Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

czwartek, 13 lipca 2017

Bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Opowieść podręcznej


W czasach, gdy antyutopie stały się tak wyświechtaną i nużącą formą jak romanse paranormalne, Hulu wybrało idealny moment na przypomnienie, jak wybitnym dziełem i potężnym wytrychem dla umysłu może być dystopia pisana ręką naprawdę dobrego pisarza.

Opowieść podręcznej ukazała się w 1985 roku, osobiście poznałam ją na studiach. Nie wiem, jak Wy, ale ja czytając mroczne, sugestywne historie takie jak Rok 1984, Folwark zwierzęcy czy Nowy, wspaniały świat, mam wrażenie obsesyjnego zapadania w ciemną, przerażającą studnię. Spadam w nią z każdym kolejnym akapitem, każdą stroną pchającą do tragicznego końca. Przy ...podręcznej nie wiedziałam, czego się spodziewać. I tak trafiłam pod duszny habit i białe skrzydła nakrycia głowy Offred, której już sam przydomek wywołuje ucisk w gardle, na poły z przykrości, na poły z obrzydzenia.

Offred odebrano wszystko. Pieniądze, pracę, przyjaciół, rodzinę, godność. A na koniec odebrano jej nawet prawo do własnego imienia. Podręczne dostają przydomki od imienia mężczyzny, do którego należą i który w usankcjonowany przez system rytualny sposób gwałcą je aż do skutku. Aż pojawi się dziecko. Offred, dosłownie of Fred, po polsku Freda, należy obecnie właśnie do Freda, Komendanta Republiki Gileadzkiej. Jednocześnie w nieprzetłumaczalnej grze wyrazów słowo offered oznacza ofiarowaną.

I would like to believe this is a story I’m telling. I need to believe it. I must believe it. Those who can believe that such stories are only stories have a better chance. If it’s a story I’m telling, then I have control over the ending. Then there will be an ending, to the story, and real life will come after it. I can pick up where I left off.

Za pomocą jednego szybkiego przewrotu ekstremiści religijni, zasłaniający się dobrem kobiet i walką o przyszłość coraz powszechniej bezpłodnej ludzkości, przejmują władzę w Stanach. W książce bardzo widać, że to lata osiemdziesiąte, są odniesienia do epidemii AIDS jako kary boskiej, środków antykoncepcyjnych jako narzędzia diabła, nawet delikatne aluzje do ciemnej strony feminizmu. W końcu matka głównej bohaterki to aktywistka o prawa kobiet, chodzi na demonstracje, pali pornomagazyny. Tej samej retoryki używają rządzący Republiką, by ubezwłasnowolnić żeńską część populacji swoich obywateli.

Warstwa językowa odgrywa olbrzymią rolę w nowym społeczeństwie. Sprawujący władzę mężczyźni nazywani są rangami wojskowymi, służby bezpieczeństwa to Oczy – jak oko Boga i oko Wielkiego Brata, kobiety zaś dostają nazwy domowe: Żony są na pokaz, Podręczne do rozpłodu, Marty do sprzątania i gotowania, dziewczyny w Jezebel's do rozrywki, Ekonożony to kobiety od wszystkiego dla mniej zamożnych, ale wciąż godnych mężczyzn. Dzięki biblijnym cytatom udało się upełnoprawnić zbiorowy gwałt i wielożeństwo: Żona trzyma leżącą jej na łonie Podręczną za ręce, podczas gdy pan domu szybkimi pchnięciami stara się o wspólne dziecko, tak jak Rachela, nie mogąc dać Jakubowi dzieci, oddała mu niewolnicę Bilhę, by ta poczęła za nią. Kobiety zbuntowane zostają Niekobietami, dzieci niepełnosprawne to Niedzieci. Rytuały nowego państwa dostały dobrze pomyślane nazwy: Particicution to moja ulubiona.

W powieści ważny jest kolor czerwony, kolor habitu Podręcznej. To kolor krwi menstruacyjnej i porodowej, kolor życia, ale i ostrzeżenie, dobrze go widać z daleka. Co więcej, to też kolor zakazu, stygmatyzacji, jak szkarłatna litera noszona przez Hester Prynne w klasyku Nathaniela Hawthorne'a. To nawiązanie jest też niezwykle ważne, gdy przyjrzymy się miejscu akcji. Offred w pewnym momencie komentuje stary, purytański kościół, a w mieście, w którym mieszka, można doszukać się amerykańskiej kolebki Purytan z Nowej Anglii. Gilead zatem oficjalnie odwołuje się do spuścizny najsurowszego społeczeństwa religijnego w jednej z pierwszych amerykańskich kolonii.

Najgorszą niesprawiedliwością tego patriarchatu jest nie tylko to, że kobiety zostały sprowadzone do roli narzędzi, ale też to, że to na nie spada cała odpowiedzialność za płodność. Mężczyzna nie może być bezpłodny, to tylko kobieta nie jest płodna. I to ona poniesie konsekwencje. Szczerze? W momencie, gdy cały system zbudowany jest na kulcie płodności i każde narodziny to cud, nie rozumiem tak wielkiego marnotrawstwa, jak przypisanie tych niewątpliwie płodnych Podręcznych w czerwonych habitach do pojedynczych, starszych mężczyzn. To przecież absurd. Absurd, w którym chodzi tylko i wyłącznie o kontrolę.

Podręczne różnie sobie radzą z nową pozycją. Najpierw indoktrynowane i torturowane w Czerwonych Centrach, później przydzielane rodzinom zamożnych dostojników państwowych. Offred nie ma w pokoju żyrandola, by nie skończyła jak ta poprzednia. Sama bohaterka najpierw karmi się kilkoma słowami pociechy zakodowanymi w szkolnej łacinie i wyrytymi w mało widocznym miejscu, pismem i wiedzą, która daje jej władzę. Później jednak, zgodnie ze słowami własnej matki, pomimo uciśnienia znajduje pewną kompensację w swojej sytuacji, małą namiastkę poprzednich swobód. To jest zaczyna wystarczać. I to jest też najbardziej przerażające.

Ordinary, said Aunt Lydia, is what you are used to. This may not seem ordinary to you now, but after a time it will. It will become ordinary.

Świeży serial z niesamowitą Elizabeth Moss w roli głównej, choć można było to mocno spartaczyć, zgrabnie uwspółcześnia tę historię, przenosząc trącącą myszką prozę Atwood w świat smartfonów, bankomatów i Internetu. Adaptacja poszerza zamkniętą całość fragmentarycznej, miejscami onirycznej powieści, w szerszy kontekst polityczny, podkręca i przestawia elementy opowiadanej w pierwszej osobie historii w taki sposób, by nadać jej jeszcze więcej mocy. To, co robi wrażenie w suchych, spartańskich i gorzkich zdaniach Atwood, przeniesiono do medium wizualnego naprawdę świetnie: klaustrofobiczne zbliżenia na porażająco spokojną i jednocześnie buzującą skrywaną nienawiścią twarz Moss, ironiczne zwroty do widza pełne siarczystych, ale dobrze wymierzonych przekleństw, zakończenie pierwszego odcinka współegzekucją skazanego (gdy cała wściekłość zdominowanych podręcznych przenosi się na siłę kopniaków i razów wymierzanych obcemu mężczyźnie, który być może kłamliwie został przedstawiony jako gwałciciel) – od początku do końca jestem pod olbrzymim wrażeniem, jak dobrze ten serial poradził sobie z powieścią, która już raz została spartaczona na ekranie (pomimo scenariusza Harolda Pintera).

Można by jeszcze długo pisać o Opowieści podręcznej, o bohaterach drugoplanowych, rozdartej, pękniętej Serenie Joy, o Moirze, o mężu i córeczce Offred, o Nicku, o ciotce Lydii. Długo można analizować gęstą tkankę powieści, wewnętrzną logikę, implikacje, oddziaływanie, naturę opowiadania jako formy władzy nad rzeczywistością. Można dyskutować nad odniesieniami do współczesnej sytuacji, ciarkami na plecach podczas czytania. Ale najlepiej samemu przeczytać. Obejrzeć serial.

I przemyśleć, póki jeszcze mamy do tego prawo.


The Handmaid's Tale

Margaret Atwood

Anchor Books, 1998
311 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★





wtorek, 4 lipca 2017

O takiej jednej, która roztacza wokół barwy i słowa. Nie ma świata


Zbieram się i zbieram, ale nie mogę podejść do tego wpisu inaczej niż osobiście.

