Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ceremonia parzenia herbaty, konkurs i latający człowiek. Czerwone dziewczyny



To nie Macondo Marqueza. To zagłębie przemysłowe na prowincji Japonii, ciche, ale pracowite miasteczko Benimidori, lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Dziesięcioletnia Manyō widzi zasmuconego, latającego człowieka po raz pierwszy.

Za kilka lat los pokieruje ją do domu, o którym mieszkańcy Benimidori mówią "czerwony u góry". Mieszkający tam od lat Akuchibowie to tradycjonaliści, zamożni fabrykanci, zarządzający wielką hutą żelaza, zapewniającą pracę połowie ludności w okolicy. Dostrzegająca przebłyski przyszłości, niepiśmienna wieszczka Manyō z czasem zostanie matroną rodu, babką opowiadającej całą historię ze swojej perspektywy Tōko.

Wpis przeplatany będzie fotorelacją ze spotkania Światowy Dzień Książki z #52BookChallengePL w księgarni pod Globusem. Przy mikrofonie Marcin Gnat, organizator akcji #52BookChallengePL.

Powieść podzielona jest na trzy części. Pierwsza skupia się na cichej Manyō, pozostającej na obrzeżach społeczności zarówno z powodu wizji, jak i pochodzenia od „ludzi gór”, tajemniczego, koczowniczego plemienia „cudzoziemców”. Druga podąża przede wszystkim za losami Kemari, najstarszej córki i najdzikszej z pięciorga dzieci Manyō, buntowniczki przewodzącej dziewczyńskim gangiem motocyklowym, a następnie autorki bestsellerowej mangi shōjo z lat osiemdziesiątych. Trzecia część oddaje w zupełności głos Tōko, urodzonej w przełomowym 1989 roku córce nieokiełznanej Kemari, która, jak twierdzi, „nie ma dla [nas] żadnej własnej opowieści”. Ma za to dla nas... prawdę. To wraz z nią zrywamy nostalgiczną zasłonę gawęd z drugiej ręki, odrzucamy myślenie magiczne, osobiste mrzonki, subiektywne zakrzywienie rzeczywistości. W miarę jak Tōko próbuje poznać fakty na temat przeszłości rodzinnej, czytelnik zastanawia się nad naturą opowieści jako takiej oraz źródłami fantastycznych historii i legend.

Czy faktycznie współczesność odziera rzeczywistość z magii? A może ta magia nigdy nie istniała, wytworzona w ciasnych umysłach ludzi z prowincji, przetworzona przez wierzenia i przywidzenia?

Podczas spotkania odbył się nie tylko pokaz ceremonialnego parzenia herbaty. Uczestnicy dostali po czarce japońskiej herbaty, smakołyki i książki!

Czerwone dziewczyny to szeroko zakrojona narracja, rozpisująca wielopokoleniową sagę kobiet z rodziny Akakuchibów na tle formujących rzeczywistość wydarzeń historycznych. Powieść próbuje pogodzić nieuchronne przemiany dążące do praktycznej, jednowymiarowej nowoczesności z wieloznacznym, zagadkowym magicznym realizmem przeszłości. Przekrój połowy wieku dokumentuje zmiany zachodzące w społeczeństwie japońskim, łączy globalne wydarzenia ekonomiczne i postępy technologiczne z powojennymi losami osobliwej rodziny: kryzys naftowy, efekt „bańki mydlanej”, japoński cud gospodarczy, bezrobocie. Jednocześnie próbujemy zrozumieć fascynującą psychikę kobiet z różnych czasów, poczynając od lat, gdy związki małżeńskie zawierano w ramach umowy, a po nagłej śmierci młodego człowieka palono fioletowe kadzidła, by przybyli ludzie gór i zabrali ciało, kończąc na czasach hoteli miłości i szybkich wycieczek samochodowych nad morze.

Sakuraba używa prostego, oszczędnego języka, dobrze znanego ze stylu innych pisarzy japońskich, najbliżej jest jej chyba jednak do Murakamiego. Czerwone dziewczyny to nie jest powieść wybitna, choć do takiej aspiruje. Za dużo w niej klisz, scen i motywów powtarzanych po milion razy w różnych wersjach w niezliczonych mangach, anime i popowej japońskiej kinematografii. Niektóre momenty rozpisane są tak rysunkowo, że jako osoba, która swoją ilość japońskiej kultury popularnej wchłonęła, natychmiast widziałam je w formie typowego rysunku ze strony komiksu. Może to dlatego, że autorka pisze też tak zwane light novels, czyli lekkie powieści dla nastolatków w komiksowym formacie. Jej powieści były ekranizowane zarówno jako filmy aktorskie, jak i anime.



Co więcej, powieść cierpi też z powodu sporej nierówności. Dla mnie pierwsze dwie części, choć bardzo różne ze względu na klimat czasów, czytało się z przyjemnością i fascynacją. To widziane z zewnątrz urywki historii, okraszone komentarzem Tōko. Ostatnia część, choć można doceniać jej bezpośredniość i ciągłość narracji, a także sam pomysł zwątpienia w wiarygodność historii rodzinnej, wieje momentami nudą i mało wnosi. Rozwiązanie zamyka powieść klamerką, ale z powodu kompozycyjnie słabo wyważonego śledztwa, całość lekko utyka, a sentencjonalny ostatni akapit zgrzyta pustosłowiem.

Wydaje się, że Sakuraba miała świetny pomysł na powieść i fantastyczny materiał, ale ją to nieco przerosło. Czerwonym dziewczynom niewiele brakuje do wyśmienitej literatury. Mimo to czyta się je nieźle, szczególnie mistyczne początki i awanturniczy środek, a wielbiciele Japonii będą wniebowzięci obrazkami z malowniczej, tradycyjnej rezydencji. Trudno też nie docenić pięknego wydania, intensywności czerwieni na okładce i świetnej roboty tłumacza, który pilnie, ale nienachalnie wyjaśnia wszelkie elementy egzotycznej kultury i zależności, które mogłyby sprawić trudność w rozumieniu.

Mnie osobiście ciekawi Watashi no Otoko, czyli „Mój mężczyzna”, druga powieść Sakuraby, która została uhonorowana Naoki Prize, czyli nagrodą, do której Czerwone dziewczyny były tylko nominowane. Ciekawe, czy dostaniemy ją w polskim tłumaczeniu?


Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów

Kazuki Sakuraba

Wydawnictwo Literackie, 2017
przekład: Łukasz Małecki
483 strony 
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Za egzemplarze dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!






Premiera Czerwonych dziewczyn już 27 kwietnia, a tymczasem możecie je dostać ode mnie, bo niniejszym ogłaszam konkurs-rozdawajkę w klimacie japońskim!

Wystarczy w komentarzu pod wpisem (tu zostawcie też swój adres mejlowy) albo pod linkiem do tego wpisu na Facebooku Rozkmin napisać, którą z tych dwóch pozycji byście chcieli, Zagubionych w Tokio Marcina Bruczkowskiego czy Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby, a ja wylosuję zwycięzców i czym prędzej je do Was wyślę:)

Uwaga – do Czerwonych dziewczyn dołączona będzie drobna niespodzianka, a Bruczkowski (uwielbiam gościa) zaskoczy czymś naprawdę wyjątkowym!


Regulamin konkursu:

1. Wyłącznym organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny.
2. Nagrodą są poniższe książki z prywatnej biblioteczki (nowe): Zagubieni w Tokio Marcina Bruczkowskiego oraz Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby.
3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:
- być publicznym obserwatorem bloga (na Facebooku lub/i Instagramie)
- udostępnić w dowolny sposób informację o konkursie (może być na własnym blogu przez opublikowanie bannera na czas trwania konkursu albo na Facebooku, jak tylko chcecie)
- potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (i podać e-mail kontaktowy!) albo pod linkiem do tego wpisu na Facebooku i podać, o którą książkę chcecie walczyć
4. Konkurs trwa od 24 kwietnia do 27 kwietnia 2017 r.5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.
6. Zwycięzca zostanie wybrany poprzez losowanie spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.
7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka/książki. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.
8. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.
9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).
10. Nagrody wysyłam lub dostarczam osobiście jedynie na terenie Polski.
11. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!

czwartek, 20 kwietnia 2017

GRA: Wycie wiatru w uszach i kompas w dłoni. Firewatch


Dwuklik na ikonkę z symbolem odznaki strażnika. Chwila zaciemnienia ekranu. Przed Tobą otwiera się czysty błękit nieba. Znienacka otacza Cię zewsząd uspokajające wycie wiatru. Patrzysz na świat w samotnej budki strażniczej, wyniesionej ponad las niczym latarnia morska. Czas przestaje się liczyć. Jest tylko przestwór zieloności, rozpościerające się ponad Tobą zachwycające niebo i Ty.

Zamykasz oczy i słuchasz wycia wiatru.

Gra Firewatch podbiła moje serce od pierwszych grafik. Są absolutnie piękne: lekko rysunkowe, nawet komiksowe, ale też stworzone ze smakiem i minimalistycznym umiarem. Skąpany w zachodzącym słońcu horyzont, przeświecające przez soczyste gałęzie słońce, padające na niedużą polankę, błękitne niebo nad spokojnym jeziorem, wyniesiona na drewnianej konstrukcji stróżówka w gęstniejącym zmierzchu, nocne niebo pełne gwiazd. Gra przenosi nas wprost do amerykańskiego Lasu Narodowego Shoshone w stanie Wyoming w 1989 roku. I zostawia osamotnionych w roli strażnika obserwującego otoczenie na wypadek pożarów. Czy można wyobrazić sobie lepszą opcję na wieczór dla spragnionego odpoczynku flegmatyka, gdy pogoda zdecydowanie nie sprzyja jakimkolwiek wycieczkom krajoznawczym?

Źródło


Główny bohater, Henry, to krzepki facet około czterdziestki. Widzimy świat jego oczami, więc głównie możemy obserwować jego mocne nogi, obute w ciężkie traperskie buty i silne, kanciaste dłonie. Od początku poznajemy z grubsza historię jego życia, z każdym zdaniem opowieści o miłości, życiu codziennym, niespodziewanej tragedii i niemożliwych wyborach nasze serce głębiej związuje się z tym prostym, zwykłym człowiekiem. Henry, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, postanowił choć na jakiś czas zostawić wszystko za sobą i zostać samotnym wilkiem pośród dziewiczej przyrody. Dlatego zdecydował się na dość ekstremalną pracę strażnika przeciwpożarowego.

