Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 13 sierpnia 2017

MINIROZKMINY: Pan Darcy nie żyje, Niebieski zamek, Mroczna Wieża: Roland


Kot już pół dnia cieszy się stanowiskiem lokalnego sułtana, zajmując luksusowe miejsce na łóżku wśród poduch i poduszek. Teraz śpi, zwinięty w kulkę, nie widać mu nic prócz uszu, wystających poza okrągłą, futrzastą figurą. Ja też mam dziś wreszcie spokojniejszy dzień. Odpoczywam po tygodniu w natłoku obowiązków, przygotowań i spotkań. Weekend zaczął się wieczorem panieńskim koleżanki, moim pierwszym w życiu, wczoraj zaś również po raz pierwszy przeżywałam baby shower innej koleżanki. Życie nie zwalnia, toczy się pełną parą. A ludzie wciąż spotykają się, by wspominać, opowiadać sobie te nowe i te znane na pamięć historie, przypominać wspólne przygody.

W tę leniwą niedzielę podsumuję pokrótce, w duchu luzu wprowadzonego jakiś czas temu w MINIrozkmin, te historie, które niedawno czytałam.



Ta sugestywna, minimalistyczna okładka i natychmiast przyciągający uwagę tytuł są naprawdę mistrzowskie. Osoba taka, jak ja, automatycznie wyciąga rękę z wzrokiem rozmarzonego cielaka. Wpadam w target jak śliwka w kompot. Opis książki zapowiada, że to jakaś sensacyjna historia w hollywoodzkim stylu, kryminał, high-life, gwiazdy kina i kolejna adaptacja Dumy i uprzedzenia. Nawiasem mówiąc, traf chciał, że akurat kilka dni temu autentycznie zapowiedziano nową ekranizację tej najpopularniejszej powieści Jane Austen (więcej tutaj). Ale wracając do powieści: rozczarowałam się dość szybko, choć ten rasowy, komediowy kryminał Magdaleny Knedler przypomina trochę humorem, jowialną atmosferą i beztroskim przekomarzaniem w dialogach książki Joanny Chmielewskiej. Jak to się mogło stać? Rzecz w tym, że jest dość płytko, przewidywalnie i kliszowato. A do tego Anglicy, opisywani z sercem i słowiańską duszą przez polską autorkę, wcale nie przypominają osób z wysp. Trudno przekonać się do stada brytyjskich aktorów, którzy łoją wódę zamiast pint piwa w pubie, a na na śniadanie jedzą jajeczniczkę zamiast kiełbaski, fasolki i tosta. Ot, lekkie czytadło do szybkiego połknięcia.

Pan Darcy nie żyje

Magdalena Knedler

Czwarta strona, 2015
340 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★





Przy okazji dyskusji o nowej serialowej adaptacji Ani z Zielonego Wzgórza i samym cyklu o rudowłosej marzycielce Lucy Maud Montgomery u Pyzy, Zacofany w lekturze uświadomił mnie, że moje sczytane wydanie Błękitnego zamku z Naszej Księgarni jest niepełne. A do tego główna bohaterka wcale nie nazywała się Joanna, tylko Valancy (co takiego?!), Edward z kolei to... Barney!! Inny amant, Edward Beck, stał się z kolei Rudolfem Schulzem. Całe życie w kłamstwie! A tymczasem Błękitny zamek to jednak z tych powieści, do których mam niesamowity sentyment, wracałam wiele razy i generalnie uwielbiam czytać. Może i historia jest dość naiwna, nierealna i opiera się o cudowne zbiegi okoliczności, to jednak trudno nie czerpać mocy i radości z historii o metamorfozie dziewczyny wiecznie pomiatanej, ignorowanej i spychanej w kąt w szczęśliwą, spełnioną kobietę czerpiącej z życia pełnymi garściami. Wzięłam się więc za oryginał po latach od ostatniego czytania. Nie wyczułam, które sceny były pominięte w moim polskim wydaniu, ale emocje były takie same. Na pewno bardziej podobał mi się język, świeższy i zaprawiony większą dozą humoru niż sztywniejsze i bardziej sentymentalne tłumaczenie polskie. Jak na powieść z konserwatywnej, tradycjonalistycznej Kanady z lat dwudziestych ubiegłego wieku, to rzecz naprawdę rewolucyjna, odważna i piękna. 

The Blue Castle

L.M. Montgomery

Project Gutenberg Australia, 2002
Odczucia: ★★★★/★★★★★




Pierwszy tom uznawanego przez Kinga za swoje arcydzieło cyklu Mroczna wieża jest dość krótki, wypełniony świetną, mroczną atmosferą postapokaliptycznego, brudnego Dzikiego Zachodu i zmusza do myślenia. Wzięłam się za nią rzecz jasna z powodu zapowiedzianej już wcześniej ekranizacji z Idrisem Elbą i Matthew McConaugheyem, która niestety okazała się zupełnym fiaskiem, ale to inna sprawa. Sama powieść, po polsku wydana jako Roland, lepi się od zgnilizny moralnej, potu i beznadziei. Pierwsza historia o miasteczku aż prosi się o wierną adaptację filmową, z dokładnym ukazaniem techniki rewolwerowca, który strzela tak szybko, że skóra odparza mu się na palcach podczas przeładowywania. Sam wątek wydawałoby się, że bezcelowej wędrówki w powolnej i mozolnej pogoni za mitycznym Człowiekiem w Czerni to z jednej strony nawiązanie do poematu Roberta Browninga Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął, będącego z kolei odwołaniem do Króla Leara Szekspira, a z drugiej świetna metafora wywołująca niepokojące, głębokie rozkminy. I jak ten element akurat przypadł mi najbardziej do gustu, tak wydawało mi się, że kończąca książkę długa rozmowa powiedziała zbyt wiele, wskazując, co jest czym. Może kolejne tomy to wynagradzają?

The Gunslinger

Stephen King

NAL, 2003
231 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★





Kot już się obudził i domaga się atencji. Muszę kończyć, mam kocie miejsca za uszami do drapania.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Wielki Gatsby na sezonie debiutantek. Czas przeszły niedoskonały



W książkach Fellowesa (scenarzysty Downton Abbey) już na zawsze będę szukać tylko i wyłącznie Belgravii, nad którą całkiem niedawno się zachwycałam. Niestety Czas przeszły niedoskonały pomimo przekraczających wszelkie wskaźniki poziomów arystokratycznej, pozornie beztroskiej i pobłażliwej brytyjskości, oryginalnie wydany w 2009 roku, najzwyczajniej w świecie mnie trochę znudził.

Za sprawą nieuchronnego niczym Wielki Gatsby dla Nicka Carrawaya Damiana Baxtera, główny bohater (bezimienny, ale znacząco również umniejszający swoją rolę pisarz) wyrusza w podróż pełną gorzkich wspominek, rozczarowań, i roztrząsania lat młodości. Damian Baxter bowiem, choć nie odzywał się do swojego przyjaciela od pamiętnego, fatalnego wydarzenia na wakacjach w Portugalii, teraz leży na łożu śmierci. Jest obrzydliwie bogaty, a nie ma spadkobiercy, choć to może nie jest do końca prawda, przecież romansował na prawo i lewo. Dlatego główny bohater, jako osoba w miarę bezstronna, dostaje propozycję nie do odrzucenia: sprawdzić, czy Damian nie spłodził sobie przypadkiem potomka.

Sama główna fabuła jest prosta jak drut i zostaje zaprezentowana z poziomem skomplikowania godnym konstrukcji cepa. Główny bohater zalicza rozmowy z kolejnymi kobietami, badając, czy przypadkiem ich dzieci z okresu szaleństw Damiana nie mogły być spłodzone przez tego niepoprawnego karierowicza. I to właśnie ta budowa, te kolejne obszerne rozdziały zatytułowane kolejnymi damskimi imionami, mnie znużyła. Próżno szukać zgrabnego przechodzenia od sceny do sceny, przeplatania wątków, porywających dialogów. Powieść leje się równym, przewidywalnym strumieniem, ukazując kolejne losy starzejących się kobiet. Rzecz jasna, fortuna potraktowała je kapryśnie, jednym dając, innym skąpiąc, jeszcze innym zupełnie odbierając. Z tych wszystkich opowieści najbardziej wybija się ta Joanny i księżniczki Dagmar, reszta jednak zieje przeciętnością, a sam wątek pięknej Sereny, choć to ukłon w stronę Lady Mary, nużył mnie chyba najbardziej.

Wydaje mi się jednak, że między linijkami kolejnych spotkań po latach wyłaniają się prawdziwe założenia Fellowesa, który pod pozorami przeciętnej fabuły chciał zanalizować zmiany społeczne wewnątrz najwyższej kasty brytyjskiego społeczeństwa. Tak, zapewne powspominać czasy swojej młodości, bo w latach sześćdziesiątych sam brylował na salonach i rozbijał się podczas przyjęć Sezonu. Ale najbardziej chciał wytłumaczyć lekko zapóźnioną, zapatrzoną w przeszłość arystokrację tamtych lat. Tamta sfera kultywowała wciąż tradycje przeszłości, urządzała co prawda coraz mniej wystawne, ale wciąż szanowane Sezony, by należycie wprowadzić młode panny w świat równych sobie i znaleźć im dobre partie. Przestrzegano niepisanego savoir-vivre, nie przeczuwając nawet olbrzymich zmian społecznych, które nabierały rozpędu, nie dostrzegając niechybnego upadku wielkich domów i utraty znaczenia tytułów szlacheckich.



Fellowes prawdopodobnie zawarł w tej książce znamienitą część swoich przemyśleń na temat kondycji brytyjskiej klasy wyższej, od ubioru męskiego (historia fraka!) przez wykształcenie kobiet po rynek nieruchomości. Wiadomo, fragmenty bezpośrednio przedstawiające od podszewki świat wielkiego towarzystwa, hrabiostwa, rody książęce, służący, przyjęcia, kolacje, twist i nocne śniadania na koniec balu, wyścigi w Ascott i impreza w muzeum figur woskowych – dla anglofila takie smaczki, komentarze na temat brytyjskiej mentalności i zwyczajów to prawdziwa gratka. W wywodach głównego bohatera słychać jednak mocno stanowcze poglądy barona i jego ostateczną pochwałę człowieka z zewnątrz, który dla kaprysu postanowił przyjrzeć się temu światu, ale szybko dostrzegł jego hipokryzję, zaślepienie i brak przyszłości, zerwał z nim i zbudował własne imperium niczym amerykański self-made man.

