wanny.
A Turu Brząszczyk poszedł otworzyć."




W nowej części czeka na wielbicieli gatunku fabuła osnuta wokół postaci stetryczałego anioła, który uczy się sensu życia od naiwniejszych i radośniejszych, cudu życia, które niepowołane zwala się na głowę i stawia wszystko do góry nogami, a także poszerzenia horyzontu koncepcji świata, w którym ludzie znienacka mogą zostać obarczeni niby zapisanym w spadku dżinem, trzema dziarskimi przedstawicielami Wermachtu, wiłą, latawicą czy koboldem. Jak to pierwsze i ostatnie wyszło wyśmienicie, tak przy tym środkowym mam pewne zastrzeżenia. Przy okazji Dożywocia w komentarzach doszliśmy do wniosku, że brakuje nam pozytywnych, pełnokrwistych postaci kobiecych. Czy w tej części się udało? Z jednej strony pewna kobieta zmienia się w bardziej ludzką, z drugiej dar macierzyństwa za bardzo próbuje ją dookreślić, z czego w którymś momencie Ałtorka zdaje sobie sprawę i porusza temat. Mimo to momentem przełomowym, powodem przemiany wewnętrznej dla wszystkich dookoła okazuje się dziecko. Jak dla mnie trochę zbyt magicznie i na wiarę.

Nie przeszkadza to jednak w czytaniu, bo jest i uroczo, i prześmiesznie. No, to może jeszcze fragmencik? 

"Oblany rumieńcem i potem Turu ze wzburzonym włosem klęczał na polarowym kocyku w pieski i pochylał się nad Niebożątkiem, które wiło się i rzucało na wszystkie strony, charcząc i tocząc ślinę w paroksyzmach niewysłowionych cierpień. Tuż obok leżało bezwładnie Licho, zapatrzone szklistym wzrokiem gdzieś w przestrzeń, i ledwo zipało.
Carmilla chciała zemdleć. Albo wrzasnąć. Albo zemdleć, wrzeszcząc, lecz zanim zdążyła się zdecydować na reakcję, która lepiej wyraziłaby ogrom targających nią uczuć, naraz wiking nabrał powietrza i jak nie ryknął straszliwym głosem:
– GILI-GILI-GILI!!!"

Podsumowując, Kisiel trzeba czytać, bo krzepi, szczególnie na jesień. Zaprawia na chłody, zmusza do zatęsknienia za świąteczną atmosferą, przypomina nadejście wiosny. Nade wszystko jednak pozwala się ubawić jak dzika norka. Do czytania marsz!


Siła niższa

Marta Kisiel

Uroboros, 2016
318 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★
Współpraca!

__________________________

wtorek, 15 listopada 2016

URODZINOWY KONKURS! Zlicytuj jesienną chandrę, stado małych wombatów i swoją ciotkę



15 grudnia wypadają trzecie urodziny Rozkmin! Czy choć raz żałowałam założenia tego bloga? Szczerze? ANI RAZU!

W związku z tym wszem i wobec ogłaszam konkurs urodzinowy!

Do wygrania jest pięć książek, które z ciężkim sercem wybrałam z mojej biblioteczki i radośnie wystawiam do licytacji. Dlaczego licytacji? Jakieś Allegro? Nic z tych rzeczy, po prostu zamiast pytania konkursowego wyznaczam zadanie-zabawę. Jeśli chcesz wygrać którąś z tych książek, napisz w komentarzu, o co się licytujesz. Może to być suma, może coś abstrakcyjnego, może wymyślone stado słoni; rzecz jasna wszystko na żarty, liczy się kreatywność! Zobaczysz, że ktoś przebił Twój pomysł w licytacji o tę samą książkę? Wymyśl coś jeszcze lepszego!

Macie miesiąc. Będę oceniać całokształt wpisów od każdego z uczestników, ten, kto mnie najbardziej rozbawi/zadziwi/rzuci na kolana, wygra licytowaną książkę!

Aha, można jak najbardziej bić się o kilka tytułów, nie ma limitu!

