Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

poniedziałek, 19 listopada 2018

W TERENIE #17: Literacka Stolica 2018. Torba książek i przemyśleń


Szmer głosów, śmiechy, radosne podniecenie. Wyminąwszy duże akwarium pełne rozochoconych, pomykających we wszystkie strony wielobarwnych rybek, wspięłam się z torbą podróżną po schodach biblioteki nr 26 na ulicy Błękitnej. Przez duże okna wpadało obficie poranne słońce, momentami oślepiając. W sporej salce zgromadziło się już sporo osób. W gwarze słychać było powitania, pytania o dojazd i pociąg na Wawer, rodzące się już dyskusje i głośno wygłaszane opinie. To około trzydziestka blogerek (w znakomitej większości) i blogerów zjechała się na drugą edycję Literackiej Stolicy, warszawskiego spotkania ludzi piszących i opowiadających w internecie o książkach.

Pomachałam Oli Pasek (znanej z Parapetu Literackiego), rozgorączkowanej przygotowaniami organizatorskimi, po czym zajęłam strategiczne miejsce z boku. Przygoda miała się dopiero rozpocząć.



Przed rozpoczęciem głównych wydarzeń było jeszcze sporo czasu, by pomyszkować po świeżo otwartej, ślicznej bibliotece. Cały budynek był dostępny dla blogerów, więc można było zwiedzić przybraną zielonym jak młoda trawa puszystym dywanikiem strefę dla dzieci, regularne półki z książkami, komiksami, filmami i wszelkimi innymi dobrami kultury, a także nowoczesne rozwiązania: automat do odbierania książek po godzinach pracy biblioteki czy stanowisko do samodzielnego wypożyczania pozycji.



Dla mnie to nic nowego: książkomaty niedawno zainstalowano przy Bibliotece Wojewódzkiej na Rajskiej w Krakowie, automaty do skanowania i wypożyczania czy oddawania książek znam z Wielkiej Brytanii. Dodatkowo chodziły głosy, że szykuje się rewolucja w warszawskich bibliotekach, mają być połączone wspólną kartą biblioteczną. Bardzo się zdziwiłam, bo zarówno w moim rodzinnym mieście, jak i w Krakowie biblioteki miejskie są już dawno sprzężone wspólnym systemem i jedną kartą.



Mimo tych myśli jednak niesamowicie miło było pochodzić wśród opuszczonych regałów w tak ślicznie urządzonej biblio- i mediatece. Ściany w części dziecięcej ozdabiały malunki znanych postaci z książek dla dzieci, a w jednym miejscu stał nawet prześliczny drogowskaz z najróżniejszymi fantastycznymi miejscami literackimi! Jak wspominam moją skromną lokalną bibliotekę, do której chodziłam jako dziecko, tę półeczkę ze sczytanymi komiksami i cztery półki na krzyż z literaturą dziecięcą przy biurku bibliotekarki, aż serce rośnie, jak magicznie muszą się czuć dzieciaki w takim miejscu!



W programie miały być dwie prelekcje, dyskusja, pizza w ilościach hurtowych i wymiana książkowa. Pod lustrem czekały na wszystkich uczestników prezenty od wydawnictw, imponująco dwojące się w oczach, choć sama ich ilość była naprawdę tak ogromna, że książki ledwie mieściły się w specjalnie przygotowanych stolicowych torbach z syrenką. O dziwo, nawet Miasto Stołeczne Warszawa wsparło w tym roku inicjatywę blogerskiej samopomocy i rozwoju, sponsorując spotkanie, a nawet dodając drugą torbę z upominkami. Czuliśmy się naprawdę rozpieszczeni!


W miarę napływania ostatnich gości, powoli pęczniał też stosik książek przywiezionych na wymianę. Te pozycje, których nikt ostatecznie by nie przygarnął, miały być ofiarowane bibliotece. Głównym motywem tego spotkania były w ogóle biblioteki jako miejsca przez blogerów zapomniane, a przecież dla wielu główne źródło poznawania kultury, zapoznawania się z nowościami czy klasyką, często pierwsze poważne spotkanie z książkami w takich ilościach. Przypomniano nam, że nie wszyscy obrastają w książki jak blogerzy, nie wszyscy mają fundusze na rozrywkę, a biblioteki często chętnie przyjmą większość nowych książek, jakie chcielibyśmy oddać. Promowanie czytelnictwa i biblioteki właśnie były główną osią dyskusji, jaka nastąpiła po koniec spotkania.


Najwięcej z Literackiej Stolicy wyniosłam jednak z prelekcji. Paulina Małochleb, stojąca za blogiem Książki na ostro, przygotowała ze znawstwem i zdecydowaniem kategoryczny wykład „Tekst krytyczny i jego słabe miejsca”, mający na celu lekkie wstrząśnięcie blogosferą. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie, bo od pierwszych słów zostaliśmy zaatakowani wymaganiem, żeby myśleć, myśleć i jeszcze raz myśleć, a sama poczułam się ostatecznie wytrącona z moich zwyczajowych szlaków myślowych i kopnięta w tyłek, żeby bardziej się wysilić. Dobrze mi to zrobiło, ale czy będą rezultaty? Zobaczymy. 

Najpierw zostaliśmy postawieni przed pytaniem, jaki jest cel naszego blogowania: czy chcemy zostać znanym autorytetem, czy wkręcić się do branży książkowej, czy zostać jurorem prestiżowych nagród literackich, a może zacząć publikować w prasie. Cele wydawać by się mogło, że niemal nieosiągalne, ale z odpowiednim planowaniem i wysiłkiem, w jakimś stopniu realne. Czy warto mieć pięcio-, a nawet dwudziestoletni projekt blogowania w szczytnym celu? Jasne, ale jak bloguje się dla siebie, w ramach hobby, można odpuścić i założyć sobie mniejsze cele. Dobrze też wybrać sobie niszę czy specjalizację, co nie jest akurat niczym nowym, jednak wartym przypomnienia.


Następnie zagłębiliśmy się z zagadnienie pisania „recek” i popadnięcia w osłabiający kołowrót wewnętrznego przymusu, by pisać jak najczęściej, by opisywać każdą książkę, która przeczytamy, by sprostać parciu na często mało warte nowości, które nieustannie zalewają rynek. Z czasem nasze teksty stają się coraz gorsze, niszczymy przyjemność czytania streszczeniami fabuły, często ograniczamy się do utartych, banalnych zwrotów, klisz, niekiedy boimy się krytykować ofiarowaną do recenzji książkę. Tymczasem nie tędy droga. Pomijając oczywiste wskazówki dotyczące pisania dobrego tekstu krytycznego, mnie osobiście poruszyło zupełnie inne myślenie o recenzji blogowej, a mianowicie pomyślenie o niej w pewnej mierze jak o tekście naukowym: zastanowienie się nad sproblematyzowaniem książki, o której piszemy.

Innymi słowy, zostaliśmy zachęceni do bardziej profesjonalnego podejścia do pisania, do odejścia od podręcznikowych, nudnych wypracowań o lekturach, a skupieniu się na wybraniu jednego, maksymalnie dwóch zagadnień zawartych w książce, które są warte uwagi i z których można coś ciekawego wyciągnąć. Drugim wariantem są teksty przekrojowe, ale nie listy „top 5”, lecz analizy zjawisk, autorów, motywów; literacka, wartościowa podróż z czytelnikiem. A żeby takie teksty mogły powstawać, trzeba sporo przemyśleć, zaplanować, dać tekstowi odleżeć i tak dalej. W ten sposób przechodzimy od ilości do jakości, a sami przestawiamy się w tryb slow reading tudzież slow bookblogging.


Co osobiście mnie mało przekonało, to stwierdzenie, że blog czy rodzina „zerują się” z doktoratem,  a wybór pewnych platform czy czynności powinno być dobrane z premedytacją do osiągnięcia swojego celu. Co do tego drugiego, niestety takie nastawienie jest konsekwencją pewnej bigoterii i zamknięcia rynku książek i mediów. Nie ma specjalistów od konkretnych literatur, którzy byli by wystarczająco „sexy”, bo któż by zapraszał naukowców z uniwersytetów na spotkania, a jednocześnie bloger-amator jest kimś poniżej standardów. To smutne, ale prawdziwe. Czego jednak nie rozumiem, to wspomniane w pierwszej kolejności wzajemne wykluczanie się tych dwóch rejonów. Jak najbardziej można to pogodzić i wcale nie czuję, że odpowiednio poprowadzone, blog czy życie rodzinne musi człowieka ciągnąć w dół, więc praca naukowa musi nas wynosić ponad szarość codzienności i amatorszczyzny.