Trudno mi inaczej przedstawić Idę Dawidowicz, niż powiedzieć na wstępie, że jest pięknym, kolorowym ptakiem. Że jest kroplą cudownej egzotyki i koloru. Ze trudno trafić na tak pasjonującą, kochaną osobę, o której tyle można opowiadać. Z którą wiąże mnie tyle szalonych sytuacji. Z którą wspomina się tylko podniesionymi głosami, ze śmiechem, z nostalgią. Która tworzy swoje życie jak estetyczną, czasem skrajną poezję. która kocha ubarwiać, która nosi wszystkie kolory tęczy.

Chodziłyśmy do jednej klasy w liceum, w szkole czerniącej się od koszulek metali, siedząc w salach razem z mieszaniną artystycznych, pełnych pomysłów i marzeń ludzi. Każdy chciał być kimś wyjątkowym, coś tworzyć, czymś się wyróżniać. Ida tworzyła kolarze, pisała wiersze, nosiła się na hippisa, przynosiła do szkoły ogromne, kolorowe, pluszowe węże i sprawiała, że pół klasy uganiało się z nimi z rykiem i śmiechem po korytarzach, udając, że to wielki smok na chińskiej paradzie.



Nasze ścieżki krzyżują się w wyobraźni podczas wspólnych sesji, gramy razem w tradycyjne, turlane i opowiadane rpgi. Ona jest ponad dwumetrową elfką, która przyrzekła nie nosić ubrań. Zamiast tego przyodziewa się w bluszcz, otacza zwierzętami, kieruje się dziką furią, czasem przypadkową fanaberią, zawsze z pasją, całkowicie. Logika odchodzi na bok, w ruch idą pazury.

Pewnego razu pod wpływem chwili wynajęłyśmy razem mieszkanie, ja, Ida i jeszcze jedna niespokojna, cudowna dusza - wielkie, rozpasane, klimatyczne mieszkanie w krakowskiej kamienicy na Kazimierzu. Skończyło się mozaiką, komuną, miejscem, o którym można snuć straszne i śmieszne opowieści grubo po północy. Jej ćwiartka pokoju była miniaturową wystawą figurek żółwi, szalonych kolczyków, pięknych szali, kwitnących storczyków, stert książek. Wykwit specyficznej cudowności.



Nie ma świata to nie jest jej debiut, w liceum wydała maluteńki tomik z mnóstwem dedykacji W oczach jednorożca. Porównując okładki, widać olbrzymią drogę od hippisowsko-barokowej stylistyki w stronę absolutnego minimalizmu i zen. Ida zmieniła się, niewątpliwie, po swojemu dojrzała, przetworzyła, przeszła z wieloma sprawami do porządku dziennego.

W ciągu jakiegoś pół roku dzięki szybkiej, szczęśliwej propozycji powstał niezwykle przemyślany, ustrukturyzowany tomik według mnie bardzo dobrej poezji. Takiej, którą czyta się z przyjemnością, która porusza zmysły, od której człowiek się uśmiecha, którą czuje się trochę przez osmozę; za każdym wierszem stoją jednak nawiązania, teorie, świadome wizje.



Wiem, bo gdy Ida dostała propozycję wydrukowania wierszy, zadzwoniła po mnie. Usiadłyśmy z laptopem; czytałam, rozgryzałam, dopytywałam, tłumaczyłam, jak rozumiem każdy z wierszy, jak mi według mnie osoba z zewnątrz może rozumieć dany fragment. Podpowiadałam, a Ida układała, dopracowywała. Potem robiłam zdjęcia zwierzakom Idy, powstała sesja zdjęciowa Herbatka z gadami. Zdjęcia wylądowały później w tomiku w postaci przerywników między poszczególnymi częściami. Dwie soczyście kolorowe agamy i żółw pozowały do zdjęć przy porcelanie, filiżankach, imbrykach. Niestety wąż wtedy gdzieś chwilowo się zapodział, choć oryginalnie to on miał być znakiem Enso na okładce.

Studiowała religioznawstwo, przeczytała setki książek. Szkoda, że nie mogliście jej posłuchać, jak wprowadza słuchaczy w swoje wyobrażenie na temat Enso, jak zapowiada kolejne wiersze podczas swojego wieczorku poetyckiego w Cafe Szafe w Krakowie. W białej, długiej do kostek sukni wyglądała jak grecka bogini, pełna, szczęśliwa, na prostej.


Nie czuję się odpowiednią osobą do komentowania jej poezji. Czuję się zbyt blisko, zbyt osobiście. Najbardziej lubię, gdy od prostych, codziennych rzeczy szybkim ruchem słowa przechodzi do metafizyki, głębi, piękna. Gdy pisze o prostych, ale skomplikowanych uczuciach dobitnymi pociągnięciami metafory. Gdy po przeczytaniu jednego wiersza nagle czuję radosny niepokój, drażniące pobudzenie, bo znam to uczucie, nagle czuję się przeniesiona w ten stan ducha, bo tak pięknie to brzmi w tych ulotnych słowach. Jak Niewymazywalne, Przecież śnimy te same sny..., Wiem doskonale, czego bym chciała..., Chciałabym umieć ukryć w Tobie...

Nie ma świata zaczyna się od beztroski, pasji, miłości, następnie przechodzi w rozpacz, rozstanie, zaprzeczenie, wreszcie dochodzi do nihilizmu, zwątpienia, odrzucenia, przechodzącego w pogodzenie, odpuszczenie, twórcze przetworzenie przeszłości w wewnętrzną, spokojną harmonię, cichą akceptację ludzkiego losu, niedoskonałości, cyklów porywów i rozstań, od wiosny do zimy. Niespostrzeżenie przechodzimy na koniec kręgu, do chropowato zakończonej linii, gdzie wszystkie decyzje są słuszne, a nie istnieje tylko to, co się nie śni. I wszystko zacznie się na nowo mocnym przyciśnięciem pędzla, pełnym zachwytu szybszym biciem serca.



Chciałabym, żeby więcej ludzi poznało te wiersze. Wiem, że mało kto teraz czyta poezję. Sama ciągle sięgam po prozę. Ale mam silne przekonanie, że te wiersze są dobre.

Tomik można było kupić podczas wieczorku za cenę śmiesznie niską. Wiem, że jeszcze dużo zostało. I mogę dogadać szczegóły pomiędzy autorką a chętnymi czytelnikami:)


Nie ma świata

Ida Dawidowicz

Agencja JP, 2017
31 stron
Odczucia: ★★wyjątkowe★★/★★★★★

niedziela, 2 lipca 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: czerwiec 2017


Jeśli zaglądacie na Facebooka albo Instagrama Rozkmin i widzieliście mój wpis sprzed kilku dni ze zdjęciem zblazowanej, wymęczonej Hadyny, to wiecie, co u mnie słychać. Generalnie zaniedbałam bloga potwornie, dawno nic nie pisałam, przeczytałam tylko trzy książki, nawet mało co oglądałam. A to z powodu wysokiego natężenia trudnych spraw („Trudne spraaawy”) osobistych: po prawie trzech latach czekania trafiłam do szpitala na zabieg na nos i przez dłuższy czas miałam ochotę tylko leżeć i znosić istnienie. Do tego doszły kontrole, ciągłe sensacje zatokowe, płomienna nienawiść do laryngologów, a i na uczelni musiałam zacząć zbierać podpisy, tworzyć tonę papierów i wygłosić pewną długo przygotowywaną prezentację na temat mojego projektu rozprawy doktorskiej; o kończeniu semestru z niemieckim już nie wspomnę. W efekcie ciągle musiałam odrabiać nieobecności w pracy, a po powrocie do domu ledwie dychałam. Marzę u urlopie, ale na to jeszcze zaczekam.