Bawcie się w najlepsze;>



Regulamin konkursu:

1. Wyłącznym organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny.

2. Nagrodą są poniższe książki z prywatnej biblioteczki (używane i nowe):

Okup - Danielle Steel
Przejechał cyrk - Patrick Modiano
Stażystka - Mimi Alford
Trębacz z Tembisy - Wojciech Jagielski
W Chinach jedzą księżyc - Miriam Collee

3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:


  • być publicznym obserwatorem bloga (na Blogspocie lub Facebooku)
  • udostępnić w dowolny sposób informację o konkursie (może być na własnym blogu przez opublikowanie bannera na czas trwania konkursu, na Facebooku, jak tylko chcecie)
  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie wspomnieć, pod jakim nickiem obserwujecie bloga, podać e-mail kontaktowy, wskazać miejsce udostępnienia informacji o konkursie) i przynajmniej w jednym komentarzu (może być ten sam) zalicytować w zabawie


4. Konkurs trwa od 15 listopada do 15 grudnia 2016 r.

5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka/książki.

8. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.

9. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

10. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

11. Nagrody wysyłam lub dostarczam osobiście jedynie na terenie Polski.

12. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!

niedziela, 13 listopada 2016

Weź to ogarnij. Dynamika naszego języka


Kto by pomyślał, że słowo plik pochodzi z łacińskiego wyrazu oznaczającego fałdę? Kto kojarzy, że oprócz rosyjskiej albo ukraińskiej chandry, angielskiego spleenu, niemieckiego Weltschmerzu, kiedyś używało się ojczystych smętków, żałości i tęsknic? Czy dla Was słowo fascynat w ogóle kojarzy się z pierwszym znaczeniem tego słowa, oznaczającego człowieka, który łatwo wpada w gniew? A wiedzieliście, że mówiąc pełen komfort popełniacie błąd?

Popartowa okładka skrywa w sobie krótkie teksty znanych profesorów Bralczyka, Markowskiego i Miodka, którzy z polotem i dużym dystansem analizują stosunkowo nowe zmiany w języku polskim. Wybierają sobie kolejne słowa, zasłyszane ostatnio od znajomych, nadużywane w telewizji, używane powszechnie w internecie. Obkładają się słownikami, szukają przykładów. A potem snują niespieszną opowieść w imieniu językoznawstwa deskryptywnego, czyli opisują zamiast nakazywać, zapisują obserwacje nowych użyć na tle historycznych znaczeń, badają uzus, zamiast serwować reguły. Omawiają trendy, nowe użycia, rozszerzenia, przesunięcia czy zawężenia znaczeń, pożyczki z innych języków - gównie paskudne anglicyzmy, które zagnieżdżają się w polskiej mowie obok rodzimych wyrazów.



Ta skromna, zielona książeczka pochłonęła mnie całkowicie, wrzucając w labirynt znaczeń, użyć i anegdotek. Zgrabne felietoniki o słowach podzielone na dwanaście części tematycznych w większości są niezwykle pasjonujące, bo oprócz zjawisk językowych mimowolnie komentują rzeczywistość: korporacyjną, medialną, wirtualną. Teraz z angielska bystrze odczytujemy czyjeś zamiary, zamiast odgadywać czy interpretować, biura podróży oferują egzotyczne destynacje, zamiast celów podróży czy po prostu miejsc, adresujemy naszą prośbę do managera, zamiast ją kierować do naszego zwierzchnika. Manifestacja kojarzy nam się z pozytywną i statyczną afirmacją poglądów, demonstracja sugeruje protest, ruch i negatywne emocje. Modne stało się godne pochylanie nad problemem, w sztuce do łask wróciło słowo kolektyw, a przyznawanie się już nie jest kojarzone z wyznawaniem winy. Takie użycia słów to szpan i tyle.

A znacie może słowo prekariat? Ja nie znałam. Podobnie jak zdumiał mnie fakt, że słowo raczej pochodzi od staropolskiego stopnia wyższego stopnia przysłówka rado, czyli chętnie. Ciekawie czytało się rozważania na temat nienawiści i hejtu, bo to już dwie różne rzeczy, na dokładkę z wycieczką w historię starego, słowiańskiego słowa nienawidzieć. Przedziwne, że obciach wziął się od trącego myszką obcinać - na przykład obcinać się na egzaminie. Znajdziemy też analizę szafiarki, modowego, prawilności, polewki i gimbazy, do tego przekonałam się, że trochę mylnie rozumiałam słowo bałamucić, a także, że mogę spokojnie używać po polsku wyrazu klisza w rozumieniu angielskim. Nie oszukuję się, że mówię i piszę po polsku zupełnie poprawnie, a czytanie takich rozważań rozbudziło we mnie językową tęsknotę za studenckimi zajęciami ze stylistyki języka polskiego, gdzie wyszło tyle utartych błędów, które popełniam na co dzień...



