Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 11 lipca 2018

Wszystko, co jest nie tak z „Małym życiem” Hanyi Yanagihary w 9 punktach



Odnosząc się do wymieniającego wady filmów kanału na YouTubie CinemaSins, postaram się spisać wszystko, co uważam za mankament sensacji wydawniczej, imponująco rozdmuchanego w Polsce amerykańskiego bestsellera Hanyi Yanagihary „Małe życie”, który został nominowany do anglojęzycznego Bookera i według niektórych recenzji „przywraca wiarę w moc literatury”.


Dzyń!


Streszczenia! Wszystkie recenzje próbujące opisać tę książkę wprowadzają w błąd opisem czwórki przyjaciół w Nowym Jorku. Ale to nie kolejna komedyjka, w której znajomi z uczelni mają perypetie w codziennym życiu i próbują osiągnąć sukces w rytm: „I’ll be there for you” zespołu The Rembrandts. To wbijająca się prosto w serce monumentalna drzazga, która zostawia po sobie głęboką traumę, nie dając nic w zamian.

Dzyń!


Forma! Dobry redaktor usiadłby z autorką i według mnie mógłby wyciąć bez żadnej szkody z tej książki jakiąś jedną trzecią słownej waty. Ta książka jest męcząco długa i zawiera zdecydowanie zbyt wiele zbędnych opisów i wątków. Co więcej, taki redaktor może podpowiedziałby, jak naprawić zaburzone proporcje całości: pierwsze sto stron przedstawia czterech bohaterów, z których dwóch w dalszym ciągu znika gdzieś w scenerii i poświeca się im minimalną ilość uwagi (Malcolm i J.B.), podczas gdy znikąd i bez zagruntowania pojawiają się nowi (chociażby Andy), ważniejsi dla fabuły. Do tego można by wykreślić irytującą ilość powtarzanego raz po raz słowa „przepraszam”.

Dzyń!


Język! Prawie cała narracja „Małego życia” prowadzona jest monotonnym, beznamiętnym głosem trzecioosobowego narratora wszechwiedzącego (pomijając kilka dezorientujących i zbędnych zabiegów w postaci wyznań jednego z bohaterów po zakończeniu głównych wydarzeń). Może i ten denerwujący, nudny ton nie równa się nudzie pamiętnika subiekta z „Lalki”, ale wciąż mógłby być żywszy, ciekawszy. Jeśli chodzi zaś o dialogi, bardzo często pobrzmiewa w nich drętwy schematyzm, te same, wyświechtane frazy powtarzane po tysiąckroć w serialach, filmach i książkach. Ogólnie warstwa językowa była męcząca, a łącząc to z watą słowną, duża część pierwszej połowy książki płynęła jak powolna, mulista rzeka.


Dzyń!


Ekstrema! Yanagihara zażyczyła sobie, by na okładce oryginalnego wydania „Małego życia” pojawiła się fotografia autorstwa zmarłego podczas amerykańskiej fali AIDS z lat osiemdziesiątych Petera Hujara, przedstawiająca twarz twarz mężczyzny podczas masturbacji. Można pomyśleć, że to z powodu analizowania różnych aspektów męskości (pojawia się tylko jedna ważniejsza postać kobieca, Julia). Według mnie jednak dodatkowo chodzi jeszcze o dwie strony medalu: ekstremalny sukces i uczucie, a także ekstremalne cierpienie. Jedno i drugie może się kryć za obliczem wykrzywionego mężczyzny z okładki, przyjemność i ból. Jedno i drugie przejawia się w powieści.

Wszyscy bohaterowie z wiekiem osiągają bajeczny szczyt ich możliwości: początkujący aktor trafia na bilbordy jako hollywoodzka gwiazda, biedny jak mysz kościelna student prawa wygrywa procesy w prestiżowej kancelarii, tworzący słabe konstrukcje z włosów artysta zostaje poważanym malarzem dzięki swoim portretom tych samych osób z jego otoczenia, klejący miniatury domów marzyciel staje się wziętym architektem, sierota zostaje adoptowany przez bogatą parę profesorską jako dorosły mężczyzna. Przyglądając się miłości, jaką się darzą bohaterowie, przebaczenia, jakie muszą sobie dawać, poświęcenia, z jakim się traktują – te uczucia również są tytaniczne, perfekcyjne, boskie. Mało tu miejsca na zwątpienie, odrzucenie, ludzkie słabości. Każdy z tych przypadków, olbrzymie pieniądze, kariera, przywiązanie i oddanie bliskich, jakimi karmi bohaterów koło fortuny zawsze przekręcone na ich korzyść, jest nierealistyczny, zbyt idealny.

Tak samo wygląda kwestia bólu i cierpienia; jedno i drugie doświadcza głównego bohatera bez litości, do przesady, jak tani, przesadzony melodramat. Ledwie dowiadujemy się jednego okropnego doświadczenia z dzieciństwa, już goni za nim kolejne, jeszcze straszniejsze. Z czasem dowiadujemy się, jak od jednego pedofila bohater trafiał na następnego, jak zapadał na kolejne choroby weneryczne, jak jego ciało znosiło baty, gwałty, wychłodzenie, przemęczenie. Brniemy przez długie opisy nienawiści do samego siebie, samookaleczenia, głodzenia, zaprzeczenia na każdym poziomie; zbliżenia na żyletkę tnącą ciało, gnijące rany, zapalenia kości, zakażenia, odmawiające pracy nogi. Yanagihara chciała pokazać człowieka, któremu nigdy się nie polepsza, który, przepełniony wstrętem do samego siebie i nigdy nieleczoną traumą, nieustannie przechodzi na coraz wyższe poziomy męczeństwa niczym chrześcijański święty, z tą różnicą, że zmierza ku autodestrukcji zamiast zbawienia. Czytając to wszystko, czułam się fizycznie niedobrze, miałam mdłości, długo odchorowywałam też psychicznie po tym, co przytrafiło się bohaterowi w dzieciństwie. Aż przypomniała mi się druga dobra książka, która dla mnie przesadziła z sadyzmem: „Pianistka” Elfride Jelinek, jednak z tej dwójki to „Yanagihara ociera się o tanie szokowanie.

Dzyń!


Powieść gejowska! Niektórzy twierdzą, że Yanagihara kierowała się wytycznymi gejowskiej estetyki przesady, martyrologii usankcjonowanej przez twórzość dotyczącą społeczności homoseksualnej. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej bohaterom, trzech jest heteroseksualnych, jeden biseksualny, trzeci aseksualny. I tylko jeden otwarcie przyznaje się do homoseksualizmu. W dodatku najważniejsza relacja w książce to nie typowa miłość romantyczna, a przyjaźń tak głęboka i bezinteresowna, że przechodząca w agape, będąca w stanie zrezygnować z erosa. Orientacja seksualna w ogóle jest tu na dalszym planie, zupełnie nieważna, ważniejsze jest to, jak się czuje wobec tej jednej konkretnej osoby. Według mnie „Małe życie” to nie powieść gejowska, choć niewątpliwie może być bardziej celebrowana przez homoseksualistów, a powieść o innym rodzaju przyjaźni niż ten w stylu „Przyjaciół” czy „Seksu w wielkim mieście”, o przyjaźni będącej alternatywnym stylem życia do małżeństwa.

Dzyń!


Momenty, gdy w książce przewijają się nawiązania do tytułu, przyprawiają o dreszcze swoją depresyjną naturą. Bohater, będąc nieletnią męską prostytutką, jest zachęcany, by pokazać swoim klientom „trochę życia” („a little life”). Nie może nic poradzić, tylko potem prowadzić swoje „małe życie”. Brrr.


Dzyń!


Ofiara! Główny bohater cierpi. Czuje się niegodny. Odmawia pomocy. Zamyka się w sobie. Pokazany jest jako ofiara, jak ktoś, kto nie ma na tyle kontroli nad swoim życiem, by odwrócić swój straceńczy los, swoje naznaczone przez autorkę fatum. Czytelnik powoli gotuje się z wściekłości na upartość, bezmyślność, bezwolność głównego bohatera, pokazanego w roli ofiary wszystkiego, co w życiu go doświadczyło. Ale choć udało mu się osiągnąć w życiu sukces, wydaje się, że jednak wszystko mu się przydarza, choć tak mocno pracuje i się stara, zaciska zęby i próbuje przetrwać albo trzyma żyletkę i się tnie, wciąż to jemu się przydarza, a nie on coś sprawia.

Dzyń!


Katharsis! Po tak gigantycznej ilości katastrof, jakie dotykają głównego bohatera, po tym całym cierpieniu, nakładanym nieubłaganie jak w greckiej tragedii, ja nie czuję żadnej ulgi. Jedynie pustkę, smutek, żal, złość. Chcę tę książkę komuś oddać. Nie mam ochoty trzymać jej na półce.

Dzyń!