To nie zmienia faktu, że wydaje się jednym z największych buców tej historii, ale cóż.

Na osobny rant zasługują niektóre fragmenty tłumaczenia, przez które nie byłam w stanie w pełni cieszyć się książką. Od pierwszych stron co trochę wpadałam na niefortunne kalki, zdania kalekie po polsku czy wręcz zupełnie nietrafione w przekładzie. Przepraszam, ale będę się paskudnie czepiać: dlaczego bohater „zbudował firmę software'ową”, a nie założył czy rozwinął firmy zajmującej się oprogramowaniem komputerowym? Czemuż bohater po zrzuceniu z siebie ciężaru „zapracował” sobie na drinka, a nie zasłużył? Jak często mówimy, że coś jest czyjąś „firmową specjalnością” albo wspominamy o „porządku dziobania” w sensie hierarchii? I wreszcie te częste momenty, gdy bohater „kocha” kogoś za coś bardziej. Można za to kogoś bardziej za coś polubić. I używać polskiej składni, a nie jechać słowo w słowo.

Okej, teraz możecie mieć zbyt złe mniemanie. To nie tak, że całą powieść się źle czyta z powodu tych niezręczności. Filolog pewnie nawet nie zauważy większości. Po jakichś stu stronach sama zagłuszyłam w sobie głos wewnętrznego językowego nazisty i czytanie szło nieźle. Ale jednak redakcja mogła bardziej przypilnować gładkiej polszczyzny i tępić anglicyzmy, które tłumaczowi same się czasem pchają pod klawiaturę.

Ogólnie rzecz ujmując, Czas przeszły niedokonany średnio mi podszedł. Nie żałuję poświęconego mu czasu, ale to nie to, co Belgravia... Uwaga, nie wszyscy jednak mają takie zdanie jak ja. Jeśli chcecie poczytać bardziej entuzjastyczną opinię o tej powieści, polecam wpis Mality.




Czas przeszły niedoskonały

Julian Fellowes

Marginesy, 2017
543 strony
przekład: Barbara Kopeć-Umiastowska.
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


piątek, 4 sierpnia 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: LIPIEC 2017


Lipiec u mnie wciąż bez urlopu, mogę sobie odpocząć jedynie podczas weekendów, a tymczasem przetaczają się przez nasz kraj niemiłosierne upały. Szkoda, ale cóż poradzić, póki co plaża nie dla mnie. Mimo to przeczytałam w lipcu cztery książki, czyli tempo stabilne prowadzące do celu 52 książki w roku. W oczekiwaniu na ekranizację Mrocznej wieży Stephena Kinga przeczytałam tom pierwszy cyklu, The Gunslinger, pochłonęłam Oryx & Crake Margaret Atwood (dzięki Pożeraczowi!), powtórzyłam sobie mój ukochany The Blue Castle Lucy Maud Montgomery i wchłonęłam przedpremierowego prebooka Dan-sha-ri Hideko Yamashity, kolejny poradnik o sztuce sprzątania. O każdej z tych książek zamierzam jeszcze napisać, ale popkulturowo, muszę przyznać, było w lipcu jeszcze ciekawiej. Oprócz powtórki fantastycznego ostatniego Mad Maxa (Fury Road mogę oglądać milion razy, nigdy się nie znudzi!) i oglądania nowych odcinków Orphan Black i Twin Peaks, oto, co widziałam w tym miesiącu:




Hamilton (2015)


Ja wiem, słyszałam o Hamiltonie już pół roku temu. Mówili, że mi się spodoba. Mówili, że trudno potem nie śpiewać całych fragmentów z pamięci. Mówili, że jest fantastyczny. I nie pomylili się. Dlaczego dopiero teraz zebrałam się do przesłuchania całości, wsłuchania się w tekst, obejrzenia jakiegoś nagrania zza pazuchy w teatrze? Nie wiem, ale żałuję. TO JEST TAK DOBRE!

Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi: Hamilton to wystawiany na Broadwayu musical napisany i skomponowany przez Lin-Manuela Mirandę. Miranda to człowiek-orkiestra, rapujące na zawołanie zjawisko, które gra główną rolę w musicalu, rozchwytywany kompozytor, który ostatnio stworzył chociażby piosenki do Disnejowskiej Moany. Całość tyczy się Aleksandra Hamiltona, jednego z ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki (The ten-dollar founding father without a father...), którego biografia zainspirowała Mirandę do sfabularyzowania jego historii poprzez mieszankę rapu, r'n'b, bluesa, jazzu, popu i kto go tam wie, czego jeszcze, obsadzając w rolach białych facetów w białych peruczkach aktorów o każdym odcieniu skóry, a także dając głos kobietom (wprowadzając je na scenę z energetycznym utworem The Schuyler Sisters z tekstem: We hold these truths to be self-evident | That all men are created equal | And when I meet Thomas Jefferson | I’m ‘a compel him to include women in the sequel). W ten sposób musical przypomina, że USA od początku było krajem imigrantów i to właśnie na ich sile opiera się jego potęga. Nigdy nie byłam jakąś wielką wielbicielką hip-hopu, ale mnie całość powala na kolana i doprowadza do spazmów szczęścia. Największe odkrycie muzyczne tego roku.



Baby Driver (2017)


Kolejna wyśmienita pozycja na mojej lipcowej liście to muzyczno-komediowy, lekki film akcji Edgara Wrighta, tego faceta od Scotta Pilgrima i trylogii Cornetto. Gość ma świetną rękę do filmów, a z Baby Drivera wychodzi się tanecznym krokiem. To świetnie skrojony obraz z dominantą w postaci muzyki - nawet zwykły spacer po kawę może być mimowolnym, idealnie zsynchronizowanym z muzyką i żartobliwym tańcem, a gdyby pogrzebać głębiej, prawdopodobnie połowa dialogów z tego filmu to cytaty z piosenek. Nie zdziwiłabym się. Baby chciałby poświęcić się muzyce, komponować swoje remiksy i spokojnie żyć, najlepiej z tą prześliczną kelnerką, z którą rozumieją się w pół słowa. Niestety, stare zobowiązania i niesamowity talent za kółkiem nie pozwalają mu się uwolnić od kryminalnej przeszłości. To heist movie przefiltrowany przez oczy wyluzowanego, zakochanego wielbiciela piosenek retro i zmontowany w coś naprawdę wspaniałego.



Oskar i Lucinda (1997)


Kolejny film, który skradł moje serce i opanował wyobraźnię, również może pochwalić się unikalną, fantastyczną muzyką. Ścieżka dźwiękowa Thomasa Newmana pełna chórów, dzwonków wietrznych i fortepianu wbija się w mózg, nie pozwalając się uwolnić od delikatnej, poruszającej melodii. A do tego dochodzi jeszcze aktorstwo i piękna historia: XVIII wiek, Cate Blanchett w roli ekscentrycznej, odważnej i niezależnej dziedziczki z Australii i Ralph Fiennes, cudownie gapowaty, niezdarny i naiwny pastor anglikański. Oboje żyjący w ciągłym poczuciu winy z powodu obsesji na punkcie hazardu, szczególnie piętnowanego w ich sferach. Ich spotkanie rozpoczyna urzekającą i jedyną swoim rodzaju historię miłosną, w którą zamieszany jest szklany kościół podróżujący przez pół kontynentu. I szczerze mówiąc, mam wrażenie, że to film właśnie dla mnie. Może niektórym wyda się ckliwy czy nudnawy, ale dla mnie jest idealny.

Jeśli znacie jakiekolwiek filmy w podobnym duchu, proszę, polecajcie!




Spider-Man: Homecoming (2017)


Fantastycznie bawiłam się też na nowym Spider-Manie! Nie wiem, co się dzieje, ale tyle dobrości w tym miesiącu. Momentami wymachiwałam nogami w powietrzu, pokwikując z uciechy, naprawdę. Już od pierwszych nut intra z kreskówki. Na takiego Spider-Mana nic nie robiłam!

Tom Holland jest absolutnie przeuroczym połączeniem niezgrabności, naiwności i szczerych chęci. Nie daje się wepchnąć w rolę totalnego przegrywa, jak Tobey Maguire, nie jest irytującym cool chłopcem, jak podobno zachowywał się Andrew Garfield, przede wszystkim zaś wygląda na nastolatka. Ma w sobie coś takiego, że człowiek ogląda go z czystą przyjemnością. Mimo konszachtów z Iron Manem (Robert Downey Jr. w koszulce z kotkiem!), nie wyrywa się do walk na miarę kosmiczną, dopiero się uczy (a tak dokładniej uczy, że trzeba się uczyć), skupia się na sprawach drobnych, sąsiedzkich: przeprowadza staruszki przez ulicę, robi salta dla fanów, tropi lokalnych handlarzy bronią, próbuje poderwać dziewczynę swoich marzeń. Starcie z Michaelem Keatonem w roli kolejnego skrzydlatego bohatera komiksów wychodzi równie niskopoziomowo, ale jednocześnie heroicznie. To film, od którego aż bije młodzieńczy entuzjazm i energia, bezpretensjonalny humor i dobre serce. Good job!



Spider-Man (2002)


W ramach pająkowych wspominek, obejrzałam też hit z moich lat szkolnych, gdy w radiu królował Hero Nickelbacka, a w Bravo rozpisywali się o Tobeym Maguire'rze. To było moje pierwsze spotkanie z Człowiekiem-Pająkiem, więc oczywiście dobrze było zobaczyć origin story, choćby nie wiem jak słabo było przedstawione (serio, jesteś małym nerdem i przez całą wycieczkę słuchasz, że jesteś w miejscu, gdzie robią dziwne eksperymenty z pająkami, potem jeden ucieka, połyskuje jadowitą zielenią i cię gryzie, a ty tego nie zgłaszasz nauczycielowi?). Willem Dafoe widać, że dobrze się bawi w roli przesadzonego człowieka-Golluma, chociaż na kostium i efekty specjalne Zielonego Goblina to śmiech na sali. Cała historia trochę kuleje, trudno związać się emocjonalnie z wujkiem Benem czy brać na poważnie związek Petera z Mary Jane. Mimo to trzeba przyznać, że ten film dobrze wprowadził postać Spider-Mana do szerszego obiegu popkultury, wbił się w zbiorową wyobraźnię kultową sceną pocałunku i generalnie, ogląda się go wcale nieźle, nawet po latach.