Do jednego mogę się tylko przyczepić, bo nie wiem, czy to ironia, czy po prostu niedoinformowanie. Mianowicie chodzi o fragment o słit foci. Profesor Miodek wspomina, że focia wywodzi się "z języka gier konsolowych <<Pokemon>>" - nope. To nie tak. Słit mowy tudzież PoKeMoNiAsTeGo PiSmA używały tzw. pokemony, czyli dziewczynki z zamierzchłych czasów początku polskiego internetu, czyli dziewuszki Neostrady. Reguły były bardzo irytujące, bardzo niepoprawne i bardzo idiotyczne: zapożyczały słowa z angielskiego i zapisywały w spolszczeniu albo pisały polskie słowa częściowo fonetycznie jak po angielsku, ewentualnie doprowadzały do totalnych abominacji w stylu loffciam, boshe czy daj komcia. Więcej tu. Pismo i mowa tychże dziewuszek nie ma nic wspólnego z grami Pokemon.

Najbardziej jednak ubawił mnie fakt, że mimochodem dowiedziałam się skąd jest słowo rozkmina! Moja mama od razu skomentowała, że od początku wiedziała, że to jakieś brzydkie słowo, a co najmniej podłego pochodzenia. Okazało się otóż, że kmina to określenie mowy w gwarze więziennej, zapożyczone wcześniej z żargonu wędrownych handlarzy dewocjonaliami...



Trzy po 33

Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski, Jan Miodek

Wydawnictwo Agora, 2016
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Współpraca!

__________________________

środa, 9 listopada 2016

W TERENIE: Jak się spija Lolitę na krakowskim Kazimierzu. O Kawiarni Literackiej


Zupełnie niespodzianie w Krakowie wyrosło nowe miejsce, łączące w sobie zalety kawiarni i księgarni. Trzy kroki od Placu Wolnica na Kazimierzu odnowiono kamienicę sygnowaną swoim adresem - Krakowska 41 - gdzie właściciele mocno zaszaleli w sferze kulturalno-rozrywkowej. Otworzono tam już nową siedzibę Teatru Nowego w Krakowie, klub muzyczny The Club, a ponad tydzień temu, w ostatni piątek października, otwarto kawiarnio-księgarnię pod nazwą Kawiarnia Literacka. Byłam tam wczoraj na kawie i książce, więc mam co nieco do opowiedzenia!



Nowe miejsce od progu wita niesamowicie przytulnym, choć jednocześnie przestronnym, jasnym i pomysłowym wystrojem. Wnętrze nawiązuje do biblioteki poprzez regału z książkami, wzdłuż których można się przechadzać, a także fantastycznie zaprojektowany bar, do którego aż chce się podejść, by poszperać w katalogu kartkowym. Do tego zachęcają nas wygodne fotele i miękkie sofy, magnetyczne miejsca z poduszkami na parapetach oraz intymna antresola. 



Dla ekstremalnych introwertyków znajdzie się też dobrze oświetlone biureczko z pufą pod schodami - jak do niego zaglądałam, zobaczyłam kartkę z rezerwacją! Widać to jednoosobowe miejsce ma większe powodzenie niż inne stoliki:)

Na dobry wieczór po wejściu dostałam kartę z wyborem kaw, herbat i przekąsek, a na dodatek również osobne menu z drinkami, których nazwy i stosowne cytaty pobiły moje serce. Sami zobaczcie, jak literatura zachęca do picia:




Wybór książek jest zdecydowanie większy niż ten na menu - goście znajdą i książki świeżo wydane, kuszące na wysepce tuż przy wejściu, i obyczajowe czytadła, i fantastykę, i reportaże, i biografie, i książki bardziej specjalistyczne z dziedzin humanistycznych, a nawet całą ścianę kuszącą okładkami obszernych albumów na wszelkie tematy, od mody, przez geografię, historię, aż po pin-upowe rysunki.