Reklama! Yanagihara nigdy nawet w Polsce nie była, jednak intensywna kampania marketingowa, stała obecność w mediach i zachwycone peany pochwalne wielu blogerów doprowadziły do tego, że powieść sprzedała się w naszym kraju w 146 tysiącach egzemplarzy, podczas gdy w Ameryce tylko w 90 tysiącach (źródło). Na Lubimy Czytać czytelnicy wybrali ją na książkę roku w kategorii literatura piękna, popierając tym samym opinie krytyków z magazynu Książki, którzy umieścili „Małe życie” wśród najlepszych książek 2016 roku; podobnie na liście bestsellerów Empiku powieść wytrwale trzymała się w pierwszej dziesiątce. To wynik niesamowity, wręcz fenomenalny, szczególnie że to grubaśne, ciężkie do wchłonięcia i przetrawienia tomiszcze traktujące o tematach odległych lub źle widzianych nad Wisłą: o Nowym Jorku, spełnieniu amerykańskiego snu, bezpretensjonalnie poruszające temat różnych orientacji seksualnych i stylów życia. Przede wszystkim zaś opisujące strona po stronie przemyślne, bolesne tortury, jakim poddaje autorka swojego głównego bohatera, za co po kilkuset stronach ma się ochotę rzucić powieść w kąt i nigdy do niego nie wracać. Nie wolno jednak zapominać, że nachalną reklamę i szum medialny zapewnił Empik, który kilka lat temu kupił wydawnictwo W.A.B., a z kolei to ta instytucja zajmowała się wprowadzeniem książki na nasz rynek. Kampania promocyjna była na tyle głośna, że w pewnym momencie strach było otworzyć lodówkę, by tam nie natknąć się na „Małe życie”. Znam przynajmniej jedną osobę, która je kupiła i postawiła na półce, ale z powodu gabarytów do tej pory nie nabrała ochoty wreszcie się za nie zabrać. Jak wiele nieprzeczytanych egzemplarzy tej książki można znaleźć w polskich domach, kupionych na fali popularności i tkwiących na regale jak wyrzut sumienia?


Naliczanie zakończone. To wszystko.

Nie chcę Was jednak zostawić z poczuciem, że uważam „Małe życie” za książkę, w której widzę tylko i wyłącznie wady. To poruszająca, totalna, konsekwentna i przygniatająca wizja, wobec której trudno przejść obojętnie. Jedni ją kochają, inni pozostają z poczuciem zmęczenia i obrzydzenia. Należy jednak przyznać, że oferuje świeże spojrzenie na przyjaźń, której blisko miłości platonicznej i która trwa lata. Co więcej, pokazuje niuanse i nieoczywistość orientacji seksualnej i miłości, a także bez komentarza przedstawia model zamkniętej, wsobnej męskości ukrywającej uczucia, twardej, milczącej, zdanej tylko na siebie, która tak otwarcie prowadzi do destrukcji. Jednocześnie też gloryfikuje wyrażanie i okazywanie uczuć, emocji, otwartości, pokazuje idealne więzi męskie: mentor-uczeń, ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel, kochanek-kochanek. To jedno poczytuję za największy skarb w tym sadystycznym studium cierpienia Yanagihary: mocne potrząśnięcie stereotypem samowystarczalnego męskiego mężczyzny, który nigdy nie płacze ani nie mówi o swoich wewnętrznych demonach.


A Little Life

Hanya Yanagihara

Picador, 2015
720 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★


czwartek, 5 lipca 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: CZERWIEC 2018



Muszę przyznać, że nawet nie zauważyłam, kiedy ten czerwiec zleciał, a tu nagle już jest lipiec. I znów wyszło słońce, a na dodatek znowu pięknie przypieka i urlop już na horyzoncie. Może podsumujmy, co udało mi się przeczytać w ubiegłym miesiącu:

  • Genialną przyjaciółkę Eleny Ferrante przez Legimi w audiobooku, którą zdążyłam już zrecenzować w tym wpisie.
  • Pierwszy tom Harry’ego Pottera, wersję ilustrowaną i w oryginale, o którym muszę koniecznie napisać i podzielić się wrażeniami po powrocie po latach.
  • Trzymające w niepokojącym napięciu Pet Sematary Stephena Kinga.
  • Przeurocze Simon vs. the Homo Sapiens Agenda Becky Albertalli, również w wersji audio.
  • Trochę... nudne i niepotrzebne Baśnie braci Grimm przepisane od nowa przez Philipa Pullmana.
  • Bardzo męski i pobłażliwie absurdalny komiks Shirtless Bear-Fighter! Jody’ego LeHeupa.

Jeden komiks i sześć książek na koncie to całkiem niezły wynik jak na mnie, zdecydowanie powyżej średniej. W drugiej połowie lipca zamilknę na jakiś czas (wreszcie wyjeżdżam sobie odpocząć!), ale dopóki mam jeszcze czas, będę Was jak zwykle kapryśnie uraczać moimi przydługimi recenzjami, nie zwracając uwagi na złote reguły blogowania spisane podczas Big Booka (dla niezorientowanych szczegóły tutaj).

A teraz przeskoczmy do sedna: jakimiż to popkulturalnymi nowinami mogę się podzielić?


Professor Marston and the Wonder Women (2017)


Jeśli ten film pojawił się w polskich kinach, to zrobił to chyłkiem i bardzo szybko się schował. A szkoda, bo pokazuje arcyciekawą historię powstania i dość kontrowersyjnych motywów stojących za pierwszymi komiksami o Wonder Woman. I wbrew wyobrażeniom niektórych, to również nie jest przede wszystkim fragment biografii twórcy tej postaci, doktora Williama Moultona Marstona, a romantyczne wyobrażenie reżyserki, Angeli Robinson, o autentycznej relacji między żoną Marstona, samym profesorem a ich studentką, Olive Byrne. Wnuczka Marstona wypowiadała się bardzo negatywnie na temat filmu zaraz po premierze, wytykając mu kreowanie fikcyjnego i kłamliwego obrazu, jednak trudno kłócić się o to, żeby film fabularny udawał reportaż. A historia tego trójkąta, burzy emocji między dwoma kobietami i mężczyzną, wynalezienie sposobu działania wykrywacza kłamstw, wreszcie odrzucenie przez społeczeństwo, niekonwencjonalne życie i przede wszystkim pokrętne rozumowanie stojące za ikoniczną Wonder Woman – aż się proszą o fantazjowanie z użyciem fetyszy. Produkcję ogląda się z zaangażowaniem, choć bez fajerwerków, raczej dla samej historii i aktorów.


Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015)

Tak, zrobiłam to. W przypływie straceńczego wigoru postanowiłam wykorzystać wolny wieczór na oglądanie pierwszego filmu o Greyu. Przy okazji przypomnę, co sądzę o tej książce – wszystko można znaleźć w moim starym już, zbulwersowanym wpisie „Pięćdziesiąt twarzy żenady”. Do tej pory uważam, że E.L. James spisała chorą, toksyczną fantazję, która nie powinna wyjść poza bardzo mały skrawek internetu, a tymczasem dokłada swoją cegiełkę w kulturę gwałtu, w stereotypizację męskości i kobiecości, w gloryfikowanie zaburzonych, opartych na agresji, zastraszeniu, izolacji, i presji psychicznej przemocowych relacji. Do tej pory jest mi przykro z powodu zaburzonej inicjacji seksualnej Any i manipulacji psychicznej, jaką serwuje jej doświadczony facet; źle mi się robi na myśl o krzywdzącym, kontrolującym, papierowym Greyu wchodzącego w rolę wymarzonego amanta; serce krwawi przypominając sobie, jak słabo ta książka jest napisana i przetłumaczona („O święty Barnabo!”, niespójne teksty o wewnętrznej bogini, porównanie orgazmu do programu wirowania w pralce). Stwierdziłam, że z pozycji dystansu po kilku latach od przeczytania i bulwersu, mogę sprawdzić, co zrobił z tym materiałem film. Chyba jestem jakąś sadystką, żeby sobie takie coś zrobić.

To prawda, ekranizacja jest mdła, byle jaka, w miarę wierna; ma ładne zdjęcia i naprawdę świetną muzykę. Co mnie cieszy, wycięła co gorsze elementy książki (warstwę słowną), a nawet niektóre bardziej krzywdzące sceny (mam wrażenie, że w którymś momencie Grey włamał się do Anastazji, zbił ją po tyłku, a potem wybiegł, zostawiając zapłakaną – tu zostało to zamienione w scenę miłosnego, sado-maso uwodzenia; poprawcie mnie, jeśli źle pamiętam). Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie, o którym zapomniałam: *SPOJLER* Ana idzie po rozum do głowy i ostatecznie odrzuca Christiana. Ach, gdybyż ta seria nie była serią i to była finalna pointa całości.


BoJack Horseman (2014– )


Jeśli chodzi o seriale, oprócz nadrabiania kolejnych sezonów RuPaula i Dragon Balla, a także napoczęcia drugiego sezonu Jessiki Jones, zabrałam się też za kreskówkę na poziomie, choć trochę doroślejszą, Ricka i Morty’ego. BoJack jest konioczłowiekiem w świecie zamieszkałym przez ludzi i zwierzeco-ludzkie hybrydy. W latach dziewięćdziesiątych zdobył sławę jako gwiazda w sitcomie w rodzaju Rodziny Zastępczej, teraz na wpół zapomniany i przez wielu szczerze znienawidzony, próbuje spisać swoje wspomnienia, by wrócić na nagłówki gazet. Trudny w obyciu, chamski, egoistyczny i bez wyczucia, pogrąża się w nałogach, śpi z kim popadnie i utrudnia życie swojemu współlokatorowi z przypadku, agentce i dziewczynie jednocześnie, aż na jego horyzoncie pojawia się inteligentna, wrażliwa ghostwrighterka z głosem podkładanym przez Alison Brie. To rzecz brutalnie zabawna i zabawnie brutalna, pełna obrzydliwości, smutku, pustki i nic nieznaczących słów, przerzucanych przez gnających za sensacją i pieniędzmi mieszkańców Hollywoodu. Z początku ogląda się z bólem zębów, ale z czasem polepsza się zarówno jakość serialu, jak i dostrojenie do specyfiki tej czarnej komedii.