Mroczny Rycerz powstaje (2012)


Ostatni Batman Nolana, ten, którego wcześniej nie oglądałam. Opłacało się go wreszcie zobaczyć? Tak, ale tylko po to, by zrozumieć wszystkie żarty z Bane'a, ocenić Anne Hathaway w roli Kobiety-Kota, zobaczyć bodaj najżałośniejszą scenę śmierci w historii kina, spróbować zrozumieć bezdennie głupi i szalony plan zniszczenia Gotham, a na koniec zadać milion pytań o sens tego filmu. Jest źle, bardzo źle. Bane to jedyne światełko rozjaśniające ten film niezamierzonym humorem, a cała reszta to mrok i halucynacje z niedonietoperzenia.



Rick i Morty (2013)


Zapierałam się zadnimi łapami, ale w końcu zostałam przekonana, żeby obejrzeć dwa sezony i dwa odcinki trzeciego sezonu kreskówki, której w życiu nie pokazałabym żadnemu dziecku. Chory humor, klimat jak z Doctora Who pomieszanego z Shameless, cała masa zabawy i nawiązań do klasyków s-f i nie tylko. Zaczyna się od Incepcji, a potem idzie tylko głębiej i szerzej w nieskończoność światów, ewentualności i koncepcji. Muszę przyznać, twórcy mają rozmach, pomyślunek i zrąbany humor, ale faktycznie koniecznie trzeba obejrzeć, jeśli ktoś lubi takie klimaty i bekającego przy co trzecim słowie dziadka-geniusza, który budzi swojego wnuczka, wymiotując mu obficie na kołdrę i wzywając na przygodę. Uwaga: każdy odcinek tylko pogłębia traumę.



A jak u Was minął lipiec? ;)

środa, 26 lipca 2017

Skąd się biorą mole książkowe, czyli moja historia czytelnicza



Spójrzcie na ten wyraz szaleństwa powyżej. Przypatrzcie się mu. To ciężki przypadek mola książkowego. Postanowiłam dzisiaj przeanalizować rozwój osobniczy organizmu czytelnika nałogowego. Zapnijcie pasy.

Zacznijmy od postawienia pytań badawczych. Jak to się w ogóle stało, że czytam? Skąd u mnie ten wewnętrzny przymus, by zawsze mieć pod ręką jakąś książkę do podczytywania? Jak kształtuje się czytelnika niemal wszystkożernego, czerpiącego dziką radość i satysfakcję z rzędów woluminów pyszniących się na półce?

Pomyślmy...


DOM RODZINNY                                                                                                               


W moim przypadku pierwszym i najważniejszym składnikiem formującym mola książkowego było otoczenie. Wychowałam się w domu pełnym książek; słyszałam powtarzane zdanie, że dom bez książek jest jak bez duszy, że książki to najlepsza ozdoba półek. Pamiętam, jak moja mama pożerała Joannę Chmielewską, rycząc na głos ze śmiechu, albo powtarzała sobie „Trzech muszkieterów”, „Lalkę” czy inną książkę ze swojej biblioteczki i oczywiście rozsiewała wszędzie po domu czytane właśnie lektury. Mnie czytała mi baśnie i legendy, podpowiadała, jakie tytuły czytać, kupowała mi idealnie dobrane książki i książeczki. Gdy podrosłam, sama dopytywałam się, co mama czytała w moim wieku, zakochałam się w „Dzieciach z Bullerbyn”, które czytałam z dziesięć razy, w wakacje co tydzień chodziłam z mamą do lokalnej biblioteki. Mama brała nowego „Xantha”, a ja coś z półki dla dzieci. Taki rytuał rodzinny.


SZKOŁA


Dobrze wspominam wizyty pani bibliotekarki w pierwszych klasach podstawówki. Bibliotekarka pojawiała się w klasie od czasu do czasu z naręczem książeczek dla dzieci i pozwalała nam przeglądać, wybierać, przebierać, a potem zapisywała, co wypożyczyliśmy. Świetnie działał też lekturnik, zeszycik, w którym zapisywaliśmy swoje lektury – najpierw z rysunkiem na temat książki, potem, gdy już podrośliśmy, krótką recenzją. Do tej pory pamiętam, jak dobrze bawiłam się, rysując Pawełka i Janeczkę z dynią na wędce, obrazując przeczytany „Nawiedzony dom” Chmielewskiej! W którymś momencie w gimnazjum mieliśmy nawet ranking czytelników wywieszony w gablotce koło drzwi biblioteki, a wypożyczający z największą częstotliwością dostawali nagrody. Miałam też kolegę z klasy w podstawówce, z którym założyliśmy się, kto ma więcej książek w domu. Niestety przegrałam, ale co za uciecha była przy liczeniu każdego grzbietu w domu!


BIBLIOTEKARKA


Ale tak naprawdę w szkole najbardziej związał mnie z książkami tajemny pakt z panią z biblioteki w podstawówce i gimnazjum. Ponieważ udzielałam się w gazetce szkolnej, a potem wręcz przejęłam redakcję, a do tego pisałam swoje opowiadania i wiersze, dużo czasu spędzałam z przekochaną bibliotekarką, której muszę naprawdę gorąco podziękować. Nie tylko wyszukiwała dla mnie konkursy literackie, pomagała zredagować teksty, ale nawet kiedyś bezinteresownie zaoferowała się pojechać do Poznania po odbiór wyróżnienia w konkursie im. Małgorzaty Musierowicz! Walczyła ze mną i resztą redakcji o gazetkę szkolną z dyrektorem szkoły, kiedy opublikowaliśmy zbyt szczery artykuł; doradzała lektury, gdy byłam ciekawa jakiegoś tematu. Generalnie jak nie miałam co robić, przychodziłam do biblioteki pogadać albo powałęsać się wśród regałów. Właśnie ta aura obcowania z zakazanym, tajemniczym i pasjonującym najbardziej rozpalała do czytania. Bo normalnie nie wolno było wchodzić do trzewi biblioteki, jedynie w ramach wyjątku można było na chwilę wejść pod czujnym nadzorem. Ja mogłam wchodzić między półki sama i przeskakiwać palcem od grzbietu do grzbietu, czując dreszcz przejęcia. Pamiętam, jak ten sposób znalazłam fabularyzowaną biografię królowej Bony, grubą cegłę, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, czytałam jak szalona!


TOLKIEN I SAPKOWSKI


W pełni wypłynęłam na szerokie wody literatury powszechnej dzięki „Władcy pierścieni”, którego czytałam swego czasu ze trzy razy w całości, nie licząc podczytywanych od czasu do czasu ulubionych fragmentów, a następnie dzięki „Rękopisowi znalezionemu w smoczej jaskini” Sapkowskiego. Ten pierwszy powalił mnie rozmachem, erudycją, historią, językami, mitami, kompletną historią świata. Wczytywałam się w „Silmarilliona”, analizowałam dodatki w wydaniu w tłumaczeniu Skibniewskiej. Książki o wiedźminie z kolei otworzyły mi oczy na obrazowe sceny walki, cierpki humor, cielesną bezpośredniość, rubaszność – przede wszystkim jednak na polską fantastykę. Czasem wykradałam się podczas okienek między lekcjami do biblioteki, żeby po kryjomu wypożyczyć i przeczytać jeszcze raz opowiadanie „Coś się kończy, coś się zaczyna”, według mnie prawowite zakończenie serii. Wreszcie „Rękopis...” dał mi kanon fantastyczny, którym mogłam podążać, by nie być laikiem i nie podawać tylko innym piwa. Skończyło się mocnym sparzeniem, ale to już inna historia. Grunt, że mimo to zaczęłam zaczytywać się w fantasy, kupowałam kolejne części nieszczęsnej „Achai”, czytałam Zelaznego, Le Guin, Rice, Komudę i Pilipiuka.


POLONISTKA


W liceum trafiłam pod skrzydła polonistki z powołaniem, dzięki której czytałam „Imię róży” Umberto Eco jako lekturę szkolną, dyskusje na polskim były naprawdę ciekawe, bo każda interpretacja była doceniana, przed maturą mogliśmy czytać dodatkowe, współczesne lektury, by je luźno omawiać (w ten sposób poznałam Olgę Tokarczuk!), a na koniec dostaliśmy jeszcze listę klasyków i powieści współczesnych, by kontynuować przygodę z literaturą. To przez moją panią od polskiego zapamiętałam sobie, że trzeba kiedyś przeczytać cały cykl Prousta, jeśli chce się naprawdę lansować. To ona też zabrała mnie z klasą do Krakowa i pokazała Collegium Novum, sugerując, że sami możemy tam kiedyś studiować. Cóż, spełniło się.


STUDIA


Na studiach nie tylko niesamowicie poszerzyłam swoje horyzonty, poznałam literaturę angielską i amerykańską i nauczyłam się dyscypliny, by regularnie czytać jedną grubą powieść po angielsku na tydzień, ale też broniłam programu studiów. Niektórzy przychodzą na filologię angielską, myśląc, że będą się po prostu dalej uczyć języka i narzekają na te wszystkie niepotrzebne przedmioty, na najbardziej na literaturę i obowiązek czytania. Ale jak poznać duszę czyjegoś narodu, nie znając jego mitów i formujących historii, jak wczuć się w różne odmiany i style języka bez liźnięcia kawałka literatury różnych prądów i różnych epok, jak rozumieć nawiązania, bez znajomości kanonu?


PRACA


Prosto po studiach trafiłam na staż, a potem na niecały etat na umowę-zlecenie w pewnym dużym wydawnictwie. Praca marzeń! Działałam w biurze prasowym, uczyłam się tajników promocji książki, wymyślałam i planowałam kampanie promocyjne różnych tytułów, pomagałam w przygotowywaniu materiałów do opublikowania w mediach społecznościowych, wymyślałam nagrody na konkursy i gadżety na wystawy księgarń. Miałam okazję szykować materiały do czytania dla Piotra Fronczewskiego, wybierałam dżingiel do reklamy, obdzwaniałam dziennikarzy. Jednocześnie przygotowywałam recenzje wewnętrzne literatury kobiecej dla innego wydawnictwa. Dostawałam powieści po angielsku i po przeczytaniu miałam ocenić, czy dobrze sobie poradzą na polskim rynku książki. Wszystko to wydawało się rajem na ziemi, ale szybko okazało się, że jednak trudno się przebić, by zdobyć stabilne zatrudnienie w wydawnictwie, ba, ciężko się zahaczyć na dłużej bez solidnego wyczucia polonistycznego i większego doświadczenia.