Kolejna prezentacja była bardziej na luzie. Rafał Hetman, ten uroczy człowiek z Czytam Recenzuję, również organizator i ostatnio współpracujący z Olą przy Vlogu o książkach, otworzył nam oczy na możliwości mediów społecznościowych oraz zmiany zasięgów, trendów i sposobów na dotarcie do czytelników. Dowiedzieliśmy się, że blog już nie powinien być główną platformą, na którą powinniśmy zaganiać naszych odbiorców, ale że wszystkie dostępne nam sposoby przekazu powinny być traktowane na równi. W szczególności zaskoczyła mnie propozycja udostępniania recenzji zarówno w poście na Facebooku, jak i w relacjach na Instagramie, a do tego grupa powiadamiająca o nowej recenzji na WhatsAppie. Sporo spraw technicznych mam tu do przemyślenia.


Ze spotkania wyszłam niesamowicie zmęczona, obładowana książkami, z głową pełną pomysłów, nowinek i zagwozdek. Zrobię, co w mojej mocy, by pisać lepiej i uważniej. Może i nie publikuję wpisów z prędkością broni maszynowej, ale trybiki w mózgu nie zapominają poganiać, przypominać i zmuszać do recenzowania niemal każdej przeczytanej książki. A tymczasem jak sięgam wstecz, do moich niektórych starszych wpisów, widzę wiele solidnej roboty, parę perełek, ale i sporo bylejakości i odbębniania na siłę. Pora przestawić się na jakość. I może też czas odkurzyć moją przygłuszoną specjalizację w literaturze anglosaskiej? Czy ktoś jeszcze pamięta mój cykl Anglofilia?

Dochodzę też do wniosku, że z innymi blogerami zdecydowane wolę się spotykać w małych grupkach, bo przy takiej ilości silnych osobowości zamykam się jak ostryga i wychodzi ze mnie znienacka ukryty, wewnętrzny introwertyk. Nie wiem, czy wrócę za rok, ale przede wszystkim bardzo się cieszę z pierwszego spotkania z Anią ze Slow Reading, dzięki czemu do mądrego bloga dopasowałam przemiłą twarz!


Na koniec chciałam serdecznie jeszcze raz podziękować wszystkim wydawnictwom, miastu Warszawa, bibliotece nr 26 na Wawrze i organizatorom: Oli (Parapet Literacki), Rafałowi (Czytam Recenzuję) i Pawłowi (Przy muzyce o książkach)! 

poniedziałek, 5 listopada 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: PAŹDZIERNIK 2018


Już po halloweenowych przebierankach, cmentarnej zadumie na Wszystkich Świętych, znicze się pewnie dopalają. I już zleciał październik. Zmizerowana trawa została przykryta warstwą pożółkłych liści, drzewa coraz bardziej gołocieją. Podobno listopad ma być całkiem ciepły. To dobrze, bo ubiegły miesiąc spędziłam na doleczaniu kolejnych przeziębień.

Być może głównie dzięki temu miałam czas na przeczytanie aż sześciu książek:

  • Pierwsze słowo Marty Kisiel, antologia, o której pisałam tutaj
  • Crazy Rich Asians Kevina Kwana, podsumowałam ich w ostatnich minirozkminach tutaj
  • Dietoland Sarai Walker, również zrecenzowany tutaj,
  • Nędznicy (tom I) Victora Hugo, o których napiszę, jak przeczytam drugi tom,
  • Ostatnie życzenie Andrzeja Sapkowskiego: mam w planach przeczytanie wszystkich opowiadań i całej sagi, a następnie spisanie wrażeń z powtórki po latach w jednym wpisie,
  • Fire and Fury: Inside the Trump White House Michaela Wolffa, o czym nie będę pisać na blogu. Bo nie mam siły do Trumpa.

A jeśli chodzi o mniej książkowe zainteresowania, oto podsumowanie popkulturalne:



Chilling Adventures of Sabrina (2018- )


Większość z nas na hasło „Sabrina” widzi przed oczami wspomnienie wypchanego, gadającego kota i dobroduszną obsadę serialu z lat dziewięćdziesiątych. Tymczasem w 2014 wyszedł współczesny, komiksowy remake oryginalnych komiksów o nastoletniej czarownicy, w których bohaterka po raz pierwszy pojawiała się w latach sześćdziesiątych. „Mrożące krew w żyłach przygody Sabriny”, dosłownie tłumacząc, to świeże, zdecydowanie mroczniejsze podejście do tematu magii. Zamiast uroczych małych zaklęć wyprowadzanych palcem wskazującym, obserwujemy dramat dziewczyny postawionej przed poważnym dylematem moralnym: czy przyjąć wiarę rodziny, przystąpić do Kościoła Nocy, posiąść olbrzymią siłę i być na każde wezwanie szatana, czy pozostać przy życiu śmiertelniczki i zachować wolność. W pięknej gotyckiej stylistyce i dość nieokreślonym czasie (szeroko pojęty vintage z elementami współczesnej technologii) obserwujemy zarówno momentami mocno niepokojące szatańskie rytuały, jak i codzienne perypetie zakochanej nastolatki. Do tego należy dodać sporą dawkę przeuroczego humoru, postacie drugoplanowe, które kradną show (obie ciotki i Ambrose zapewniają najlepszą rozrywkę) i zachwycającą, przerysowaną estetykę horroru. Obowiązkowa pozycja na tę jesień.


Castlevania (2017- )


Amerykański serial animowany stylizowany na pełnoprawne anime na podstawie franczyzy japońskich gier komputerowych to chyba jedna z najlepszych adaptacji serii gier, jaką można obejrzeć. Pierwszy sezon miał tylko cztery odcinki, drugi osiem, trzeci został już zapowiedziany na dziesięć. W dużej części przepięknie rysowana, wystylizowana, wiernie oddająca klimat gier i pełna smaczków animacja zachwyci każdego wielbiciela wampirów. Zapijaczony włóczęga Trevor Belmont (któremu głos podkłada Richard Armitage!) bardziej przypomina menela niż potomka słynnej familii łowców wampirów, jednak w obliczu zagrożenia ze strony pradawnego Draculi mszczącego się za krzywdę wyrządzoną jego żonie staje do walki z najmniej oczekiwanymi towarzyszami. Sympatycznie zarysowane kiełkujące przyjaźnie, chłodne intrygi na dworze charyzmatycznego Draculi, wyraziste, intrygujące postaci, skomplikowany system moralny poszczególnych bohaterów, przebogata konstrukcja świata i fantastycznie zanimowane sceny walki – nie opłaca się zwlekać z oglądaniem.



Daredevil (2015- )


Trzeci sezon netfliksowej produkcji o słynnym obrońcy nowojorskiej Hell's Kitchen to według mnie powrót świetnej formy marvelowych seriali. Kolejne starcie Daredevila z Kingpinem zachwyca przemyślnymi na kilka kroków do przodu ruchami, wystudiowaną, perfidną walką psychologiczną i przekonującym wewnętrznym rozdarciem głównego bohatera. Do tego dochodzi dodatkowy przeciwnik, którego wyśmienite i bardzo bolesne origin story przeplata się z głównym wątkiem, a także naprawdę świetnie napisany bohater drugoplanowy, agent FBI Nadeem. Wiele kadrów pasuje wprost na tapetę, rozmyślnie zaaranżowanych w nawiązaniach do chrześcijańskiej tradycji i do oryginalnych komisów, jak chociażby nieprzytomny Matt Murdock na rękach kobiety w pozycji piety. Niektóre odcinki zapierają dech w piersi napięciem, zwrotami akcji i dramatyzmem, nie mówiąc o fantastycznej scenie walki w więzieniu, jednak niestety, jak zwykle czasu jest trochę za dużo jak na materiał i fabuła jest minimalnie za bardzo rozciągnięta. Jeśli oglądacie seriale pod szyldem Defendersów, nie wolno tego przegapić.