A co Wy ostatnio oglądaliście?

środa, 27 czerwca 2018

Ta zakompleksiona i ta nieznośna. "Genialna przyjaciółka" Eleny Ferrante


Jedna Włoszka drugiej Włoszce prędzej oczy wydrapie niż będzie żyć w zgodzie, zaufaniu i przyjaźni. A przynajmniej tak się wydaje czytając Genialną przyjaciółkę. Jak kilkuletnia Lila Cerullo nie wyrzuci lalki Leny Greco przez małe okienko do ciemnej, nieużywanej piwnicy pełnej gratów, to podstarzała już Lena zrobi na złość Lili i choć ta zniknęła, pracowicie zacierając po sobie każdy ślad, Lena zapisze każdy detal życia przyjaciółki w swoich wspomnieniach. Na przekór, żeby sobie tamta nie myślała, że może robić, co chce.

Lila zawsze była bystrym, psotnym, pokrętnym dzieckiem. Mała i ciemna, wyszczekana i czasem przewrotna, w szkole zawsze była najlepsza. Pierwsza czytała, łacinę łapała w mig, czytała w szalonym tempie, a gdy usłyszała, że Lena w liceum uczyła się greki, czym prędzej zaczęła się uczyć samodzielnie, bo przecież to nic trudnego, każdy by złapał szybciej niż Lena. Lena z kolei zawsze była przykładna, powolna, cielesna, ale czujnie obserwowała. Szybko dostrzegła, że na całym podwórku nikt nie może się mierzyć z Lilą i dlatego się do niej przyczepiła. Chciała, by przyjaźń z Lilą ją nobilitowała, wyniosła ponad biedę, prymitywne obyczaje i nieobycie mieszkańców ich obskurnej neapolitańskiej dzielnicy. I choć cięta rywalizacja, przyjaźń oparta na egoizmie, półsłówkach, gierkach i zazdrości, trwała w najlepsze, Lila rzuciła szkołę po podstawówce i skupiła się na dobrach materialnych. Zamarzyła jej się fabryka butów zamiast mizernego zakładu szewskiego, najbogatszy chłopak w okolicy, góry pieniędzy i dobry samochód. Lena nigdy jej nie zrozumiała, choć zawsze wracała po więcej jej inteligencji, jej umiejętności żonglowania słowem, jej przenikliwych obserwacji. I na zawsze w swoim wyobrażeniu pozostała w jej cieniu.

Dla mnie to nie była historia pięknej, dziecięcej, a potem młodzieńczej przyjaźni kobiecej, a opowieść o toksycznym związku dwóch na swój sposób naiwnych i znękanych dusznym środowiskiem dziewczyn. Zamiast współpracować, wspierać się i uczyć od siebie, zamykają się i duszą w swoich własnych głowach próbując za wszelką cenę prześcignąć na każdym froncie: od edukacji, przez język i literaturę, przez dojrzewanie, podboje miłosne i wtajemniczenie seksualne, aż po pozycję społeczną. Ich chora ambicja napędzana jest właśnie niezdrową zazdrością, a patriarchalne, agresywne, ignoranckie społeczeństwo dzielnicy jeszcze bardziej podsyca ich brak szczerej komunikacji, nieufność i skrywaną zawiść. Rzecz jasna między tymi negatywnymi uczuciami tli się przyjaźń, porozumienie dusz i radość z wzajemnego towarzystwa, ale ten pozytywny płomień pojawia się zrywami i szybko przygasa. Relacja tak fascynująca, jak drażniąca i trudna do wyobrażenia.

Dobrze się to czyta ze względu na niepowtarzalny lokalny koloryt Neapolu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dzielnica bohaterek to miejsce zamieszkana biedoty, frustracji i agresji. Z jednej strony ludzie wciąż mają do siebie żale i oskarżenia polityczne pozostałe po latach czterdziestych, z drugiej na ślepo próbują zapomnieć i zbudować coś nowego, wyrwać się z ubóstwa. Ogrom nędzy, którą opisuje Elena, można poznać czytając ten artykuł – Neapol cierpiał biedę jeszcze przed wojną, został dotkliwie niszczony podczas drugiej wojny światowej, a sytuacja po była prawdopodobnie gorsza niż gdziekolwiek indziej we Włoszech. Jak widać to po koleżankach i kolegach z klasy Eleny, mało który rodzic decydował się łożyć na edukację dziecka ponad szkołę podstawową. Zaraz potem szło się do pracy, by pomóc wykarmić resztę rodziny. Te warunki zrodziły szczególną, szorstką mentalność.

Niestety zdjęcia komórki nie wyszły najlepiej, więc posiłkuję się fotografią uliczną Neapolu z lat 50.
Źródło: Pinterest

Do tego jeśli chodzi kult familii, honoru i vendetty. Mężczyźnie we Włoszech uchodziło więcej niż kobiecie, co obserwuje Elena dojrzewając. Już jako dziewczynka widzi pozorną niewinność zamężnego faceta, który uwodzi i doprowadza do szaleństwa sąsiadkę, a później powraca w roli erudyty i autorytetu, by po ciuchu skrzywdzić i ją samą. Dorastając, bez zdziwienia przyjmuje obyczaje panujące w dzielnicy: niebezpieczną rywalizację chłopaków sięgających nawet po broń palną, zachowanie braci wobec nieproszonych konkurentów sióstr, wszędobylską przemoc w rodzinie, wyrzucanie dzieci przez okno, swoją własną trudną relację z matką.

Ze wszystkich motywów w Genialnej przyjaciółce najbardziej podobało mi się trwale przewijająca się waga języka w świecie Lili i Eleny. Granica między gwarą a językiem literackim była jak skok przez przepaść, dla niektórych nieosiągalna. Zdolność wyrażenia się w czystej włoszczyźnie pozwalała się wybić ponad swoje prostackie otoczenie, chwilowe przeskoczenie w rozmowie na wyższy poziom mogło pokazać komuś wyższość i upokorzyć, a skazanie na gwarę pokazane zostało jak pozostanie na drugim skraju urwiska. Lena przywiązuje do języka niesamowitą wagę, a jej największe marzenie jawi się jako kariera pisarska albo dziennikarska. Niestety Lila ciągnie ją w dół poczuciem niższości; choć nie poszła do gimnazjum i liceum, nie poświęciła tylu lat na mozolną naukę, posługiwanie się językiem literackim i pisanie pięknych listów przychodzi jej szybko i lekko, nie tak, jak Lenie. Mimo to w momencie rozpoczęcia powieści to właśnie Lena postanawia zrobić Lili na złość i opisać ją na papierze.

Na koniec trudno nie wspomnieć paru słów na temat samej Ferrante, podsycającej wyobraźnię czytelników i badaczy niczym Pynchon. Nieuchwytna, nieznana, zasłania się pseudonimem i milczącym na jej temat wydawnictwem. Są różne teorie na temat jej tożsamości, jedni typują mężczyznę jako prawdziwego autora (jednak zbyt dobrze są tu opisane elementy kobiecego dojrzewania i chociażby pierwszej miesiączki, ja jestem za kobietą), inni widzą w tetralogii neapolitańskiej, której Genialna przyjaciółka jest pierwszą częścią, dzieło kilku pisarzy. Całkiem niedawno śledztwo pewnego włoskiego dziennikarza wskazało na tłumaczkę z języka niemieckiego, Anitę Raję, związaną wydawnictwem Ferrente, a także żonę Dominico Starnone, pisarza, którego styl niektórych nakierowywał na podejrzewanie go o ukrywanie się pod pseudonimem Ferrante. Kim naprawdę jest pisarka, nie wie nikt poza garścią współpracujących z nią redaktorów.

Po ukazaniu się cyklu neapolitańskiego, Ferrante została okrzyknięta jedną z najlepszych współczesnych pisarek. BBC wrzuciło ją do listy dwudziestu najlepszych książek naszego wieku, w 2015 roku TIME ogłosiło ją jedną ze 100 najbardziej wpływowych ludzi świata. Olbrzymia rzesza fanów i sympatyków zachwala jej pióro, a szum i tajemnica jeszcze bardziej napędzają zainteresowanie. Choć ten pierwszym tom przeczytałam z zainteresowaniem, śledząc urywaną czasem, mozaikową, nieśpieszną narrację o kobiecym dojrzewaniu w brutalnym miejscu, nie czuję się porwana niesamowitym talentem literackim. Czegoś brakuje do wybitności. Choć historia skomplikowanej przyjaźni zdecydowanie wpisuje się w uniwersalność na tle nietypowej lokalności, to jednak nie zachwyca wielkością, nie rzuca na kolana językiem, nie zmusza do większych przemyśleń poza relacje bohaterek, a szkoda. Gdyby to, co można poczytać o historii Neapolu, zawierało się w książce, może lepiej rozumiałabym tę społeczność, może historyczność przedstawiona szybciej wpisała się w historię Europy i poruszyła wyobraźnię na kolejnych poziomach. A może nie powinnam oceniać tylko na podstawie pierwszego tomu?

Słuchałam audiobooka i muszę przyznać, że lektorka odwaliła kawał fantastycznej roboty. Jej lekko łamiący się głos z przyjemną modulacją, cudownym, czasem cichym wahaniem w głosie podczas dialogów, prowadził tę powieść tak, że czytanie uchem było czystą przyjemnością mimo mordu w oczach, który rodziła Lila. Bardzo polecam tę formę poznawania twórczości Ferrante.