BLOGI


Właśnie pracując w biurze prasowym miałam szansę po raz pierwszy zetknąć się z blogosferą książkową. Przeglądałam dziesiątki blogów, wyglądając tych odpowiadających, że tak branżowo powiem, targetowi. I wtedy już zakiełkowało przekonanie, że mogłabym zrobić to lepiej. Pisałam o tym zresztą podczas wynurzeń na temat tego, skąd się w ogóle wzięły Rozkminy z okazji trzecich urodzin bloga (tutaj). Teraz czytam trochę inaczej. Dostaję egzemplarze recenzenckie, mam czas na przemyślenie lektur podczas pisania tekstów na bloga, pilnie notuję i prowadzę statystyki dotyczące przeczytanych książek (więcej o zapisywaniu postępów czytelniczych tutaj), próbuję co roku przeczytać te 52 książki, biorę udział w wyzwaniach. Teraz moje zainteresowania książkowe w dużej mierze formowane są przez polecenia innych, recenzje, zdjęcia na Instagramie, dyskusje na Facebooku i w komentarzach. Jestem czytelnikiem świadomym i wpływowym. Wow, to brzmi dumnie!



Całkiem ciekawa historia rozwoju mola książkowego, nieprawdaż?

Muszę jednak zaznaczyć:

sobota, 22 lipca 2017

Gdy byliśmy demiurgami. Magiczne lata






Kiedyś każdy był małym demiurgiem, stwarzając całe światy jedną myślą. Na wpół zmurszała drewniana ramka stawała się w małych dłoniach bramą do innej, fantastycznej rzeczywistości; zabawkowa oś i kółka zagubionego drewnianego wózka słuchawką telefonu, który ciągle dzwonił; pomarańczowe, prastare sitko nadawało setki telenowel, których wyciskające łzy dialogi produkowały dziecinne usta; wysokie aż do sufitu zasłony wyświetlały położenie statku kosmicznego, jakim stawało się łóżko. Gdy dwunastoletni bohaterowie Magicznych lat wybiegają ze szkoły prosto w dziką, nieokiełznaną wolność wakacji, z ramion wyrastają im olbrzymie, ptasie skrzydła, na których ulatują do chmur na podniebne, szaleńcze harce. Ich psy też trafiają do nieba, razem z chłopcami, na swoich własnych, psich skrzydłach. Nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę tę scenę.

Nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę tę książkę.

Widzicie, jestem zdania, że na początku każdy z nas ma czarodziejską moc. Rodzimy się pełni cyklonów, płonących lasów i komet. Rozumiemy śpiew ptaków, umiemy czytać z chmur i dostrzegamy nasze przeznaczenie w ziarnach piasku.

Powyższy passus czytamy już na pierwszych stronach tej soczystej, barwnej i pięknej powieści. Trudno mi się z nim nie zgodzić; jako mała dziewczynka obserwowałam świat przez lupę młodych oczu i tkałam wokół siebie niesamowite historie; wszystko wokół miało swoje snute w mojej głowie znaczenia, nawet wybrzuszenia na okładce książeczki do pierwszej komunii. Ogrody były kopalniami niesamowicie dokładnych narracji dziecięcych zabaw, nawet w bazie z konstrukcji opartej na kiju od szczotki, koca, biurka i krzesła dostawałam faksy od szefa mafii z kolejnymi zadaniami do wykonania. Któż nie tęskni do szczenięcych lat, gdy wszystko jest intensywne, jaskrawe, niesamowite i tajemnicze?


Właśnie do tych wspomnień wciągnęła mnie opowieść snuta przez Cory'ego Meckensona, wrażliwego, inteligentnego i odważnego chłopca z małego amerykańskiego miasteczka Zephyr w Alabamie. Dokładna, szczera i prosta narracja wzbogacona o bezbłędnie wprowadzone elementy idealnego realizmu magicznego zarysowuje najważniejsze wydarzenia z magicznych lat tuż przed wejściem w dorosłość – lata formacyjne przyszłego pisarza. Cory dorasta w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy mikrokosmos Zephyr można przemierzyć na wiernym rowerze, a wokół rozgrywają się wyczuwane bardziej sercem niż rozumem dramaty, konflikty i przemiany.

McCammon stworzył swoją pozornie prostą historię z wielu elementów: powieści obyczajowej, intrygi kryminalnej, dreszczu thrillera, beztroski literatury dziecięcej, wybujałej fantastyki, problemów społecznych i rodzinnych. Przede wszystkim jednak jest to bildungsroman i künstlerroman, jeśli mogę poszafować niemczyzną; świat widziany oczami Cory'ego to piękne, ale i niezrozumiałe miejsce, gdzie realne problemy stają się baśniowymi czy wręcz mitycznymi opowieściami, ale z czasem dotykają bohatera tak bezpośrednio, że musi im stawić czoło. Główną nicią przewodnią powieści jest brutalne morderstwo nieznanego człowieka, którego przypadkowymi świadkami jest Cory i jego ojciec. I tak jak w prawdziwym życiu, pomimo pierwszego szoku, sprawy codzienne przykrywają niemrawe śledztwo. Choć motyw utraty niewinności – nawet nie tyle przez Cory'ego, ale nawet bardziej przez jego wcześniej pogodnego i ufnego tatę – oraz poszukiwań właściciela zielonego piórka, które wypadło widzianego na skraju lasu mordercy, przewijają się przez całą książkę aż do satysfakcjonującego, lekko Kingowskiego rozwiązania tajemnicy.

Magiczne lata to przekrój skrawka rzeczywistości, prawdziwy i realny. W tle pojawiają się problemy rasowe, segregacja społeczności, ataki Ku-Klux-Klanu, hazard, korupcja władzy i lepkie palce mafii; przemiany społeczne, takie jak zanikanie małych, lokalnych przedsiębiorstw i pojawienie się supermarketów, a co za tym idzie, obezwładniające bezrobocie; problemy rodzinne, takie jak trudny do zrozumienia alkoholizm ojca kolegi; problemy psychologiczne, jak depresja bliskiej osoby czy szaleństwo wywołane zbyt silnymi naciskami rodzinnymi; Cory styka się nawet z klęską żywiołową i akcją ratunkową podczas powodzi. Najważniejszym i najstraszniejszym jednak elementem dorosłego życia, z jakim mierzy się Cory, to śmierć. Śmierć odrealniona, obca, śmierć znajoma, cicha, pogodna, śmierć najbliższych.


Jednym z największych atutów tej książki do mechanizmy obronne w postaci magii, którą wprowadza Cory do narracji. Podczas powodzi zamiast walczyć z wodą, chłopak zmaga się z potworem z rzeki; reakcją na widok brutalnego obejścia ze zwierzęciem jest pojawienie się mszczącego za swoje krzywdy dinozaura; przyznanie się szeryfa do słabości i w następstwie walka kilku mieszkańców z lokalną mafią przedstawiona zostaje niczym strzelanina w klasycznym filmie kowbojskim. Najbardziej poruszające są jednak narracje, które tworzy Cory wokół utraty tych, których kocha. Nie może się pogodzić ze śmiercią, buntuje się. W jednym przypadku zmarły wraca do życia jako zrezygnowany, cichy upiór, co pomaga uświadomić sobie, że trzeba kiedyś się pogodzić. W innym Cory ucieka z domu, a jego wyprawa przemienia się w przejmującą, okrutną podróż do samego jądra ciemności człowieczeństwa.

Trudno zgłębić wszystkie warstwy tej wartościowej, świetnej powieści w jednym krótkim tekście. Trzeba jednak przyznać, że podobnie jak z książką jednego z bohaterów, chadzającego nago Vernona Thaxtera, byłaby to pozycja wybitna, gdyby nie parę fałszywych nut na koniec, nut związanych z rozwiązaniem zagadki kryminalnej. Najlepsze fragmenty to te związane z Corym, mieszkańcami miasteczka, obserwowanymi oczami dziecka problemami świata dorosłych. Nagłe pojawienie się zbrodniarzy z zupełnie innego świata niż amerykańskie Zephyr, choć konsekwentnie przeprowadzone i zgrabnie zapowiadane w narracji, trochę zgrzyta. Ale tylko trochę. Reszta jest absolutnie fantastyczna.

Magiczna.


A trafiłam na nią tylko i wyłącznie dzięki tej recenzji Zacofanego w lekturze.
Pisali też o niej na: Paulina z Miasta książek, Secrus z Tramwaju numer 4, Olga z Wielkiego Buka, Karolina z Tanayah czyta.


Polecam, póki jeszcze trwa lato. Teraz smakuje najlepiej.



Magiczne lata

Robert McCammon

Papierowy Księżyc, 2012
tłum. Maria Grabska-Ryńska
649 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★


czwartek, 13 lipca 2017

Bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Opowieść podręcznej


W czasach, gdy antyutopie stały się tak wyświechtaną i nużącą formą jak romanse paranormalne, Hulu wybrało idealny moment na przypomnienie, jak wybitnym dziełem i potężnym wytrychem dla umysłu może być dystopia pisana ręką naprawdę dobrego pisarza.

Opowieść podręcznej ukazała się w 1985 roku, osobiście poznałam ją na studiach. Nie wiem, jak Wy, ale ja czytając mroczne, sugestywne historie takie jak Rok 1984, Folwark zwierzęcy czy Nowy, wspaniały świat, mam wrażenie obsesyjnego zapadania w ciemną, przerażającą studnię. Spadam w nią z każdym kolejnym akapitem, każdą stroną pchającą do tragicznego końca. Przy ...podręcznej nie wiedziałam, czego się spodziewać. I tak trafiłam pod duszny habit i białe skrzydła nakrycia głowy Offred, której już sam przydomek wywołuje ucisk w gardle, na poły z przykrości, na poły z obrzydzenia.