Jessica Jones (2015- )


Drugi sezon Jessiki Jones nie jest aż tak dobry jak pierwszy i niestety jak zwykle się dłuży, jednak wcale nie oznacza to, że należy go skreślić. Wręcz przeciwnie, emocjonalna, dramatyczna akcja okręcona wokół niezwykle wyrazistego, osobistego motywu daje szerokie pole do popisu zarówno w warstwie moralnej, uczuciowej, jak i fabularnej. Z niesamowitą satysfakcją obserwuje się wątek Jeri Hogarth, ręce opadają przy przyglądaniu się, jak Trish Walker destruktywnie się nakręca i stacza na dno, Malcolm okazuje się najbardziej sympatyczną postacią sezonu, a wreszcie sama Jessika postawiona zostaje przed szalenie trudnym, wręcz niemożliwym wyborem. Dowiadujemy się też sporo z przeszłości większości postaci. I okazuje się, że RuPaul kanonicznie istnieje w uniwersum Marvela!



The Thing (1982)


W ramach okołohalloweenowego oglądania horrorów zostałam na pewnej imprezie potraktowana bliskim spotkaniem z dość obrzydliwym Czymś. Klasyka Johna Carpentera z lat osiemdziesiątych niektórych zachwyca, innych odstręcza imponującymi, realistycznymi konstrukcjami udającymi przepoczwarzający się organizm z kosmosu odkryty na stacjach badawczych na Antarktydzie. Film zaczyna się od strzelania w uroczego husky'ego, jednak szybko okazuje się, że to nie z powodu szaleństwa w tylu Lśnienia. To „coś” jest niesamowicie niebezpiecznie i wprowadza w małej, zamkniętej społeczności badaczy chaos, paranoję i strach. Obrzydliwości imponują, jednak reszta jest dość powolna. Nie moja broszka.


Tucker and Dale vs Evil (2010)


Pozostając w tematyce makabry, kilka słów o na swój sposób uroczej czarnej komedii pomyłek z Alanem Tudykiem. Dwójka sympatycznych redneków wyprawia się do nowo nabytego domku letniskowego w samym środku leśnej głuszy. Niestety w pobliżu obozuje grupka arcygłupiej młodzieży z college'u, która przy ognisku straszy się historiami o krwiożerczych, mordujących zbójach pokroju głównych bohaterów. Nieprawdopodobna, cudownie absurdalna seria zbiegów okoliczności sprawia, że (jak w rasowym slasherze) nastolatki zaczynają ginąć... ze swojej własnej głupoty i strachu, a redneki nie mogą pojąć, co się tak właściwie wyrabia. Trochę głupie, w dużej mierze fantastycznie zabawne, prześmieszne, a nawet trochę romantyczne. Warto obczaić.


Mission: Impossible III (2006)

Tak jest, w ubiegłym miesiącu również pojawił się kolejny film pod szyldem Mission: Impossible. W podejściu J.J. Abramsa do franczyzy pozbywamy się jakichkolwiek nawiązań do kobiet z poprzedniej części niczym w rasowym Bondzie, bowiem pojawia się znienacka narzeczona Ethana Hunta. A sam Ethan bardzo chce zerwać z karierą agenta specjalnego i pobawić się w zwyczajne życie. Cóż, film akcji żyć nie da, rzecz jasna zarówno agentka, którą szkolił Ethan, jak i narzeczona w szybkim tempie wpadają w tarapaty. Zdecydowanie lepiej się to ogląda niż poprzednie części, a w głównego złego wciela się Philip Seymour Hoffman, jednak wciąż... to nie jest mój ulubiony rodzaj kina. A skakanie po drapaczach chmur nie wynagradza traktowania postaci kobiecych jak rekwizytów, królewien do uratowania i ciał w lodówce.


Dom na wrzosowisku (2002)


Przegrzebując się przez fora o Jane Austen i Elizabeth Gaskell oraz niekończące się achy i ochy sprzed lat nad Richardem Armitagem, trafiłam na polecenie produkcji BBC, w której znany m.in. z późniejszej roli Johna Thorntona aktor wystąpił przed eksplozją kobiecego uwielbienia. Sparkhouse to produkcja dość niszowa i specyficzna, bazująca na zabawie motywami i emocjami znanymi z Wichrowych Wzgórz we współczesnej otoczce. Carol Bolton to kobieca wersja Heathcliffa, uczuciowa, wybuchowa, zaborcza, nosząca w sobie nieokiełznany gniew i gorącą miłość. Andrew to chłopak z dobrego domu, zbyt dobrego, by uznawać Boltonów za porządnych ludzi, którzy mogą zadawać się z wychuchanym synkiem, w tym wypadku odpowiednik Catherine. Młodzieńcza miłość udaremniona przez różnice klasowe i rodzinne tajemnice mści się po latach, niszcząc życia wszystkich wokół. Miniserial bardzo tragiczny, chwytający za serce i świetnie zagrany. Polecam, bo zostaje na długo w myślach.


Hydrozagadka (1970)


As to pierwszy i najlepszy polski superbohater. To człowiek, którego wrogiem jest alkohol i lekceważenie przepisów BHP. Facet jest bystrzejszy niż Batman, potężniejszy niż Superman i bardziej praworządny niż Thor. To bohater, na jakiego zasługujemy. Jego życiorys ma kolosalną wartość dydaktyczną. Zwłaszcza dla młodzieży. A ja wyglądają ludzie, których ściga? Zwyczajnie, jeden był w turbanie, drugi na czarno, tylko ten trzeci wydawał się dziwny: liliput przebrany za górala, udawał dziecko.

To trzeba przeżyć.



Ace Attorney Investigations: Miles Edgeworth (2009)


Skończyłam też po dłuższym czasie dawno temu napoczętą grę na DSa z serii Phoenix Wright: Ace Attorney. To te gry, o których pisałam na blogu kilka razy (m.in. tutaj i tutaj), japońskie visual novele o prawniku wielkiego serca, który lubi wykrzykiwać: „SPRZECIW!”. Tytuł, o którym piszę teraz, to spin-off z najbardziej lubianym (przeze mnie również) bohaterem drugoplanowym z gier, prokuratorem Milesem Edgeworthem. Zamiast wykłócać się w sądzie, Edgeworth biega po miejscach zbrodni, bawi się w detektywa i prowadzi przesłuchania w korytarzach sądowych, na pokładzie lecącego samolotu, w parku rozrywki czy w ambasadzie. Mocno brakuje formy rozprawy sądowej, bo trochę trudno uwierzyć w zaprezentowaną w ten sposób metodę na rozwiązywanie spraw kryminalnych, jednak przez większą część rozrywki bawiłam się dość nieźle, dopiero ostatnia sprawa dłużyła się niemiłosiernie. Pomocniczka Edgewortha, Kay, to całkiem udany zabieg, podobnie wspaniale obserwować przekomarzania prokuratora z detektywem Gumshoe, jednak ilość Franziski i Oldbag mnie osobiście męczy (co za dużo, to niezdrowo), a technika logicznego łączenia faktów wydaje się być dziecinna. Humor, przedziwne projekty postaci i szalone pomysły na zbrodnie wciąż jednak bawią. Nie żałuję spędzonego na tej grze czasu.

A co u Was? :)

piątek, 26 października 2018

MINIROZKMINY: "Kirke" Madeline Miller, "Miłość made in China" Doriana Malovica, "Ginekolodzy" Jürgena Thorwalda i "Bajecznie bogaci Azjaci" Kevina Kwana



I znów ubierało mi się sporo książek, których nie zamierzam rozkminiać bardzo dokładnie, a o których jednak chciałabym powiedzieć przynajmniej parę słów. Rozsiądźcie się wygodnie, choć nie będę się rozpisywać nadmiernie.

Czas na kolejne minirozkminy!


Kiedy Kirke pojawiła się w Polsce z tą swoją kuszącą, bogato zdobioną, złotą okładką, niektórzy się natychmiast zachwycili, inni szybko spisali tę kobiecą historię na straty jako przehypowany, wydmuszkowaty bestseller. Ja stoję pośrodku.