Genialna przyjaciółka

Elena Ferrante

Tłumaczenie: Alina Pawłowska-Zampino
Lektor: Laura Breszka
Sonia Draga, 2014
Czas: 11 godz. 35 min 
Odczucia: ★★★★/★★★★★


środa, 20 czerwca 2018

MINIROZKMINY: "Pypcie na języku" Rusinka, "Pamiętnik księżniczki" Fisher, "451 stopni Fahrenheita" Bradbury'ego i "Upadek Hyperiona" Simmonsa



Wspominałam Wam przy okazji majowego podsumowania miesiąca, że mam spore zaległości jeśli chodzi o recenzowanie moich lektur. Ostatnio więcej czytam niż spisuję i stosik do zrecenzowania mam wrażenie, że rośnie zamiast maleć! To znak, że czas na kolejne Minirozkminy ;)

Przed Wami Michał Rusinek, Carrie Fisher, Ray Bradbury i Dan Simmons!


Michał Rusinek nie odpowiada na mejla rozpoczętego słowem „witam”, ale pisze urocze wierszyki dla dzieci. Jego imię kojarzy się przede wszystkim dzięki temu, że przez wiele lat pracował dla Wisławy Szymborskiej jako sekretarz. Polonista, Krakus i poeta, jawi się również jako ekspert od języka polskiego, co z jednej strony bardzo chlubne, ale z drugiej potrafi być niewymownie męczące. W szczególności z powodu niefrasobliwości rodaków mniej obeznanych z zawiłościami polskiej gramatyki i składni. Żeby jakoś przeboleć te wszędobylskie babole językowe, najlepiej dla psychiki przyjąć pozycję prześmiewcy i z przymrużeniem oka wytykać co zabawniejsze przykłady tak zwanych „pypci”, czyli tych niezamierzonych, ale jak się nad tym zastanowić, niezwykle rozrywkowych błędów. Pypcie na języku w małej szarej książeczce gromadzą sporą ilość krótkich felietonów, które ukazywały się w latach 2013-2016 na łamach krakowskiej „Gazety Wyborczej” i które w humorystyczny sposób wytykają kuriozalne potknięcia językowe. Ale te „pypcie” to dopiero punkty wyjścia do szerszego zastanowienia nad życiem, rzeczywistością i kulturą, zakończonych zazwyczaj błyskotliwą, zaskakującą czy absurdalną puentą. Kolejne teksty czyta się błyskawicznie, z czystą przyjemnością i uśmiechem, czasem przysłoniętym rumieńcem wstydu, kiedy coś nie jest jasne albo pypeć okazuje się naszym własnym. A z okładki z wyrzutem spoglądają rysunkowi autor z kotem...


Słuchanie wspomnień Carrie Fisher czytanych jej własnym, zniszczonym, trochę chropowatym, ale pełnym ciepła i humoru głosem to niesamowite przeżycie. Sięgnęłam po gwiezdowojenny Pamiętnik księżniczki ramach hołdu dla zmarłej aktorki, która jeszcze zdążyła po śmierci ostatni raz pojawić się na ekranie jako generał Leia Organa w Ostatnim Jedi ostatniej zimy. To jej najświeższa i ostatnia książka, opublikowana w 2016. Będąc w wieku, w którym większości z osób mogących być poszkodowanymi przez ujawnienie skandali z jej lat młodości już raczej nic nie zaszkodzi, postanowiła wreszcie otwarcie opowiedzieć o swoim romansie z Harrisonem Fordem. Coś, co każdy podejrzewał podskórnie oglądając oryginalną trylogię, czując niezaprzeczalną chemię między postaciami, okazało się prawdą. Gorzką, smutną prawdą: Carrie znalazła swoje młodzieńcze pamiętniki z tamtego okresu i publikuje je właśnie w tej książce, przekładając z jednej strony narracją o początkach swojej kariery i początku bardziej intymnej relacji z Harrisonem, a z drugiej dokończeniem opowieści o chybionym romansie, który ostatecznie mocno ją poranił. Miała dziewiętnaście lat i choć miała wcześniej doświadczenia z chłopcami, weekendowy, raczej czysto cielesny i dość cyniczny związek ze znacznie starszym od siebie i żonatym w dodatku mężczyznom rozbudził w niej nieodwzajemnione prawdziwe uczucie, kazał roić w głowie najsłodsze marzenia i nadzieje. Jednak ona nie ma do niego żalu. Na koniec byli w dobrych stosunkach. A przytaczane wiersze i zapiski pokazują, że jednocześnie zdawała sobie sprawę, że wpakowała się w sprawę beznadziejną. Słuchając jej pisanych ze smakiem, oszczędnością i dystansem wspomnień, mimo wszystko trudno mi było nie oburzać się na Harrisona za niefrasobliwość, projektowanie swoich oczekiwań na niedoświadczoną dziewczynę, mówiąc krótko – wykorzystanie Carrie do skoku w bok. To bardzo emocjonalna, słodko-gorzka i urocza lektura. Choć publikowanie nastoletnich pamiętników pełnych typowego rozżalonego angstu według mnie nie było dobrym pomysłem, tak reszta historii była warta książki. Polecam wszystkim fanom Gwiezdnych Wojen i Carrie.


Przez wiele lat 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego była na mojej liście wstydu. Klasyka antyutopii, która na celownik bierze sobie książki? Główny bohater zamiast gasić pożary, jest wzywany do palenia powieści, które uważane są za szkodliwe dla dobra publicznego, bo zmuszają do krytycznego myślenia, nie dają jasnych odpowiedzi, doprowadzają do niezadowolenia i rozbicia wyssanego z głębszej myśli, ale pozornie szczęśliwego społeczeństwa. Przecież to coś, co powinnam była przeczytać lata temu, najlepiej w okresie mojego zafascynowania tematem w liceum, gdy połknęłam chociażby Nowy wspaniały świat Huxleya w jeden wieczór i oglądałam Equilibrium oparte właśnie na Farenheicie z oczami okrągłymi jak spodki. Tego typu historie, mroczne i bezlitosne, jak Folwark zwierzęcy i Rok 1984 Orwella, Opowieść podręcznej Atwood czy film Dogville, wywołują we mnie specyficzne uczucie transu: historia wciąga mnie bez reszty, paraliżuje, otumania, niemalże dusi. Niestety Fahrenheit pod tym względem kompletnie zawiódł moje oczekiwania. Był suchy, sterylny jak wywód akademicki, który nadaje się głównie do rozpisywania na lekcji. Schematyczne, przewidywalne postacie, motywy i metafory poukładane łopatologicznie. Osobiste, trącące myszką lęki autora wyciągnięte do narracji: potępienie telewizji, szybkiej rozrywki, bezkrytycznego poddania masowemu przesłaniu, dążenie do bezproblemowego życia. Oczywiście, jest w tej powieści czytelna, uniwersalna nauka, jednak tak mnie nie przekonała ta historia, a raczej przypowieść, że czuję się zawiedziona.


Druga część brawurowej sagi s-f Dana Simmonsa, Upadek Hyperiona, bardzo się różni od pierwszego tomu przede wszystkim ze względu na formę. Jak Hyperion zachwycił mnie bezpośrednim odniesieniem formalnym do Chaucera ze swoimi przemyślanymi, zróżnicowanymi historiami kolejnych pielgrzymów peregrynujących na planetę zamieszkaną przez niepojętego demona, króla bólu, tak Upadek Hyperiona odchodzi od podobnych eksperymentów i prowadzi regularną, wielotorową narrację. Większość wydarzeń obserwujemy oczami śniącego aktualne wydarzenia wieszcza, przypatrujemy się z bliska poczynaniom charyzmatycznej CEO Meiny Gladstone, planom wojenne w komnatach generałów, intrygom i zabiegom polityków, ważniejszych osobistości i rozczłonkowanych frakcji sztucznych inteligencji, a także przedziwnym doświadczeniom pielgrzymów na Hyperionie. W pewnym momencie dochodzi nawet do odtworzenia ostatnich dni angielskiego poety romantycznego John Keatsa, w ścisłym związku z kosmicznymi wydarzeniami na skalę niemalże mistyczną – i to jest moment, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy Simmons nie przesadził. Czy to nie za dużo, choć wciąż ma swój przewrotny sens. Ale potem dostajemy też fantastyczną końcówkę wzruszającą fundamenty zbudowanego tak misternie świata, totalną zmianę punktu widzenia wszystkich pionków na planszy, godziwe zakończenie wątków pielgrzymskich i powalającą na kolana akcję poprowadzoną przez niezapomnianą Gladstone. Hyperion mnie absolutnie zachwycił, Upadek Hyperiona stoi oczko niżej, ale wciąż bardzo wysoko.

niedziela, 17 czerwca 2018

Tajniki królowej burleski i Twój własny znak piękna. "Bądź piękna" Dity Von Teese


Jak się tak nad tym zastanowić, to w życiu nie czytałam ani jednego poradnika urodowego. Aż do teraz. Na Dzień Kobiet moja koleżanka z pracy (uściski!) przyniosła mi ciężkie, solidne tomiszcze od deski do deski wypełnione poradami dotyczącymi upiększania, maskowania, dbania, pielęgnowania i tysiąca innych czynności, jakimi powinna zajmować się każda szanująca się osoba zainteresowana urodą. Nie tylko kobieta, zauważcie, bo choć zwroty są raczej do czytelniczek i odnoszą się do kobiet, podawane są też przykłady mężczyzn z branży piękna. 