Offred odebrano wszystko. Pieniądze, pracę, przyjaciół, rodzinę, godność. A na koniec odebrano jej nawet prawo do własnego imienia. Podręczne dostają przydomki od imienia mężczyzny, do którego należą i który w usankcjonowany przez system rytualny sposób gwałcą je aż do skutku. Aż pojawi się dziecko. Offred, dosłownie of Fred, po polsku Freda, należy obecnie właśnie do Freda, Komendanta Republiki Gileadzkiej. Jednocześnie w nieprzetłumaczalnej grze wyrazów słowo offered oznacza ofiarowaną.

I would like to believe this is a story I’m telling. I need to believe it. I must believe it. Those who can believe that such stories are only stories have a better chance. If it’s a story I’m telling, then I have control over the ending. Then there will be an ending, to the story, and real life will come after it. I can pick up where I left off.

Za pomocą jednego szybkiego przewrotu ekstremiści religijni, zasłaniający się dobrem kobiet i walką o przyszłość coraz powszechniej bezpłodnej ludzkości, przejmują władzę w Stanach. W książce bardzo widać, że to lata osiemdziesiąte, są odniesienia do epidemii AIDS jako kary boskiej, środków antykoncepcyjnych jako narzędzia diabła, nawet delikatne aluzje do ciemnej strony feminizmu. W końcu matka głównej bohaterki to aktywistka o prawa kobiet, chodzi na demonstracje, pali pornomagazyny. Tej samej retoryki używają rządzący Republiką, by ubezwłasnowolnić żeńską część populacji swoich obywateli.

Warstwa językowa odgrywa olbrzymią rolę w nowym społeczeństwie. Sprawujący władzę mężczyźni nazywani są rangami wojskowymi, służby bezpieczeństwa to Oczy – jak oko Boga i oko Wielkiego Brata, kobiety zaś dostają nazwy domowe: Żony są na pokaz, Podręczne do rozpłodu, Marty do sprzątania i gotowania, dziewczyny w Jezebel's do rozrywki, Ekonożony to kobiety od wszystkiego dla mniej zamożnych, ale wciąż godnych mężczyzn. Dzięki biblijnym cytatom udało się upełnoprawnić zbiorowy gwałt i wielożeństwo: Żona trzyma leżącą jej na łonie Podręczną za ręce, podczas gdy pan domu szybkimi pchnięciami stara się o wspólne dziecko, tak jak Rachela, nie mogąc dać Jakubowi dzieci, oddała mu niewolnicę Bilhę, by ta poczęła za nią. Kobiety zbuntowane zostają Niekobietami, dzieci niepełnosprawne to Niedzieci. Rytuały nowego państwa dostały dobrze pomyślane nazwy: Particicution to moja ulubiona.

W powieści ważny jest kolor czerwony, kolor habitu Podręcznej. To kolor krwi menstruacyjnej i porodowej, kolor życia, ale i ostrzeżenie, dobrze go widać z daleka. Co więcej, to też kolor zakazu, stygmatyzacji, jak szkarłatna litera noszona przez Hester Prynne w klasyku Nathaniela Hawthorne'a. To nawiązanie jest też niezwykle ważne, gdy przyjrzymy się miejscu akcji. Offred w pewnym momencie komentuje stary, purytański kościół, a w mieście, w którym mieszka, można doszukać się amerykańskiej kolebki Purytan z Nowej Anglii. Gilead zatem oficjalnie odwołuje się do spuścizny najsurowszego społeczeństwa religijnego w jednej z pierwszych amerykańskich kolonii.

Najgorszą niesprawiedliwością tego patriarchatu jest nie tylko to, że kobiety zostały sprowadzone do roli narzędzi, ale też to, że to na nie spada cała odpowiedzialność za płodność. Mężczyzna nie może być bezpłodny, to tylko kobieta nie jest płodna. I to ona poniesie konsekwencje. Szczerze? W momencie, gdy cały system zbudowany jest na kulcie płodności i każde narodziny to cud, nie rozumiem tak wielkiego marnotrawstwa, jak przypisanie tych niewątpliwie płodnych Podręcznych w czerwonych habitach do pojedynczych, starszych mężczyzn. To przecież absurd. Absurd, w którym chodzi tylko i wyłącznie o kontrolę.

Podręczne różnie sobie radzą z nową pozycją. Najpierw indoktrynowane i torturowane w Czerwonych Centrach, później przydzielane rodzinom zamożnych dostojników państwowych. Offred nie ma w pokoju żyrandola, by nie skończyła jak ta poprzednia. Sama bohaterka najpierw karmi się kilkoma słowami pociechy zakodowanymi w szkolnej łacinie i wyrytymi w mało widocznym miejscu, pismem i wiedzą, która daje jej władzę. Później jednak, zgodnie ze słowami własnej matki, pomimo uciśnienia znajduje pewną kompensację w swojej sytuacji, małą namiastkę poprzednich swobód. To jest zaczyna wystarczać. I to jest też najbardziej przerażające.

Ordinary, said Aunt Lydia, is what you are used to. This may not seem ordinary to you now, but after a time it will. It will become ordinary.

Świeży serial z niesamowitą Elizabeth Moss w roli głównej, choć można było to mocno spartaczyć, zgrabnie uwspółcześnia tę historię, przenosząc trącącą myszką prozę Atwood w świat smartfonów, bankomatów i Internetu. Adaptacja poszerza zamkniętą całość fragmentarycznej, miejscami onirycznej powieści, w szerszy kontekst polityczny, podkręca i przestawia elementy opowiadanej w pierwszej osobie historii w taki sposób, by nadać jej jeszcze więcej mocy. To, co robi wrażenie w suchych, spartańskich i gorzkich zdaniach Atwood, przeniesiono do medium wizualnego naprawdę świetnie: klaustrofobiczne zbliżenia na porażająco spokojną i jednocześnie buzującą skrywaną nienawiścią twarz Moss, ironiczne zwroty do widza pełne siarczystych, ale dobrze wymierzonych przekleństw, zakończenie pierwszego odcinka współegzekucją skazanego (gdy cała wściekłość zdominowanych podręcznych przenosi się na siłę kopniaków i razów wymierzanych obcemu mężczyźnie, który być może kłamliwie został przedstawiony jako gwałciciel) – od początku do końca jestem pod olbrzymim wrażeniem, jak dobrze ten serial poradził sobie z powieścią, która już raz została spartaczona na ekranie (pomimo scenariusza Harolda Pintera).

Można by jeszcze długo pisać o Opowieści podręcznej, o bohaterach drugoplanowych, rozdartej, pękniętej Serenie Joy, o Moirze, o mężu i córeczce Offred, o Nicku, o ciotce Lydii. Długo można analizować gęstą tkankę powieści, wewnętrzną logikę, implikacje, oddziaływanie, naturę opowiadania jako formy władzy nad rzeczywistością. Można dyskutować nad odniesieniami do współczesnej sytuacji, ciarkami na plecach podczas czytania. Ale najlepiej samemu przeczytać. Obejrzeć serial.

I przemyśleć, póki jeszcze mamy do tego prawo.


The Handmaid's Tale

Margaret Atwood

Anchor Books, 1998
311 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★





wtorek, 4 lipca 2017

O takiej jednej, która roztacza wokół barwy i słowa. Nie ma świata


Zbieram się i zbieram, ale nie mogę podejść do tego wpisu inaczej niż osobiście.

Trudno mi inaczej przedstawić Idę Dawidowicz, niż powiedzieć na wstępie, że jest pięknym, kolorowym ptakiem. Że jest kroplą cudownej egzotyki i koloru. Ze trudno trafić na tak pasjonującą, kochaną osobę, o której tyle można opowiadać. Z którą wiąże mnie tyle szalonych sytuacji. Z którą wspomina się tylko podniesionymi głosami, ze śmiechem, z nostalgią. Która tworzy swoje życie jak estetyczną, czasem skrajną poezję. która kocha ubarwiać, która nosi wszystkie kolory tęczy.

Chodziłyśmy do jednej klasy w liceum, w szkole czerniącej się od koszulek metali, siedząc w salach razem z mieszaniną artystycznych, pełnych pomysłów i marzeń ludzi. Każdy chciał być kimś wyjątkowym, coś tworzyć, czymś się wyróżniać. Ida tworzyła kolarze, pisała wiersze, nosiła się na hippisa, przynosiła do szkoły ogromne, kolorowe, pluszowe węże i sprawiała, że pół klasy uganiało się z nimi z rykiem i śmiechem po korytarzach, udając, że to wielki smok na chińskiej paradzie.



Nasze ścieżki krzyżują się w wyobraźni podczas wspólnych sesji, gramy razem w tradycyjne, turlane i opowiadane rpgi. Ona jest ponad dwumetrową elfką, która przyrzekła nie nosić ubrań. Zamiast tego przyodziewa się w bluszcz, otacza zwierzętami, kieruje się dziką furią, czasem przypadkową fanaberią, zawsze z pasją, całkowicie. Logika odchodzi na bok, w ruch idą pazury.

Pewnego razu pod wpływem chwili wynajęłyśmy razem mieszkanie, ja, Ida i jeszcze jedna niespokojna, cudowna dusza - wielkie, rozpasane, klimatyczne mieszkanie w krakowskiej kamienicy na Kazimierzu. Skończyło się mozaiką, komuną, miejscem, o którym można snuć straszne i śmieszne opowieści grubo po północy. Jej ćwiartka pokoju była miniaturową wystawą figurek żółwi, szalonych kolczyków, pięknych szali, kwitnących storczyków, stert książek. Wykwit specyficznej cudowności.



Nie ma świata to nie jest jej debiut, w liceum wydała maluteńki tomik z mnóstwem dedykacji W oczach jednorożca. Porównując okładki, widać olbrzymią drogę od hippisowsko-barokowej stylistyki w stronę absolutnego minimalizmu i zen. Ida zmieniła się, niewątpliwie, po swojemu dojrzała, przetworzyła, przeszła z wieloma sprawami do porządku dziennego.

W ciągu jakiegoś pół roku dzięki szybkiej, szczęśliwej propozycji powstał niezwykle przemyślany, ustrukturyzowany tomik według mnie bardzo dobrej poezji. Takiej, którą czyta się z przyjemnością, która porusza zmysły, od której człowiek się uśmiecha, którą czuje się trochę przez osmozę; za każdym wierszem stoją jednak nawiązania, teorie, świadome wizje.