Czytało się niesamowicie gładko, wciągało od pierwszych stron. Mitologia grecka razem z Odyseją po raz kolejny zostały wzięte na warsztat, odświeżone i uczłowieczone. Znana z lekcji polskiego czarodziejka Kirke zyskała ludzką twarz pomimo boskiego pochodzenia. Od zarysu odrzuconej, dziwnej dziewczyny o skrzeczącym głosie w halach pełnych pięknych bogów, bogiń, rusałek i wszelakiego półboskiego tałatajstwa, przez zimną, arystokratyczną beztroskę Olimpu i potomków olbrzymów, pierwsze spotkanie ze zmęczonym pracą mężczyzną o chropowatych rękach, po bardzo pierwotne czary, wygnanie, nowe życie na własnej wyspie i rzecz jasna, pojawienie się Odysa. To bezpośrednie potraktowanie ikonicznych postaci, wgląd w ich faktyczną osobowość poza mitem i po prostu stworzenie przyjemnego czytadła bardzo mi się podoba.

Nie będę się jednak nadmiernie zachwycać, bo ileż razy mity greckie były już przerabiane przez pisarzy? Poza tym to nie jest dzieło wybitne, bliżej mu wprawnemu fan fiction na temat znanych postaci i zostanie szybko zapomniane, choć stworzyło chwilową modę.

Circe

Madeline Miller 

Little, Brown and Company, 2018
400 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★



Jak wiecie, mam małą azjatycką obsesję i uwielbiam czytać o Japonii, ale ostatnio też coraz bardziej rozglądam się też i w stronę Chin, Korei i okolic. Dlatego intrygujący reportaż na temat seksu, uczuć i małżeństwa w Państwie Środka pewnego francuskiego dziennikarza i korespondenta  trafił w dziesiątkę z moimi ciekawskimi zainteresowaniami, pięknie dopełniając szanghajskie vlogi Weroniki Truszczynskiej na YouTubie, które często oglądam.

Jeśli w ogóle nie jesteście obeznani w temacie, to miłość po chińsku może być dla Was niemałym zaskoczeniem. Tradycyjne społeczeństwo wyniszczone komunizmem, parciem na pieniądz i szaleńczo wysokimi ambicjami, a jednocześnie z obsesją na punkcie wizerunku społecznego i marzeniami o miłości romantycznej jak z amerykańskich filmów jest teraz naprawdę w dziwnym położeniu. Rodzice naciskają na dzieci, by szybko znalazły drugą połówkę i płodziły wnuki. Dzieci próbują się utrzymać i zarobić na wystawne życie średniej klasy, a nie mają jak szukać małżonka z powodu norm społecznych zakazujących wulgarnego kontaktu bezpośredniego. Wokół zrozpaczonych rodzin powstaje imponujący przemysł matrymonialny, małżeństwa często dogadywane są na szybko, wystawne wesela są na pokaz, a potem... coraz częściej, rozwód, bo Chińczycy nie mają pozytywnych wzorców partnerstwa i czułości. Bardzo ciekawy reportaż, choć brakuje męskiej perspektywy z wewnątrz, a za dużo mamy męskiej perspektywy autorskiej z zewnątrz.

Najbardziej irytujące z całej książki były drobne literówki.

Miłość made in China

Dorian Malovic 

Znak, 2018
Tłumaczenie: Ewa Kucharska
352 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


Ginekolodzy to mało spójny, nieprzemyślany, ale szalenie ciekawy i na swój sposób przerażający zbiór tekstów o historii współczesnej ginekologii. Eseje te zostały wydane już po śmierci autora, który poprawiał je i poprawiał, ale nigdy nie przygotował do druku. Nigdy ich też nie przemyślał jako pełnej książki, przez co widać powtórzenia, ale i pewne braki.

Niemniej jednak teksty te fantastycznie obnażają, jak bardzo kobiety przez wiele wieków cierpiały z powodu tajemnicy świętości i wulgarności, jaka otaczała i wciąż otacza damskie narządy rodne. Na dodatek przez to, że lekarzami mogli być tylko mężczyźni, którzy zwykle bardziej dbali o sławę, pieniądze i unikanie zgorszenia, a podczas badań między nogi kobiety wchodzili po omacku, pod pierzynami, spódnicami i halkami, tylko pogarsza sytuację. Rzecz jasna zdarzały się chlubne przypadki lekarzy głęboko wierzących, że na przykład kontrola nad poczęciami, mniej bolesne porody czy interwencja w przypadku bestialskiego gwałtu to sprawa warta świeczki, ale większość portretów lekarzy to oportuniści szukający pogłosu, utrzymujący status quo. A nagromadzenie opisów krwawych, niebezpiecznych i inwazyjnych operacji, często z wynikiem śmiertelnym, skutecznie pozwala wybić sobie z głowy marzenia choćby o romantycznych wyobrażeniach świata Jane Austen.

Ginekolodzy

Jürgen Thorwald 

Marginesy, 2016
Tłumaczenie: Anna Wziątek
392 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★



Kolejne szalenie przyjemne, wciągające czytadło w stylu Diabła, który ubiera się u Prady. Czyta się w mig i ma ochotę na więcej.

Pierwsza część cyklu o bajecznie bogatych Azjatach z wielkim znawstwem pozwala zajrzeć do domów i serc szaleńczo bogatych młodych Singapurczyków wychowanych w starych, tradycyjnych rodzinach. To trochę inny poziom niż nowobogaccy Chińczycy, na potęgę obkupujący się w markowe ciuchy, dodatki i samochody. Poważane, prastare rody bez ostentacji wiodą swoje życie majętnie, bijąc na głowę fortuną, zabytkami i nieruchomościami zwykłych milionerów, jednocześnie zachowując umiar, zasady i pewną skromność. Bardzo przypominają przy tym brytyjską arystokrację, gdyby nie wtrącane ciągle makaronizmy z różnych stron Azji i ciągłe rozbijanie się prywatnymi samolotami po całym globie. Ogrom azjatyckich nawiązań na bieżąco tłumaczona jest w przypisach, a skomplikowane koligacje rodzinne wytłumaczone zostały w zgrabnych drzewkach genealogicznych.

Sama historia skupia się na związku spadkobiercy takiego właśnie chińskiego rodu z wychowaną w Ameryce prostą dziewczyną, która nawet nie podejrzewa, jak radykalnie różnią się jej oczekiwania podróży z ukochanym do jego rodziny z rzeczywistością. Jednocześnie śledzimy tę historię z perspektywy matki chłopaka, a także obserwujemy losy innej pary: kuzynki Astrid i jej zmęczonego singapurską socjetą męża z innych sfer. Wątki z przeszłości i teraźniejszości w różnych perspektywach przeplatają się, układając w przyjemną, szaloną komedię romantyczną kapiącą od złota i skrzącą się humorem.

Crazy rich Asians

Kevin Kwan

Doubleday, 2013
403 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★

sobota, 20 października 2018

Ultrafeminizm w wersji pop. "Dietoland" Sarai Walker


Z jednej strony – bezwstydna fantazja sfrustrowanej rzeczywistością feministki i walka z obrazami obrazującymi współczesną kobietę, z drugiej – powielanie motywów, zamykanie oczu na pewne problemy, cukierkowa mrzonka przemiany.

Mam sporo problemów z tą książką, choć sporo mi się w niej podoba. W czasach, gdy oskarżony przez kilka kobiet o molestowanie mężczyzna podczas procesu pokazuje publicznie, jak bardzo jest niedojrzały do pozycji, o którą się ubiega, a na dodatek broni swojego mizoginistycznego mentora bez żenady oglądającego porno w swoim biurze, a wciąż dostaje urząd w Sądzie Najwyższym USA; w czasach, gdy facet traktujący kobiety jak zabawki, lalki, trofea jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, lektura czegoś tak nasyconego gniewem jak Dietoland jednak daje niesamowitą satysfakcję.

Świat dla kobiet to trochę inne miejsce niż dla mężczyzn. Od maleńka słyszą wpajane im czasem sprzeczne przekazy: mają pięknie wyglądać, ale nie dla siebie, mają ciężko pracować, ale dla męża i dzieci, mają być sobą, ale uważać na mężczyzn, cierpieć w imię piękna, złapać dobrą partię, pilnować swojego drinka, nie chodzić samej nocą. A w kolorowym magazynie, proszę bardzo, prosty zestaw sztuczek na płaski brzuch, dogodzenie facetowi, przeżycie zdrady. A tak w ogóle, to sama jest sobie winna, bo jesteś kobietą.