Ilościowo w lekturach szału nie było, ale za to jakościowo - palce lizać! Nad Magicznymi latami Roberta McCammona muszę się niedługo pozachwycać w stosownym wpisie, podobnie piać będę z zachwytu nad czytaną po raz drugi Opowieścią podręcznej Margaret Atwood. Zdecydowanie gorzej przełknęłam Pan Darcy nie żyje Magdaleny Knedler, lekkie czytadło o polskich Anglikach, pisany dziarskim językiem zabawny kryminał ze zbyt stereotypowym rozwiązaniem nagromadzonych tajemnic. Nie wiem jak do tego wliczać tomik poezji mojej przyjaciółki Idy Dawidowicz Świata nie będzie, do którego robiłam zdjęcia z gadami i filiżankami. Wiersze czytałam już na etapie przeglądania wierszy i doradzania kolejności w rozdziałach parę miesięcy temu... Na Instagramie już chwaliłam się wieczorkiem autorskim Idy, na którym byłam i następny wpis będzie właśnie o niej. Może i nie czytam dużo poezji i uważam się za autorytet, ale ludzie powinni ją czytać. Jej wiersze są piękne.


A popkulturalnie?


Wonder Woman (2017)


Przeżyciem miesiąca niekwestionowanie można ogłosić świetną Cud-Babę ze śliczną jak z obrazka Gal Gadot. Może i czarne charaktery nie były wystarczająco wyraziste i przekonujące, może nie oddano pierwszej wojny światowej z historyczną dokładnością czy nawet średnią wnikliwością, może i patchworkowa kompania wydaje się dość dziwna, ale film oglądało się fantastycznie. Lekki, zabawny, uroczy, przekonujący. Kupuję tę jeszcze naiwną, niedoświadczoną Dianę z całym dobrodziejstwem inwentarza i pięknym uśmiechem. Chciałabym się przeprowadzić na Wyspę Amazonek, przyklaskuję niezręcznemu, ale pełnemu chemii związkowi ze Stevem Trevorem, zachwycam się Chrisem Pinem po raz kolejny, przy głównym motywie muzycznym mam ochotę zerwać się z fotela i dopingować. Dobra robota!



Batman - Początek (2005)


W ramach mojego prywatnego wyzwania Batmana, podczas którego poznaję wszystkie kultowe, najlepsze odsłony mrocznego rycerza Gotham w filmach i jednym serialu animowanym, powtórzyłam sobie dwa pierwsze adaptacje Christophera Nolana. Pierwszy film z serii był swego rodzaju fenomenem, którym jarali się wszyscy. Oglądałam go przed wyjściem kolejnej części wiele lat temu, nawet oceniłam go na 8/10 na Filmwebie, ale przy powtórce stwierdziłam, że absolutnie nic nie zapamiętałam! Teraz stwierdzam, że nieźle się ogląda, zamysł jest dobry, ale zdecydowanie każdy z tych filmów wyszedł za długi i przez to męczący. Widać sztywność szyi stroju, Christian Bale wciąż najbardziej kojarzy mi się z Equilibrium, uwielbiam Alfreda (a kto nie?), Cillian Murphy jako Scarecrow wypadł uroczo. Ale żeby aż takie zachwyty? Może ostrożnie.




 Mroczny rycerz (2008)


Wciąż jeszcze oglądam animowanego Batmana (a ogląda się go tak dobrze!) i ku mojemu własnemu zdziwieniu po powtórnym obejrzeniu Mrocznego rycerza i porównaniu z Burtonowskimi Batmanami stwierdzam jednak, że wolę Jokera wesołkowatego. Ujmującego szaleńca z głosem Marka Hamilla, albo faktycznie Jacka Nicholsona. Nie ujmuję niczego Heathowi Ledgerowi, wykonał fantastyczną robotę, ale jednak... teraz te jego tiki nerwowe, kląskanie i mlaskanie nie zachwycają mnie tak bardzo. A jeśli chodzi o cały film... Cóż. Za dużo. Za dużo chcieli pokazać, za bardzo wpychali wątek Harveya Denta, zbyt uporczywie powtarzali mantrę o białym rycerzu. Jak Joker w ciągu jednej wizyty przekonał Denta do zmiany? A końcowy monolog Gordona jest trochę nielogiczny i mało składny. Generalnie: wymęczyłam się.


Peep Show (2003–2015)


Zainspirowana pewnym Serialconowym wystąpieniem, zaczęłam też oglądać Peep Show, brytyjski sitcom o dwóch nieudacznikach, którzy bardzo chcą kogoś przelecieć. Kogokolwiek. Mieszkają razem w ciasnym, nieciekawym mieszkanku, jeden żeruje na drugim, ciągle pakują się w absolutnie chore sytuacje, przez co mam ochotę schować się pod kanapę ze wstydu. Typowo brytyjski, mocno bezpruderyjny serial z ciekawym rozwiązaniem wewnętrznego monologu często zagłuszającego oryginalny dialog, eksperymentalną pracą kamery (celującą w specyficzny widok z punktu widzenia bohatera) i taką ilością cringe'u, że musiałam zrobić sobie chwilę przerwy. Niemniej polecam dla brytofili, którym niestraszne naprawdę dziwne klimaty.



Oprócz tego wróciło Orphan Black, ciągle wychodzi Twin Peaks (do którego momentami tak bardzo nie mam cierpliwości!), a animowany Batman niezmiennie zachwyca. A co u Was?

niedziela, 18 czerwca 2017

Where are my dragons?! Historia naturalna smoków


Smoki to naprawdę mocna karta przetargowa. Słyszę smoki, myślę: TAK. Smoki sprawiają, że wszystko jest bardziej fascynujące. Oczywiście i taki temat można zepsuć (mimo dobrego początku, tak, piję do Christophera Paoliniego), ale literatura fantasy roi się od świetnych przedstawień smoków: J.R.R. Martin, Ursula Le Guin, Michael Ende, J.K Rowling, Ewa Białołęcka, Andrzej Sapkowski – można by wymieniać i wymieniać tych autorów, którzy mieli swój pomysł na te budzące podziw i respekt mityczne stworzenia. Czy książka o tak zachwycającej okładce, jak pierwszy tom z cyklu Pamiętników Lady Trent Marie Brennan, może zawieźć w tym względzie?

Jednym z największych minusów tej książki, marketingowo zapewne zaliczanych na plus, są olbrzymie oczekiwania, jakie wzbudza w czytelniku. Sięgając po tę kremową, pysznie cudowną w dotyku okładkę z pięknie naszkicowanym w najdrobniejszych detalach smokiem ze sznytem jak ze ze starego woluminu, ma się nadzieję na prawdziwą Historię naturalną smoków. Z dużą ilością dokładnych opisów różnych rodzajów smoków, jakąś taksonomią, czymś na wielką, smoczą skalę. Autorka ukończyła antropologię, co nieco zna się na pracy naukowej; wyszczególniona na okładce główna bohaterka, Lady Trent, przedstawiona jest jako szacowny naukowiec z wieloma wybitnymi osiągnięciami.

Tymczasem w miarę czytania okazuje się, że zamysł był zupełnie inny. To nie opisany dokładnie fantastyczny projekt badawczy, a wiktoriański memuar starszej, dumnej kobiety, która opisuje swoje życie z perspektywy czasu. Swego rodzaju bildungsroman, opowiadający o ścieżce Lady Trent od małej pasjonatki natury, spragnionej wiedzy i ciekawej świata dziewczynki, która wtłaczana była pod wpływem oczekiwań społecznych w sztywny gorset dziewiętnastowiecznej damy, ale której mimo to udało się przetrzeć drogę do nauki. W jaki sposób? Przez małżeństwo. I tu wkraczamy w rejon typowej historycznej powieści obyczajowej; smoki są zdecydowanie na uboczu. Przez pierwszą połowę książki w centrum jest głównie ambicja, ciekawość i oczytane młodej Izabelli, która ustawiła sobie na celowniku zdobycie uczucia Jacoba Camhersta, dobrą partię według matki, zainteresowanego historią naturalną posiadacza pokaźnej biblioteki według ojca.

Nie powiem, czyta się to przyjemnie, ale uwiera fakt, że smoki są niczym prawdziwe drapieżniki na sawannie dla kolonialnego zapaleńca z Anglii. Dopiero z czasem, po perypetiach ściśle rodzinnych i domowych, Izabelli udaje się wmanewrować wraz z mężem na niesłychaną wyprawę do Wystrany, podległego, mało cywilizowanego państewka przypominającego trochę okolice Karpat. Tam, podczas pełnej niewygód, długiej wyprawy, studiować będzie (na odległość i ostrożnie) te niebezpieczne bestie.