Wiem, bo gdy Ida dostała propozycję wydrukowania wierszy, zadzwoniła po mnie. Usiadłyśmy z laptopem; czytałam, rozgryzałam, dopytywałam, tłumaczyłam, jak rozumiem każdy z wierszy, jak mi według mnie osoba z zewnątrz może rozumieć dany fragment. Podpowiadałam, a Ida układała, dopracowywała. Potem robiłam zdjęcia zwierzakom Idy, powstała sesja zdjęciowa Herbatka z gadami. Zdjęcia wylądowały później w tomiku w postaci przerywników między poszczególnymi częściami. Dwie soczyście kolorowe agamy i żółw pozowały do zdjęć przy porcelanie, filiżankach, imbrykach. Niestety wąż wtedy gdzieś chwilowo się zapodział, choć oryginalnie to on miał być znakiem Enso na okładce.

Studiowała religioznawstwo, przeczytała setki książek. Szkoda, że nie mogliście jej posłuchać, jak wprowadza słuchaczy w swoje wyobrażenie na temat Enso, jak zapowiada kolejne wiersze podczas swojego wieczorku poetyckiego w Cafe Szafe w Krakowie. W białej, długiej do kostek sukni wyglądała jak grecka bogini, pełna, szczęśliwa, na prostej.


Nie czuję się odpowiednią osobą do komentowania jej poezji. Czuję się zbyt blisko, zbyt osobiście. Najbardziej lubię, gdy od prostych, codziennych rzeczy szybkim ruchem słowa przechodzi do metafizyki, głębi, piękna. Gdy pisze o prostych, ale skomplikowanych uczuciach dobitnymi pociągnięciami metafory. Gdy po przeczytaniu jednego wiersza nagle czuję radosny niepokój, drażniące pobudzenie, bo znam to uczucie, nagle czuję się przeniesiona w ten stan ducha, bo tak pięknie to brzmi w tych ulotnych słowach. Jak Niewymazywalne, Przecież śnimy te same sny..., Wiem doskonale, czego bym chciała..., Chciałabym umieć ukryć w Tobie...

Nie ma świata zaczyna się od beztroski, pasji, miłości, następnie przechodzi w rozpacz, rozstanie, zaprzeczenie, wreszcie dochodzi do nihilizmu, zwątpienia, odrzucenia, przechodzącego w pogodzenie, odpuszczenie, twórcze przetworzenie przeszłości w wewnętrzną, spokojną harmonię, cichą akceptację ludzkiego losu, niedoskonałości, cyklów porywów i rozstań, od wiosny do zimy. Niespostrzeżenie przechodzimy na koniec kręgu, do chropowato zakończonej linii, gdzie wszystkie decyzje są słuszne, a nie istnieje tylko to, co się nie śni. I wszystko zacznie się na nowo mocnym przyciśnięciem pędzla, pełnym zachwytu szybszym biciem serca.



Chciałabym, żeby więcej ludzi poznało te wiersze. Wiem, że mało kto teraz czyta poezję. Sama ciągle sięgam po prozę. Ale mam silne przekonanie, że te wiersze są dobre.

Tomik można było kupić podczas wieczorku za cenę śmiesznie niską. Wiem, że jeszcze dużo zostało. I mogę dogadać szczegóły pomiędzy autorką a chętnymi czytelnikami:)


Nie ma świata

Ida Dawidowicz

Agencja JP, 2017
31 stron
Odczucia: ★★wyjątkowe★★/★★★★★

niedziela, 2 lipca 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: czerwiec 2017


Jeśli zaglądacie na Facebooka albo Instagrama Rozkmin i widzieliście mój wpis sprzed kilku dni ze zdjęciem zblazowanej, wymęczonej Hadyny, to wiecie, co u mnie słychać. Generalnie zaniedbałam bloga potwornie, dawno nic nie pisałam, przeczytałam tylko trzy książki, nawet mało co oglądałam. A to z powodu wysokiego natężenia trudnych spraw („Trudne spraaawy”) osobistych: po prawie trzech latach czekania trafiłam do szpitala na zabieg na nos i przez dłuższy czas miałam ochotę tylko leżeć i znosić istnienie. Do tego doszły kontrole, ciągłe sensacje zatokowe, płomienna nienawiść do laryngologów, a i na uczelni musiałam zacząć zbierać podpisy, tworzyć tonę papierów i wygłosić pewną długo przygotowywaną prezentację na temat mojego projektu rozprawy doktorskiej; o kończeniu semestru z niemieckim już nie wspomnę. W efekcie ciągle musiałam odrabiać nieobecności w pracy, a po powrocie do domu ledwie dychałam. Marzę u urlopie, ale na to jeszcze zaczekam.

Ilościowo w lekturach szału nie było, ale za to jakościowo - palce lizać! Nad Magicznymi latami Roberta McCammona muszę się niedługo pozachwycać w stosownym wpisie, podobnie piać będę z zachwytu nad czytaną po raz drugi Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Zdecydowanie gorzej przełknęłam Pan Darcy nie żyje Magdaleny Knedler, lekkie czytadło o polskich Anglikach, pisany dziarskim językiem zabawny kryminał ze zbyt stereotypowym rozwiązaniem nagromadzonych tajemnic. Nie wiem jak do tego wliczać tomik poezji mojej przyjaciółki Idy Dawidowicz Świata nie będzie, do którego robiłam zdjęcia z gadami i filiżankami. Wiersze czytałam już na etapie przeglądania wierszy i doradzania kolejności w rozdziałach parę miesięcy temu... Na Instagramie już chwaliłam się wieczorkiem autorskim Idy, na którym byłam i następny wpis będzie właśnie o niej. Może i nie czytam dużo poezji i uważam się za autorytet, ale ludzie powinni ją czytać. Jej wiersze są piękne.


A popkulturalnie?


Wonder Woman (2017)


Przeżyciem miesiąca niekwestionowanie można ogłosić świetną Cud-Babę ze śliczną jak z obrazka Gal Gadot. Może i czarne charaktery nie były wystarczająco wyraziste i przekonujące, może nie oddano pierwszej wojny światowej z historyczną dokładnością czy nawet średnią wnikliwością, może i patchworkowa kompania wydaje się dość dziwna, ale film oglądało się fantastycznie. Lekki, zabawny, uroczy, przekonujący. Kupuję tę jeszcze naiwną, niedoświadczoną Dianę z całym dobrodziejstwem inwentarza i pięknym uśmiechem. Chciałabym się przeprowadzić na Wyspę Amazonek, przyklaskuję niezręcznemu, ale pełnemu chemii związkowi ze Stevem Trevorem, zachwycam się Chrisem Pinem po raz kolejny, przy głównym motywie muzycznym mam ochotę zerwać się z fotela i dopingować. Dobra robota!



Batman - Początek (2005)


W ramach mojego prywatnego wyzwania Batmana, podczas którego poznaję wszystkie kultowe, najlepsze odsłony mrocznego rycerza Gotham w filmach i jednym serialu animowanym, powtórzyłam sobie dwa pierwsze adaptacje Christophera Nolana. Pierwszy film z serii był swego rodzaju fenomenem, którym jarali się wszyscy. Oglądałam go przed wyjściem kolejnej części wiele lat temu, nawet oceniłam go na 8/10 na Filmwebie, ale przy powtórce stwierdziłam, że absolutnie nic nie zapamiętałam! Teraz stwierdzam, że nieźle się ogląda, zamysł jest dobry, ale zdecydowanie każdy z tych filmów wyszedł za długi i przez to męczący. Widać sztywność szyi stroju, Christian Bale wciąż najbardziej kojarzy mi się z Equilibrium, uwielbiam Alfreda (a kto nie?), Cillian Murphy jako Scarecrow wypadł uroczo. Ale żeby aż takie zachwyty? Może ostrożnie.




 Mroczny rycerz (2008)


Wciąż jeszcze oglądam animowanego Batmana (a ogląda się go tak dobrze!) i ku mojemu własnemu zdziwieniu po powtórnym obejrzeniu Mrocznego rycerza i porównaniu z Burtonowskimi Batmanami stwierdzam jednak, że wolę Jokera wesołkowatego. Ujmującego szaleńca z głosem Marka Hamilla, albo faktycznie Jacka Nicholsona. Nie ujmuję niczego Heathowi Ledgerowi, wykonał fantastyczną robotę, ale jednak... teraz te jego tiki nerwowe, kląskanie i mlaskanie nie zachwycają mnie tak bardzo. A jeśli chodzi o cały film... Cóż. Za dużo. Za dużo chcieli pokazać, za bardzo wpychali wątek Harveya Denta, zbyt uporczywie powtarzali mantrę o białym rycerzu. Jak Joker w ciągu jednej wizyty przekonał Denta do zmiany? A końcowy monolog Gordona jest trochę nielogiczny i mało składny. Generalnie: wymęczyłam się.


Peep Show (2003–2015)


Zainspirowana pewnym Serialconowym wystąpieniem, zaczęłam też oglądać Peep Show, brytyjski sitcom o dwóch nieudacznikach, którzy bardzo chcą kogoś przelecieć. Kogokolwiek. Mieszkają razem w ciasnym, nieciekawym mieszkanku, jeden żeruje na drugim, ciągle pakują się w absolutnie chore sytuacje, przez co mam ochotę schować się pod kanapę ze wstydu. Typowo brytyjski, mocno bezpruderyjny serial z ciekawym rozwiązaniem wewnętrznego monologu często zagłuszającego oryginalny dialog, eksperymentalną pracą kamery (celującą w specyficzny widok z punktu widzenia bohatera) i taką ilością cringe'u, że musiałam zrobić sobie chwilę przerwy. Niemniej polecam dla brytofili, którym niestraszne naprawdę dziwne klimaty.



Oprócz tego wróciło Orphan Black, ciągle wychodzi Twin Peaks (do którego momentami tak bardzo nie mam cierpliwości!), a animowany Batman niezmiennie zachwyca. A co u Was?

niedziela, 18 czerwca 2017

Where are my dragons?! Historia naturalna smoków


Smoki to naprawdę mocna karta przetargowa. Słyszę smoki, myślę: TAK. Smoki sprawiają, że wszystko jest bardziej fascynujące. Oczywiście i taki temat można zepsuć (mimo dobrego początku, tak, piję do Christophera Paoliniego), ale literatura fantasy roi się od świetnych przedstawień smoków: J.R.R. Martin, Ursula Le Guin, Michael Ende, J.K Rowling, Ewa Białołęcka, Andrzej Sapkowski – można by wymieniać i wymieniać tych autorów, którzy mieli swój pomysł na te budzące podziw i respekt mityczne stworzenia. Czy książka o tak zachwycającej okładce, jak pierwszy tom z cyklu Pamiętników Lady Trent Marie Brennan, może zawieźć w tym względzie?