Walker próbuje się rozliczyć ze wszystkim za jednym zamachem. Od kultury gwałtu po presję pięknego ciała. Satyra na komercyjne programy odchudzające wychodzi jej doskonale i to fragmenty na ten temat to bodaj najlepsze części książki. Nie wszystko jest tak dobre, a niektóre metody osiągnięcia lepszego świata dla kobiet są mocno naciągane.

Plum Kettle święcie wierzy, że pod jej stu trzydziestoma kilogramami żywej wagi kryje się piękna, szczupła Alicia. Alicia będzie żyć jak każdy, będzie się bawić, kochać, mieć rodzinę. Plum musi tylko przeczekać, aż Alicia się pojawi, a brzydka, gruba Plum odejdzie w zapomnienie. W tym celu zbiera na operację zmniejszenia żołądka i już szykuje kolorowe, piękne ubrania w powabnym rozmiarze przyszłej Alicii. Tymczasem od trzydziestu lat wiedzie smutne pół-życie: spuszcza głowę, wtapia się w tłum ciemnymi, workowatymi ciuchami, rzadko wychodzi z domu w innym celu niż spacer do kawiarni, gdzie pracuje jako autor-widmo. Odpisuje na mejle od nastolatek zwracających się z problemami do przebojowej redaktorki naczelnej czasopisma.

Wraz z neonowymi rajstopami obutej w glany zadziornej dziewczyny, w jej życie niespodzianie wtargnie kobieca opozycja: córka autorki popularnej diety cud, zastęp intrygujących kobiet zamieszkujących Dom Kalipe o ścianach barwy głębokiej czerwieni, szpieg w krainie magazynów modowych i tajemnicza terrorystyczna bojówka „Jennifer”, atakująca gwałcicieli i mizoginistyczne media. Plum dostaje propozycję nie do odrzucenia: pieniądze w zamian za udział w programie ku odnalezieniu samoakceptacji.


Niestety, jak dobrze by się nie czytało o akcjach „Jennifer, mordowaniu facetów odpowiedzialnych za gwałt zbiorowy na nastolatce, szantażowaniu brytyjskiego The Sun, żeby zamiast nagich kobiet publikowało zdjęcia roznegliżowanych mężczyzn i temu podobne akcje, tak celem tych aktów terroru ma być rzekomo zmiana odbiorcy docelowego wszelkiego przekazu publicznego. Kobieta ma się stać domyślnym obywatelem świata i to mężczyźni mają być uprzedmiotowieni. To marzenie ultrafeministki, która nienawidzi mężczyzn. A nie tędy droga. Droga do prawdziwej równości prowadzi przez tolerancję, dialog, zrozumienie, wynegocjowanie nowych, lepszych sposobów współżycia.

Również przekaz odnośnie wizerunku kobiecego piękna, presji społeczeństwa, choć jak najbardziej poprawne w duchu ciałopozytywności, odzyskiwania wiary w siebie, odkrywania w sobie naturalnego piękna, zrywaniu z dyktatem magazynu modowego, tak u Walker sugeruje, że otyłość też należy celebrować. Niestety, według mnie, otyłość w stylu Plum, czyli sto trzydzieści kilogramów u średniego wzrostu kobiety, to nie jest nic zdrowego. Nie postuluję tu stygmatyzacji, lecz zdrowy rozsądek. Gdyby Plum doprowadziła się do stanu, gdy nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować czy nawet wstać z łóżka z powodu swojej wagi, to nie jest powód do wychwalania ciałopozytywności. Tutaj trzeba wzywać lekarza, bo to doprowadzanie się do niepełnosprawności.

Najbardziej zirytowały mnie przewidywalne, pseudoduchowe stopnie przemiany Plum w osobę, która nie odmawia sobie woli do życia, która przejmuje kontrolę nad własnym życiem. Rzecz jasna są tu i nietrafione randki, i motyw z poprawą garderoby, nauką malowania (choć tutaj funkcjonuje nie po to, by zdobyć faceta, ale w formie odstraszania), nawet odizolowaniem na jakiś czas i terapią przez oglądanie upodlającego porno. Wszystko to w otoczce szukania głębi i duchowości. Ja jakoś w to nie wierzę. Największą przemianę w Plum widzę po tym, jak czyta dostarczane jej książki.

Na koniec mam trochę uwag odnośnie redakcji i tłumaczenia. Lasagna ma liczbę pojedynczą, więc je się lazanię, a nie lazanie. A płaty makaronowe w lazanii to nie pasta. To okropna kalka z angielskiego. A sama Plum? Czemu ta znacząca nazwa, która nawet ma poświęconych jej parę akapitów, nie jest ani przetłumaczona, ani wytłumaczona, a jak ktoś mówi o śliwkach, to polski czytelnik bez znajomości angielskiego nie będzie wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. No i sam tytuł! Na postawie książki powstał serial Dietoland, więc rozumiem, chwyt marketingowy. Ale czemu zatem w książce ten Dietoland się nie pojawia, jest za to Kraina Diet?

Sarai Walker napisała książkę dobrą do dyskusji, ale generalnie bez zbyt dobrych pomysłów na poprawę świata. Jako guilty pleasure dobre jak najbardziej, choć nie spodziewajcie się chic lita. Okładka bardzo myli.

Dietoland

Sarai Walker 

W.A.B., 2018
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik
362 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki! 


wtorek, 16 października 2018

Awanturnica na własnych zasadach. "Ministerstwo niezrównanego szczęścia" Arundhati Roy


Burza niesfornych, kręconych włosów, zamyślone spojrzenie, piękna twarz. Ma trzydzieści pięć lat, kończy pisać swoją debiutancką książkę, Bóg rzeczy małych. Zawiera w niej swoje życie i poglądy; pisze o dyskryminacji, o szowinistycznych świniach, o krzywdzeniu niedotykalnych, o beznadziei kobiet i zgorzknieniu mężczyzn, o małych rzeczach, które potrafią doprowadzić do wielkiej tragedii. Książka jest specyficzna, oniryczna, trochę jak wspomnienie wypaczone oczami dziecka. Z dnia na dzień, Bóg rzeczy małych staje się wielkim hitem, a Arundhati Roy jest na ustach wszystkich.

Taka piękna, a taka mądra. Kobieta bez wcześniejszego doświadczenia literackiego, a taka dojrzała. Słyszeliście, że żyła w slumsach i pracowała jako instruktorka aerobiku? Było coś romantycznego w nieznanej, enigmatycznej figurze z Indii, która nagle rozpaliła zbiorową wyobraźnię jedną książką.

Nie o to jej chodziło. Żeby lansowano ją między modelkami. Żeby podziwiano ją, bo ma taką śliczną buzię, a potrafi pisać. Żeby zgraja facetów przyznająca jej Bookera w 1997 protekcjonalnie chwaliła  jej dziecinną zdolnością do zachwytu.

Ścina zatem włosy. Odżegnuje od swojego wizerunku. Oddaje wygrane pieniądze protestującym przeciwko budowie wałów wodnych, bezmyślnym decyzjom polityków grożącym istniejącym siedliskom ludzkim i naturalnym ekosystemom. A potem rzuca się w ogień politycznego aktywizmu, wspierając oddolne ruchy społeczne w Indiach, a także głośno krytykuje politykę lokalną, jak i globalną. Opowiada się za separacją Kaszmiru, występuje przeciwko broni nuklearnej, rzuca gromy na USA za Afganistan. Uważnie obserwuje świat i bez oporów krytykuje, tłumaczy, występuje, pisze, publikuje. Za jej postawę, eseje społeczne i kulturalne, za bycie „bezczelną” i „głupią” awanturniczką dla niektórych staje się najbardziej znienawidzoną osobą publiczną. Bo kto to widział, żeby jakaś hinduska kobieta śmiała wypowiadać się na głos o takich sprawach?


Dziesięć lat po Bookerze oznajmia, że pracuje nad nową powieścią. Kolejne dziesięć lat później wreszcie pojawia się jej druga powieść. Dwa razy dłuższa niż poprzednia. Sygnuje ją hasłem: „Jak opowiedzieć zszarganą historię? Poprzez powolne stawanie się każdym. Nie, poprzez powolne stawanie się wszystkim”. Nazywa ją Ministerstwem Niezrównanego Szczęścia i zawiera imponującą, szeroką panoramę smutnych, tragicznych, dramatycznych i nieszczęśliwych historii żyć ludzkich uwikłanych w politykę, kulturę, obyczajowość.