Urzekają rzecz jasna piękne rysunki, udające prawdziwe dzieła młodej Izabelli z dalekiej wyprawy; miłym dodatkiem są streszczenia rozdziałów niczym z autentycznej powieści starej daty. Samo pióro Brennan jest tylko lekko stylizowane, choć wyraźnie czuć atmosferę kolonialnej Anglii jeszcze sprzed rozpowszechnienia elektryczności czy rozwoju kolei. Podróż do Wystrany minimalnie nawiązuje do klimatu Draculi, gdy Johnathan Harker wybrał się do Transylwanii. Podoba mi się drobiazgowość: Isabella wybrała sobie umiejętność typową dla młodej damy z wyższych sfer, czyli szkicowanie, z czystą premedytacją, by później móc wykorzystać ją do pracy naukowej, w podróży wspomniana jest logistyka z kuframi i transportem mebli (!), a także szykowanie specjalnych sukien, które można założyć samodzielnie, problemy językowe ze służącą Dagmirą, nawet lekko zarysowana w tle sytuacja polityczna i intryga rozwiązująca zagadkę napadających na ludzi smoków.

Również całkiem niezła, choć mimo wszystko bardzo mało subtelna i trochę nieudana, jest próba przedstawienia problemu nierówności płci. No bo jak to, dziewczynka interesuje się wnętrznościami zwierząt i podkrada książki z biblioteki ojca? Nie do pomyślenia! Autorka zgrabnie opisała, jak dziewczynka najpierw buntuje się, a potem akceptuje rzeczywistość, by następnie bardzo przemyślnie tak pokierować swoim zależnym od mężczyzn losem, by wreszcie osiągnąć swój cel i spełnić marzenia o badaniu smoków. Jak słusznie zauważono w innej recenzji, problemem jest tutaj to, że bohaterka przedstawiona została jako wyjątkowa, obdarzona wybitnymi zdolnościami kobieta, która najlepiej dogaduje się z mężczyznami. Wszystkie inne drugoplanowe panie są przedstawione raczej płasko i negatywnie (oprócz jednej koleżanki, która po przedstawieniu Izabelli odpowiedniej osobie, znika jak marzenie i więcej się nie pojawia).

Nie da się też nie zauważyć, że generalnie wszyscy bohaterowie są mniej lub bardziej stereotypowi. Szmuglerzy to paskudne bandziory, Wystrańczycy to nieokrzesani i nieucywilizowani poganie, inne kobiety są nudne i trzpiotowate, a lord Hilford to typowy dobroduszny, wygodnicki zapaleniec. Mimo ciekawych napomknień na temat rozwiniętych później teorii, Lady Trent nie wydaje się też aż tak świetnym naukowcem, jak autorka chciałaby, żebyśmy uważali. Jest ambitna, oczytana i wytrwała, ale głównie bezmyślnie i arogancko pakuje się w tarapaty i w większości to dzięki niebywałemu szczęściu udaje jej się zobaczyć tak upragnionego smoka czy dokonać jakiegoś odkrycia. To prawda, jest jeszcze młoda i na początku swojej kariery, ale trąci mi to marysuizmem.

Samym smokom u Brennan nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Pomysł na przedstawienie ich jako typowo dzikich stworzeń, które badają wiktoriańscy naukowcy o bardzo ograniczonej wiedzy i możliwościach, jest naprawdę oryginalny i fascynujący. Małe, kolorowe iskrzyki traktowane jak szkodniki ogrodowe są absolutnie przeurocze. To fabularnie ta książka zawodzi. Historia wydaje się nierówna, za bardzo skupia się na sprawach rodzinnych tam, gdzie chcielibyśmy czytać o czymś zupełnie innym, kiedy indziej zbyt szybko przechodzi od jednego zdarzenia do drugiego. Oprócz Izabelli i jej męża Jacoba reszta postaci to oklepane klisze. Kwestia kobieca została potraktowana po macoszemu pomimo walczącej o swoje marzenia protagonistki-emancypantki. Warstwa językowa bywa raczej nijaka, zakończenie nie porywa (trudno też się przywiązywać do męża bez tytułu, podczas gdy pisząca z perspektywy czasu bohaterka to lady...). Zabrakło oryginalności, ikry, jakby autorka za bardzo wczuła się w klimat mało ciekawego zakurzonego woluminu. Czy cztery kolejne tomy i dodatkowe opowiadanie są lepsze? Tego już nie wiem, ale nie mam wielkich oczekiwań.

Polecam fanom smoków, ale ostrzegam: nie będzie fajerwerków.


Historia naturalna smoków

Marie Brennan

Zysk i S-ka, 2017
358 stron
przekład: Dorota Żywno
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


czwartek, 15 czerwca 2017

Downton Abbey w dzielnicy tortów kremowych. Belgravia Fellowesa


Belgravia to Downton Abbey wtłoczone do aplikacji godnej „Household Worlds”, Dickensowskiego periodyku, w którym ukazywały się dziewiętnastowieczne powieści w odcinkach. Podzielona na równe odcinki, z mocnym akcentem albo cliffhangerem na końcu, niczym typowa wiktoriańska proza.W kwietniu ubiegłego roku pojawił się pierwszy, darmowy rozdział do pobrania. Teraz na stosownej stronie można kupić audiobooka, książkę i pojedyncze odcinki. To wszystko wyjaśnia: dlaczego wchodząc na Goodreads, przy Belgravii widać oznaczenie #1-11. Każdy z rozdziałów można znaleźć w postaci osobnego wydania

Belgravia to również post-Downtonowski projekt Fellowesa, uwielbianego autora scenariusza do bodaj najbardziej uwielbianego obecnie serialu kostiumowego. Na fali popularności produkcji powróciła moda na angielską arystokrację, służbę w liberii i posiadłości ziemskie; po tym, jak Downton Abbey się skończyło i nie pojawił się nowy serial sygnowany nazwiskiem sześćdziesięcioletniego barona, jak grzyby po deszczu powyrastały nowe projekty, książki, seriale. Jednym z takich projektów jest właśnie zdygitalizowana Belgravia, podpisana nie tylko nazwiskiem Fellowesa, ale również konsultantki historycznej i redaktorki merytorycznej; w wydaniu angielskim te dwie panie dostały nawet krótkie biografie obok notki o autorze, przez co podejrzewa się, że baron sam wszystkiego nie napisał od początku do końca. Skok na kasę czy autentyczny, świetny następca Downton Abbey?

Belgravia to również luksusowa i wytworna dzielnica Londynu, adres pożądany i ociekający pieniądzem. Zachwycające bielą, eleganckie kamieniczki, kolumnady i czarne balustrady wyglądają sterylnie, zachwycająco. Trochę jak torty kremowe. Zbudował je w XIX. wieku Książę Westminster, Thomas Cubbitt, rozumiejąc, że arystokracja gotowa jest zapłacić niezłą sumkę za wytworny dom w samym centrum Londynu, kilka kroków od pałacu młodej królowej, idealnie na sezon. To właśnie tutaj toczy się główna akcja powieści.


James Trenchard zawsze miał żyłkę do interesów, dzięki czemu ćwierć wieku lat wcześniej osobiście pomagał lordowi Wellingtonowi w Brukseli w dostawach dla armii brytyjskiej; teraz współpracuje z Cubbittem, budując domy dla arystokratów i sam mieszka w pobliżu, na Eaton Square. Powiodło mu się w życiu dzięki olbrzymiej ambicji. Ze zwykłego zaopatrzeniowca stał się niemal równy dobrze urodzonej śmietance towarzyskiej, ba, często wręcz bogatszy od niektórych starych rodów, szlachty tkwiącej po uszy w długach. Choć jemu trudno to zrozumieć, jego żona doskonale zdaje sobie jednak sprawę, że nigdy nie będą na równej stopie chociażby z takimi Bellasisami, mieszkającymi ledwie pięć minut drogi od nich, na Belgrave Square. Pomimo faktu, że ich córka dwadzieścia pięć lat wcześniej flirtowała z młodym Bellasisem na słynnym balu księżnej Richmond w przeddzień bitwy pod Waterloo, rodzina nuworyszy takich jak Trenchardowie nie zostanie przyjęta u błękitno-krwistych, bajecznie bogatych Bellasisów.