I czemuż ochoczo przyjęłam tę księgę, uginając się przytargałam do domu i wytrwale wysilałam ramiona utrzymując wielkoformatowy, obfity album otwarty na kolanach, by wszystko dokładnie przeczytać? Odpowiedź jest prosta, mam słabość do Dity Von Teese i stylu pin-up.

Dla tych, którym imię Dita Von Teese niewiele mówi, już pędzę wytłumaczyć: to przydomek zwykłej dziewczyny, słodkiej blondynki Heather Renée Sweet, która gdy jako nastolatka po raz pierwszy pomalowała usta na głęboką czerwień, totalnie przepadła. Przefarbowała włosy na granatową czerń, sztukę makijażu podpatrzyła od największych gwiazd złotej ery Hollywood, wskoczyła w gorsety i sukienki vintage. Pomimo niskiego wzrostu i kobiecych kształtów udało jej się zaistnieć jako modelka, a także aktorka i chyba największa gwiazda burleski naszych czasów.

Na zdjęciu po lewej Dita przebrała się za zwykłą dziewczynę na Halloween. Nikt nie poznał wampa z charakterystycznym wytatuowanym pieprzykiem pod lewym okiem.

Dla Dity piękno jest nie tylko karierą i stylem życia, ale także sztuką, a pracę nad swoim projektem zaczęła od ustanowienia swojego „znaku piękna”. To samo poleca zrobić każdej swojej czytelniczce i szczerze mówiąc taka filozofia mnie zdecydowanie przekonuje. Chodzi tu mianowicie o to, żeby nie podążać za trendami, nie wpatrywać się w sprzedawany nam jeden idealny sposób na piękno, a wsłuchać się w siebie, eksperymentować, poszukiwać i znaleźć własny styl. Nie ważne, czy obwiesisz się biżuterią, czy wolisz minimalizm, czy przebierając się umykasz konwencjom płci, czy idziesz w stereotyp, czy wolisz współczesne ciuchy czy sukienki babci. Możesz wyglądać niestandardowo, mieć niekonwencjonalną sylwetkę, dziwne znamię, niepełnosprawność albo skazę. Bardziej chodzi o zabawę, dobre samopoczucie, przedstawienie, splendor i show, a Twój nietypowy, niepowtarzalny wygląd i smak możesz przekuć w swój znak rozpoznawczy, czyniąc je podziwianym i pięknym.

Podręcznik Dity w oryginale ma tytuł „Your Beauty Mark” i szkoda mi, że polski tytuł zatracił przypieczętowanie tego dobitnego przekazu odnośnie osobistego znaku piękna, w domyśle pasji i stylu, na rzecz rozmytego hasełka jak z magazynu dla pań: „Bądź piękna”. To brzmi jak nakaz i przymus każdej kobiety, co prowadzi do szkodliwej presji, a chodziło o otworzenie się na każdy rodzaj piękna, nie ważne, ile ma się lat, jakiej jest się płci i na jakie cierpi choroby.

Wiadomo, że Dita jest posągową pięknością o kształcie klepsydry,
ale jako dziewczyna o wzroście 166 cm nie miała szans na karierę zwykłej modelki. 

Pomimo przemyślanego i pozytywnego przekazu, który kreuje Dita w swojej książce, niestety w swojej narracji o rytuałach urodowych i całej reszcie zakulisowych starań o piękno często popada w pewną manierę pisania do czytelnika jak ze starych poradników dla dziewcząt (tu wspomnę, pisała to z nią przyjaciółka Rose Apodaca). Jej zamiłowanie do czarno-białych filmów i diw z pierwszej połowy XX wieku wychodzi w staromodnych tekstach, które rzuca na stronach, w stylu „piękno jest powinnością” (s. 218) albo – nie mogę znaleźć tego cytatu – że dziewczyna powinna umieć malować usta, rysować na powiece kocie oko i piec ciasteczka. Rzecz jasna wszystko to dość żartobliwie, ale pod naporem rad i porad co powinno się robić, a czego już nie, że codzienne należy pić koktajl z zielonych warzyw i owoców oraz nawet we własnym domu przechodząc z pokoju do pokoju trzeba wciągać brzuch, codziennie ćwiczyć co najmniej kwadrans pilatesu i kupować hurtowo kosmetyki, przy stole można poprawić makijaż, ale najlepiej zadbaną dłonią z nienagannym manicurem dzierżącą zabytkową puderniczkę... można się jednak załamać. Jeśli Twoją pracą jest piękny wygląd, to faktycznie chyba można poświęcać aż tyle czasu, ale będąc osobą pracującą i spełniającą się na wielu innych frontach, trudno podążać za wszystkimi zaleceniami Dity.

Przechodząc do treści książki, nie spodziewajcie się biograficznych wynurzeń. O samej Dicie dowiadujemy się niewiele prócz wspomnienia o dwóch siostrach, mamie zajmującej się paznokciami, historii tatuażu na policzku (oryginalnie miał być gwiazdką, ale tatuażysta się nie zgodził) i pierwszym zachwycie karminową szminką. Były małżonek Marilyn Manson pojawia się tylko raz i to tylko na zdjęciu Dity z mocno pokręconą fryzurą przy okazji omawiania wałków do włosów. Od czasu do czasu wspominany jest enigmatyczny i nieokreślony „kochanek”, dla którego planowane są oddzielne zabiegi pielęgnacyjne i urodowe, uwzględniające miłosne harce. O początkach kariery i nawet późniejszych etapach też prawie nic się nie dowiadujemy. To bardziej urodowa biblia, pogadanka o własnych sposobach na piękno zaprawiona garścią branżowych anegdotek i sporą dawką autoreklamy wszystkich produktów kosmetycznych, które sygnowane są nazwiskiem gwiazdy.

Cieszę się, że w polskim wydaniu zachowano pomysłowe i ślicznie namalowane tytuły rozdziałów po angielsku, ale często kontrastują z polskimi tłumaczeniami na niekorzyść tych drugich, tak jak tutaj: „Cheek to Chic” kontra „Policzek nie lada!”

Co dokładnie znajdziemy zatem w tym ciężkim tomiszczu? Oprócz olbrzymiej ilości pięknych, dużych zdjęć z przeróżnych sesji zdjęciowych i uroczych grafik, przechodzimy przez rytuał piękna Dity od higieny osobistej, depilacji, dbania o skórę i sylwetkę oraz piękny zapach, przez dokładne omówienie podstaw makijażu z historycznym wprowadzeniem i omówieniem poszczególnych sposobów czy etapów malowania twarzy, pielęgnowania, farbowania i układania włosów, aż po część o operacjach plastycznych i makijażu scenicznym. Czasem znajdzie się też przepis na coś nietypowego, jak koktajl czy puder prasowany do puderniczki vintage, ale przede wszystkim pojawiają się całe segmenty ze zdjęciami pokazujące pewne czynności krok po kroku.

Jak poniżej, pojawiają się niezbyt piękne i niekoniecznie dobrze opisane czy przedstawione ćwiczenia, etapy makijażu czy układania włosów. Zamiar był bardzo chlubny, ale według mnie to najmniej informacyjna część książki pomimo takiego celu. Już więcej się czasem dowiedziałam z ręcznie malowanych grafik niż ze zdjęć Dity przy toaletce, bez zbliżeń, z opisami, co robi po kolei. Jak jeszcze ćwiczenia można szybko załapać (ale denerwuje to wspomnienie o ćwiczeniu po kwadransie dziennie, a potem zaserwowaniu zestawu ćwiczeń na co najmniej czterdzieści minut), tak instrukcje malowania twarzy są według mnie trochę chybione przez uparte zdjęcia z daleka, niemal w tej samej pozie, by uchwycić na każdym zdjęciu zabytkowe lusterko czy grzebień, przez co niezbyt dobrze widać, co się dzieje na powiece.

Każdy z nas ma w domu srebrną kurtynę, przy której ćwiczy ze szminką na wargach i w rajstopach, prawda?
Chyba najlepiej z tego wyszły krótkie instrukcje tworzenia niepowtarzalnych fryzur vintage, jak poniżej. Tu przynajmniej widać, co się dzieje, choć wciąż pojawia się srebrna kurtyna za plecami. Ależ glamour!


Generalnie tę książkę lepiej traktować jako album na swój stolik do kawy, którym można sobie przejrzeć i ponapawać się fantastycznymi zdjęciami pięknej, często roznegliżowanej Dity, niż kierować się jej wszystkimi wytycznymi. Polecane amerykańskie kosmetyki w dużej mierze są drogie i słabo dostępne, rytuały urodowe czasem absurdalnie oczywiste (że na przykład nie trzeba się bać dotykać po biuście, żeby go umyć!), a czasem niepotrzebnie rozwlekłe. Niektóre rady mogą faktycznie pomóc, ale bardziej z tego wszystkiego gawęda Dity czaruje i inspiruje, dodając splendoru we własnym życiu.

Czy ja coś z tej kobylastej księgi wyciągnęłam dla siebie? Szczerze mówiąc, nie do końca. Ucieszyłam się na widok strony poświęconej drag queen Rajy, mojego ulubieńca z RuPaul's Drag Race, przyjrzałam uważniej sposobom na fryzury vintage, uświadomiłam sobie, że moja skóra na twarzy zmieniła swój rodzaj, próbowałam poćwiczyć jak Dita, częściej malowałam kocie oko i dodałam czasem szminkę do codziennego makijażu, zaczęłam wspominać mój krótki epizod chodzenia na zajęcia z burleski. Wciąż nie jestem pewna, jakim cudem udaje jej się tak błyskawicznie malować, jak twierdzi. Przede wszystkim jednak zaczęłam się mocno zastanawiać, czy nie wybrać się do Pragi na jej spektakl The Art of the Teese i chyba głównie o to w tej książce chodziło.