O dziwo, w drugiej sali znalazłam półki pełne planszówek, a naprzeciwko również komiksy i kalendarze. Przy kasie znajdziemy też szczodry zapas ulotek i zakładek, a ja odkryłam broszurki z opowiadaniem Orbitowskiego o Kazimierzu! Co tkwiło w głowie właściciela tego miejsca? Tu można posłuchać:)

Jeśli macie blisko do Krakowa i na plac Wolnica, a portfele nie ucierpiały specjalnie po Targach Książki, to warto jak najszybciej odwiedzić to urocze miejsce i wesprzeć jakimś zakupem. Do 15 listopada obowiązuje spora zniżka, z której rzecz jasna sama skorzystałam;)



Podsumowując, kawa była pyszna, ciasteczko na talerzyku wyborne, miejscówka do czytania czy spotkań ze znajomymi przednia, a wybór imponujący. Muszę tam jeszcze wrócić, bo nie spróbowałam ani Lolity, ani Gatsby'ego, wstyd! A teraz mam sporą zagwozdkę, bo mam ochotę siedzieć i przeglądać W cieniu koronkowej parasolki, album o strojach i zwyczajach z XIX. wieku, a tu tyle obowiązków...

niedziela, 6 listopada 2016

NOWINY HADYNY: październik 2016


W październiku nie brakowało wszelakich wrażeń, szczególnie czytelniczych, ale z tych wszystkich targów, cichych czytań, filmów, seriali, lekcji niemieckiego, pracy i tuzina innych zajęć wyszło jednak, że tempo mojego miesięcznego czytania fatalnie spadło. Może i obłożyłam się książkami, ale mało ich przeczytałam. Dlatego postanowienie na listopad (który już na dobre zagościł...): czytać więcej i więcej o książkach pisać!


Postanowiłam, że na dobre zajmę się badaniem przekładów Północy i południa Elizabeth Gaskell, a żeby nie być gołosłowną, najpierw powieść przeczytałam, a potem zajęłam się analizowaniem pierwszych rozdziałów w tłumaczeniu w porównaniu z oryginałem. Oprócz tego czytałam Trzy po trzydzieści trzy znanych profesorów polonistyki - o tym muszę koniecznie wkrótce napisać - i kończę Siłę niższą Marty Kisiel, a potem ostrzę zęby na cały stos potargowych nowości! Co jeszcze się działo oprócz Slayersów, o których pisałam poprzednim razem i Wiedźmina 3, którego jeszcze nie przeszłam?


Bridget Jones 3 (2016)


Czytałam tylko pierwszą część Bridget, a to i tak z opóźnieniem, do tej pory mi się przypomina, jak moja mama porykiwała ze śmiechu przy czytaniu, ale odganiała mnie, bo "to dla dorosłych". Wielokrotne oglądanie kultowej jedynki pamiętam aż za dobrze. Jak brytofilka może nie kochać Bridget, skoro baba ma swojego własnego pana Darcy'ego, którego na dodatek gra Colin Firth, ten sam, który wskakiwał do stawu w według wielu najlepszej ekranizacji Dumy i uprzedzenia? To nie zbieg okoliczności, to zachwyt Helen Fielding i jej fanek doprowadził do tego wyboru. Długo zajęło, zanim udało się umówić z moimi kochanymi anglistkami, ale było warto i innego seansu sobie nie wyobrażam. Poszłyśmy we cztery do kina, naprędce wymieniwszy najświeższe historie z życia i wyściskawszy mocno, a potem zaśmiewałyśmy się, wzdychałyśmy, wierciłyśmy, płakałyśmy i opluwałyśmy ze śmiechu w ostatnim rzędzie.  O dziwo, trzecia część Bridget Jones jest naprawdę trafiona. Bawi tam, gdzie ma bawić, jest równie uroczo żenująca i nierealna, jak część pierwsza, a wybór amantów jest idealny. Nic, tylko oglądać!


Doktor Strange (2016)


Nie wiem jak u Was, ale u mnie primaaprilisowa nazwa Doktor Dziwago przyjęła się wyśmienicie. Już pierwszego dnia po premierze byłam w IMAXie i dziwnego doktora uniwersum Marvela oglądałam w jedynym słusznym 3D. Nie będę się rozpisywać, bo możecie zajrzeć do Ryby, żeby poczytać o filmie, ale oglądało się cudownie. Co prawda według mnie można by tę historię wydłużyć, nadać głębi czarnym charakterom, pokazać więcej z drogi doktora ku mistycznej magii, nie wszystko było idealne, ale Benedykt zagrał brawurowo, jego strój to majstersztyk, efekty specjalne robią incepcję w mózgu, a Mads mimo miniaturowego pola do popisu, wycisnął z siebie całkiem sporo - mówię tu o scenie z kajdanami. Jeśli w następnym Thorze pokażą Cumberbatcha z Hiddlestonem na jednym ekranie, mogę umrzeć szczęśliwa.