Tu wszystko się zaczyna: stajemy na środku drewnianego domku, do dyspozycji mamy kuchenkę, piecyk, biureczko, pryczę, kilka książek; przez ciąg okien na każdej ścianie można dokładnie obserwować las. W oddali majaczy sylwetka kolejnej budki strażniczej, tak samo osamotnieni ludzie rozsiani są po całym rezerwacie, wypatrując dymu. Po chwili odzywa się przyjemny, lekko ironiczny kobiecy głos, to przełożona Henry'ego, Delilah, pyta przez walkie-talkie, czy wszytko w porządku.

Gra niewątpliwie ma niesamowitą, surową atmosferę, od czasu do czasu odezwie się klimatyczna muzyka, gra światłem powala na kolana, ale największym atutem są iskrzące się od humoru, wspaniale odegrane dialogi Delilah i Henry'ego. Choć nigdy nie mają okazji się zobaczyć, ta para od razu zaprzyjaźnia się na odległość, prowadzi urocze sprzeczki, przekomarzania, często dłuższe, intymne wymiany zdań, ani na chwilę nie ocierając się o ckliwe wyznania czy fanfaronadę. Henry nosi w sobie wielką ranę, Delilah trzyma się trochę na dystans. Oboje są idealną mieszanką inteligencji, humoru i delikatnej uczuciowości, a to my decydujemy, jak układa się ich relacja.


Sama historia może wydawać się z początku mało ważna, ot, przeganiamy jakieś puszczające fajerwerki i kąpiące się nago nastolaty. Z czasem jednak okazuje się, że las skrywa głębszą tajemnicę, Henry nie jest aż tak osamotniony, jak mu się wydaje, ktoś depcze mu po piętach, miesza szyki, podsłuchuje rozmowy, próbuje zatuszować ślady. Rozwiązanie zagadki może i jest przyziemne, ale zdecydowanie przekonujące i zrozumiałe, a nawet tragiczne. Końcówka satysfakcjonuje, bo nie daje oczywistego happy endu, a jedynie słodko-gorzkie zamknięcie wątków. Okazuje się jednak, że inni gracze byli rozczarowani, zarzucali twórcom niedomknięcie historii. Tutaj muszę zacytować recenzję Tatiany Kowalczyk z portalu Gamezilla.pl (pełen tekst tutaj), która zwróciła uwagę na coś, co zupełnie do mnie nie dotarło przez to, że jestem niedzielnym graczem i nałogowym książkoholikiem:

Właśnie to niezadowolenie graczy pokazuje, że twórcom udało się osiągnąć swój cel. Łączy się to ściśle z ich stosunkiem do gier. Jesteśmy przyzwyczajeni do tytułów, które dają nam wyidealizowany obraz rzeczywistości. Dobre lub złe zakończenie zależnie od wyborów. W końcu w życiu bywa momentami wystarczająco ciężko, fajnie mieć taką odskocznię. Natomiast Firewatch nie traktuje gracza jak lalki z porcelany. Nie daje nam ani dobrego, ani złego endingu - daje prawdziwy.

To naprawdę świetne podsumowanie gry, które jednocześnie pokazuje w pewien sposób ewolucję, jaką wciąż przechodzi to medium. Dorośleje, zahaczając o artystycznie dojrzałe rozwiązania.

Minusem jest to, że, jak miałam wrażenie, jednak nasze wybory w grze nie mają aż tak wielkiego wpływu na przebieg akcji. My tylko zmieniamy lekko odcienie znaczeniowe, zabarwienie uczuciowe, a do tego dość prymitywnie kierujemy naszego bohatera po ściśle wyznaczonych trasach. O otwartym świecie można pomarzyć, ze ścieżki nie sposób zboczyć, bo nie pozwala nam na to albo ściana skalna, albo gęste zarośla. Na początku biegamy wszędzie z kompasem i mapą, co chwilę porównując nasze położenie z autentycznie szeleszczącym, poskładanym kawałkiem papieru, próbując rozszyfrować bieg ścieżki, ale z czasem szybko się uczymy jak rozeznać się w terenie. Mimo to bywają momenty, gdy pokonujemy spore odległości na próżno, bo zaznaczone na mapie przejście nie istnieje - nie rzuciliśmy jeszcze z góry liny, a jesteśmy na dole. Denerwuje to, że nie sposób odkładać normalnie przedmiotów, Henry nimi po prostu rzuca przed siebie jak idiota. Jak źle się wymierzy, książki latają na wszystkie strony, a fotografia ukochanej leży przewrócona na stole.

Źródło


O tego typu grach mówi się, że to symulatory chodzenia, nie ma tu zbyt dużo elementów zręcznościowych, nie trzeba strzelać, uciekać, siekać mieczem czy bić po mordzie. Można się za to skupić na samej narracji, na dialogach, eksploracji otoczenia. Dostajemy nawet jednorazowy aparat, którym możemy zrobić ograniczoną ilość zdjęć, a po każdym ujęciu słychać odgłos nakręcania. Takie smaczki dla tych, który w młodości słuchali kaset magnetofonowych, a komunię mają nagraną na VHS. Ogólnie rzecz biorąc, to jest mojego typu gra. Chcę takich więcej. I szczerze polecam.

Firewatch

Campo Santo, 2016
gra przygodowa
Odczucia: ★★★★/★★★★★

czwartek, 13 kwietnia 2017

Mayday, mayday, niekryty symbolizm i łopatologia. Krąg


Za dwa tygodnie na świecie, a 19 maja w Polsce ma premierę wysokobudżetowy blockbuster na miarę The Social Network. Technokratyczna antyutopia, młoda bohaterka, wielkie pieniądze i wielkie plany. Wystarczy spojrzeć na listę aktorów, by z ciekawości zaświeciły się oczka: Emma Watson w roli głównej, Tom Hanks jako mentor tudzież niepokojący Wielki Brat, do tego John Boyega (tak, Finn!) i Karen Gillan (Amy Pond z Doktora Who!). Ja obejrzałam zwiastun, obejrzałam okładkę, przeczytałam co nieco o samej książce i załadowałam ją niezobowiązująco na Kindla. Ani się spojrzałam, pochłonęłam ją w naprawdę szybkim tempie, zaczytując się wręcz pod koniec do wpół do trzeciej w nocy. Nawet nie pamiętam, kiedy miałam tak ostatnio.

Mae Holland to młoda, bystra i ambitna dziewczyna, której trafia się praca marzeń jak ślepej kurze ziarno. Po znajomości zostaje wciągnięta do szeregów najbardziej pożądanej, ekscytującej korporacji zwanej Kręgiem, stanowiącej swoisty konglomerat Google'a, Facebooka, PayPala i tak właściwie każdej większej sieci społecznościowej. Krąg zunifikował wszystkie konta w Internecie, przez co użytkownicy logują się tylko do TruYou i mają dostęp do wszystkiego (tak robił na przykład Google, wciągając pod siebie YouTube'a), również do swoich finansów. Kolos wsysa wszelkie nowe pomysły, start-upy, inwestuje w najbardziej szalone pomysły, które nagle mają autentyczną szansę się ziścić; siłą tą przewodzi Trzech Mędrców, facetów z wizją, pokroju Steve'a Jobsa, Elona Muska i Marka Zuckerberga. Mae jest absolutnie zafascynowana każdym pomysłem i rozwiązaniem, przytakuje i w lot zgaduje każde zdanie przełożonych, chce się przypodobać i być lubianą przez wszystkich.

Na początku nie do końca jej to wychodzi, wciąż tkwi w starych przekonaniach dziewczyny z zapyziałego miasteczka Stanów Zjednoczonych, umykają jej światłe wizje absolutnej transparencji, totalnej inwigilacji i kompletnego zanurzenia w płytki świat sieci społecznościowych. Przychodzi do pracy o dziewiątej, wychodzi o siedemnastej, ma życie prywatne, przez cały weekend (!) nie postuje nic na swoim koncie. Wkrótce jednak troskliwe kadry i znajomi z firmy wyjaśniają, że w Kręgu najważniejszy jest jak najwyższy status popularności w sieci społecznościowej, wszystko musi być non-stop komentowane i przetwarzane online, z kampusu firmowego najlepiej nigdy nie wychodzić, a wewnętrzne niepokoje najlepiej zapijać czymś wysokoprocentowym na noc. Z czasem wielkie idee Kręgu stają się na tyle wielkie i przerażające, że uginają się pod nimi rządy krajów na całym świecie, a Mae odrzuca najbliższych, by głosić z przekonaniem: „PRYWATNOŚĆ TO KRADZIEŻ”.

OCZYWIŚCIE początkowe zdanie to zapowiedź nadchodzącego piekła. Ta subtelność!

Czy to powieść na tyle dobra, by ją polecać i zachwalać, to już kwestia bardziej skomplikowana. Z jednej strony ani nie odkrywa Ameryki, ani nawet nie wnosi nic nowego do dyskusji. Z drugiej jak żadna z antyutopijnych young adultowych powieści momentami podnosi włoski na całym ciele wizją prawdopodobnej przyszłości. Ma pewne braki i wyjątkowo słabe punkty, ale jednak wciąga jak wir i zmusza do przemyśleń. Na pewno mnie po lekturze było nieswojo sięgać po Instagrama i Facebooka, żeby lajkować, „serduszkować” i rzucać powierzchowne komentarze.

You look at pictures of Nepal, push a smile button, and you think that’s the same as going there. I mean, what would happen if you actually went? Your CircleJerk ratings or whatever-the-fuck would drop below an acceptable level! Mae, do you realize how incredibly boring you’ve become?

Zdecydowanie na plus wychodzi powieści szeroko i śmiało zarysowany obraz megakorporacji, wyobrażonej z najdrobniejszymi detalami. Widać, że autorowi zależy na autentyczności, dokładnie pokazuje pracę pierwszolinijowego pracownika korpo, łącznie z presją na pozytywną ocenę ze strony klienta po odpowiedzeniu na zapytanie, oprowadza czytelnika za rękę po kampusie i wyjaśnia dokładnie elementy wpływające na miejsce w rankingu „popularności”. Do tego dostajemy krótkie przebłyski niepokojąco prawdziwego, nowego charakteru pokolenia z bardzo krótkim progiem skupienia i wychowanym na ciągłej internetowej aprobacie: trzecioplanowych bohaterów, którzy potrafią obrazić się o to, że ktoś nie zauważył i nie ustosunkował się do ich otwartego wydarzenia, rozpłakać, bo ktoś przy nich odpisuje na boku koleżance, popaść w kilka skrajnych emocji w ciągu dwudziestu minut, gdy ktoś nie odpisywał na ich wiadomości. Nie każdy może się wciągnąć w życie pogrążającej się w bagienku technopotakiwaczy Mae tak jak ja, jednak ta powieść ma w sobie to coś, że chce się ją czytać. Czuć też Orwellowskie, Huxleyowskie, a nawet Swiftowskie inspiracje, szczególnie że fabuła nie zamyka się na samej karierze Mae, autor decyduje się na drastyczne kroki, a jego wizja jest autentycznie absolutna, a końcówka o mały włos unika banalności.