Tak wygląda okładka bez obwoluty. Niepokojąca, hipnotyczna, nietuzinkowa. Czemu ją zakrywać?

Bądź piękna. Sztuka ekscentrycznego glamour

Dita Von Teese, Rose Apodaca

Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Znak literanova, 2016
400 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★


sobota, 9 czerwca 2018

Domorosła socjologia rednecka. "Elegia dla bidoków" J.D. Vance'a


Ogorzała, czerwona od słońca twarz. Krzywe, zepsute albo nawet powybijane zęby. Zniszczona skóra. Puszka piwa w ręce. Koszula w kratę i wysłużone dżinsy. Zaniedbane, przydługie włosy. Niszczejący dom, zaniedbany ogródek, samochód trzymający się na słowo honoru. Zamiłowanie do broni. Silny akcent. Nadwaga, uzależnienia, bezrobocie, bieda.

Taki obrazek zazwyczaj przychodzi na myśl na słowo redneck (dosłownie „czerwony kark”, ale właściwie bardziej to „burak”), hillbilly („Jacuś z gór” – w moim bardzo wolnym tłumaczeniu – tudzież „bidok”) czy white trash („biały śmieć”). To ludzie pochodzenia irlandzkiego lub szkockiego zamieszkujący region Appalachów w Stanach Zjednoczonych wywodzący się z klasy robotniczej, radzący sobie gorzej niż najbiedniejsze mniejszości gett murzyńskich czy latynoskich. Ten wydawałoby się krzywdzący stereotyp w dużej mierze odzwierciedla rzeczywistość jeśli chodzi o warunki życia, podejście do świata i skrajną biedę. J.D. Vance, którego autobiografia szumnie nazywana najważniejszą książką o Ameryce ostatnich lat, wyjaśniająca fenomen Trumpa, próbuje wytłumaczyć to środowisko od środka.

Czy to taka genialna, błyskotliwa pozycja, to sprawa podejrzana, bo jednak szum medialny wobec Vance’a zdaje się zdecydowanie na wyrost. Autor jest wziętym, dobrze ustawionym prawnikiem, który wywodzi się z typowej redneckiej rodziny. Jego awans społeczny sam w sobie blisko odzwierciedla romans z pojęciem amerykańskiego snu, self-made man’a, czyli od zera do milionera. Jednak to zjawisko, które wśród jego kolegów i koleżanek z dzieciństwa zachodzi niepokojąco rzadko. Vance wchodzi w rolę domorosłego antropologa, badającego społeczne, psychologiczne, ekonomiczne i historyczne wpływy, które ukształtowały taką a nie inną mentalność skierowaną na samozniszczenie. Próbuje przykładać do przestudiowanych pozycji naukowych własne doświadczenia i uogólniać je do prostych tez wskazujących na powody i rozwiązania problemu białej biedoty z okolic gór. Niestety nie jest ani pisarzem, ani naukowcem, więc próba napisania przełomowej powieści o Ameryce jednocześnie rozpracowująca dane zagadnienie naukowo i bezstronnie nie do końca się udaje.

Co mu natomiast naprawdę dobrze wychodzi to przekazanie czytelnikowi ogólnego obrazu typowego przedstawiciela kasty, któremu się udało wyrwać i osiągnąć sukces. To właśnie opowieści o dzieciństwie, babci („Mamaw”) i dziadku („Papaw”), matce, ojcach, wojsku, studiach – są siłą tej książki.


W północno-wschodniej części Stanów Zjednoczonych niegdyś rozkwitał przemysł ciężki. Powstawały fabryki, a wielkie hale produkcyjne zatrudniające za godziwe pieniądze przyciągały mieszkańców Appallachów do przenosin z domków na wsi do domów w szybko rozwijających się przyfabrycznych miasteczkach. Przeszczepieni bidocy z gór na dorobku w tzw. Pasie Stali byli rozdarci między rodzinnymi okolicami z tradycjami agresywnego honoru, machismo, broni pod poduszką, arcyważnej familii i patriarchatu a fabrycznym miasteczkiem cierpieli w odizolowaniu od rodziny. Trudno im było zakorzenić się w nowym środowisku, gdzie mało kto rozumiał bidocką duszę. Pojawiały się przenoszone z domu rodzinnego problemy z alkoholem, kłótnie, agresja, przemoc, jednak potęgujące się w niezdrowy sposób, bo spychane pod dywan i ukrywane przed sąsiadami. Dzieci pokolenia przeszczepieńców miały dziedziczyły domowe piekło po dziadkach i rodzicach, przenosząc je na swoje życie, a w dorosłości mierzyły się z przenoszeniem zatrudniających ich rodziców koncernów, bezrobociem i przekształcaniem się okolicy w Pas Rdzy.

Ojciec J.D.’ego wyrzekł się praw rodzicielskich jak jego synek był jeszcze bardzo mały. Matka uzależniła się od narkotyków, zaliczała jednego przybranego tatę dla swojego syna po drugim. Z żadnym chłopcu nie udało się nawiązać należytej relacji. Biologiczny ojciec próbował naprawić sytuację, zapraszając już nastoletniego chłopaka do swojej religijnej, ułożonej rodziny. J.D. uciekał od wszystkich: kolejnych ojców, prawdziwego ojca, urządzającej nieziemskie awantury matki. Najlepiej czuł się w domu babci i dziadka. Mamaw i Papaw kiedyś walczyli ze sobą równie namiętnie, co każda z bidockich rodzin. Dopiero na starość wypracowali między sobą godziwy układ i to właśnie tam chłopak znajdował ukojenie, harmonię i stabilizację. To tam ciągle słyszał, że nauka jest ważna, że może wszystko i zajdzie daleko, jeśli się mocno przyłoży. Gdyby nie oni i surowa wojskowa musztra, J.D. można by było od razu spisać na straty. Nigdy nie ukończyłby prestiżowego uniwersytetu, nie poznał zamożnej i obytej dziewczyny, nie został prawnikiem.

Co ja ciekawego wyniosłam z tej książki to rozmyślania nad mentalnością bidoków, która w dużej mierze tłumaczy ich niską pozycję społeczną i niską migrację w górę drabiny społecznej, zwłaszcza w porównaniu z wieloma innymi mniejszościami. Dlaczego to właśnie biała biedota radzi sobie najgorzej? Z powodu podejścia do życia, zakładającego brak kontroli, brak sprawstwa nad własnym losem. Myślenie ukierunkowane na szukanie winnych i jednoczesną krótkowzroczność jeśli chodzi o własne wady. To tobie się stało, że jesteś biedny, a nie to twoja wina, że nie pójdziesz do pracy. To wina twojego szefa, że każe ci ciężko pracować, aż beztrosko rzucasz pracę i popadasz w gorsze długi. Do tego nieobowiązkowość, zacietrzewienie, hipokrycka wiara w etos pracy i cierpiętnictwo. Na dokładkę z porywczością, honorem zmuszający do unoszenia się irracjonalną dumą nawet w błahej sprawie, łatwym sięganie po spust.


Momentami ta książka mocno porusza, szczególnie przy opisach dorastania autora, ale czasem była sucha, surowa przez słabe uzdolnienia literackie autora. Amatorszczyzna miesza się tu ze szczerością, chęć zabłyśnięcia z pragnieniem zrozumienia, poczucie wyższości z ubolewaniem i odczuciem winy. I to ciągłe usprawiedliwianie się i wytykanie wyższym warstwom społecznym kolesiostwo i automatyczny lepszy start dla wychowanych na poziomie dzieci, co pobrzmiewa właśnie mentalnością bidoka. Co więcej, jak zauważył Piotr (Zacofany w lekturze), te wyznania zaprawione elementami analizy nie wyczerpują tematu, a jedynie muskają go pobieżnie; zamiast rzetelności mamy tu nieobiektywne uogólnianie, doradzanie podług własnego doświadczenia, ferowanie genialnych rozwiązań poprzez naśladowanie wyborów życiowych Vance'a. Co w dużej mierze równoznaczne jest z nauczeniem rednecka siłą pewnych zdrowych odruchów i zachowań przez siłę zewnętrzną.

To nie jest tak, że Vance okrywa pewien wycinek Stanów, o którym nic nikt wcześniej nie wiedział. Prześmiewczy stereotyp naprawiającego wszystko na taśmę klejącą, schlanego rednecka funkcjonuje w świadomości Amerykanów od dawna. Mniej lub bardziej poważne przedstawienia środowiska pojawiały się w filmach i literaturze, również popularnonaukowej. Vance nie odkrywa Ameryki, jedynie próbuje bardziej dogłębnie naświetlić problem i przebić się do świadomości większego grona odbiorców. Dla pasjonatów kultury amerykańskiej i socjologów tego obszaru to będzie cenna pozycja do zgłębienia. Reszta może się miejscami nudzić albo zirytować, choć niekoniecznie: Malita co czyta oraz Owca z książką były trochę innego zdania. Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, dla której naprawdę warto przeczytać tę powieść, byłaby to bezkompromisowo postać Mamaw.