Skazani na Shawshank (1994)


Wzeszłym miesiącu odświeżyliśmy sobie też jeden z najwybitniejszych filmów, jakie było mi dane oglądać. Historia może nie wskazuje na coś, co trafiałoby w moje zainteresowania, ale jest tak opowiedziana, że nie można wobec niej przejść obojętnie. Skazani... to klasa sama w sobie: to, co ze Stephena Kinga najlepsze, wyśmienite aktorstwo, idealne stopniowanie akcji. Ten film umiejętnie angażuje widza, wciąga go wprost do głów obserwowanych więźniów i wywołuje prawdziwe emocje. Słowa "prawdziwe" używam to specjalnie, bo w tym miesiącu skończyłam wreszcie oglądać Orange is the New Black i mimo sporego hype'u wokół tytułu, średnio do mnie przemówiły w większości stereotypowe bohaterki i pozorne wzruszenia, które oferował serial z fantastycznym intro - głosem Reginy Spektor i zbliżeniami na twarze kobiet różnych ras. 


Yuri!!! on Ice (2016-)


Zarzekam się ciągle, że anime już mnie tak nie kręci, jak w liceum, nie poświęcam każdej wolnej chwili na oglądanie, nie znam nowych serii, ale jak ktoś raz zajrzy na Tumblera, to rzadko kiedy wyjdzie jako normalna osoba. Ostatnio weszłam, zobaczyłam opening do anime o łyżwiarzach figurowych i mnie zgniotło. To najlepiej wykonany opening, jaki widziałam, a w samym serialu co odcinek są sekwencje tańca na lodzie, które są absolutnie fantastycznie animowane. Z tego, co słyszałam, to Japończycy postanowili przypomnieć sobie swojego łyżwiarza Yuzuru Hanyu, którym inspirowany jest główny bohater, a przy okazji odkurzyć uwielbienie tłumów to ikony Jewgienija Pluszczenki, więc stworzyli mocno nakierowany na fujoshi animiec o japońskim i rosyjskim Yurim. Bo Japonia. Patrząc po szumie, jaki zrobił się w internecie i po tym, że zaczęłam wyczekiwać z utęsknieniem kolejnych odcinków, nieźle im wyszło.


Gamescape


Jakbyście kiedyś chcieli się wybrać do Escape Roomu w Krakowie, to polecam Zamek Draculi w Gamescape na Dietla. Są niespodzianki, trumny, szkielety, portrety przodków i całe mnóstwo nietoperzy. Wyszliśmy na dwie minuty przed czasem, idealnie!


Do tego wszystkiego dochodzą liczne przebieranki, zarówno do pracy (gdzie zgarnęłam jedną z nagród za strój), jak i w knajpie (Hex urządził fantastyczną imprezę haloweenową, gdzie prawie każdy był przebrany!). Jak zwykle przywdziałam mój standardowy strój steampunkowy, bo cóż innego, nic więcej nie mam. Trzeba by coś z tym zrobić...


To wszystko w podsumowaniu października, wyczekujcie kolejnych wpisów o książkach. A w połowie miesiąca... konkurs!

wtorek, 1 listopada 2016

W TERENIE: 20. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Zrobiliśmy raban


Czy mi się dobrze wydaje, że w sobotę na targach było więcej ludzi, niż zazwyczaj? Kolejka ciągnęła się przez pół parkingu, a niektóre autorki okazywały konkretne oburzenie tym, że przed wejściem VIPowsko-blogerskim też ustawił się krótki ogonek. A w środku gorzej niż zazwyczaj. 


Moje metr pięćdziesiąt dziewięć plus obcasy często czuło niepokojący brak powietrza podczas przeciskania się alejkami, szczególnie w okolicach stoiska National Geographic. Co więcej, w obu szatniach zabrakło numerków, więc musiałam ze sobą targać wielkie torbiszcze wypchane płaszczem, co nie ułatwiało manewrowania w ścisku! I jak tu pokazać najlepsze targi w Polsce w pozytywnym świetle osobie, która nie dość, że raczej klasyfikuje się jako introwertyk, to jeszcze odwiedza EXPO Kraków po raz pierwszy i nie zdaje sobie sprawy, jak olbrzymie są hale Wisła i Dunaj?