It’s not that I’m not social. I’m social enough. But the tools you guys create actually manufacture unnaturally extreme social needs. No one needs the level of contact you’re purveying. It improves nothing. It’s not nourishing. It’s like snack food. You know how they engineer this food? They scientifically determine precisely how much salt and fat they need to include to keep you eating. You’re not hungry, you don’t need the food, it does nothing for you, but you keep eating these empty calories. This is what you’re pushing. Same thing. Endless empty calories, but the digital-social equivalent. And you calibrate it so it’s equally addictive.

Wiele jednak jest tu nie tak. Choć powieść można podczepić pod new adult, język jest raczej prosty jak drut, tak by łatwiej przeszedł przez masowe gardło. Cytowane wyżej kontrargumenty wobec polityki Kręgu są głównie słyszane z ust jednego bohatera, przez co mamy wrażenie podawania wniosków na tacy; powieść czasem za dużo komentuje zamiast pokazywać. Co więcej, nic nie jest nieoczywiste, brak ocieni szarości. Niewątpliwie nie uświadczymy u Eggersa subtelności, raczej serwuje się tu mocną łopatologię, tak by nawet największy ciołek nie miał problemów ze zrozumieniem. Na przykład Mae dostaje w pracy nick MaeDay. Nie, wcale się nie kojarzy z SOS. W pewnym momencie musimy przebrnąć przez scenę, w której Trzej Mędrcy obserwują rekina pożerającego wszystkie żywe stworzenia w akwarium. Ekhem. Jak kiedyś powiedział Nostalgia Critic: I can't hear you over your obvious symbolism!


O, a tutaj dostajemy sedno powieści w jednym słowie!

Sama idea niedokończonego loga Kręgu i dążenie do jego zamknięcia może i jest trafną metaforą, ale to jeden z niewielu autentycznie oryginalnych elementów: wszystko, o czym czytamy, znamy albo z klasyków gatunku, albo z współczesnych dyskusji i komentarzy, albo z żartów na temat korporacji, albo z rzeczywistości. Wojujące, trafne komentarze Mercera nie są niczym nowym, nie były świeże nawet w 2013 roku, gdy książka została wydana.

Najsłabiej jednak wypada tu konstrukcja samej głównej bohaterki. Nie tylko ja mam wrażenie, że sam wybór dziewczyny na protagonistkę (swoją drogą pierwszą w twórczości Eggersa) jest motywowany wyobrażeniem kobiety jako istoty bardziej podatnej na wpływy i zapatrzonej w autorytety. W zamierzeniu sympatyczna everymanka, na początku wydaje się mieć normalne uczucia, pragnienia, ambicje, potrafi myśleć krytycznie i naprawdę mocno przejmuje się swoimi rodzicami. Z czasem jednak robi się coraz bardziej kartonowa i prymitywna, zależy jej tylko na popularności, a byle gadka potrafi odebrać jej własny rozum. Oczywiście, można dyskutować, że takie było zamierzenie, że to korporacja pierze jej mózg; dla mnie jej nagle zwyżkujący poziom naiwności i niebywała szybkość przemiany sprawia, że przekracza nawet próg zidiocenia Achai i przestaje być osobą z krwi i kości, a staje papierowym przykładem z umoralniającej bajeczki.

W sumie: cała społeczność pracowników Kręgu, pomimo rekrutowania najlepszych, wydaje się być bezwolną masą zdolną jedynie do owacji na stojąco. Czy naprawdę nikt tych wyśmienitych inżynierów, myślicieli i naukowców nie ma własnego zdania?


Widzicie, jak dobrze mieć bloga. Dzięki chwili na rozkminę już wiem, co muszę zrobić. Wejść na Goodreads i obniżyć wystawioną na świeżo ocenę powieści...

The Circle

Dave Eggers

Knopf Canada, 2013
504 strony 
Odczucia: ★★/★★★★★



piątek, 7 kwietnia 2017

Thor w damskich ciuszkach i zabawy Lokiego z kozą. Mitologia nordycka


Neil Gaiman poznawał mitologię skandynawską poprzez komiksowe uniwersum Marvela w latach sześćdziesiątych. Jako dzieciak czytał rysunkowe przygody dzielnego, ale nie najbystrzejszego Thora, przebiegłego i zdradzieckiego Lokiego, mądrego Odyna, władcy Asgardu. Mały, zaczytany w książkach i komiksach Brytyjczyk napawał się nieidealnymi postaciami i mrocznymi historiami, nasiąkając nimi do tego stopnia, by pokochać je najbardziej ze wszystkich gawęd świata.

Jako dojrzały autor, Gaiman wiele ze swojej twórczości buduje na mitach. Inspiracje czerpie z niemal każdej historii, jaką może znaleźć – od chrześcijaństwa, przez oczywistą dla każdego w kulturze zachodniej mitologię antyczną, po zdecydowanie mniej znane podania amerykańskie, słowiańskie, afrykańskie i inne. Komiksowy cykl o Sandmanie opiera się głównie o na poły boskie, na poły fantastyczne personifikacje wielkich abstrakcji, takich jak Sen, Śmierć, Zło. Nigdziebądź tworzy swoją własną, miejską mitologię. Amerykańscy bogowie pełnymi garściami sięgają po motywy ze wszystkich możliwych religii świata, czy to współczesnych, czy prastarych; pojawia się też pan Środa (angielskie Wednesday zawdzięcza swoje źródła etymologiczne Odynowi) oraz nordycki Yggdrasil, wielkie drzewo życia. Dopiero jednak w Mitologii nordyckiej Gaiman w pełni rozwija skrzydła swojego oddania i miłości historii z krajów wikingów.

Mity greckie i rzymskie wpajane są w nas od dziecka, czytamy Parandowskiego, omawiamy je w szkole, natrafiamy w literaturze, czasem nawet nieświadomie już używamy wyrażeń i nazw zaczerpniętych prosto z klasycznych historii kolebki kultury europejskiej. Gaiman podchodzi do tego dziedzictwa trochę pogardliwie, twierdzi, że wszystko kręci się tam wokół pawi i seksu; ludzie przesiadują na zielonej trawce i zakochują się w swoich odbiciach. W mitologii nordyckiej nie ma takich bajań. Nie siedzi się na zielonej trawce, a przesiadywanie na zewnątrz zimą grozi śmiercią (źródło). Może i ostre słowa, ale czuć tę fascynację bezwzględnym klimatem i prostą, choć nieoczywistą historią w każdym z podań, które opowiada nam pisarz.


Już we wstępie zapowiada, że on nie chce konkurować z dziełami naukowymi, a jeśli ktoś chce mocno wgryźć się w temat, są książki dokładniejsze, precyzyjniejsze. Gaiman chce tylko opowiedzieć nam gawędę, jak to się robi przy ognisku. Żebyśmy potem sami chcieli opowiadać, przekazywać dalej, cieszyć się przyjemnością dobrej, starej historii. Język tej mitologii jest raczej współczesny, ale bez przesady, prosty, ale piękny; momentami podniosły, ale bez patosu; lekko podkręcony ironicznym, gaimanowym stylem, niczym uśmieszkiem czającym się w kąciku ust starego bajarza czy puszczeniem oczka w kluczowym momencie.

Zaczyna się rzecz jasna od starej, poczciwej kosmogonii, świata mgły i świata ognia, by zręcznie przejść do teogonii: Gaiman przedstawia nam praojca olbrzymów, Ymira, oraz praojca Bogów, Buriego. To od Buriego pochodzi Odyn, czyli wszechojciec, ojciec nasz wszystkich. Następnie Gaiman zgrabnie zarysowuje nam dziewięć światów zawieszonych w poszczególnych miejscach drzewa świata, Yggdrasila, by wreszcie dojść do najważniejszych „graczy”, czyli panteonu największych bóstw skandynawskich, Odyna, Thora, Lokiego, Frei i innych. Dochodzi do najmniejszych drobnostek, które jednak są ważne i integralne do zrozumienia świata: wyśmienitego młota Thora, Mjollnira, niezwykłej włóczni, zwanej Gungnir i powielającego się pierścienia Draupnir Odyna, składanego statku Skidbladnir i jaśniejącego złotem dzika Gullinbursti Frei.

Pośród historii wyróżniają się przede wszystkim te przaśnie zabawne, jak opowieść o niezwykłych zaślubinach Frei, w której Thor przywdział damskie ciuszki i martwił się, że może mu widać brodę zza woalki; o jabłkach nieśmiertelności, w której Loki rozbawiał smutną damę przywiązując postronek kozy do swoich części intymnych; o miodzie poetów, gdy dostajemy dosadne wyjaśnienie, skąd biorą się mierni artyści... Podziwiamy fantazję północnych wojów, czytając o Thorze, który by należycie napić się na uczcie, próbuje zdobyć największy na świecie kocioł, po drodze do celu doprowadzając do zamieszania na skalę mitologicznego Benny'ego Hilla. Urzeka metaforyka walki Thora ze starą kobietą, która okazuje się wcielonym wiekiem starczym.

Bogowie nordycy byli pełni wad, podobnie jak greccy czy rzymscy, czasem bywali jak okrutne dzieci, nie grali fair, oszukiwali. Trudno zrozumieć zachwyt panteonu udanym wykiwaniem budującego dla nich mur olbrzyma; podobnie jest z traktowaniem silnego Fenrira czy nieludzkim dowcipem Lokiego w micie o śmierci Baldera. Ostatnie dni Lokiego biją w naprawdę posępne i gorzkie tony, a potem następuje już tylko Ragnarök, zmierzch bogów, ten marvelowski jesienią w kinach, ale u Gaimana taki prawdziwy, surowy, uniwersalny.



Generalnie taka Mitologia nordycka, jaką daje nam do ręki Gaiman, to świetne wprowadzenie dla tych, którzy niewiele wiedzą o skandynawskich mitach. Starzy wyjadacze i pasjonaci mogą być znużeni powtarzalnością i prostotą, nie znajdą tam nic nowego, prócz pięknego literacko opowiedzenia na nowo. Sam autor podkreśla, że główną wartością jego pracy jest to, że to retelling dla nowego pokolenia, skierowany do współczesnych. Trudno nie przyznać mu racji, gdy czyta się fragmenty takie jak ten poniżej i myśli tylko o Tomie Hiddlestonie:

Loki was handsome, and he knew it. People wanted to like him, they wanted to believe him, but he was undependable and self-centered at best, mischievous or evil at worst.