Książkę głównie słuchałam w oryginale, czytane przez samego autora. Momentami jego beznamiętne czytanie najbardziej paskudnych momentów bardzo przypominało o tym, że to jego wyuczony akcent i może dlatego brzmi tak rzeczowo, dokładnie i powolnie. To już maniera, maska. Czy to dlatego może się zdystansować i opowiadać o tak intymnych przeżyciach?


Hillbilly Elegy: A Memoir of a Family and Culture in Crisis

J.D. Vance

Harper, 2016
257 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★



środa, 6 czerwca 2018

Odcieleśnione naczynie i "Opowiadania bizarne" Olgi Tokarczuk


Do Olgi Tokarczuk po raz pierwszy zachęciła polonistka. Dziesięć lat temu, gdy pochłaniałam wszystko, co wpadło w moje ręce jak gąbka, spragniona, ciekawa, w pełni świadoma swoich braków. Próbowałam nadrobić jak najwięcej, jak najbardziej poszerzyć horyzonty. Pilnie spisywałam listy lektur, wysiadywałam w bibliotece, przeglądałam najczęściej czytane książki. Żeby nie przegapić objawienia, żeby nie wyjść na ignoranta. Tak trafiłam na Ludzi księgi, a potem na Prawiek. Prawiek i inne czasy to było właśnie objawienie, na które czekałam.

Tokarczuk nagle z nieznajomego nazwiska stała się bożyszczem; trafiła do „Wysokich Obcasów”. uduchowione, ascetyczne zdjęcia widmowej twarzy na czarnym tle, białe kości wydrukowane na ciemnych, obcisłych ubraniach. Była wspaniała: czysta, uduchowiona, cielesność niewidoczna prócz genialnego umysłu. Wyobrażałam ją sobie jako ideał twórcy, przejrzyste, idealne naczynie, przez które sączy się sztuka.

Potem pojawili się Bieguni i dostałam obsesji. Chciałam ich mieć na półce, własnych. Jasna, kształtna księga pokryta meandrami dróg i rzek. Kiedy na życzenie zjawił się w domu mój egzemplarz, zaczęłam natychmiast czytać. A potem z jakiegoś powodu przestałam. Porzuciłam. I zaczęłam znów. I znów zarzuciłam. Wracałam do Biegunów parę razy, nigdy ich nie skończyłam. Nie wiem, jaki urok na mnie rzuciła ta książka, ale zawsze rozmywa mi się w palcach, gdy próbuję ją czytać. Fabuła zanika między słowami, rozdrabnia, traci jasne znaczenie, aż nagle zupełnie nie wiem, gdzie jestem, co czytam. I zostawiam. Bieguni to jedna z moich największych czytelniczych porażek. Tym większa, że teraz Tokarczuk dostała za nich zagranicznego Bookera.

Wiecie przecież, że nie popuszczę. Zaplanowałam kolejne podejście do końca tego roku.


To nie koniec moich wyznań. Do tej pory nie miałam sposobności się przyznać, jak bardzo rozczarowała mnie Tokarczuk, gdy wreszcie spotkałam ją na żywo. Byłam już wtedy na studiach, wyszedł jej Prowadź swój pług przez kości umarłych. Nie przeczytałam jeszcze książki, gdy oszołomiona skalą wydarzeń i miastem akademickim, pobiegłam rozanielona do jakiejś podniebnej sali w kamienicy Wydawnictwa Literackiego. Wokół biły w oczy modernistyczne płaskorzeźby, witraże, niesamowita klatka schodowa jak ze starych filmów. I tam właśnie, w tym zachwycającym otoczeniu, zobaczyłam moje czyste, odcieleśnione naczynie, przez które przepływa sztuka. 

Miało dredy, chustę na głowie. Było kobietą, całkowicie cielesną, osadzoną w rzeczywistości, zajmującą przestrzeń. Wielobarwne, intensywne, we wzorzystej spódnicy, z grzechoczącą biżuterią. Szczerze mówiąc detale mi już umykają z pamięci, ale liczy się ta wizja niemalże Cyganki, rozbujanej, rozbuchanej, żywej. Mającej swoje własne poglądy polityczne, rozprawiającej o weganizmie, ekologii, przemocy wobec zwierząt. Poczułam się oszukana, zdradzona: gdzież ten duch, ten zamknięty przed jakąkolwiek ideologią, pozbawiony stronniczości, czysty umysł? I nie, nie chodzi o to, że opowiadam się za polowaniami czy smogiem, to wszystko to zupełnie inna sprawa, mogłam się zgadzać albo i nie. Ale chodziło tylko i wyłącznie o to, że moje wyobrażenia runęły. Przykre i osobliwe zachowanie z mojej strony. Ogłuszona, zaskoczona realnością i konkretnością mojej wyidealizowanej idolki, nigdy nie przeczytałam Prowadź swój pług...

Z tego letargu przebudziły mnie Księgi Jakubowe. Pamiętacie tę sążnistą, pełną zachwytów recenzję? (To był kawał dobrego tekstu. Zapraszam tutaj dla przypomnienia.) Księgi..., monumentalne, fantastyczne, tajemnicze i pobudzające. Nie zważajcie na rozmiar, czytajcie. Koniecznie czytajcie.


Tokarczuk wciąż pozuje w na wpół cielesny sposób na zdjęciach, jak na tylnej okładce. Zmieszana z lasem, tracąca granice miedzy człowieczością a roślinnością. Włosy przechodzące w zielone igły, bluzka mieszająca się z łąką, ważka na piersi. Czy to driada? Wizja? Krzew? Czy czysta sztuka, naczynie, duch? Czy wreszcie kobieta z krwi i kości? 

Jakąkolwiek odpowiedź wybierzecie, dla mnie Opowiadania bizarne, które pojawiły się świeżo na półkach księgarni, to powrót do zachwytu z okresu Prawieku. Pisane przejrzystym, oszczędnym, ale pięknym stylem zdania zbierają się w krótsze i dłuższe opowiadania różnej maści. Wyodrębniłabym kilka rodzajów: opowiadanie historyczne z elementami nadprzyrodzonymi (Zielone dzieci), opowiadanie współczesne z lekkim zabarwieniem science-fiction bardzo w stylu najlepszych odcinków Black Mirror (Transfugium, Wizyta, Góra Wszystkich Świętych), pełne przejście w antyutopijny ustrój postapokaliptyczny z kultem jednostki mieszającym w sobie grozę Frankensteina z absolutyzmem przedstawionym w Mad Maksie: Fury Road (Kalendarz ludzkich świąt), wreszcie dziwne przypadki miejskie, legendy opowiadane przy ognisku z elementem grozy (Pasażer, Przetwory, Prawdziwa historia, Serce). Te ostatnie są stosunkowo krótkie, przez co służą jako przerywniki między tymi bardziej mięsistymi, soczystymi z trzech pierwszych rodzajów. Obojętnie jednak jaka długość, jaka tematyka, tytuł zobowiązuje. To historie dziwaczne, niepokojące, niezwykłe, ale też bliskie naszej rzeczywistości.

Chyba najbardziej wybijają się odrębnością Zielone dzieci, bo to czystej rasy powrót do stylu Ksiąg Jakubowych. Rozwlekły tytuł jak z pożółkłych kronik, lekko stylizowany język, forma szlacheckiego pamiętnika. A w treści przede wszystkim przebija tak często (zdaje się) wspominany przez Tokarczuk kołtun polski, czyli pradawne dredy słowiańskie. Fryzura-choroba, tajemny twór, wokół którego obrastały legendy, mity i wierzenia. Ten wątek łączy się z elementem fantastycznym, czyli tytułowymi zielonymi dziećmi, które przywodzą na myśl wiedźmińskie dziwożony.


Pozostałe opowiadania są zdecydowanie współczesne, ale najbardziej zachwycają mnie te trącące fantastyką naukową: drażniący, intrygujący obrazek z życia w świecie, gdzie jaźń można podzielić między klony, co pięknie odzwierciedlone zostało językowo (być samowtór, samotrzeć); niepokojący pogrzeb rodzinny, podczas którego nie opłakuje się ciała, a doświadcza przemiany istoty człowieka, powrotu do natury, o jakim sobie nie śniliśmy; przedziwne eksperymenty na ludzkim DNA i testy rozwijającej się psychiki ludzkiej. Do tego bardzo mocnym, finalnym uderzeniem zostałam całkowicie rzucona na kolana w Kalendarzu ludzkich świąt, rozbudowanej metaforze religijnego przeżywania zmieniających się pór roku, przemieszanej z wykrzywioną, futurystyczną wersją zmartwychwstania, zamoczonej w sosie czystej, napędzanej siłą mediów i obrazu antyutopii sterowanej przez kastę wtajemniczonych.

Oczywiście mam drobne ale i dlatego nie dałam tym opowiadaniom najwyższej oceny w moim mniemaniu. A to dlatego, że te przerywnikowe, jak je określiłam, opowiadania, są trochę słabsze. Czasem nudniejsze, czasem trochę nijakie. Pasażer brzmiał jak krótkie opowiadanie o duchach, Kafkowska Prawdziwa historia wydawała mi się mocno wtórna, a Serce mnie znużyło. Trzeba jednak pochwalić to, że choć Tokarczuk wzięła się za modne tematy i czasem miałam dziwne uczucie, jakby napisała niektóre z tych tekstów zaraz po obejrzeniu paru odcinków Black Mirror, to jednak zrobiła to wybornie. Na swój sposób, wyważony, delikatny, a jednak sugestywny.