Swoją książkę dedykuje niepocieszonym.

Tym, którzy żyją w świecie niesprawiedliwości, niezrozumienia, uwikłania. Tym, którzy żyją na marginesie. W niebycie. Na cmentarzu, jak społeczność zbudowana na zapomnianych, odrzuconych, zniszczonych. I właśnie o nich wszystkich Roy stara się opowiedzieć.

Najciekawszy wydaje się pierwszy z dwóch głównych wątków powieści: Anjum odnajduje swój alternatywny dom pośród hijrów. Urodzona z podwójnym zestawem narządów rozrodczych, wychowana jako chłopiec, poddaje się operacjom i wybiera bycie kobietą na własnych zasadach. Głośnych, kolorowych, kiczowatych, przesadzonych, poza społeczeństwem. Żyje pełnią życia: imprezuje, dokazuje, z czasem przygarnia i wychowuje dziecko, na starość wynosi się na cmentarz, gdzie między nagrobkami zakłada nietypowy hotel. Drugi wątek opiera się o buntowniczkę Tilo, cichą, konkretną, tajemniczą kobietę podejrzanie przypominającą samą Roy. Od czasów college'u kochało się w niej trzech mężczyzn. Żaden z nich nie poznał jej w pełni, ale najbardziej kochała tego, z którym nie mogła być.

Jednak jeśli chodzi o samą fabułę, gdyby ją ścisnąć i wycisnąć dygresje, nie zostałoby wiele. Bardziej niż o historię chodzi to o barwny, różnorodny patchwork ludzi. O walkę o Kaszmir, o napięcia religijne i polityczne, o hinduski nacjonalizm, o dyskryminację i krzywdę kastową, o nadużycia, bojówki, walki i protesty, o hinduską przemoc wobec Muzułmanów w 1969 i 1989 roku w Gujaracie i Bhagalpurze i wiele innych. Ponoć można prześledzić całą działalność politycznego aktywizmu Roy w kolejnych poruszonych w książce problemach. Kwestia ludności poszkodowanej przez program budowania zapór wodnych też się przewija.



Problem jest w tym, że jest tego za dużo. Że można się zgubić w tej plątaninie bohaterów, o których zaraz zapomnimy, w wątkach, które niekoniecznie mają jakikolwiek wypływ na główną fabułę, która z kolei się rozmywa. Trudno tu nie pokusić się o porównania z debiutem autorki, w której styl i czarno-białe zarysy postaci pasowały do dziecięcych bohaterów. Tutaj język wydaje się troszkę pretensjonalny, rozgadany. Dodatkowo w Bogu rzeczy małych Roy skupiła się na dramacie jednej rodziny, na jednego przypadku nieuchronnym jak grecka tragedia. W tej książce cel stania się wszystkimi i wszystkim mam wrażenie, że trochę przyćmił samo pisanie jakiejś konkretnej narracji. Niestety, ta powieść stała się jak poniższy cytat o jeden z bohaterek:

“She wrote strange things down. She collected scraps of stories and inexplicable memorabilia that appeared to have no purpose. There seemed to be no pattern or theme to her interest.”

Czy o możliwe, że Arundhati Roy jest o wiele ciekawszą postacią niż pisarką? Że wszystko, co miała najlepszego do zaoferowania w prozie, przekazała w swojej debiutanckiej powieści?

Niekoniecznie, ale mnie Ministerstwo... po prostu zmęczyło. Za dużo tu hinduskiej polityki, nawiązań do osób, wydarzeń i konfliktów, o których niewiele wiem, a które często przedstawione są w postaci nawiązań. Fabuła toczy się nieskładnie, postaci się mylą, perspektywy mieszają, dwa główne wątki wiążą się ze sobą mało przekonująco, a bohaterowie czasem za bardzo przypominają kartonowe przedstawienia pewnych postaw. To nie jest książka, którą będę polecać innym albo do której kiedykolwiek będę miała ochotę wrócić.

Ale wiecie co? Z olbrzymią chęcią pójdę na spotkanie z autorką na Festiwalu Conrada w Krakowie w przyszłym tygodniu i posłucham, co ma do powiedzenia. I Was też zachęcam. To naprawdę niesamowita gratka.


The Ministry of Utmost Happiness

Arundhati Roy 

Hamish Hamilton, 2017
464 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

wtorek, 9 października 2018

Czorty, zamtuzy i nierówne ścieżki autorskiej wyobraźni. "Pierwsze słowo" Marty Kisiel


Marta Kisiel nie zwalnia. W maju tego roku wydała powieść Toń (moja recenzja tutaj), 19 września ukazała się jej pierwsza książka dla dzieci Małe Licho i tajemnica Niebożątka (recenzja tu), a już 17 października pojawi się na rynku antologia opowiadań Pierwsze słowo! A na swoim fanpage'u ciągle nęci kolejnymi konceptami, konspektami, zapowiedziami...

Już na wstępie wyjeżdża prosto z mostu: „Nie umiem pisać opowiadań”. Są pewni pisarze, którzy są genialni w krótkiej formie, a dłuższa zazwyczaj wychodzi zdecydowanie gorzej; są też tacy, którym o niebo lepiej pisze się dłuższe dzieła niż krótkie opowiadanka. I to do tej drugiej kategorii faktycznie zaliczam Martę Kisiel. To te dłuższe teksty są lepsze, a nawet jak są opowiadaniami, to wciąż bez większego szwanku dałoby się je podpiąć pod Kiślowersum, a najlepiej wpisać je zgrabnie do kolejnej powieści. Bo chcemy więcej!

Tak, oczywiście, że mówię tu o Szaławile, za którą autorka dostała nagrodę Zajdla.


Pierwsze słowo zawiera sześć wcześniej publikowanych opowiadań i pięć zupełnie nowych teksów. Jednym z tych pierwszych jest Dożywocie z 2007 roku, które najpierw pojawiło się w antologii wydanej przez Fabrykę Słów, a trzy lata później ukazało się w pełnej wersji po przekształceniu w powieść o tym samym tytule. Trochę powtórka z rozrywki, a trochę smaczek dla fanów, którzy nie chcą, żeby cokolwiek umknęło. Wspominana wcześniej pierwszorzędna i według mnie najlepsza z całego zbiorku Szaławiła z kolei była dodana w bonusie do drugiego wydania Dożywocia. Ja akurat bardzo się ucieszyłam, bo mam wersję bez opowiadania i bardzo chciałam je przeczytać; dla tych, którzy czytali już to nowe wydanie, będzie to powielanie materiału.

Na wielkie brawa zasługuje absolutnie genialnie wykonana grafika na okładce. Zachwycająca detalem ozdobna czaszka z przodu i opleciona roślinnością dłoń z palcem w górze i wpleciona w to wszystko ćma trupia główka równoważone są przez minimalizm pozostałych elementów. Trudno wypuścić tę książkę z ręki i przestać się wpatrywać w tę soczystość, współgrające kolory i motywy.

Całość otwiera najstarsze opowiadanie, Rozmowa kwalifikacyjna, jest trochę prześmiewczym spojrzenie na trendy i klisze we współczesnej fantastyce, a jednocześnie można powiedzieć, że świadomym rozglądaniem się za tematem na własną twórczość poprzez rozpisanie lęków, a zarazem częstych błędów początkującego na papierze. Katabasis to bodaj najkrótsza i najbardziej literacka i enigmatyczna historia, którą można wielorako interpretować, przede wszystkim zaś odpłynąć w nawiązania mitologiczne. Podobnie W zamku tej nocy... to czysta, wypuszczona na wolność wyobraźnia i humor polonisty rozmiłowanego w romantyzmie, prześmiewczo bawiącego się bohaterami, językami, motywami. Z kolei mroczne Miasto motyli i mgły według mnie cierpi na tym, że to tylko opowiadanie, ta historia, ten mroczny świat zasługuje na dogłębniejsze zbadanie. Najbardziej zmęczyły mnie komediowe Nawiedziny traktujące o nietypowym, dbającym o prostolinijność gościu, który zagnieżdża się w zamtuzie.