Albo:

"(...) I will hunt you down wherever you hide, and I and my hammer will be your death For I am still Thor! I am still strong!"
"You are still extremely irritating," said Loki.

Zbiorek jest krótki, ale zachwycająco wydany, nawet jeśli w miękkiej oprawie. Złoty grzbiet cieszy oko na półce z książkami, oddany na okładce Mjollnir zachwyca oszczędnością i detalem.

Gaiman podkreśla, że to choć przedstawia nam tylko wybór najbardziej podstawowych i lubianych przez siebie historii, wciąż do naszych czasów przetrwała marna cząstka bogatej mitologii pełnej bogów, bogiń, groźnych stworzeń i olbrzymów. Częściowo te historie wracają, między innymi poprzez Tolkiena i jego Śródziemie – krasnoludy i elfy ze skandynawskich baśni stały się sztandarowymi rasami fantastyki. Podobnie jest z komiksami Marvela – wiele osób dowiaduje się o Thorze i jego bracie Lokim z tworzonego z wielkim rozmachem uniwersum kinowego. Mimo wszystko porównawszy ten olbrzymi wpływ i jednak sporą ilość podań, które potrafimy opowiedzieć, a także bogów, których jesteśmy w stanie scharakteryzować, tym bardziej odczuwa się smutek w naszym polskim kraju.

Mitologia słowiańska, taka, jaką przekazywały sobie plemiona nad Wisłą, jest niesamowicie uboga, bo zapomniana...


Norse Mythology

Neil Gaiman

Bloomsbury Publishing, 2017
299 stron 
Odczucia: ★★★★★/★★★★★




wtorek, 4 kwietnia 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: marzec 2017


Postanowiłam trochę podrasować styl Nowin Hadyny, by było od razu widać, że to cykl głównie popkulturalny. Jak Wam się podoba? Nagroda uznania dla tego, kto rozpozna czapeczkę kota;)

W marcu przeczytałam... zaraz, zaraz... osiem książek? Wow, dawno nie miałam tak dobrego wyniku. O Milczeniu Shūsaku  Endō już pisałam, podobnie jak o Mnichu Matthew Lewisa, a przy okazji innych powieści gotyckich. W kolejce czeka kolejny Gaiman i jego Mitologia nordycka, a także Północ i Południe Gaskell, czytane w ciągu ostatniego pół roku już czwarty raz (dwa różne tłumaczenia czytane jednocześnie w porównaniu z oryginałem, to do mojej pracy naukowej). Planuję też wpis o Trylogii akademickiej Davida Lodge'a, bo z powodu Gaskell właśnie przeczytałam też Fajną robotę, ostatnią część cyklu, który bardzo lubię. Przeszłam jak burza przez Krąg Dave'a Eggersa (szykuje się ekranizacja z Emmą Watson), a do tego na kwietniowy Krakowski Klub z Kawą nad Książką przeczytałam na koniec miesiąca mój pierwszy reportaż Mariusza Szczygła, czyli Niedzielę, która zdarzyła się w środę. Uff, sporo tego wyszło!

A co tam słychać, panie, w popkulturze?

John Wick (2014)



Największym odkryciem i zdecydowanie najlepszym filmem, jaki widziałam w marcu, był pierwszy John Wick. Smutny Keanu wraca do tego, co robi najlepiej, czyli gra drewno bez emocji, bije ludzi po mordach przy rockowo-dubstepowej muzyce, stylowo strzela z niebezpiecznych zabawek ze śmiertelną precyzją, zostawia za sobą hałdy zwłok i generalnie jest fantastyczny. Mnie osobiście ścieżka dźwiękowa podbiła od pierwszych dźwięków Killing Strangers Mansona i łącznie z całą resztą soundtracku trafiała bardzo precyzyjne w moje dość specyficzne gusta muzyczne. John Wick nie kryje się z tym, że jest stworzonym na starym przepisie filmem klasy B i nie udaje niczego innego. Rosjanie są do bólu Rosyjscy, Alfie Allen (Theon Greyjoy z Gry o Tron) jest tak żałosny i nieprzyjemny, jak tylko może, a fabuła oparta o sprawę z samochodem i szczeniaczkiem seryjnego mordercy na emeryturze przekonuje całym absurdem do tego stopnia, że widz ochoczo zawiesza powątpiewanie w niewiarygodność pomysłu i z czystą radością kinomana delektuje się tą zgrabnie sporządzoną mieszanką.

Najlepiej!

John Wick 2 (2017)



Udało mi się nawet załapać na ostatni dzień, kiedy grano drugą część Wicka w kinach krakowskich, choć mało brakowało! Dwójka nie miała aż takiego stylu, hipnotycznego głosu Mansona i skupienia na prostej jak drut fabule, jak jedynka, ale wciąż była świetnym filmem akcji. Tym razem Wick głównie mści się za samochód, ale samo wyjście z mroku spokojnej emerytury sprawia, że pojawiają się stare demony i proszą o zapomniane przysługi, machając podpisanymi krwią cyrografami. Do tego włoska mafia, genialne sceny przygotowania do akcji w podziemiach rzymskich zabytków, krwawa jatka na hipsterskim koncercie... Dodatkowo dobrze wiedzieć, że choć Keanu się nie uśmiecha, to ma dziką radochę z tych wszystkich pościgów, bijatyk i strzelanin. Sami posłuchajcie tutaj (dziękuję za polecenie, Aniu B.!) 

Nieźle.

Logan: Wolverine (2017)



Zdecydowanie najlepszy samodzielny film o Wolverinie; fantastyczna chemia między Patrickiem Stewartem, małą, latynoską X-23 a Hugh Jackmanem. Ta trójka razem naprawdę błyszczy. Jeśli to ma być pożegnanie z tymi postaciami w tym wydaniu aktorskim, to niech tak zostanie. Jest dobrze. Solidny kawałek kina akcji, filmu drogi i czegoś w stronę Leona Zawodowca. Stary, zmęczony mutant już nie ma siły walczyć dalej, ale nie zna niczego innego. Nawet X-meni nie nauczyli go w rodzinę; odkrywa to dopiero z małą rączką X-23 w swojej gruzłowatej dłoni.

Dobrze wreszcie widzieć film o Wolverinie w wersji dla dorosłych, z soczystym językiem i bez patyczkowania się, ale z drugiej jednak pod koniec ilość głów przebijanych bez zastanowienia adamantowymi pazurami trochę męczy. Generalnie to nie był najlepszy film, na jaki postać Wolverine’a zasługuje, ale na tle pozostałych, u-huuu, to naprawdę perełka.

Mnie się dobrze oglądało.

Piękna i bestia (2017)



Odnośnie powyższego cytatu – nawet Umberto Eco otwarcie powiedział, że nie przeczytał wszystkich książek ze swojej biblioteki, bardziej zależy mu na tym, by mieć te potrzebne pozycje pod ręką. Ale który bibliofil nie chciałby mieć takiej biblioteki? Służący napali w kominku, a człowiek spokojnie siądzie z książką, w otoczeniu imponujących, wypchanych regałów... 

Wracając jednak do Pięknej i bestii. Tak, pomimo wielkiego hype’u, poszłam na aktorską adaptację filmu animowanego z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. I było bajecznie. Wiadomo, cała historia ma swoje wady, sama nowa wersji wiele nowego nie wnosi (a co wnosi, bardzo zgrabnie wymieniła Catus Geekus), nie wszystkie piosenki są wykonane idealnie, ale oglądało się przyjemnie, a momentami nawet w oszołomieniu dziecka patrzącego na cyrk. Luke Evans w roli Gastona, choć wybitnie nie w moim typie, w tym wydaniu zdecydowanie podoba się całej rzeszy fanek, a do tego zgrabnie domalowuje swojej postaci trójwymiarowy charakter. Jego sidekick LeFou też doczekał się własnej motywacji, a nawet przepisania postaci w stronę LGBT i generalnie stał się przeuroczy. Dan Stevens z jego głębokim, przerobionym na drapieżny głosem bestii i błękitnymi oczami jelonka może podpić niejedno serducho (moje już dawno ma), ale wciąż w momencie przemienienia w księcia trochę nie pasuje. Emma Watson nie śpiewa najlepiej, ale wnosi sporo iskry, a nawet zyskuje rys protofeministki-inżyniera. 

Ocena? Zostałam w rozmarzeniu do końca napisów w sali kinowej, napawając się ogólnym wrażeniem. Czemu nie.

Vaiana: Skarb oceanu (2016)



Moana może i jest prześliczna, urocza i zgrabnie skrojona według przepisu na smaczny film familijny z mocną kobiecą bohaterką, rzecz jasna według Disneya, ale to film bezpieczny. Zootopia z tego samego roku poszła o krok dalej, poruszając naprawdę ważne tematy w sposób, dzięki któremu może się nad nimi zastanowić młodszy widz. Moana to powrót na dobrze znane szyny baśni z księżniczką (choć Moana się zarzeka, że księżniczką nie jest, jest „tylko” córką wodza odizolowanej wyspy), do tego wybranej przez los, dzielnej, pięknej i bez wad. Powiewem świeżości jest brak wątku romansowego, kawałek Jermaina Clementa (w polskiej wersji Maleńczuk!) w roli olbrzymiego kraba, pobrzmiewający lekko Hamiltonem, a także przedstawienie kultury dotychczas mało eksploatowanej przez Hollywood, a tak dokładniej – Polinezji. Piosenki są poprawne, najbardziej wpada w ucho Where We Are (Consider the Coconut!), a How Far I'll Go samej Moany też dobrze się śpiewa, ale to nie jest kaliber Let It Go. Zdecydowanie brakuje typowo disneyowskiego czarnego charakteru.

Generalnie – ładnie, ciekawie, trochę mdło.

Zwariować ze szczęścia (2016)



Ten włoski komediodramat był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Obejrzałam go tylko dlatego, że na seans właśnie tego właśnie filmu zaprosili swoich znajomych w ramach urodzin bloga Rybka i Słoń z Dobry film zły film. Sami nie wiedzieli, czy dobrze wybrali, ale w trakcie okazało się, że to oglądało się absolutnie fantastycznie. Rzecz się dzieje we włoskiej willi dla osób z problemami psychicznymi, gdzie w rodzinnej atmosferze leczona jest między innymi szalona, piękna Beatrice, godzinami rozprawiająca o swoich młodzieńczych miłościach, podbojach i wystawnym życiu. Gdy pojawia się mroczna, milcząca Donatella, Beatrice postanawia, że się z nią zaprzyjaźni. Jej przyjaźń zaś to zalewanie potokiem słów, przeszukiwanie szuflad i namawianie do złego – rzecz jasna z wielką gracją i nonszalancją. Donatella na początku się opiera, ale wkrótce poddaje się nieokiełznanej osobowości Beatrice i wyrusza z nią na przygodę... przygodę, której celem okazuje się stawianie czoła swojej przeszłości, oderwanie się od niej i próba przygotowania się do życia tu i teraz. A to nie jest takie proste, szczególnie dla połykającej pigułki jak cukierki kleptomanki-mitomanki oraz dla pokrzywdzonej przez życie dziewczyny ze skłonnościami depresyjnymi.