Jednym z największych minusów tej książki, marketingowo zapewne zaliczanych na plus, są olbrzymie oczekiwania, jakie wzbudza w czytelniku. Sięgając po tę kremową, pysznie cudowną w dotyku okładkę z pięknie naszkicowanym w najdrobniejszych detalach smokiem ze sznytem jak ze ze starego woluminu, ma się nadzieję na prawdziwą Historię naturalną smoków. Z dużą ilością dokładnych opisów różnych rodzajów smoków, jakąś taksonomią, czymś na wielką, smoczą skalę. Autorka ukończyła antropologię, co nieco zna się na pracy naukowej; wyszczególniona na okładce główna bohaterka, Lady Trent, przedstawiona jest jako szacowny naukowiec z wieloma wybitnymi osiągnięciami.

Tymczasem w miarę czytania okazuje się, że zamysł był zupełnie inny. To nie opisany dokładnie fantastyczny projekt badawczy, a wiktoriański memuar starszej, dumnej kobiety, która opisuje swoje życie z perspektywy czasu. Swego rodzaju bildungsroman, opowiadający o ścieżce Lady Trent od małej pasjonatki natury, spragnionej wiedzy i ciekawej świata dziewczynki, która wtłaczana była pod wpływem oczekiwań społecznych w sztywny gorset dziewiętnastowiecznej damy, ale której mimo to udało się przetrzeć drogę do nauki. W jaki sposób? Przez małżeństwo. I tu wkraczamy w rejon typowej historycznej powieści obyczajowej; smoki są zdecydowanie na uboczu. Przez pierwszą połowę książki w centrum jest głównie ambicja, ciekawość i oczytane młodej Izabelli, która ustawiła sobie na celowniku zdobycie uczucia Jacoba Camhersta, dobrą partię według matki, zainteresowanego historią naturalną posiadacza pokaźnej biblioteki według ojca.

Nie powiem, czyta się to przyjemnie, ale uwiera fakt, że smoki są niczym prawdziwe drapieżniki na sawannie dla kolonialnego zapaleńca z Anglii. Dopiero z czasem, po perypetiach ściśle rodzinnych i domowych, Izabelli udaje się wmanewrować wraz z mężem na niesłychaną wyprawę do Wystrany, podległego, mało cywilizowanego państewka przypominającego trochę okolice Karpat. Tam, podczas pełnej niewygód, długiej wyprawy, studiować będzie (na odległość i ostrożnie) te niebezpieczne bestie.



Urzekają rzecz jasna piękne rysunki, udające prawdziwe dzieła młodej Izabelli z dalekiej wyprawy; miłym dodatkiem są streszczenia rozdziałów niczym z autentycznej powieści starej daty. Samo pióro Brennan jest tylko lekko stylizowane, choć wyraźnie czuć atmosferę kolonialnej Anglii jeszcze sprzed rozpowszechnienia elektryczności czy rozwoju kolei. Podróż do Wystrany minimalnie nawiązuje do klimatu Draculi, gdy Johnathan Harker wybrał się do Transylwanii. Podoba mi się drobiazgowość: Isabella wybrała sobie umiejętność typową dla młodej damy z wyższych sfer, czyli szkicowanie, z czystą premedytacją, by później móc wykorzystać ją do pracy naukowej, w podróży wspomniana jest logistyka z kuframi i transportem mebli (!), a także szykowanie specjalnych sukien, które można założyć samodzielnie, problemy językowe ze służącą Dagmirą, nawet lekko zarysowana w tle sytuacja polityczna i intryga rozwiązująca zagadkę napadających na ludzi smoków.

Również całkiem niezła, choć mimo wszystko bardzo mało subtelna i trochę nieudana, jest próba przedstawienia problemu nierówności płci. No bo jak to, dziewczynka interesuje się wnętrznościami zwierząt i podkrada książki z biblioteki ojca? Nie do pomyślenia! Autorka zgrabnie opisała, jak dziewczynka najpierw buntuje się, a potem akceptuje rzeczywistość, by następnie bardzo przemyślnie tak pokierować swoim zależnym od mężczyzn losem, by wreszcie osiągnąć swój cel i spełnić marzenia o badaniu smoków. Jak słusznie zauważono w innej recenzji, problemem jest tutaj to, że bohaterka przedstawiona została jako wyjątkowa, obdarzona wybitnymi zdolnościami kobieta, która najlepiej dogaduje się z mężczyznami. Wszystkie inne drugoplanowe panie są przedstawione raczej płasko i negatywnie (oprócz jednej koleżanki, która po przedstawieniu Izabelli odpowiedniej osobie, znika jak marzenie i więcej się nie pojawia).

Nie da się też nie zauważyć, że generalnie wszyscy bohaterowie są mniej lub bardziej stereotypowi. Szmuglerzy to paskudne bandziory, Wystrańczycy to nieokrzesani i nieucywilizowani poganie, inne kobiety są nudne i trzpiotowate, a lord Hilford to typowy dobroduszny, wygodnicki zapaleniec. Mimo ciekawych napomknień na temat rozwiniętych później teorii, Lady Trent nie wydaje się też aż tak świetnym naukowcem, jak autorka chciałaby, żebyśmy uważali. Jest ambitna, oczytana i wytrwała, ale głównie bezmyślnie i arogancko pakuje się w tarapaty i w większości to dzięki niebywałemu szczęściu udaje jej się zobaczyć tak upragnionego smoka czy dokonać jakiegoś odkrycia. To prawda, jest jeszcze młoda i na początku swojej kariery, ale trąci mi to marysuizmem.

Samym smokom u Brennan nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Pomysł na przedstawienie ich jako typowo dzikich stworzeń, które badają wiktoriańscy naukowcy o bardzo ograniczonej wiedzy i możliwościach, jest naprawdę oryginalny i fascynujący. Małe, kolorowe iskrzyki traktowane jak szkodniki ogrodowe są absolutnie przeurocze. To fabularnie ta książka zawodzi. Historia wydaje się nierówna, za bardzo skupia się na sprawach rodzinnych tam, gdzie chcielibyśmy czytać o czymś zupełnie innym, kiedy indziej zbyt szybko przechodzi od jednego zdarzenia do drugiego. Oprócz Izabelli i jej męża Jacoba reszta postaci to oklepane klisze. Kwestia kobieca została potraktowana po macoszemu pomimo walczącej o swoje marzenia protagonistki-emancypantki. Warstwa językowa bywa raczej nijaka, zakończenie nie porywa (trudno też się przywiązywać do męża bez tytułu, podczas gdy pisząca z perspektywy czasu bohaterka to lady...). Zabrakło oryginalności, ikry, jakby autorka za bardzo wczuła się w klimat mało ciekawego zakurzonego woluminu. Czy cztery kolejne tomy i dodatkowe opowiadanie są lepsze? Tego już nie wiem, ale nie mam wielkich oczekiwań.

Polecam fanom smoków, ale ostrzegam: nie będzie fajerwerków.


Historia naturalna smoków

Marie Brennan

Zysk i S-ka, 2017
358 stron
przekład: Dorota Żywno
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


czwartek, 15 czerwca 2017

Downton Abbey w dzielnicy tortów kremowych. Belgravia Fellowesa


Belgravia to Downton Abbey wtłoczone do aplikacji godnej „Household Worlds”, Dickensowskiego periodyku, w którym ukazywały się dziewiętnastowieczne powieści w odcinkach. Podzielona na równe odcinki, z mocnym akcentem albo cliffhangerem na końcu, niczym typowa wiktoriańska proza.W kwietniu ubiegłego roku pojawił się pierwszy, darmowy rozdział do pobrania. Teraz na stosownej stronie można kupić audiobooka, książkę i pojedyncze odcinki. To wszystko wyjaśnia: dlaczego wchodząc na Goodreads, przy Belgravii widać oznaczenie #1-11. Każdy z rozdziałów można znaleźć w postaci osobnego wydania

Belgravia to również post-Downtonowski projekt Fellowesa, uwielbianego autora scenariusza do bodaj najbardziej uwielbianego obecnie serialu kostiumowego. Na fali popularności produkcji powróciła moda na angielską arystokrację, służbę w liberii i posiadłości ziemskie; po tym, jak Downton Abbey się skończyło i nie pojawił się nowy serial sygnowany nazwiskiem sześćdziesięcioletniego barona, jak grzyby po deszczu powyrastały nowe projekty, książki, seriale. Jednym z takich projektów jest właśnie zdygitalizowana Belgravia, podpisana nie tylko nazwiskiem Fellowesa, ale również konsultantki historycznej i redaktorki merytorycznej; w wydaniu angielskim te dwie panie dostały nawet krótkie biografie obok notki o autorze, przez co podejrzewa się, że baron sam wszystkiego nie napisał od początku do końca. Skok na kasę czy autentyczny, świetny następca Downton Abbey?

Belgravia to również luksusowa i wytworna dzielnica Londynu, adres pożądany i ociekający pieniądzem. Zachwycające bielą, eleganckie kamieniczki, kolumnady i czarne balustrady wyglądają sterylnie, zachwycająco. Trochę jak torty kremowe. Zbudował je w XIX. wieku Książę Westminster, Thomas Cubbitt, rozumiejąc, że arystokracja gotowa jest zapłacić niezłą sumkę za wytworny dom w samym centrum Londynu, kilka kroków od pałacu młodej królowej, idealnie na sezon. To właśnie tutaj toczy się główna akcja powieści.