Oś fabuły zasadza się właśnie na tych różnicach społecznych, drobnych, niepisanych regułach. Jednocześnie można obserwować jak na dłoni ukrywane w buduarach, szeptane na ucho, ukrywane w starych listach tajemnice wychodzące poza ramy akceptowalnych zwyczajów. Mamy więc cały arsenał znanych z Downton Abbey czy klasycznych powieści wiktoriańskich motywów: nieznanych dziedziców, mezalianse, wstydliwe nałogi, sekretne romanse, sprzedajną służbę. Poznajemy też całą rzeszę bohaterów, których z przyjemnością zobaczylibyśmy na ekranie: wyrozumiałą, godną panią Trenchard, głośnego, szczerego pana Trencharda, ich syna, Olivera, zazdrosnego nieudacznika, i Susan, dwulicową, rządną zaszczytów żonę, lady Bellasis, sprytną, zaradną, ale zranioną kobietę, jej nieobecnego, spokojnego męża Peregrina i rodzinę jego młodszego brata, czyhającego na majątek, przede wszystkim paskudnego dziedzica, Johna Bellasisa. Czterysta stron gładko płynącej, bezbłędnie zaplanowanej fabuły z satysfakcjonującym, baśniowo dobrym zakończeniem. Do tego potoczyste, zgrabne dialogi, zwroty akcji, szybkie cięcia od sceny do sceny. 

Szczerze? Wciągnęło mnie totalnie. Czytało się z czystą, niewymuszoną przyjemnością, rozbawieniem i cieniem niepewności w sercu. Tak jak przy oglądaniu Downton Abbey. Uwielbiam takie klimaty, a ta powieść jest dla mnie idealnym spełnieniem tego, czego oczekiwałam.

Rzecz jasna Belgravia to nie jakaś perełka. Nie wyróżnia się w jakiś spektakularny sposób, nie zawiera tak fascynującego romansu jak Lady Mary z Matthew Crawleyem, nie jest napisana wybitnym językiem. To wciąż powieść historyczna pisana współczesną ręką, mało przypominająca ciężką, społeczną prozę Wiktorianów. To niezobowiązująca, lekka, wygodna jak rozchodzone buty rozrywka, nie pozytywizm; nie znajdziemy tu tematu biedoty, gwałtów, tragedii życiowych, ważkich dylematów moralnych, dyskusji o sztuce, polityki, wojny. Może i znajdziemy pewne dyskretne nawiązania do innych powieści, jak wspomina Daisy Goodwin w swojej recenzji, przede wszystkim do Thackeraya, nie usłyszymy ech Dickensa. To piękna, dobroduszna fasada, którą z przyjemnością zobaczyłabym w formie kolejnego serialu kostiumowego. Współczesna powieść srebrnego widelca (tzw. silver-fork novel).

No i co z tego? Chcę więcej!

Och, jak dobrze, że czeka jeszcze na mnie na półce Czas przeszły niedoskonały.


Belgravia

Julian Fellowes

Marginesy, 2017
462 strony
przekład: Anna Bańkowska
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


niedziela, 11 czerwca 2017

MINIROZKMINY: Kobieta w 1000°C, Magia sprzątania, Mleko i miód, Czerwona królowa


Jak wspominałam, mam sporo zaległości w pisaniu o książkach na bieżąco. Zresztą, nie o wszystkim da radę napisać tyle, ile by człowiek chciał, jeśli chce jeszcze czasem odetchnąć w życiu. Bloger książkowy ma często to do siebie, że z czytelnika uprawiającego beztroskie, spokojne czytanie przeobraża się w czytelnika nieustannie tropiącego fajne tematy, pilnującego terminów do recenzji zamówionych nowości, pstrykającego foty każdej książki, która wpadnie mu w ręce, wpisującego jedną ręką hasztagi na Instagramie i lekko zagonionego, bo przecież trzeba napisać wpis, zamiast napoczynać kolejną powieść!

Ostatnio, jak zapewne zauważyliście, wrzuciłam trochę na luz. Potrzebuję odpoczynku. Stąd też na spokojnie, w kilku słowach i bez przynudzania, pierwsza odsłona nowego cyklu MINIrozkmin!




Historia wystrzałowej islandzkiej babci przeleżała na mojej półce zdecydowanie zbyt długo. Sięgnęłam do niej dopiero niedawno, bo po dostaniu powieści w swoje ręce i przejrzeniu pierwszego rozdziału stwierdziłam, jak później sama Herra naśmiewa się ironicznie, że będzie to lekko stuknięty, słaby kryminał. No bo co to ma być: zamknięta w garażu bystra babinka chwali się trzymanym pod kołdrą granatem i mruczącym na posłaniu laptopem, dzięki któremu podrywa przystojniaków z całego świata. Jakieś szaleństwo.

Tymczasem autentyczne wspomnienia Herbjörg Maríi Björnsson, córki pierwszego islandzkiego premiera, to świetna powieść napisana ze swadą, zgryźliwym, pełnym dystansu językiem i wielką inteligencją. Jednym tchem śledzi się wyrywkowo, gorzko opowiedziane losy urodzonej na spojeniu narodów, zawsze obcej we własnym kraju, przenikliwej dziewczynki na tle II wojny światowej. Anegdotki o porzucanych mężczyznach, oziębłych dzieciach, całowaniu Beatlesów i zamawianiu kremacji przed śmiercią przetykają się z przerażającymi wizjami ucieczki przez pół Europy, gwałtów, mordu, zagubienia. Mocne, świeże, poruszające.

Kobieta w 1000°C

Hallgrímur Helgason

Znak, 2013
tłumaczenie: Alicja Rosenau
432 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★



Rupi Kaur to fenomen internetowy, pisze na tyle proste, dobre i poruszające wiersze, że zainteresowała sobą ponad milion Instagramowiczów. Z jednej strony godne pochwały osiągnięcie, z drugiej - jej praca często jest krytykowana za schlebianie masom, miałkość i mądrość na miarę największych pisarskich pseudofilozofów. Na szybko zajrzałam do tomiku jej poezji, żeby wyrobić sobie własne zdanie.

Nie żałuję tego czasu; nie postawię jej obok Coelho. To nie jest rozintelektualizowana, pełna odniesień poezja ani mistrzostwo oszczędności na marę imagistów. Faktycznie pisze bardzo wprost, czasem licealnie, faktycznie trochę czuć przereklamowanie. Mimo wszystko jednak jej wiersze mają w sobie ciepło, kobiece spojrzenie i moc, dzięki któremu można przypomnieć sobie, uświadomić i przemyśleć pewne pozytywne prawdy, według których dobrze żyć, kochać i odpuszczać, sobie, swojemu ciału i innym. Czytałam z uśmiechem.

Mleko i miód

Rupi Kaur

Wydawnictwo Otwarte, 2017
208 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★




Co tu dużo mówić, ta książeczka przyciąga okładką. Kusiła złotym sposobem na bałagan. W końcu pożyczyłam i przeczytałam w jeden wieczór. Mogłabym przeczytać jeszcze krócej, jak dłuższy artykuł, gdyby tylko redaktor zdecydował się wyrzucić połowę tekstu, która zwyczajnie się powtarza, a także wszelkie mistyczne wstawki. Te same zdania powtarzane są w kółko po kilkanaście razy. Że sprzątanie ma być totalne, na raz, że trzeba wyrzucić absolutnie wszystko, co nie jest nam potrzebne albo co nie daje nam radości. Irytujące są też powtarzane jak mantry teksty, że życie w minimalizmie uzdrowi nas duchowo i fizycznie, a nasza cera zacznie jaśnieć. Błagam. 

Czytając japońską guru od sprzątania, Kondomari, najpierw człowiek dochodzi do wniosku, że babka jest mocno stuknięta na punkcie porządku, bo od dziecka pasjonuje ją idealne ułożenie butelek ze środkami czyszczącymi pod zlewem, a potem, że generalnie trochę oślepła na środowisko. Jak można bezmyślnie wszystko wyrzucać (i mowa tu o dziesiątkach kilkudziesięciolitrowych worach), stwierdzając, że jak coś będzie potrzebne, to można szybko kupić nowe?...

Podsumowując: mnie tylko pomogły rady na składanie bielizny i czystkę w szafie. Książek wyrzucać nie zamierzam.