Momentami śmiałam się tak głośno, jak mocno ściskało mi się potem gardło. Polecam.

Ściśle tajne (1984)



Zespół reżyserski Zucker-Abrahams-Zucker, ci od Czy leci z nami pilot? i Nagiej broni, popełni wiele lat temu przezabawną komedię Top Secret! To połączenie satyry na musical w stylu Elvisa oraz filmów szpiegowskich ze stereotypowymi nazistowskimi oficerami i francuskim ruchem oporu. A, do tego jeszcze nabijają się z Błękitnej laguny. Generalnie fabuła jest równie idiotyczna, co przekomiczna, absurd goni absurd, żarty słowne poganiają żartami sytuacyjnymi. O co chodzi? Amerykański idol nastolatek przybywa do nazistowskich Niemiec Wschodnich, by za pomocą rock’n’rolla pomóc przypadkiem poznanej pięknej członkini ruchu oporu odnaleźć i ocalić jej ojca, naukowca, konstruującego gdzieś w zamknięciu maszynę zagłady. Zaraz... co? A tak. A jeden z Francuzów z ruchu oporu nazywa się Latrine.

Rzecz zdecydowanie warta obejrzenia, jeśli lubicie takie klimaty.

Oto Spinal Tap (1984)



Nie słyszałam o tym filmie wcześniej, a nawet jeśli, to w ogóle nie zarejestrowałam. A okazuje się, że istnieje i na dodatek jest fantastyczny! Uśmiałam się jak dzika norka. Oto Spinal Tap to mockumentary z lat osiemdziesiątych, ukazujące od kuchni fikcyjny brytyjski zespól heavy metalowy u końca kariery. Kiedyś kapela naprawdę popularna, teraz widzimy głównie popłuczyny, brak pomysłów, zadufanie w sobie, ogólną ignorancję, idiotyzm i degrengoladę. Pojawiają się motywy ponoć poświadczone przez różnych prawdziwych muzyków jako nieodbiegające od rzeczywistości: zgubienie się w labiryncie korytarzy na backstage’u podczas wychodzenia na scenę (to potwierdzał ponoć Ozzy), poważne zarzuty na temat kształtu i zawartości poczęstunku, który zaburza proces twórczy (słyszałam, że Elton John tak miewał), zatargi z managerem, problemy ze scenografią podczas koncertów i tak dalej. Film parodiuje nie tylko prymitywną odmianę heavy metalu (te teksty!), ale i proste teksty dla dzieci-kwiatów w stylu wczesnych lat Beatlesów, a także późniejszy rozpad, ingerencję Yoko Ono, skrajne eksperymentowanie. Najlepsze jest to, że choć dialogi były w dużej mierze improwizowane, do samego końca nie przestają śmieszyć (ten tekst o sprzedawcy butów!).

Bardzo polecam.

Thelma i Louise (1991)



W ramach nadrabiania klasyki wreszcie obejrzałam Thelmę i Louise Ridleya Scotta. Jakaż szkoda, że nie wcześniej, bo to film absolutnie kultowy, wpływowy, porywający i w każdym celu wart obejrzenia. Kto nie widział, niech naprawi ten błąd, ale już! Thelma i Louise to obraz rewolucyjny jak na swoje czasy – nie tylko z powodu gatunku, czyli kobiecego buddy movie, połączonego z filmem drogi, ale też poruszonych tematów związanych z rolą, traktowaniem, stereotypami dotyczącymi kobiet. Ten film tak poruszył Tori Amos, że postanowiła po raz pierwszy publicznie powiedzieć o tym, że została zgwałcona – przez to powstała piosenka Me and a Gun. Oś filmu zasadza się właśnie na usiłowanym gwałcie i jego tragicznych następstwach. Dwie kobiety z środkowo-południowej części Stanów Zjednoczonych doskonale wiedzą, że nikt im nie uwierzy. Wiedzą, że społeczeństwo będzie po stronie faceta – jedna z nich tańczyła i piła z nim pół nocy, jak mogłaby potem nie chcieć? Uciekają więc do Meksyku. Tymczasem poruszane są też inne problemy, takie jak: toksyczne związki, brak satysfakcji w seksie jako stan oczywisty ze strony kobiety, wykorzystywanie, obrażanie, uprzedmiotowianie. Przyjaciółki przemierzają stany, po kolei łamiąc prawo i stereotypy, odpowiadając pięknym za nadobne, walcząc o swoją wolność i niezależność. Odtwórczynie głównych ról, Geena Davis i Susan Sarandon, są absolutnie cudowne. Bonus – młody redneck Brad Pitt w swojej przełomowej roli na drodze kariery.

No nie mogę sobie wybaczyć, że nie obejrzałam tego wcześniej!

Iron Fist (2017–)



Co tu dużo mówić, po obejrzeniu sześciu pierwszych odcinków Iron Fista, czwarty serial z cyklu marvelowskich Defendersów wciąż jest wielkim rozczarowaniem. Wiadomo, że był robiony na szybko, za późno się zdecydowano, że Iron Fist jednak powstanie – stąd też słabo przygotowane sceny walki. Mały budżet nie pozwala też na pokazanie, co się działo z Dannym Randem przed pojawieniem się w Nowym Jorku. Gorsze jest jednak to, że trudno polubić barankowatego głównego bohatera, jego rzekome umiejętności wcale nie są pokazane na ekranie, a główny wątek to biznesowe miękolenie rady zarządu wielkiej korporacji. Biały, uprzywilejowany Danny wpada do Azjatki, która prowadzi dojo i "udowadnia jej", jakim to nie jest mistrzem; potem podczas prawdziwej misji widzimy, że ona mimo wszystko sprawia się zdecydowanie lepiej od niego. Nawet czarny charakter, choć miał przerażać, wzbudza śmiech, a tytułowa moc "żelaznej pięści" pojawia się wybiórczo, zdecydowanie nie wtedy, gdy faktycznie mogłaby pomóc. Trudno się nie wykłócać do ekranu.

Cienko, cienko...

Legion (2017)



Miesiąc temu zachwycałam się fantastycznym początkiem ośmioodcinkowego Legiona i odpukiwałam w niemalowane, by utrzymał formę. Może w środku sezonu napięcie trochę osłabło, by do bólu zagłębić się w psychice bohatera, to wciąż ostatnie dwa docinki absolutnie powalają na kolana. Przy scenie, gdy Jemaine Clement zaczyna wygrywać nutosłowa w powietrzu, a wokół dzieje się niesamowitość przy fantastycznej muzyce, czułam się dosłownie wgnieciona w fotel z wrażenia. Słucham teraz soundtracku i nie mogę przestać się zachwycać. Sama zaś końcówka, choć zapowiada potwierdzony już drugi sezon, dostarcza tak zwanego solidnego mindfucku, który jednak można doprowadzić do ładu po krótkiej rozkminie. I nawet całość faktycznie ociera się o X-menów, choć bardzo subtelnie.

Jak dla mnie palce lizać.


Na zakończenie muszę koniecznie dodać: mam już bilety na Pyrkon! To już pod koniec tego miesiąca! Ktoś chce się ze mną zobaczyć w Poznaniu? :)

sobota, 1 kwietnia 2017

WYDAJĘ WŁASNĄ POWIEŚĆ! Oswajanie damy: krakowski romans lingwistyczny



Chciałam się dzisiaj w Wami podzielić naprawdę wyjątkową i fantastyczną wiadomością. Prawie płaczę ze szczęścia...

Marzenia naprawdę się spełniają!

Nie wiem, czy wiecie, ale ja też czasem coś piszę. Ostatnio raczej niewiele, ale od zawsze coś skrobię do szuflady, czasem wysyłam na konkursy, mam na swoim koncie kilka wyróżnień i pomniejszych nagród, nawet opublikowałam trzy krótkie, groteskowe opowiadania w magazynach literackich. A moim niegasnącym marzeniem jest zostać kiedyś pisarką.

To znaczy teoretycznie pisarką już jestem. Będąc jeszcze na Erasmusie w Wielkiej Brytanii napisałam całą powieść. W miesiąc, za sprawną olbrzymiej motywacji, jaką dała mi inicjatywa NaNoWriMo, zagrzewająca uczestników do napisania 50 tysięcy słów w ciągu trzydziestu dni listopada, każdego roku. To nie jest literatura wysokich lotów (khem, pisana w miesiąc), co więcej, to rzecz obyczajowa, kobieca (jak ja nie lubię tej etykietki), romans przeplatany perypetiami studencko-życiowymi. Ale udało mi się znaleźć wydawcę! TAK! NAPRAWDĘ WYDAM KSIĄŻKĘ!

Nie chcę zapeszać, nie będę jeszcze zdradzać żadnych szczegółów, ale po uzgodnieniu z wydawnictwem, mogę Wam w ramach teasera pokazać wstępną wersję okładki i fragment książki, która ma się pojawić jeszcze w tym roku.