Szalenie przypadł mi do gustu brytyjski, fantastyczno-kryminalny Jadeit oraz krótkie i trochę oczywiste, acz dobitne i prawdziwe Przeżycie Stanisława Kozika. W miarę czytania robi się coraz lepiej, bo i opowiadania robią się coraz lepsze: trzy ostatnie stoją na najwyższym poziomie. Jednym z nich jest właśnie śliczna, urzekająca, pierwotna, ale zasługująca na rozwinięcie Szaławiła, nawiązujące do miejsca, gdzie stała Lichotka. Do tego dochodzi horror/ brudne urban fantasy w postaci przygnębiającego, ale świetnie napisanego Całego świata Dawida, przypominającego klimatem antologię Wigilijne psy Orbitowskiego (tutaj więcej na jej temat). Wieńczące całość, mocne Pierwsze słowo również ociera się o ten sam klimat: blokowisko, desperacja, powaga, siły nadnaturalne podobne do tych z klechd domowych przeniesione na współczesne czasy, potraktowane z uwagą i trzymające w napięciu.

Te trzy ostatnie teksty z antologii pokazują, że z czasem, mimo własnych słów, Marta Kisiel nauczyła się jednak pisać opowiadania, a dwa ostatnie, że nie tylko przoduje w humorze i słownym rozbuchaniu, a potrafi też skupić się na poważniejszej tematyce i skręt w stronę psychologicznej grozy jej niestraszny. Doceniam, że fani dostają w jednym tomiku wszystkie teksty autorki, które dotychczas tkwiły gdzieś w antologiach i starych rocznikach czasopism, ale z drugiej strony Pierwszemu słowu wyszłoby na lepiej, gdyby zamiast chaotycznego miszmaszu oferowało konkretny klimat i równomierniejszy poziom.

No i czuję też lekki powiew parcia na wydawanie, by jak najwięcej nowości pojawiało się na poszczególne targi książki...


Pierwsze słowo

Marta Kisiel 

Grupa wydawnicza Foksal, premiera 17 października
317 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


niedziela, 7 października 2018

BOOKSPOT#3: Mała z charakterem. Księgarnia Karakter w Krakowie


Powiedziałam „przyjacielu” i weszłam. Ci, którzy widzieli to wydarzenie na Facebooku, będą wiedzieli, o co chodzi.

Odbyło się wczoraj otwarcie nowej księgarni na mapie Krakowa. Wydawałoby się, że zdarzenie nie aż tak podniosłe i niezwykłe, ale jednak idąc rozświetloną sobotnim słońcem Zwierzyniecką czułam lekkie drżenie w koniuszkach palców, delikatne zaciekawienie, jak to będzie wyglądało. Gdy zmierzałam w kierunku Jubilatu i szukałam wzrokiem skrętu w Tarłowską, moje oczy wkrótce ucieszył gigantyczny plakat na słupie ogłoszeniowym z radosnym, żółtym obwieszczeniem, że to w tę stronę. Po parunastu krokach już byłam pod świeżo wykończonym budynkiem i przeszkloną, surowo modernistyczną księgarnią. A w środku... tłum, tłok, podniecenie!


Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego zgromadzenia. Kolejka ciągnęła się przez całą długość pomieszczenia i choć klienci byli obsługiwani w dziarskim tempie, to ilość nowych chętnych na książki przybywała zbyt szybko, by stopić wężyk kupujących. Ręce wyciągały się w kierunku rzędów dumnie wyprężonych okładek, obsługa dwoiła się i troiła, dokładając nowe pozycje, co chwilę pojawiali się nowi goście. Pomimo całkiem sporej przestrzeni jak na niedużą księgarnię, między regałami i półkami trzeba było się przeciskać niemal jak na Targach Książki! Czyżby próba generalna przed zbliżającym się świętem czytelników w Krakowie? ;)


Mimo lekkiego ścisku wcale nie byłam sfrustrowana, czując wyluzowaną, radosną atmosferę książkowego rozgorączkowania. Co prawda nie mogłam zostać na długo, bo jak zwykle byłam spóźniona, ale udało mi się cyknąć parę fotek, rozejrzeć i kupić coś dla siebie. A tłum zwabiła nie tylko polityka Karakteru oferującego swoje książki z rabatem, ale też magiczna żółta karta wydzielana przy każdym zakupie w dniu otwarcia. Karta ta normalnie jest wydawana przy zakupie ponad 100 zł, a pozwala na uzyskanie rabatu 10% na każde zakupy w księgarni na rok w przód. Nic dziwnego, że mole książkowe zleciały się na żer, żartobliwie rzecz ujmując – zresztą, zupełnie tak jak ja. Już po trzech godzinach od otwarcia Księgarnia Karakter pisała na swoim fanpage'u, że im się książki zaczęły kończyć... ale ponoć udało im się z powodzeniem sprzedawać aż do zamknięcia :)


Jeśli chodzi o samą lokalizację, wydawnictwo wybrało pierwszorzędną miejscówkę. Krótki spacer od Rynku, jeszcze krótszy od Wisły i Wawelu. Zewsząd stosunkowo blisko. Miejsce jest jasne i przejrzyste, przeszklone ściany wpuszczają dużo światła. W rogu umieszczono kanapę, pufy i stolik, by poszukiwacze książek mieli gdzie przycupnąć i wczytać się w swój zakup. Resztę miejsca zajmują regały i półki z ułożonymi tematycznie książkami. Głównie literatura piękna i faktu, trochę pozycji fachowy m.in. na temat architektury czy designu. Pod plakatem z książkowego Hobbita znajduje się kącik da młodszego czytelnika z książkami dla dzieci.


Przede wszystkim zaś księgarnia jest tylko i wyłącznie księgarnią. Nie ma tu miejsca na kawę, tarty i muffinki. Są za to książki. Można się skupić tylko na papierze, myszkować od półki do półki i szukać czegoś dla siebie. Rzecz jasna można tu nabyć nie tylko książki wydawnictwa Karakter, ale to ich pozycje są najbardziej wyeksponowane. I bardzo dobrze. Jeśli ktoś chce przysiąść pod regałem i sączyć herbatę z filiżanki, nie musi daleko szukać. W końcu to Kraków. I dlatego tak kocham to miasto.


Jeśli chodzi o moje prywatne zakupy, to dorwałam drugą część autobiograficznej prozy Agnety Pleijel, której Wróżba zrobiła na mnie wrażenie (tutaj recenzja). Karakter wydaje książki z tej serii w tak zachwycającej szacie graficznej i magnetycznych, gładkich okładkach, że nie można się oprzeć.


To co, kiedy wybieracie się do Karakteru na Tarłowską 12? A może byliście już wczoraj, jak niektórzy moi znajomi?

Przy okazji, pozdrowienia dla Oli, Stefana i Artura! 

środa, 3 października 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: WRZESIEŃ 2018



Już trzeci października, zrobiło się zimno i ponuro... jak ten czas leci! Najwyższy czas na rozkminienie września, póki na zewnątrz nie robi się ciemno aż tak szybko.

Z radością stwierdzam, że w ubiegłym miesiącu skończyłam czytać aż pięć książek:
  • przedpremierowe Małe Licho i tajemnica Niebożątka Marty Kisiel zostało już opisane tutaj
  • skończyłam czytane od wakacji The Ministry of Utmost Happiness Arundhati Roy
  • wchłonęłam błyskawicznie Miłość made in China Doriana Malovica
  • z trudem przesłuchałam Kasację Remigiusza Mroza, który wybitnie nie podszedł
  • w przerwach podczytywałam Ginekologów Jürgena Thorwalda

A co jeśli chodzi o filmy i seriale?



Tajemnica IZBY / Dzielna pani Brisby (1982)


Odkąd zagłębiłam się w fascynująco-przerażające filmiki Fredrika Knudsena na YouTubie i obejrzałam jego minidokument o eksperymentach nazywanych mysią utopią (klik!), wiedziałam, że chcę obejrzeć jeden z pierwszych filmów Dona Blutha inspirowanych właśnie tymi ponurymi doświadczeniami. Artysta odpowiedzialny jest między innymi za Wszystkie psy idą do nieba i Anastazję, jego filmy mają charakterystyczną, zbliżoną do Disnejowskiej kreskę i hiperaktywnie ruchliwych bohaterów. The Secret of NIMH to dość nierówna, choć urzekająco inna i mądra historia o młodej mysiej wdowie próbującej poradzić sobie z patową sytuacją: albo jej ciężko chore dziecko zginie podczas orki pola, na którym mieszkają, albo będzie wystawione na podłą pogodę i umrze na zapalenie płuc. Najbardziej jednak szkoda samego sekretu tytułowego Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego, którego potencjał nie został wykorzystany prawie w ogóle. Do fabuły zostaje wprowadzonych bardzo dużo elementów, które domagają się wyjaśnienia i rozwinięcia, ale niestety, film kończy się zbyt szybko jak na mój gust. Mimo to polecam jako ciekawostkę XX-wiecznej animacji.