Magia sprzątania

Marie Kondo 

Muza, 2015
224 strony
Odczucia: ★★/★★★★★





Do Czerwonej królowej mocno zachęcił mnie entuzjazm Megu (Catus Geekus), ale tu trochę się rozmijamy w gustach. W ramach wycieczki w otchłanie popularnych young adultów zajrzałam do antyutopijnego świata Mare Barrow, mając nadzieję na odkrycie na miarę Igrzysk Śmierci. Trochę się sparzyłam i już więcej nie chcę tam wracać.

No dobra, nie będę dramatyzować, to nie jest poziom niechlubnego Na szczycie czy Rywalek. Ale dobrze też nie jest. Bohaterka szybko okazuje się być Mary Sue aż do bólu, nazwy umiejętności srebrnokrwistych bywają absolutnie denne (magnetrony!), a końcówka okazała się rozpaczliwie przewidywalna. Bardzo szybko przy czytaniu zaczęłam zaciskać usta z bólu. Kolejnym tomom podziękuję.

Cóż, przynajmniej wiem, że teraz na topie są niezgrabne miksy X-menów, Igrzysk... i Gry o Tron.

Red Queen

Victoria Aveyard 

HarperTeen, 2015
401 stron
Odczucia: ★/★★★★★


niedziela, 4 czerwca 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: maj 2017


Maj upłynął pod znakiem SerialConu oraz wyprawy do stolicy na Targi Książki i Komiksową Warszawę, o której zdążyłam już napisać, a także intensywnych spotkań trzeciego stopnia z lekarzami. Stąd opóźnienie i niemrawość wszelaka, ale za to udało się sporo w tym miesiącu obejrzeć.

Jeśli chodzi o czytanie, też było nieźle: oprócz pozycji Henry'ego Jenkinsa o kulturze konwergencji potrzebnej na moje studia, przeczytałam jeszcze trzy inne książki i jeden komiks: Wiktorię Daisy Goodwin (o niej już pisałam tutaj), Belgravię Juliana Fellowesa, Historię naturalną smoków Marie Brennan oraz pierwszy tom komiksu Sunstone Stjepana Šejića.

W czerwiec wchodzę z postępującą poprawą zdrowia i nadzieją na piękne lato. No to do dzieła, czas na moment popkulturalnego zadumania!


Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)



Maj otworzył z przytupem długo oczekiwany, tańczący baby Groot. Wielka szkoda, że ta początkowa scena - jakkolwiek przesłodki mały Groocik by nie był - wywołała na mojej twarzy grymas niezrozumienia i niechęci. Wiadomo, miała odnosić się bezpośrednio do genialnych napisów początkowych pierwszej części z śpiewającym do kosmicznego szczura Star-Lordem. Tamta scena kupiła filmowi rzeszę fanów, scena z Grootem była wymuszona, przyciężkawa, za długa i zdecydowanie bez sensu. Choć film się bardzo starał, przez pierwszą połowę film szybował trochę bez napędu, ale jak już włączył silniki w drugiej połowie, udało mu się pofrunąć i grzmotnąć mocno w tak zwane feelsy widza. Fajnie, że twórcy skupili się bardziej na relacjach między postaciami, fantastycznie, że wyciągnięto więcej z Yondu i Rocketa, szkoda, że czasem było zbyt sztampowo (patrz: Gamora i Nebula), a Chris Pratt czasem rozczarowywał pustką w spojrzeniu zamiast grać. Humor wciąż baardzo na plus: Taser-Face, Groot, który nie rozumie, złoci ludzie, Drax i Mantis!


Kong: Wyspa Czaszki (2017)



Musiałam. Dla mnie ten film wygrywa sceną, w której Tom Hiddleston siecze pterodaktyle kataną.

Wiadomo, filmy z MonsterVerse to nie są produkcje, przy których popija się wino i rozważa nad naturą ludzką. Do kina idzie się po to, by starszy Japończyk z nabożnym zadziwieniem powiedział: Let them fight! Reboot Godzilli sprzed trzech lat był bardzo udany. Ja, osoba, która o tej serii wie tyle, że to o takim wielkim potworze, którego ulubioną rozrywką jest niszczenie Tokio, bawiłam się świetnie. A Kong, który miał niedawno premierę, umiejętnie rozszerza uniwersum, w którym pod skorupą ziemską kryją się niezbadane olbrzymie straszydła, podaje przekonujące pseudonaukowe wyjaśnienie, a potem wysyła grupkę ludzi na przeklętą, niezbadaną wyspę King Konga. Fantastyczna zabawa z klimatem i kultowymi scenami z Czasu apokalipsy.


Batman (1989)



W tym miesiącu rozpoczęłam dobrany do moich indywidualnych potrzeb projekt "Batman". Po Lego Batmanie stwierdziłam, że się nie znam, trochę łyso. Oglądałam dwa filmy Nolana, znam czołówkę animowanego The Animated Series, widziałam scenę z bombą z serii z lat sześćdziesiątych. Dlatego pewien Ryba przygotował specjalną listę "obowiązkowych" pozycji, a pierwszym numerem na tejże liście był właśnie Batman Tima Burtona z 1989 roku. Trudno było mi nie śmiać się ze sztywnej szyi w kostiumie, wydatnych usteczek Michaela Keatona (co tak w ogóle jest w nim przystojnego?) i boleśnie absurdalnej, jednorazowej postaci kobiecej granej przez Kim Basinger. Równie dobrze mogłoby jej nie być, jest elementem fabularnym, pretekstem, obiektem. Wreszcie za to mogłam docenić Jokera, w absolutnie fantastycznym wydaniu Jacka Nicholsona, a także całą stylówę filmu, który ugruntował wizję Gotham dla kreskówki.


Powrót Batmana (1992)



Kolejny na liście był rzecz jasna drugi film Burtona z kultową Catwoman Michelle Pfeiffer i Pingwinem. Tutaj Burton mocno pojechał w nieznane, pozostawiając za sobą wyraziste, niezapomniane sylwetki przeciwników Batmana i czyste szaleństwo w postaci marszu uzbrojonych pingwinów. Pojawienie się kolejnej seksownej, wiotkiej blondynki lecącej na Nietoperza nie wróżyło za dobrze, wrzucenie jej w szufladkę niezdarnej, zapracowanej, samotnej kociej mamy w wielkim mieście już mną zatelepało, a scena... sama nie wiem czego, ale było tam dużo kotów... rozbroiła totalnie. Dalsza przemiana Seliny w Kobietę-Kota to był już obłęd pierwszej klasy. Dalej kupuję ją już totalnie, Pingwin może i jest uroczo pingwiniasty, zniekształcony i ma arsenał frywolnych parasolek, to jednak dla mnie spada na dalszy plan. Batmana w ogóle mogłoby nie być, a przynajmniej mógłby nie pokazywać usteczek. Mrau!


Batman (1992-1995)



Teraz oglądamy kultową serię animowaną z niezapomnianą czołówką i fantastyczną muzyką, która natychmiast kojarzy się z Batmanem. Wprawdzie dopiero zaczęliśmy, ale już jest się czym zachwycać: wspaniały klimat noir, Joker z głosem Marka Hamilla, pięknie wprowadzony Two-Face, sromotnie pokonana Poison Ivy, smutna historia Mr. Freeze'a... Świetnie się ogląda.


Miasteczko Twin Peaks. Ogniu krocz za mną (1992)



Jak pisałam wcześniej, w tym roku udało mi się za trzecim podejściem skończyć Miasteczko Twin Peaks. A ponieważ słowo się rzekło, Laura wydukała od tyłu: "spotkamy się za dwadzieścia pięć lat" i w magiczny sposób serial powrócił, nadrobiliśmy też pełnometrażowy film Ogniu krocz za mną, w którym Lynch dopowiada, a może raczej jeszcze bardziej mąci swoją wizję serialu. Choć razem z wyciętymi scenami produkcja ma chyba cztery godziny, warto ją jednak oglądać z odrzutami, bo wtedy naprawdę można dostrzec więcej sensu w tym szaleństwie. Teraz zaś napoczęliśmy nowe odcinki, które dopiero co wyszły... i w sumie nie mam nic więcej do powiedzenia ponad: WHAT THE... a, w sumie, przecież to Lynch. Przypomnij sobie Głowę do wycierania. Okej, move along... 