Trzymajcie kciuki i... oto one:


Fragment powieści:

Gdy tylko zatrzasnęły się z nami ciężkie, drewniane wrota klatki schodowej, Basiek złapała mnie mocno za łokieć i nachyliła się konspiracyjnie, szepcząc z podnieceniem:
– Są niezłe ciacha. Bierzemy ten pokój.
Wywróciłam oczami.
– Owszem, są mili, ale widziałaś tę kuchnię? Syf nie z tej ziemi. I nie jestem pewna co do tego prysznica…
– Przeżyłyśmy gorsze rzeczy, damy radę i z bandą niesfornych nerdów. Nie wiem, czy załapałaś, SĄ TO NIEZŁE CIACHA – tłumaczyła półszeptem, wciąż trzymając mnie mocno za ramię. Zawsze miała mocny uścisk dłoni. Tak robiła pierwsze wrażenie, odkąd ją pamiętam: ściskała podaną jej przy przedstawianiu dłoń niczym kowal nieświadomy swoich muskułów, który niechcący omal nie wyciska ci wszystkich soków z palców i nie miażdży kości, kosteczki i inne paliczki na drobny proszek.
Milczałam, nie do końca przekonana.
– Była umowa – przypomniała ostrzegawczo, puszczając mój rękaw. – Słuchaj, to jest genialna szansa, żeby cię oswoić z facetami! Na litość, nie możesz wiecznie zachowywać się jak jakaś wiktoriańska dama! Jak wzdrygasz się, jak ktoś cię niechcący trąci kolanem, to w dziewięćdziesięciu procent przypadków ten ktoś bierze to za odrazę, a nie panieńcze zawstydzenie! To nie te czasy, przypominam ci, co ty, z Żeromskiego się urwałaś? Za dużo czytasz tych grubych bredni, powtarzam.
Prychnęłam urażona. Zresztą, przerabiałyśmy to setki razy.
– To literatura światowa, klasyka, klękajcie narody i zlizujcie obycie kulturalne, a nie grube brednie – warknęłam pod nosem. – A poza tym nie lubię Żeromskiego.
– Przedawnione grube brednie i koniec.
Ucichłam, nie chcąc wydłużać naszej odwiecznej sprzeczki. Zagapiłam się na mijane wystawy ciucholandów, kawiarni, nastawionych na turystów drogich restauracji, sieciowych spożywczaków, sklepów i sklepików z osobliwościami. Szybko oszacowałam w myślach: apteka w pobliżu, bankomat pod nosem, podręczny spożywczy rzut kamieniem, nie tak daleko okoliczna przychodnia, wszystko bardzo wygodnie… Nie mówiąc już o przystanku tramwajowym trzy kroki od mieszkania, no i niesamowitej magii klimatycznego Kazimierza. Stare kamienice, wąziutkie uliczki, sekretne podwórka, nieoczekiwane projekcje filmowe na ścianach, codziennie niszowe koncerty, zapiekanki i targowisko na Placu Nowym, tysiące kawiarenek, kafejek, klubów, pubów i innych, wymykających się kategoriom miejsc, których nie chce się opuszczać. Wciągnęłam w płuca porządny haust tego tętniącego życiem miejsca. Vintage full wypas, hipsterka na maksa i zacne melanże. Tak będzie. Amen.
– Gruba to będzie impreza, jak się tam wprowadzimy, moja droga – oznajmiłam lekko, z gracją zmieniając temat.
Basiek zerknęła na mnie z ukosa, niedowierzająco.
– Z kasą jest nieźle, mniej niż pięćset za miesiąc od łebka, więc bardziej niż ujdzie – zaczęłam wyliczać na palcach. – Jest Internet…
– I to na dodatek szybki, bo to informatycy w większości, więc im potrzebny – włączyła się usłużnie Basiek.
– Czyli przeżyjemy, bo może nie być pralki, ale Internet musi być, racja? Na szczęście jednak mają  i sprawną pralkę, i sporą lodówkę, i jakieś ogrzewanie…
Drzwi pod numerem 15 skrywały olbrzymie mieszkanie w starym budownictwie, z wysokimi, przytłaczającymi sufitami i monumentalnymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Długi, ciemny korytarz, wyposażony w ciągnące się wzdłuż ściany wieszaki, półki i szafy, na wprost dwie pary skromnych drzwi z szybkami, prowadzących do łazienki i osobnego kibelka, połączonych z jakiegoś powodu okienkiem nad sufitem. Wanna i umywalka przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy, poobłupywane kafelki i wystający spod nich goły beton bynajmniej nie zachęcały. Dalej, dwa wielkie pokoje, ten potencjalnie nasz po lewej, Fuksa i Tomka po prawej. Jeden mniejszy, z wejściem tuż przy drzwiach do łazienki, też z prawej, należący do trzeciego gościa. Kuchnia olbrzymia, pusta, wyposażona w ciemne, starodawne szafki wiszące, obklejoną badziewiem lodówkę, kuchenkę, pokaźny stół z ławą pod ścianą i krzesłami każde z innej parafii naprzeciwko. Wszędzie nieumyte talerze, garnki, zaschnięty keczup na każdej powierzchni, ale okna były duże, jasne, zapraszające. W sam raz do przesiadywania przed nimi z ciepłym kubkiem parującej kawy w ręce, wyglądając na ulicę…  
–  Ja zaklepuję łóżko pod oknem – wypaliła Basiek, uśmiechając się swoim grymasem małego seryjnego mordercy na wypadek, gdybym chciała protestować. Niepotrzebnie.
–  Właśnie miałam mówić, że ja biorę to od drzwi – uspokoiłam ją, poklepując po łopatce. Tamto spod okna może i było wygodniejsze, może i miało szeroki parapet w zasięgu ręki, który z powodzeniem mógł służyć za szafkę nocną, ale pewnie zimą będzie ciągnęło jak szatan. Za żadne skarby świata nie chciałabym spać pod takimi starymi, pewnie mało szczelnymi oknami. Tan naprawdę jestem mistrzem zła. To ona będzie potem cierpieć.
– Wyśmienicie. Nasza dwójka działa jak szwajcarski zegarek. Dzwonię do tego Fuksa jeszcze dziś wieczorem – oznajmiła z zadowoleniem moja najlepsza przyjaciółka i przyszła współlokatorka. Nadchodzący nowy rok akademicki zapowiadał się wyjątkowo obiecująco.

Koniecznie dajcie mi znać, co sądzicie o tym fragmencie. Wiem, że okładka jest typowa do bólu, wiec nawet nie pytam o oceny. Najważniejsze, że będzie okraszona logiem solidnego wydawnictwa, niczego związanego z self-publishingiem. Tak się cieszę!

SPROSTOWANIE PO PRIMA APRILIS:

Rzecz jasna nie wydaję powieści, przynajmniej nie tej i nie w tej chwili. Ale to jedyne kłamstewko w tym wpisie!

Tak, piszę i pisałam od dawna, tak, napisałam na Erasmusie powieść w ciągu miesiąca i fragment u góry to sam początek tej powieści. Nie jest to rzecz dobra, jest w niej wiele do poprawy i naprawdę nie czytałam tego w całości ani nie sprawdzałam po napisaniu, ale pisałam terapeutycznie i żeby sobie udowodnić, że potrafię. To mi wystarczyło. Fałszywą okładkę stworzyłam w przez Canvę, a do zdjęcia na stos papierów rzuciłam wydruk tytułu ze znakami drukarskimi wyciętymi z innej książki. Taka jestem! ;>

Jak już ogarnę doktorat, skupię się na stworzeniu powieści godnej wydania i może jednego dnia pojawi się u mnie taki wpis już na poważnie. Trzymajcie kciuki!

Dzięki za cudowne reakcje i mam nadzieję, że jednak choć na chwilę sporo z Was się nabrało;)

czwartek, 30 marca 2017

Ja ciągle widzę krew Boga. Milczenie


Wieść o tym, że reżyser odpowiedzialny za Chłopców z ferajny i Wilka z Wall Street, Martin Scorsese, przez dwadzieścia lat nosił się z zamiarem nakręcenia filmu na podstawie japońskiej powieści Milczenie, to wystarczająca rekomendacja, by natychmiast pojawiło się wznowienie książki. Ja zaś, dodatkowo słysząc, że w obrazie ma grać Adam Driver w czarnej szacie jezuity, nieładnie mówiąc, dostałam małpiego rozumu i uznałam się skazaną na czytanie największego dzieła nieznanego mi dotąd chrześcijańskiego pisarza z Japonii, Shūsaku Endō. Milczenie oryginalnie opublikowano w 1966, w Polsce po raz pierwszy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Młody Portugalczyk, jezuita Sebastião Rodrigues, z oczami rozszerzonymi ciekawością i obawą, wychwytuje wiadomości o kapłanach w Japonii. Wielu misjonarzy, którzy wybrali się tam z narażeniem życia, zginęło za wiarę, wierni są okrutnie prześladowani. Nie może uwierzyć doniesieniom, że jego mentor z młodzieńczyk lat, drogi ojciec Ferreira, mógł dopuścić się aktu apostazji, że jego stopa podeptała fumi-e, wizerunek boży, że napisał traktat przeciwko chrześcijaństwu... I młody zakonnik zostaje wysłany, by sprawdzić pogłoski i by pomóc umęczonym katolikom na japońskiej ziemi.

Rodrigues wraz z towarzyszem Franciskiem Garrpem przybywają do wybrzeży Japonii niepewni, zagubieni; słabo znają język, nie znają geografii okolicy, ciągle boją się wykrycia. Chcą pomagać wiernym, chrzcić, spowiadać, celebrować msze; zamiast tego częściej ukrywają się w prymitywnej dziurze w ziemi, przykryci sianem w stodole. Ich obecność skazuje ofiarnych, oddanych chłopów-chrześcijan na prześladowanie, tortury i śmierć. Śmierć straszną, bo niedocenioną, cicha, smutna. Ich męczeństwo jest zwyczajne, rozczarowujące, bez fajerwerków, bez podniosłości znanej z opowieści o świętych. A Bóg milczy. Czy wciąż tam jest? Jak może patrzeć na takie cierpienie? Jak kapłan może patrzeć na cierpienie, którego jest powodem? Co ma czynić?...

Z tym złowrogim spokojem morza czuję milczenie Boga: wydaje mi się, że Bóg milczy z założonymi rękoma, słysząc ludzki lament. 

Rodrigues staje się figurą Chrystusa w Ogrójcu. Zdaje sobie sprawę, że podążający za nim jak cień Kichijiro może okazać się jego Judaszem. Wie też doskonale, że czeka go los podobny do tego, który spotkał Garrpa i innych misjonarzy. Prowadzi rozważania i próbuje sam siebie przekonać, która droga jest najlepsza, wzdycha: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?” Zasmucone oblicze Jezusa patrzy na niego z wizerunku fumi-e, mówi: „Możesz deptać”. Pieje kogut.


Tragizm jego położenia przywodzi na myśl księdza-degenerata, postać tak zwanego „whisky priest” z powieści Moc i chwała Grahama Greena. Bezimienny ksiądz przemierzający meksykański stan Tabasco uosabia ludzkie wady, słabość, moralność rozmijającą się z chrześcijańskimi cnotami, ale dąży do odkupienia poprzez głęboką pokutę, w swojej samotnej i i wędrówce szuka przebaczenia i świetności. On również przemierza kraj w ukryciu, gdzie jego religia jest zakazana, pomagając ludziom jak tylko może; on również napotyka swojego Judasza.

Ostatecznie jednak wydaje się, że decyzja Rodriguesa nie ma znaczenia. Bóg wciąż milczy. 

Czy Bóg naprawdę istnieje? Bo jeśli Boga nie ma, to połowa jego życia, to przemierzanie licznych mórz, by przynieść ziarno prawdy na jałową ziemię tych małych wysepek, było farsą. 