Nagi lunch (1991)

David Cronenberg, reżyser o dość specyficznym zamiłowaniu do rzeczy obrzydliwych, gore i owadów, w latach dziewięćdziesiątych zrobił film będący dziwną mieszanką Nagiego lunchu, historii beatnikowskiego autora Williama S. Burroughsa piszącego Nagi lunch na potężnym haju oraz swoich własnych chorych upodobań. Wyszło z tego coś bardzo dziwnego, przed czym można zarówno uciec z krzykiem po pierwszych kilkudziesięciu minutach, jak i głęboko się zastanowić i napisać pracę naukową. Najbliżej klimatem byłoby tu do Głowy do wycierania, czyli ostrej jazdy młodego Lyncha. Są żuko-maszyny do pisania, które mówią umiejscowionym na górze odwłoka odbytem, kosmici o twarzach smutnych szpiegów, wydzielający czułkami na głowie pitne mleczko oraz surrealistyczna scena miłosna z, tak jest, nagimi robalami i erotycznymi maszynami do pisania w roli głównej. Estetyka na swój sposób dość konsekwentna i intrygująca. Ciekawe doświadczenie, aczkolwiek do filmu najlepiej się przygotować choćby pobieżnym zapoznaniem z życiem Burroughsa, żeby lepiej wyłapywać sens wielu scen.



Mission: Impossible 2 (2000)


W ramach zemsty za traumę oglądania Nagiego lunchu, moja Ryba zrewanżowała się warunkiem obejrzenia najgorszej części serii o misjach niemożliwych z Tomem Cruisem. Bolało, choć można było się też pośmiać z dennej fabuły, zbędnego slow motion, dostojnych gołębic w slow motion, jeszcze więcej slow motion, absurdów, głupotek i zdecydowanie zbyt długiej sceny popisowego i męczącego kopania się po mordach. Do tego jeszcze na dobry początek kiczowata scena imponującego baraszkowania Toma Cruise'a podczas wspinaczki po zawrotnie wysokich i pionowych skałach. Włącznie z przysłanym mu helikopterem nabojem zawierającym okulary przeciwsłoneczne... dokonujące autodestrukcji po przekazaniu wiadomości. Ugh. Najsmutniejszy jest seksizm wyrażający się w jedynej znaczącej żeńskiej bohaterce filmu, Nyah. Złodziejce. która, jak się dowiadujemy z ust Anthony'ego Hopkinsa, jest kobietą, więc ma wszystkie potrzebne predyspozycje i umiejętności, by skutecznie oszukiwać, szpiegować i uwodzić swojego byłego faceta. Ughhhhhh. Nigdy więcej.



Przekręt (2000)


Snatch Guya Ritchiego z kolei to jedna z najlepszych komedii łotrzykowskich, jakie istnieją. Polecił mi go syn moich landlordów, u których wynajmowałam pokój podczas Erasmusa w Wielkiej Brytanii. Na początku nie byłam pewna, czy to coś dla mnie, ale szybko się okazało, że to absolutne arcydzieło w swoim gatunku. Brad Pitt gra tam przekomicznego, bezbłędnego brytyjskiego pikey'ego, co trudno przetłumaczyć, bo chodzi o człowieka mieszkającego w przyczepie jak amerykański redneck, z najniższej warstwy społecznej, związanego ze swoją wędrowną społecznością brytyjskiego wagabundy, cygana. Pitt wymyślił sobie do roli nieistniejącą gwarę, którą wyrzuca z siebie w sposób niekontrolowany, beztroski i cudowny. Ale nie tylko dla niego ten film jest fantastyczny, cała plejada mniej lub więcej kompetentnych drobnych kryminalistów i szemranych typów robi z siebie genialny cyrk, pędząc wraz z absurdalną fabułą aż do zawiłego, acz satysfakcjonującego zakończenia. I ten montaż!




Przeboje i podboje (2000)


Lubię Nicka Hornby'ego. Co prawda czytałam tylko High Fidelity i About a Boy (recenzja tutaj), ale obie te książki były tak bezpretensjonalne, urocze i przyjemne, że poleciłabym je każdemu z lekkim sercem. Nie wiem, jakim prawem ktoś od oryginalnego nawiązania do sprzętu hi-fi przeszedł do polskiego przaśnego tytułu Przeboje i podboje, ale ten film zasługuje zdecydowanie na uwagę. Zrobiliśmy sobie z Rybą powtórkę z rozrywki i ubawiliśmy się naprawdę znakomicie. Młody Jack Black dokazuje w najlepsze, z głośników w sklepie muzycznym leci sympatyczna muzyka, a John Cusack robi ponure, zbolałe miny i próbuje odbić swoją byłą dziewczynę, a jednocześnie pod wpływem nostalgii sprawdza, co słychać u jego wszystkich poprzednich dziewczyn. Po co? By wyrzucić z głowy wyidealizowane wspomnienia i poczuć się choć trochę lepiej samemu ze sobą. A, no i ilość muzycznej nerdozy przygniata.



Czarne bractwo. BlacKkKlansman (2018) 


Jak ostatnio wspominałam na Facebooku Rozkmin, wybrałam się też do kina na coś nowego. BlacKkKlansman to film porażająco aktualny, poruszający i bawiący równocześnie. Spora dawka sympatycznego humoru równoważy cięższe tematy amerykańskiego rasizmu z lat siedemdziesiątych. Czarni zbierają się na protestach i wykładach, biali ćwiczą strzelanie i wykradają materiały wybuchowe spod nosa armii, kultywując Organizację, czyli Ku Klux Klan. Pierwszy czarny policjant w Colorado Springs postanawia walczyć z nierównością od środka. Szybko przechodzi od nudnej pracy archiwisty do pracy w wywiadzie, gdzie zaopatrzony w mikrofon wybiera się na ulice jako tajniak. To wciąż jednak jest za mało. Dzwoni więc na numer podany w ogłoszeniu Organizacji... i z czasem zostaje pierwszym czarnym członkiem Ku Klux Klanu. To film sprytnie pomyślany, z metaforyką bliźniaków czy lustrzanego odbicia, nawiązujący do klasyków kina blaxploitation, oprawiony doskonałą muzyką, wyważony i na koniec mocno przywalający w trzewia łącząc wydarzenia z lat siedemdziesiątych z obecnymi: przemówienia Trumpa, podchwycenie jego słów przez odrodzony ruch neorasistowski, wreszcie tragicznie zakończona manifestacja w Charlottesville. To TRZEBA zobaczyć.



Hilda (2018) 


Na koniec coś o wiele lżejszego i absolutnie magicznego. Trzynastoodcinkowy serial Netflixa na podstawie komiksu, Hilda, to odkrycie tej jesieni. Kreskówka trochę przypomina Gravity Falls, ale bardziej nastawiona jest na dziecko jako odbiorcę, choć dorosłemu wcale nie przeszkadza zachwycać się uroczą kreską, cudowną historią, przekochanymi bohaterami, nawiązaniami do skandynawskich wierzeń i mądrym przesłaniem. Hilda to mała poszukiwaczka przygód, która prawie nigdy się nie boi, a zawsze chce pomóc. Najlepiej dogaduje się ze zwierzętami i fantastycznymi stworzeniami, choć czasem jest to dość trudne. Mieszka z mamą w dzikiej głuszy wśród gór, lasów, nieliczonych domostw malutkich skrzatów i okazjonalnego olbrzyma. W końcu jednak mama decyduje, że czas się przenieść do miasta, gdzie Hilda mogłaby iść do szkoły i poznać inne dzieci. Znalezienie przyjaciół i utrzymanie ich przyjaźni okazuje się o wiele cięższe niż jakakolwiek samotna przygoda. Naprawdę, obejrzyjcie sobie zwiastun i po prostu idźcie oglądać, to naprawdę krótki serial póki co z jednym sezonem!



A co się działo u Was we wrześniu? Co na tapecie? :)