Na początek dnia targowego zaciągnęłam Mroza na spotkanie z Ałtorką, gdzie stawić się miałam z powodu poważnie wyglądających wezwań do stawienia się w samo południe na stoisku grupy Foksal. Tam czekała kolejna kolejka - czytelników, wielbicieli i fanów Marty Kisiel, która dzielnie podpisywała i pieczątkowała kolejne książki. Jej najnowsza powieść, Siła niższa (wspominana m.in. w tym wywiadzie) znikała z półek za pisarką w zastraszającym tempie, a kolejne kreski oznaczające osoby, które czytały jej książki, udowodniły ostatecznie, że jednak ktoś to czyta. A potem systematycznie napływa przez prawie trzy godziny i domaga się choć chwili z Ałtorką, jak ja.


Tym razem udało mi się też - w sumie niechcący - trafić na Jakuba Małeckiego, którego wyśmienity Dygot z miejsca namówił mnie do sięgnięcia po jego kolejną powieść, Ślady. Nie tylko miałam okazję pogratulować świetnej książki, ale też od razu dostałam autograf i zdjęcie.



Ponoć tegorocznym gościem honorowym targów był Izrael, ale mnie wydawało się, że jednak więcej wokół widzę Harry'ego Pottera. Rzecz jasna, dla wydawcy nowa pozycja w magicznym świecie Rowling to nie byle jaka gratka, więc nie ma się co dziwić tym stosom ...przeklętego dziecka. Nie miałam jeszcze styczności z polskim tłumaczeniem sztuki, bo czytałam w oryginale, ale sprawdziłam tylko, że Andrzej Polkowski nie widnieje jako tłumacz na stronie tytułowej. Wiecie może, jak się czytało po polsku?



Vis-à-vis kafeterii w hali Dunaj stanęło nawet półkole z tłem wyobrażającym budynki na ulicy Pokątnej, gdzie można było robić sobie zdjęcia w czarodziejskich szatach, by w pełni poczuć magiczny klimat powieści o Harrym:



Dużą niespodzianką było niespodziane napotkanie Roberta Makłowicza (bez wina, bez wina):



Nie czekałam w dość zniechęcającej kolejce do profesorów Jerzego Bralczyka, Jana Miodka i Andrzeja Markowskiego - nie wzięłam mojego egzemplarza ich najnowszej książki Trzy po trzydzieści trzy - ale zakradłam się od tyłu, żeby choć rzucić na nich okiem:



Nie przysłuchiwałam się też spotkaniu z Sylwią Chutnik, bo od rana paskudnie doskwierało mi gardło i chciałam jak najszybciej wrócić do domu, ale przynajmniej zobaczyłam ją z daleka:



Wiadomo, książki były wszędzie - ci, których przyjemność zwiedzania targów minęła, mogą się obejść ze smakiem:











Zachwyciły mnie te notesy z zamkiem:



Tych dwóch panów robiło niezłą furorę:


Oddzielne miejsce miała też Salon Komiksu, gdzie sprzedawano Warchlaki i inne osobliwe komiksy, komiksiki i ziny, a do tego jakie przemiłe towarzystwo tam bawiło:) Niestety, okazało się, że ci za ladą nie są do kupienia i nie można ich wziąć ze sobą do domu.


Naprzeciw Simeon Genew malował Hulka na żywo:


Nie obyłoby się też bez pochwalenia się targowymi zdobyczami!


Sprawdziłam właśnie, że jednak ilość odwiedzających na tegorocznych targach nie wyróżnia się szczególnie na tle poprzednich edycji. Ale wystawcy stwierdzają, że sprzedali więcej książek niż zazwyczaj i wcale nie wierzą w spadek czytelnictwa. Podobnie wychodzi z danych upublicznionych w raporcie IMM dotyczącym wzmianek dotyczących czytania w Internecie. Mam nadzieję, że sama przykładam się w zachęcaniu do czytania - szczególnie, że wczoraj ogłosiłam kolejne Silent Reading Party! Zapraszam wszystkich, którzy mają ochotę czytać w Krakowie:)