A może milczy, bo dał ludziom największy dar, wolną wolę, wolę do wybrania własnej ścieżki, wolę do błądzenia, zagubienia, do wypełniania Bożych przykazań co do joty i męczeńskiej śmierci? Albo milczy, bo jesteśmy głusi, a tymczasem sami wkładamy w jego usta to, co chcemy usłyszeć? Czy można znieść to zatrważające milczenie w kontekście niewyobrażalnych, nieludzkich decyzji i problemów moralnych?

Milczenie to powieść niespieszna, subtelna. Wymaga cierpliwości, delikatności, smaku. Zachwyca bezpośredniością bez narzucania czytelnikowi żadnych wielkich odpowiedzi czy dogmatów. Czystym, oszczędnym stylem wymusza pewien dystans do wydarzeń; zręcznie omija niebezpieczeństwa popadania w patos czy nachalną pobożność. Po treściwym wstępie czytelnik może przejrzeć serię listów od Rodriguesa, ale nie jest to powieść w całości epistolarna. Problem, wątpliwości i ostateczna decyzja jezuity oświetlone są nie tylko z perspektywy samego zakonnika, ale w połowie powieści przechodzimy do wszechwiedzącego narratora, który przedstawia bezstronny punkt widzenia. Choć listy kapłana bywają uczuciowe, żarliwe, reszta to suche dokumenty, proste fakty, estetycznie podane na skromnej, transparentnej tacy. Czytelnik sam decyduje, co dalej z nimi zrobi. Czy podejmie wyzwanie i zagłębi się w refleksję nad chrześcijaństwem, sensem wiary, oczami milczącego Boga, czy przejdzie do porządku dziennego: tak było w siedemnastowiecznej Japonii. To wszystko. Można dalej milczeć.


Milczenie

 Shūsaku Endō

Znak, 2017
przekład: Tłumaczenie: Izabela Denysenko, Barbara Słomka
288 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


sobota, 25 marca 2017

SHARE WEEK 2017: Twórcy polecają twórców, czyli kogo czytać



Dlaczego dopiero teraz cała ta zabawa doszła do moich uszu? 


Okazuje się, że co roku Andrzej Tucholski organizuje zataczającą coraz szersze kręgi akcję wzajemnych polecanek. Chodzi o to, żeby pokazać wzajemne wsparcie, docenić się wzajemnie i polecić trzy konkretne osoby, które szczególnie się ceni. W tym roku Share Week trwa do 26 marca, więc rzutem na taśmę jeszcze zdążyłam!

Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować Justynie, Owcy z Książką, która ma Wełniaste Spojrzenie na Świat, za wyróżnienie mnie kilka dni temu - wspaniałe zaskoczenie i wielki komplement! Ona sama zasługuje na polecenie, widzieliście w ogóle tego pięknie zaprojektowanego, czystego bloga z owczym zacięciem? Te małe owieczki w ramach oceny? Te owce w okularach? Ale to nie wszystko, bo przede wszystkim chodzi o treść, wyważoną, lekką, traktującą o dobrych książkach. Bardzo lubię do niej zaglądać - Wy też powinniście!

Wybrać główną trójkę jest mi niesamowicie ciężko. 


Kto zrobił na mnie największe wrażenie? W blogosferze trafiłam na tak wielu wspaniałych ludzi, którzy bezinteresownie trudzą się, żeby podzielić się z innymi naprawdę wartościowymi rzeczami...

Z niektórymi czuję natychmiastowe pokrewieństwo dusz - na przykład z Malitą, którą po prostu musiałam na żywo uściskać, inaczej sobie nie wyobrażałam naszego spotkania.

Ekruda to przeurocza, przemiła osoba, która niezmiennie otwiera mi oczy na literaturę faktu, a każdy z jej wpisów jest na wysokim poziomie.

Zaglądając do Kasjeusza, choć rzadko pisze, człowiek dochodzi do wniosku, że nikt nie potrafi piękniej pisać o książkach.

Absyntowa wróżka prowadzi miejsce niepowtarzalne i magiczne, a estetyka jej zdjęć na Instagramie jest jak zaglądanie do życia dorosłej Matyldy z Leona Zawodowca.

Do Tarniny z Czytam to i owo chciałabym się wprowadzić, żeby siedzieć przy kominku i słuchać, co ma do powiedzenia o książkach, a potem zobaczyć, jak przygotowuje im nowe, piękne okładki (jak ta).

Azumi z Miros de carti ujęła mnie od samego początku atmosferą na blogu, dystyngowaną powściągliwością, pracą w księgarni i pewnym raportem o blogosferze.

Dominika z Dosiakowego Królestwa pisze głównie o kryminałach i thrillerach, ale nie tylko. Zawsze można z nią pogadać o wszystkim - i książkach, i grach, i popkulturze, a że jest sympatyczna, inteligentna i zawsze ma swoje zdanie, dyskutuje się ciekawie. Może jeszcze uda mi się kiedyś ją złapać na żywo!

Tanayah czyta olbrzymie ilości książek, nie o wszystkich pisze, ale jak już pisze, to kusi do nich jak szatan!

Agata Adelajda z Setnej strony prowadzi bardzo klimatyczne miejsce z zacięciem do książek starych, literatury trochę bardziej ambitnej i klasycznej.

Paulina z Miasta Książek do dla mnie niedościgniony ideał, szlaja się po londyńskich targach, fantastycznie pisze, wydaje się niesamowicie ciepłą i sympatyczną osobą, a w dodatku też związana jest z filologią angielską na uniwersytecie, co tym bardziej mnie przyciąga.

Janek, który dużo przesiadywał w Tramwaju nr 4, to przyjacielski, żywiołowy, aktywny osobnik, zawsze gotowy do pomocy, służy radą, komiksem, książką, trudno go nie docenić i nie czytać!

Kiedy wreszcie wyczaiłam na targach Zacofanego w lekturze Piotra, czułam się jak na spotkaniu z celebrytą. Lubi czasem wymienić kilka słów w komentarzach, jest sympatyczny, bezpretensjonalny, świetnie się go czyta i w ogóle lubię od pierwszego spojrzenia na tytuł bloga.

Trudno też nie wspomnieć o blogach moich znajomych: literacko-fantastyczny Powiało chłodem pewnej Mróz, która podejmuje różne tematy, również związane z lajfstajlem fana fantastyki (tak!) i udziela się zarówno w fandomie, jak i na różnorakich portalach, a także Rybce i Słoniu prowadzących Dobry film zły film, wyważony i przesympatyczny blog oceniający filmy.

Jest jeszcze tylu innych twórców, tyle innych blogów, które zasługują na docenienie! Tych, do których zaglądam, linkuję tutaj, nie wymieniłam wszystkich... A zasady Share Weeku są nieubłagane: na formularzu można wpisać tylko trzy adresy.

To kto naprawdę wyjątkowo mi zaimponował?



pierogipruskie.blogspot.com


Pyza w pierwszym roku prowadzenia bloga pisała CODZIENNIE. I to nie jakieś popierdółki, o nie. Rzetelne, ładnie ilustrowane, przemyślane i ciekawe wpisy. Dużo dystansu, humoru, radości czytania. Aż chciało się klikać w kolejne posty. O książkach, o czytaniu, o życiu mola książkowego, o autorach, zabawy literackie, cykle, przybliżenia sylwetek, dużo Lema... pamiętam nawet krzyżówkę! Razem z Tarniną prowadzi cykl Pikniki z klasyką, podczas których pod odpowiednimi wpisami wyprawiają się kilometrowe dyskusje, a z Naią - inspirującą Nabokoviadę. Jest ambitna, co chwilę bierze udział w jakichś ciekawych akcjach i wyzwaniach, czyta rzeczy z wyższej półki i zawsze ma coś do powiedzenia. Chcę ją kiedyś spotkać, dlatego nęcę kotem jak mogę. Mówiąc krótko, Pierogi Pruskie to miejsce, które narobiło szumu i szybko wyrobiło sobie renomę - zasłużenie!


pozeracz.pl


Qbuś Pożeracz też pojawił się w blogosferze po mnie, ale od początku idzie jak burza, podbijając kolejnych czytelników, inspirując, przeprowadzając wywiady, pouczając, wytykając, zaglądając dosłownie wszędzie. Jak już zajrzę na czyjegoś bloga, mogę być pewna, że on już tam był albo wkrótce będzie, zostawi bystry komentarz, dopyta, co to za jakieś współprace cichcem albo nieścisłości. To wszystko nie znaczy, że jest jakimś paskudnym nazistą-perfekcjonistą, tylko myślącym, krytycznym człowiekiem. W rozmowie stonowany, ale sympatyczny, otwarty, pomocny. Myśli o zazwyczaj niewidzialnych tłumaczach, pisze sporo o zagranicznym science-fiction, czyta po angielsku, przemyca, Borze szumiący, HISTORIĘ KRYTYKI LITERACKIEJ do blogosfery i recenzje PERIODYKÓW AKADEMICKICH. Tak! Lubię go. I należy mu się.


literackie-skarby.blogspot.com


U Nai z Literackich skarbów chodzi o jakość, nie ilość. Zarówno wpisów, jak i lektur. Jak sama pisze, „[k]siążki lubię, ale raczej ich nie pożeram jak mama Hrabala kotlety wieprzowe o trzeciej nad ranem, a sączę powolutku jak gorącą herbatkę, jak by to mój mistrz napisał <<biorę zdania do buzi i ssę jak cukierek>>”. To bohemistka, więc jest tym ciekawiej, bo literatura czeska to dla mnie terra incognita. Jak już książkę przetrawi, pisze inteligentnie, piękną polszczyzną i stylem dobrego, przyciągającego dziennikarza. Interpretuje, przenika, aż czasem mam ochotę jej oddać palmę pierwszeństwa do rozkminiania. Warto ją czytać, bo sama czyta książki nieoczywiste, a do tego każdy z jej wpisów to przygoda. Ma duży staż, uwielbia Festiwal Conrada, uświadamia o Hrabalu. Na żywo zabawna, serdeczna, nietuzinkowa osoba. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy:)



To tyle z mojej strony. A Was zachęcam do polecania, akcja trwa do 26 marca! 

czwartek, 23 marca 2017

ANGLOFILIA #5: Lubieżni mnisi gwałcą w katakumbach. O powieści gotyckiej i Mnichu


Współcześnie trendy w literaturze popularnej zmieniają się jak w kalejdoskopie; najpierw na czasie były wampiry, lekkie chick lity, potem antyutopie i obyczajowe young adulty, oprócz tego pikantna literatura erotyczna, teraz niepokojący chick noir i retellingi znanych baśni. Ostatnio, jak się dowiedziałam, najlepiej osadzone na Bliskim Wschodzie i Indiach, powieści o damskich dżinnach, które podrywają Aladyna.