Opowieść podręcznej (2017- )



The Handmaid's Tale czytałam jeszcze na studiach. Książka dosłownie mroziła mi krew w żyłach, wywołując skrajne stany frustracji i przerażenia, mocniej niż Nowy, wspaniały świat. Po tych pierwszych ośmiu odcinkach serialu wróciła niesamowita chęć przeczytania tej powieści jeszcze raz, przypomnienia sobie niektórych wątków w oryginale. Serial nie zawiódł tak, jak film z 1990 roku, ba, zachwycił i wskrzesił te same uczucia: niesprawiedliwości, oburzenia, wstrętu. Co więcej, przedstawia tę historię w innej chronologii, trochę innym językiem (bardziej wulgarnym, ale przez to dosadniejszym), ale jeszcze mocniej oddziałuje emocjonalnie przez świetnie pokazany wątek rodzinny. Atwood przedstawiała całość obrazu: męża, córeczkę, matkę, koleżankę. Serial odrzucił niektóre wątki, inaczej pokazał pozostałe, przez co po pierwszym odcinku, choć znam historię, łkałam na głos. Brawa za świetnie uchwycone kostiumy, piękne, wymowne zdjęcia, nieźle dobranych aktorów (choć Serena i generał mieli być starsi, to jednak na plus wychodzi wprowadzenie różnorodności w kolorze skóry i orientacji). Elisabeth Moss znana z Mad Menów, Samira Wiley z Orange is the New Black, Yvonne Strahovski - tworzą fantastyczne kreacje, świeże, żywe i przekonujące. Trzeba oglądać!


Anne with an E (2017– )



Netfliksowa Ania w nowym wydaniu jest mocno kontrowersyjna. Świetnie podziałała na wspomnienia z ukochanej lektury z dzieciństwa, wywołała fale powrotów do książek i dyskusji (polecam dwa wpisy Pyzy: o serialu i o książkach), wzruszyła wielokrotnie do łez, powyciągała niektóre ukryte między wierszami odczytania na światło dzienne, zachwyciła zdjęciami, krajobrazami, wnętrzami i aktorami. Chwała jej za to. Z drugiej strony zbyt frywolnie obeszła się z oryginałem, dopisując czasem niepotrzebne, dublujące się wątki, mało subtelne konteksty feministyczne, łamiące standardy epoki, niemożliwie współczesne poglądy postaci. Takie podejście, choć świeże i ciekawe, momentami za bardzo razi. Ostatnio czytałam artykuł o wypowiedzi Hilary Mantel odnośnie wykraczającego poza historyczną prawdę uwspółcześniania i podwyższana pozycji bohaterek nie z naszej epoki. W tym wypadku ten apel pasuje jak ulał.


Samuraj Jack (2001-2017)



O Jacku pisałam poprzednim razem, teraz tylko kilka słów o zakończeniu. Jak dla mnie - bardzo dobre, zaskakujące, słodko-gorzkie. Ashi to świetnie zaprojektowana postać, która podważa wreszcie zabójcze umiejętności Jacka (przecież Aku zawsze wysyłał na niego maszyny, Jack nie splamił się ludzką krwią), a jednocześnie pozwala zastanowić się nad zaślepieniem wiary, wpływem wychowania, prawdą a punktem widzenia. Jack z kolei w tym ostatnim sezonie jest ludzki jak nigdy dotąd. Nie widzieliście? Idźcie zobaczyć cały serial!

Pijany mistrz (1978)



Zwyczajowo, wybierając się na Komiksową Warszawę i Targi Książki i jednocześnie zwalając się do mieszkania znajomego (ukłony i pozdrowienia!), oglądamy głupie filmy. W tym roku przegłosowano komediowy film walki produkcji chińskiej z Jackie Chanem. Powód? W Iron Fiście pojawił się ninja wyraźnie inspirowany trudnymi technikami wymagającymi wielu poświęceń i wielkiej mocy, zaprezentowanymi przez szacownego mistrza z tego filmu. Fabuła jest prosta jak drut: ojciec chce wychować syna, więc wzywa najsurowszego nauczyciela, by ten nauczył chłopaka moresu, a przy okazji tajnej sztuki walki z butelką w ręku. Choreografia walk przygotowana jest jak wystudiowany taniec, umiejętności aktorów zadziwiają, prześmieszne perkusyjne dźwięki przy każdym uderzeniu działają na nerwy, zdecydowanie nie moja konwencja. Choć nie zaprzeczę, świetny humor sytuacyjny.

Uciekaj! (2017)



Ostatnia majowa wizyta w kinie była wywołana czystą ciekawością: dużo się mówiło o Get Out, horrorze, który może jednak jest thrillerem. Końcówka może i kojarzy się z pewnym słabym polskim horrorem, ale generalnie ten film oddziałuje jak thriller i zaskoczył mnie tylko jednym jump scarem. I jest dobry. Świetnie gra na rasowych napięciach, niedopowiedzeniach, obawach. Bardzo dobrze naśmiewa się z białych, często ogólnych albo nietrafionych wyobrażeń o Afroamerykanach. Na przykład pokazując białych do bólu bohaterów, serwujących dobroduszne teksty czarnemu bohaterowi, gdy tymczasem wychodzi z nich zamiast tolerancji całkowita ignorancja i powierzchowność. Allison Williams, czyli Marnie z Dziewczyn, urodziła się chyba do tej roli, a Daniel Kaluuya jest naprawdę uroczo przekonujący.


A Wy co widzieliście w maju? :)

piątek, 2 czerwca 2017

W TERENIE #12: Komiksowa Warszawa i Warszawskie Targi Książki 2017


Dwa tygodnie temu jechałam do Warszawy na Targi Książki i Komiksową Warszawę. Do pisania o wydarzeniu zbieram się dopiero teraz, bo ostatnio bardziej po drodze było mi do lekarza niż do pisania na blogu, ale mam nadzieję, że wszystko pomału idzie ku dobremu. A tymczasem obiecana fotorelacja z dwóch niesamowicie intensywnych, ale i satysfakcjonujących dni w stolicy, podczas których co roku na stadion narodowy masowo napływają czytelnicy, wystawcy i komiksiarze z całej Polski.


W tym roku krajem honorowym były Niemcy. Nietrudno było to przegapić, szczególnie że na osobnym stoisku wystawiono oryginalne wydania powieści zaproszonych na targi gości zza Odry, a Charlotte Link podpisująca książki wyglądała naprawdę sympatycznie i przyjaźnie.  


Na sam początek sobotniego targowania przepchałam się przez coraz gęściejszy tłum do Elżbiety Cherezińskiej, żeby zdobyć pierwszy i jedyny autograf autora (nie licząc komiksiarzy). I to na dodatek nie dla mnie, ale dla mojej mamy. W końcu zbliżało się jej święto, a ostatnio zaczytuje się w Hardej. Pani Cherezińska była naprawdę przemiła i kazała mamę pozdrowić. To dopiero gratka!


Jeszcze czekając w kolejce po autograf udało mi się do siebie zwabić dwie osoby, które udało mi si wreszcie poznać na żywo - Paulinę prowadzącą Miasto Książek oraz Karolina pisząca na Tanayah czyta. To naprawdę fantastyczna rzecz wreszcie stanąć twarzą w twarz z osobami, z którymi się tyle pisze online, które się czyta i które się obserwuje. Bardzo liczę na to, że uda nam się zobaczyć jeszcze nie raz i może nie tylko podczas targowej gorączki. Pozdrowienia i uściski!


Paulina zachęciła mnie do odwiedzin stoiska Czwartej Strony, gdzie mogłam pomacać kilka bardzo przyjemnych dla oka okładek:)


Potem nastąpiła obowiązkowa rundka wokół stadionu. Miałam ze sobą listę książek, które chciałabym kupić i udało mi się jej w miarę trzymać. Te pozycje, których nie znalazłam, nadrobiłam promocją na dwa tomy Sztuki powieści Wywiady z pisarzami z The Paris Review w atrakcyjnej cenie. Generalnie w tym roku kupowałam głównie same pozycje meta-książkowe: Wte i wewte: z tłumaczami o przekładach, Książka. Najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski, Pięć razy o przekładzie. Taką miałam chętkę:)


Nie samymi nowościami człowiek żyje. Dlatego wyprawa w strefę antykwariatów, gdzie można znaleźć i zabawne perełki, i dobrze znane edycje, zawsze mnie cieszy. Choćby dla samego dotykania, przeglądania, szperania.