James Trenchard zawsze miał żyłkę do interesów, dzięki czemu ćwierć wieku lat wcześniej osobiście pomagał lordowi Wellingtonowi w Brukseli w dostawach dla armii brytyjskiej; teraz współpracuje z Cubbittem, budując domy dla arystokratów i sam mieszka w pobliżu, na Eaton Square. Powiodło mu się w życiu dzięki olbrzymiej ambicji. Ze zwykłego zaopatrzeniowca stał się niemal równy dobrze urodzonej śmietance towarzyskiej, ba, często wręcz bogatszy od niektórych starych rodów, szlachty tkwiącej po uszy w długach. Choć jemu trudno to zrozumieć, jego żona doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że nigdy nie będą na równej stopie chociażby z takimi Bellasisami, mieszkającymi ledwie pięć minut drogi od nich, na Belgrave Square. Pomimo faktu, że ich córka dwadzieścia pięć lat wcześniej flirtowała z młodym Bellasisem na słynnym balu księżnej Richmond w przeddzień bitwy pod Waterloo, rodzina nuworyszy takich jak Trenchardowie nie zostanie przyjęta u błękitno-krwistych, bajecznie bogatych Bellasisów.

Oś fabuły zasadza się właśnie na tych różnicach społecznych, drobnych, niepisanych regułach. Jednocześnie można obserwować jak na dłoni ukrywane w buduarach, szeptane na ucho, ukrywane w starych listach tajemnice wychodzące poza ramy akceptowalnych zwyczajów. Mamy więc cały arsenał znanych z Downton Abbey czy klasycznych powieści wiktoriańskich motywów: nieznanych dziedziców, mezalianse, wstydliwe nałogi, sekretne romanse, sprzedajną służbę. Poznajemy też całą rzeszę bohaterów, których z przyjemnością zobaczylibyśmy na ekranie: wyrozumiałą, godną panią Trenchard, głośnego, szczerego pana Trencharda, ich syna, Olivera, zazdrosnego nieudacznika, i Susan, dwulicową, rządną zaszczytów żonę, lady Bellasis, sprytną, zaradną, ale zranioną kobietę, jej nieobecnego, spokojnego męża Peregrina i rodzinę jego młodszego brata, czyhającego na majątek, przede wszystkim paskudnego dziedzica, Johna Bellasisa. Czterysta stron gładko płynącej, bezbłędnie zaplanowanej fabuły z satysfakcjonującym, baśniowo dobrym zakończeniem. Do tego potoczyste, zgrabne dialogi, zwroty akcji, szybkie cięcia od sceny do sceny. 

Szczerze? Wciągnęło mnie totalnie. Czytało się z czystą, niewymuszoną przyjemnością, rozbawieniem i cieniem niepewności w sercu. Tak jak przy oglądaniu Downton Abbey. Uwielbiam takie klimaty, a ta powieść jest dla mnie idealnym spełnieniem tego, czego oczekiwałam.

Rzecz jasna Belgravia to nie jakaś perełka. Nie wyróżnia się w jakiś spektakularny sposób, nie zawiera tak fascynującego romansu jak Lady Mary z Matthew Crawleyem, nie jest napisana wybitnym językiem. To wciąż powieść historyczna pisana współczesną ręką, mało przypominająca ciężką, społeczną prozę Wiktorianów. To niezobowiązująca, lekka, wygodna jak rozchodzone buty rozrywka, nie pozytywizm; nie znajdziemy tu tematu biedoty, gwałtów, tragedii życiowych, ważkich dylematów moralnych, dyskusji o sztuce, polityki, wojny. Może i znajdziemy pewne dyskretne nawiązania do innych powieści, jak wspomina Daisy Goodwin w swojej recenzji, przede wszystkim do Thackeraya, nie usłyszymy ech Dickensa. To piękna, dobroduszna fasada, którą z przyjemnością zobaczyłabym w formie kolejnego serialu kostiumowego. Współczesna powieść srebrnego widelca (tzw. silver-fork novel).

No i co z tego? Chcę więcej!

Och, jak dobrze, że czeka jeszcze na mnie na półce Czas przeszły niedoskonały.


Belgravia

Julian Fellowes

Marginesy, 2017
462 strony
przekład: Anna Bańkowska
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


niedziela, 11 czerwca 2017

MINIROZKMINY: Kobieta w 1000°C, Magia sprzątania, Mleko i miód, Czerwona królowa


Jak wspominałam, mam sporo zaległości w pisaniu o książkach na bieżąco. Zresztą, nie o wszystkim da radę napisać tyle, ile by człowiek chciał, jeśli chce jeszcze czasem odetchnąć w życiu. Bloger książkowy ma często to do siebie, że z czytelnika uprawiającego beztroskie, spokojne czytanie przeobraża się w czytelnika nieustannie tropiącego fajne tematy, pilnującego terminów do recenzji zamówionych nowości, pstrykającego foty każdej książki, która wpadnie mu w ręce, wpisującego jedną ręką hasztagi na Instagramie i lekko zagonionego, bo przecież trzeba napisać wpis, zamiast napoczynać kolejną powieść!

Ostatnio, jak zapewne zauważyliście, wrzuciłam trochę na luz. Potrzebuję odpoczynku. Stąd też na spokojnie, w kilku słowach i bez przynudzania, pierwsza odsłona nowego cyklu MINIrozkmin!




Historia wystrzałowej islandzkiej babci przeleżała na mojej półce zdecydowanie zbyt długo. Sięgnęłam do niej dopiero niedawno, bo po dostaniu powieści w swoje ręce i przejrzeniu pierwszego rozdziału stwierdziłam, jak później sama Herra naśmiewa się ironicznie, że będzie to lekko stuknięty, słaby kryminał. No bo co to ma być: zamknięta w garażu bystra babinka chwali się trzymanym pod kołdrą granatem i mruczącym na posłaniu laptopem, dzięki któremu podrywa przystojniaków z całego świata. Jakieś szaleństwo.

Tymczasem autentyczne wspomnienia Herbjörg Maríi Björnsson, córki pierwszego islandzkiego premiera, to świetna powieść napisana ze swadą, zgryźliwym, pełnym dystansu językiem i wielką inteligencją. Jednym tchem śledzi się wyrywkowo, gorzko opowiedziane losy urodzonej na spojeniu narodów, zawsze obcej we własnym kraju, przenikliwej dziewczynki na tle II wojny światowej. Anegdotki o porzucanych mężczyznach, oziębłych dzieciach, całowaniu Beatlesów i zamawianiu kremacji przed śmiercią przetykają się z przerażającymi wizjami ucieczki przez pół Europy, gwałtów, mordu, zagubienia. Mocne, świeże, poruszające.

Kobieta w 1000°C

Hallgrímur Helgason

Znak, 2013
tłumaczenie: Alicja Rosenau
432 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★



Rupi Kaur to fenomen internetowy, pisze na tyle proste, dobre i poruszające wiersze, że zainteresowała sobą ponad milion Instagramowiczów. Z jednej strony godne pochwały osiągnięcie, z drugiej - jej praca często jest krytykowana za schlebianie masom, miałkość i mądrość na miarę największych pisarskich pseudofilozofów. Na szybko zajrzałam do tomiku jej poezji, żeby wyrobić sobie własne zdanie.

Nie żałuję tego czasu; nie postawię jej obok Coelho. To nie jest rozintelektualizowana, pełna odniesień poezja ani mistrzostwo oszczędności na marę imagistów. Faktycznie pisze bardzo wprost, czasem licealnie, faktycznie trochę czuć przereklamowanie. Mimo wszystko jednak jej wiersze mają w sobie ciepło, kobiece spojrzenie i moc, dzięki któremu można przypomnieć sobie, uświadomić i przemyśleć pewne pozytywne prawdy, według których dobrze żyć, kochać i odpuszczać, sobie, swojemu ciału i innym. Czytałam z uśmiechem.

Mleko i miód

Rupi Kaur

Wydawnictwo Otwarte, 2017
208 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★




Co tu dużo mówić, ta książeczka przyciąga okładką. Kusiła złotym sposobem na bałagan. W końcu pożyczyłam i przeczytałam w jeden wieczór. Mogłabym przeczytać jeszcze krócej, jak dłuższy artykuł, gdyby tylko redaktor zdecydował się wyrzucić połowę tekstu, która zwyczajnie się powtarza, a także wszelkie mistyczne wstawki. Te same zdania powtarzane są w kółko po kilkanaście razy. Że sprzątanie ma być totalne, na raz, że trzeba wyrzucić absolutnie wszystko, co nie jest nam potrzebne albo co nie daje nam radości. Irytujące są też powtarzane jak mantry teksty, że życie w minimalizmie uzdrowi nas duchowo i fizycznie, a nasza cera zacznie jaśnieć. Błagam. 

Czytając japońską guru od sprzątania, Kondomari, najpierw człowiek dochodzi do wniosku, że babka jest mocno stuknięta na punkcie porządku, bo od dziecka pasjonuje ją idealne ułożenie butelek ze środkami czyszczącymi pod zlewem, a potem, że generalnie trochę oślepła na środowisko. Jak można bezmyślnie wszystko wyrzucać (i mowa tu o dziesiątkach kilkudziesięciolitrowych worach), stwierdzając, że jak coś będzie potrzebne, to można szybko kupić nowe?...

Podsumowując: mnie tylko pomogły rady na składanie bielizny i czystkę w szafie. Książek wyrzucać nie zamierzam.

Magia sprzątania

Marie Kondo 

Muza, 2015
224 strony
Odczucia: ★★/★★★★★





Do Czerwonej królowej mocno zachęcił mnie entuzjazm Megu (Catus Geekus), ale tu trochę się rozmijamy w gustach. W ramach wycieczki w otchłanie popularnych young adultów zajrzałam do antyutopijnego świata Mare Barrow, mając nadzieję na odkrycie na miarę Igrzysk Śmierci. Trochę się sparzyłam i już więcej nie chcę tam wracać.

No dobra, nie będę dramatyzować, to nie jest poziom niechlubnego Na szczycie czy Rywalek. Ale dobrze też nie jest. Bohaterka szybko okazuje się być Mary Sue aż do bólu, nazwy umiejętności srebrnokrwistych bywają absolutnie denne (magnetrony!), a końcówka okazała się rozpaczliwie przewidywalna. Bardzo szybko przy czytaniu zaczęłam zaciskać usta z bólu. Kolejnym tomom podziękuję.

Cóż, przynajmniej wiem, że teraz na topie są niezgrabne miksy X-menów, Igrzysk... i Gry o Tron.

Red Queen

Victoria Aveyard 

HarperTeen, 2015
401 stron
Odczucia: ★/★★★★★