Kiedyś świat toczył się wolniej, a jeśli chodziło o nowe mody literackie, wybitnie wolno. Mimo to zdarzały się od czasu do czasu obiegające Europę niczym pożar nagłe zainteresowanie konkretnego typu literaturą. Taką właśnie iskrą rzuconą na podatny grunt było wydanie Zamczyska w Otranto przez Horacego Walpole'a w 1764 roku, w drugim wydaniu dodano do niej podtytuł: Historia gotycka. Powieści naiwnej, zdecydowanie dalekiej od wybitności, wręcz polegającej na absurdzie nierealnej fabuły i schematyczności bohaterów. Jednak to właśnie od gigantycznego szyszaka, który spadając prosto z nieba miażdży nastoletniego syna księcia Manfreda w nieokreślonej, podkolorowanej i wyidealizowanej wersji średniowiecza, zaczął się wielki triumf powieści gotyckiej. Szaleństwo to trwało od końca XVIII wieku grubo w pierwszą połowę wieku XIX.

Powieści gotyckie rozpalały wyobraźnię młodych panien, wywołując dreszcze grozy i rumieńce wstydu. Opierały się na fascynacji daleką przeszłością, średniowieczyzną, kulturą innych narodów europejskich, zwiastującym nadchodzący romantyzm oczarowanie krajami Orientu. W Wielkiej Brytanii te nastroje podsycane były przez wielkie literackie matactwa: cudownie odnalezione przez Jamesa Macpherson pieśni gaelickiego barda Osjana z trzeciego wieku okazały się inspirowanym różnymi podaniami i wierszami fałszerstwem, z kolei nastoletni Thomas Chatterton próbował osiągnąć sukces przez wydawanie swoich prac jako dzieł zmyślonego piętnastowiecznego poety Thimasa Rowleya, ale niepowodzenie doprowadziło go do samobójstwa.

Twórcy powieści gotyckich czerpali natchnienie ze starych romansów rycerskich, wypełnionych fantastyką i cudownością mrocznych podań ludowych (kłaniają się bracia Grimm); przeciwstawiali nową, nieokiełznaną formę sztywnemu rygorowi klasycystycznemu decorum. Budowali swoje historie na tym, co piękne i wzniosłe, ale jednocześnie budzące lęk i przerażenie, do tego dokładając solidną dawkę nadprzyrodzonego i fantastycznego.


Powieści te bywały do tego stopnia schematyczne, że bardzo łatwo można wymienić wszystkie obowiązkowe elementy: osadzenie fabuły w nieokreślonej, podobnej średniowieczu przeszłości, najlepiej za granicą: w egzotycznych dla Brytyjczyków Niemczech, Hiszpanii, Włoszech; do tego konieczny był zamek albo zakon z zestawem zapadni, sekretnych przejść i ukrytych korytarzy, okryte zasłoną nocy cmentarzyska, jaskinie, głębokie lasy. Miejsca te najlepiej powinny być nawiedzane przez przerażające, tragiczne zjawy, wychodzące z ram portretów postaci albo co najmniej bezwzględnych zbójników. Bohaterowie w bardzo dosadny sposób podzieleni byli na tych dobrych i tych złych; niezbędny był okrutny, grzeszny czarny charakter, czysta i cnotliwa piękność, często porywana i zamykana gdzieś przez tego złego, gadatliwy i przesądny służący, oddany i zakochany młodzieniec. Rzecz często działa się wśród zepsutej arystokracji o brudnej przeszłości, zakonnicy (ci paskudni papiści z ich Inkwizycją i klasztorami!) zazwyczaj dopuszczali się najgorszych zbrodni, a młode panny nieustannie drżały przed byciem zmuszanymi do ożenku albo przybraniu habitu wbrew woli. Często pojawiał się też motyw zgubnej obsesji zdobyciem wiedzy lub władzy, nieświadomego kazirodztwa, częstych morderstw, starożytnych proroctw, zemsty zza grobu czy rodzinnej klątwy sprzed wieków.

Przykłady? Clara Reeve i jej Stary angielski baron, powieści Ann Radcliffe (Tajemnice zamku Udolpho, Italczyk albo Konfesjonał Czarnych Pokutników, A Sicilian RomanceThe Romance of the Forest itd.), we Francji François Guillaume Ducray-Duminil, Baculard d'Arnaud i Madame de Genlis, w Niemczech Friedrich Schiller i Christian Heinrich Spiess. Okryty jednak najgorszą sławą jest właśnie Mnich Matthew Gregory'ego Lewis'a.

Wiele świadczy to, że poeta Samuel Taylor Coleridge ostrzegał rodziców przed pozwalaniem młodzieży na czytanie tego dzieła, markiz de Sade uważał Mnicha za dzieło o wiele większego formatu niż jakakolwiek powieści pani Radcliffe, a Katedra Marii Panny w Paryżu Hugo rozbrzmiewa echami „mnisiej” spuścizny. Ta szalona, nieokiełznana historia łączy w sobie wszystkie najmroczniejsze cechy powieści gotyckiej, przetykaną balladami, pieśniami i wierszami, tworząc mieszankę dziką, bezwzględną, ale i niepozbawioną swego rodzaju przyciągania i swoistego wdzięku. Czarna magia, diaboliczność, rozpusta, okrucieństwo stoją tu obok lojalności, miłosierdzia i wielkiej miłości. Nie wszyscy dobrze kończą, cnota nie zawsze jest nagradzana, a sam tytułowy mnich Ambrosio obrazuje satanistyczne odwrócenie chrześcijańskiej pielgrzymki przez życie w stronę świętości.


Jak można się łatwo domyślić, powieść szokowała zarówno na poziomie religijnym, jak i obyczajowym; może szokować do tej pory, choć jej oddziaływanie mocno przyćmiewa trącący myszką i tanim sentymentalizmem język. Z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że ta powieść może być odczytywana jako pastisz czy parodia gatunku. Zaczynamy przecież od sceny w kościele, gdzie zadufana, łasa na młodych kawalerów stara panna Leonella dostarcza aż nadto powodów do śmiechu, a piękna Antonia jest tak naiwna, że nie chce ani się odezwać, ani zdjąć woalki. Leonella śmieje się: „Odsłońże twarz. Ręczę, że nikt ci jej nie porwie” (tłum. Zofia Sinko).

Powodów do śmiechu jest sporo, zaczynając od zbiegów okoliczności i nagle odkrywanych bliskich pokrewieństw w stylu klasycznych oper mydlanych, przebrań składających się na przykład z opaski na oko, które potrafią oszukać każdego, przez kuszenie, a raczej szczucie cycem najlepszego kaznodzieja w Madrycie, na nieszczęśliwym porwaniu starego widma broczącej krwią mniszki zamiast ukochanej panny kończąc. Kościół katolicki utożsamiany jest z podpisującymi cyrografy, nierządnymi mnichami, szatańskimi mniszkami, bezwzględnymi przeoryszami i okrutną Inkwizycją, Hiszpania jest bardziej bajkowo-włoska niż hiszpańska, Niemcy to głównie zbóje w lasach albo napalone baronowe, a wszyscy i tak zachowują się jak Brytyjczycy.

Trudno się dziwić, uświadomiwszy sobie, że powieść pisana była w opętanej nastrojami antykatolickimi Anglii, pod wpływem przemyśleń na temat okrucieństw rewolucji francuskiej. Katolicyzm pokazany jest jak wypaczenie religii, pozbawiony prawdziwego Boga zabobon, a celibat jako narzędzie tworzące wynaturzone potwory pokroju tytułowego mnicha. Rewolucja z kolei przewróciła dotychczasowy porządek świata do góry nogami, co obrazuje nierówność narracji i samej fabuły powieści, a także sprzeczne postacie: żałośni arystokraci, sympatyczni dranie, męskie kobiety i zniewieścieli mężczyźni; moralność stoi na głowie.

O dziwo, pomimo solidnej porcji ramoty, sentymentalizmu i absurdu, powieść do tej pory wciąga, bawi, miejscami przeraża. Trudno nie zadrżeć podczas przejmującej, okrutnej sceny gwałtu czy nie przejąć się losem głodzonej, ciężarnej dziewczyny, zamkniętej w katakumbach. Tak samo nie można nie parsknąć śmiechem znalazłszy się w samym środku niespodziewanej, ciągnącej się na wiele dziesiątej stron opowieści z pobytu w Niemczech Don Raymonda, gdy konsekwentnie upija przetrzymywaną w szafie porwaną guwernantkę, by ta milczała. Całość czytałam po angielsku, ale zanim się zdecydowałam na język, spróbowałam też chwilę po polsku w tłumaczeniu Zofii Sinko - brzmiało równie wyśmienicie.

Mówiąc krótko: szczerze polecam, czytanie Mnicha to niezwykłe, przepyszne doświadczenie czytelnicze!


Na koniec muszę koniecznie wspomnieć o bardzo zacnym wyzwaniu organizowanym już po raz drugi przez Lukę Rhei z Przestrzeni Testu, polegającym na czytaniu klasyki horroru. Uczestnicy co miesiąc dostają nowe wytyczne odnośnie powieści i opowiadań, które załapują się do punktacji ogólnej. W tym miesiącu czytają właśnie powieści gotyckie. A ja tak się naoglądałam bogerów czytających Radcliffe, Walpole'a, rodzimą Mostowską i Lewisa właśnie, że postanowiłam nadrobić słynnego Mnicha. Nie dołączam do wyzwania na stale, ale dziękuję za motywację do czytania!

Chciałam też wspomnieć, że ten wpis powstał w ramach kontynuacji mojego wyrywkowego cyklu o literaturze angielskiej i tłumaczeniach z angielskiego pt. Anglofila, który zaczęłam jeszcze w 2015 od wpisu o Pameli Richardsona. Pisałam też o polskich tłumaczeniach Emmy Jane Austen, pierwszym polskim tłumaczeniu Jane Eyre Charlotty Brontë i szalonych teoriach spiskowych dotyczących rodzeństwa Brontë, co ostatnio hurtem zaliczyłam do Anglofilii i stąd ten wpis ma numer pięć. Jeśli macie jakieś sugestie, komentarze co do cyklu - piszcie!

Niestety moja wersja z Gutenberga nie miała okładki, więc trochę szachruję;) 



The Monk: A Romance

 Matthew Gregory Lewis

The Project Gutenberg EBook, 1996
386 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

________________________________