Jeśli chodzi o komiksy, w tym roku było podobnie jak co roku. Gwoździem programu był Dave McKean, autor m.in. okładek do Sandmana. Nawet wzięliśmy pierwszy tom na wszelki wypadek, gdyby udało się do niego dostać, ale przez zmęczenie zrezygnowaliśmy z długiej kolejki. Zamiast tego zajrzeliśmy do Tony'ego Sandovala, rysownika, który na festiwalu gościł już nie raz, rysuje w dość specyficznym stylu i można z nim miło pogawędzić. Dostaliśmy dedykację i malunek na Spotkaniu w Phoenix, przejmującym komiksie opartym na historii z biografii artysty, a dokładniej - nielegalnym przejściu przez granicę z Meksyku do Stanów.



Oprócz tego pod wpływem chwili zdecydowałam się kupić pikantny komiks Sunstone chorwackiego twórcy Stjepana Šejića. Czaiłam się na niego już na Pyrkonie, ale w Warszawie znalazłam pierwszy to po angielsku. Jest absolutnie przeuroczy.


O Samuraju Jacku, do którego oryginalne komiksy również można było upolować na festiwalu i którego ostatni odcinek nowej serii oglądałam w targową niedzielę, opowiem w majowych Nowinach.  
 

Na co muszę ponarzekać (oprócz zwyczajowych tłumów, wąskich przejść, braku powietrza i olbrzymich odległości) to przede wszystkim afterparty Komiksowej Warszawy. Z roku na rok coraz bardziej tracę nadzieję na sławetne bitwy komiksowe, wybieranie miss komiksu i inne atrakcje. Tym razem na Pomoście 511 nad Wisłą nawet trudno było wyszukać znane twarze w tłumie Warszawiaków i słoików, którzy wylegli na otwarcie letniego sezonu bulwarowego.

W tym roku zabrakło nawet plakietek czy smyczy dla blogerów. Mejlowo dostałam wejściówkę w postaci papierku z kodem i podpisem "bloger", którą ostatecznie musiałam trzymać w portfelu. Dobrze, że chociaż byłam w mojej koszulce z logiem:)

Smutno też słyszeć o tym, że z powodu satyrycznego komiksu cofnięto dotację na cały festiwal. Czytałam ten komiks. Był ironiczny, wulgarny, zabawny i momentami bardzo trafny. Szkoda.

Do zobaczenia za rok? :)

sobota, 27 maja 2017

Do kolekcji fana rodziny królewskiej. Serialowa Wiktoria prozą


Na wspomnienie brytyjskiej królowej Wiktorii, która panowała imperium przez przeważająca część dziewiętnastego wieku, zazwyczaj na myśl najpierw przychodzi wizja przysadzistej, ubranej na czarno, surowej starszej kobiety o pyzatej twarzy. Tak Wiktoria wyglądała pod koniec swojego panowania, po śmierci swojego ukochanego męża, gdy folgowała swojemu upodobaniu do słodyczy. Do jej czarno-białego portretu możemy dopisać jej słynne: „We are not amused”, czyli „Nie bawi nas to”.

Kiedy jednak osiemnastoletnia Aleksandryna Wiktoria została wyrwana ze snu przez matkę, a potem samodzielnie wyszła na spotkanie Arcybiskupa Canterbury i Lorna Conynghama w samym szlafroczku, bo dotarła wieść o śmierci króla, jej wuja Wilhelma IV – musiała przecież wyglądać jak zupełnie inna osoba. Młodziutka, pełna tęsknot i nadziei, z wodospadem rozczochranych włosów na białej koszuli nocnej.

Ta sama scena w serialu Daisy Goodwin wygląda trochę inaczej, Jenna Coleman wcielająca się w porywczą, naiwną królową spragnioną samodzielności, zbiega po schodach boso. I nie budzi matki. Widok biegnącej wesoło dziewczyny z ukochanym psem przy boku zapada w pamięć.

Identyczny opis możemy przeczytać w książce scenarzystki. Wiktoria bowiem dość wiernie oddaje w prozie dużą część pierwszego sezon serialu. Nad drugim sezonem Goodwin dopiero pracuje.

Jedno i drugie pokazuje bodaj najciekawszy moment w życiu Wiktorii. Pierwsze kroki jako głowa państwa, stanowcze oderwanie się od wpływu matki i jej ukochanego, żądnego władzy sir Johna Conroya, intensywna przyjaźń zaprawiona zauroczeniem z premierem lordem Melbournem, przeprowadzka do Buckingham Palace, koronacja, wreszcie – spotkanie z księciem Albertem. Wiktoria to nie laleczka z porcelany, a żywiołowa, zapalczywa młoda dziewczyna, której nie brak wad, ale i widać gorące serce, bystry umysł i ciekawość świata. Jeśli najpierw oglądała się po serial, a potem sięga po książkę, nazbyt łatwo przywołać twarze aktorów i całe sceny podczas czytania. Książka bardzo wiernie oddaje to, co można zobaczyć na małym ekranie, jednak są pewne różnice, które mogą zwabić fanów serialu. 


Przede wszystkim możemy spojrzeć na całą sytuację z punktu widzenia lorda Melbourna. Czytamy całe pasaże z jego punktu widzenia i doskonale widzimy jego kiełkujące uczucie do młodej Wiktorii. Czy to dobrze? Ja jednak wolałam niedopowiedzenia, niemą chemię i nieuchwytne napięcia między aktorami; gdy nie do końca wiemy, czy lord poddaje się sytuacji ze słabości i oportunizmu, czy jednak szarpią nim ukryte pod powściągliwym uśmiechem namiętności. Kolejną zwracającą uwagę różnicą jest znacznie mniejsza rola służby w książce niż w serialu. Na ekranie rozwija się przed nami intryga, tajemnice i dramat pokojowej Skerret, wyraźne zainteresowanie dziewczyną kucharza Francatelliego, sekretne scysje między baronową Lehzen a panem Pengem. W książce pojawia się na przykład scena zakładów o to, kogo poślubi królowa, niepokoje pani Jenkins związane z surowymi karami wobec czartystów, propozycje fryzur Skerret, ale to by było na tyle. Osobiście mam wrażenie, że sceny ze służbą zostały wymuszone na serialu, by bardziej przypominał Downton Abbey i ładnie wpasował się w gusta fanów. Wreszcie książka kończy się na oświadczynach królowej, czyli wcześniej, niż fabuła pierwszego sezonu.

Podobnie jak w serialu, książka w dużej mierze skupia się na fantastycznej relacji królowej z lordem Melbournem, by pod koniec zaskoczyć zbyt szybkim i trochę mało wytłumaczalnym zwrotem w kierunku zadzierającego nosa Alberta. Przez to mocne nabudowanie tego wątku książka jednak traci na harmonii, wydaje się słabo zbalansowana i przez to trochę kuleje. Mimo to czyta się ją wartko i przyjemnie, z przyjemnością zanurzając się w bardziej wytłumaczony (bo z przypisami!) świat serialu. Język tłumaczenia tylko czasem zgrzyta, da się wyczuć sztywność tam, gdzie w lekkiej kalce słychać echa naturalnie brzmiących zdań oryginału. I przede wszystkim trudno czytać tę powieść w oderwaniu od serialowego odpowiednika. Na przykład gdyby nie ujmująca twarz Rufusa Sewella, mogłabym mieć inne wyobrażenia o lordzie M...

Teraz pytanie, czy warto czytać odtwórstwo scenariusza pióra tej samej autorki w postaci powieści? Jeśli jest się wielkim fanem serialu (do tego stopnia, by wyszukiwać podobieństwa i różnice), gdyby chciało by się go odświeżyć przed kolejnym sezonem, ale bez oglądania od nowa – czemu nie. Jeśli się nie widziało serialu, a lubi się powieści historyczne, oj, jak najbardziej! Ale jeśli serial wszedł jako tako, ale bez szaleństwa, albo nie jest się zainteresowanym klimatami Downton Abbey czy świetnego The Crown, myślę, że książkę można sobie odpuścić. Może warto zajrzeć do innej powieści Goodwin, która napisała dużo innych, również historycznych? Wydawnictwo zapowiada, że zamierzają wkrótce wydać po polsku dwie najbardziej znane, My Last Duchess i The Fortune Hunter. A ja, jak wiecie, lubię takie klimaty, więc będę wyglądać.


Wiktoria

Daisy Goodwin

Marginesy, 2017
432 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!