Opowiadania bizarne czyta się szybko i przyjemnie, jednak pozostawiają po sobie rosnące uczucie niesamowitości i przerażenia, przemieszczenia, bycia w złym miejscu, wykrzywienia rzeczywistości, niepokoju. O to właśnie chyba chodziło, o wysadzenie z konia, wytrącenie z utartych torów myśli, pobudzenie do rozmyślań, jak każdej dobrej literaturze. A tytuł – wprowadzający do słownika potocznego bizarność – w punkt!


Jestem niewymownie wdzięczna mojej kochanej Asi, prowadzącej bloga i fanpage Drobiazgi. Nieproszona, sama z siebie, wprosiła się do mnie, żeby dać mi prezent urodzinowy. Wspaniały i bardzo trafiony. Jeszcze raz dziękuję!

Opowiadania bizarne

Olga Tokarczuk

Wydawnictwo Literackie, 2018
250 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

sobota, 2 czerwca 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MAJ 2018



W maju czytałam jak burza, a dokładniej taka błyskawiczna wiosenna burza: skończyłam aż sześć, a jeśli doliczyć jeszcze dwie wykończone wczoraj (wiem, wiem, to już czerwiec), to osiem książek. Szkoda, że nie produkowałam w równym tempie wpisów, bo teraz, jak sobie policzyłam, mam jakieś jedenaście pozycji do przeanalizowania. Yikes!

Czytaliście u mnie przedpremierowo o Toni Marty Kisiel i Exodusie Łukasza Orbitowskiego, bo nie leniłam się blogowo tak zupełnie. Ale jeszcze chcę napisać o świeżutkich Opowiadaniach bizarnych Olgi Tokarczuk, Upadku Hyperiona Dana Simmonsa, Carry On Rainbow Rowell i urodowym tomiszczu Bądź piękna. Sztuka ekscentrycznego glamour Dity von Teese, z którym walczyłam od marca. Wczoraj skończyłam też słuchać Genialnej przyjaciółki Eleny Ferrante w ramach testowania Legimi i przeczytałam ostatnie rozdziały pięknie ilustrowanego Harry'ego Pottera i kamienia filozoficznego J.K. Rowling. Sporo tego.

W maju gościłam też na Pyrkonie, o czym dość obszernie napisałam w poprzednim wpisie. Było fantastycznie!

A co tam słychać w popkulturze?


Aggretsuko (2018– )


Pamiętacie, jak przedstawiałam Wam w sierpniu Gudetamę? Pana Jajeczko, jak go nazywam, kolejną postać stworzona przez japońską firmę zabawkarską Sanrio odpowiedzialną za m.in. Hello Kitty? Aggretsuko pochodzi z tej samej stajni maskotek. Tylko że dostała przeznaczoną zdecydowanie dla dorosłych kreskówkę, która niedawno pojawiła się na Netflixie. Anime ma tylko dziesięć odcinków trwających po kwadransie, które musisz koniecznie jak najszybciej obejrzeć. Retsuko, uprzejma ruda panda z zasadami, od niedawna weszła na rynek pracy. Obecnie trudzi się nad fakturami i obliczeniami w dużej korporacji, gdzie szefowie to zło wcielone, koleżanki z pracy przyprawiają o ból głowy, a ilość pracy i brak jakiejkolwiek asertywności doprowadza biedną dziewczynę do nagromadzania olbrzymich ilości skrywanej nienawiści i wściekłości. Wszystkie gotujące się w niej uczucia wylewają się, gdy Retsuko zamienia się w Aggretsuko po zamknięciu się w samotności w pokoiku z karaoke. Wyjmuje z torebki swój własny mikrofon i growluje aż miło, wykrzykując z siebie wszystkie krzywdy, niesprawiedliwości i jad. Każdy z nas jest trochę Aggretsuko. Obczajcie koniecznie.

A tu coś na zachętę:




Deadpool 2 (2018)


Równie zachwycający co prześmieszna Aggretsuko był nowy Deadpool, który chyba nawet przebił pierwszą część. Czuć, że twórcy zrobili się pewniejsi siebie i jechali po bandzie bez zahamowań, rzucając na prawo i lewo przytyki i odniesienia do... praktycznie wszystkiego! Teksty w stylu: „jesteś taki mroczny, jesteś pewien, że nie powinieneś być w uniwersum DC” czy „I'm Batman!” rozwalał widownię kompletnie. Rżeliśmy ze śmiechu aż miło. Ale balans pomiędzy szaloną komedią a dramatem został dobrze wymierzony, dzięki czemu znalazło się miejsce zarówno dla patosu, jak i naśmiewania się z patosu. Cudowne było też pojawienie się chociażby na kilka sekund aktorów, których byśmy się nie spodziewali w epizodycznych mikrorolach chociażby takich rednecków czy niewidzialnego superbohatera. Postać Domino to była czysta radość, Yukio to kocięta i szczeniaczki, a Julian Dennison, ten chłopak z Dzikich łowów, o których też niedawno pisałam, wypływa na szerokie wody. No i jeszcze muzyka, czyli Celine Dion i chóry intonujące: „You Can't Stop This Motherfucker”! Cud, miód i orzeszki.



Opowieść podręcznej (2017- )


Jak wspominałam na Facebooku, nadgoniłam też cztery odcinki drugiego sezonu Opowieści podręcznej. Fabuła idąca do przodu po pierwszym sezonie sama w sobie jest szalenie ciekawa, bo pierwszy sezon zakończył treść oryginału Margaret Atwood i dalej mam czystą fantazję scenarzystów. Póki co idzie im naprawdę dobrze. Zaczęli od mocnego wejścia z mrożącą krew w żyłach sceną z szubienicą, a potem zajęli się dokładniej tematem kobiet wykorzystywanych do roli inkubatora. Upokorzeń, mniej lub bardziej subtelnej agresji, rozczarowań i niesprawiedliwości ciąg dalszy. Bliżej możemy się też przyjrzeć oddanemu fanatyzmowi ciotki Lydii, codzienności ekonożon i zwykłych robotników w Gilead, a także pochylić się nad tymi, którzy musieli zginąć w imię nowego reżimu. Miło widzieć, że twórcy generalnie nie udziwniają, tylko eksplorują to, co już jest w powieści.


Patrick Merlose (2018)


Po pierwszym odcinku miniserialu z Cumberbatchem na podstawie powieści Edwarda St Aubyna czuję zmęczenie. Mimo otoczki, która niegdyś nieuchronnie by mnie przyciągnęła (arystokracja, zblazowanie, impreza, narkotyki, alkohol i trochę Wilk z Wall Street w momentach czołgania się do toalety), nie mogę się zainteresować historią skrzywdzonego zimnym wychowaniem, bogatego, rozpieszczonego, uprzywilejowanego faceta. Podobno powieści są nieźle pisane, może się przerzucę na pierwowzór.


Life is Strange: Before the Storm (2017)


W zeszłym roku wyszła też kontynuacja gry, która swego czasu podbiła moje serce (więcej o tym tutaj). W pierwszej części rozgryzaliśmy kryminalną zagadkę połączoną z paranormalną umiejętnością głównej bohaterki. Cofaliśmy się w czasie, odnawialiśmy kontakt ze starą przyjaciółką, Chloe, robiliśmy artystyczne zdjęcia i słuchaliśmy klimatycznej indie muzyki. Before the Storm jest krótsze niż Life is Strange (3 rozdziały kontra 5), rezygnuje z tematów Efektu motyla i skupia się na życiu Chloe przed wydarzeniami z pierwszej części. Max właśnie wyjeżdża do Seattle, przestaje odpisywać na smsy, a Chloe czuje się opuszczona i zagubiona. W dodatku jej matka próbuje na nowo żyć po śmierci męża i na poważnie myśli o nowym mężczyźnie, podczas gdy Chloe nie trawi gościa. Wszystko to zostaje osłodzone, gdy między Chloe a Rachel Amber znienacka wybucha szalona, gorąca, niebezpieczna przyjaźń, która ma szanse przerodzić się w coś więcej. Znajdziemy tu dobrze poprowadzone wątki LGBT, jeśli tak zechcemy prowadzić naszą postacią, pojawia się też motyw podobny do fotografowania z pierwszej części (Chloe wypisuje mazakiem zabawne graffiti w dobrych miejsach), a także umiejętność w stylu cofania się w czasie Max (Chloe ma niewyparzoną gębę i można nią uruchamiać tryb pojedynku słownego z inną postacią, gdzie trzeba się postarać, żeby słowa poszły jej w pięty). Warstwa obyczajowa, alternatywny, przyciszony, ale też trochę punkowy klimat oraz muzyka tym razem znów chwyciły mnie za serce. I tak, przyklaskuję głównej metaforze ognia. Polecam.


This War of Mine (2014)


Jak wczoraj się żaliłam na Facebooku, próbuję też ostatnio moich sił w świetnie pomyślanej, ale bardzo przygnębiającej grze polskiej produkcji, w której opiekujemy się grupką cywilów, próbujących urządzić sobie jakoś życie i przetrwać wojnę. Ta nietypowa perspektywa, nie z punktu widzenia żołnierza, agresora, a osoby postronnej, która mogła właśnie zdać do akademii muzycznej czy była dobrze zapowiadającym się piłkarzem, gdy nagle wybuchła wojna, to najsilniejszy i najbardziej poruszający atut tej gry. Jest ciężko: co noc ktoś musi wkradać się do innych budynków w poszukiwaniu pożywienia. Gdy ukradnie się komuś innemu jedzenie czy leki, twoje postacie mogą się czuć podle. Z drugiej strony racji żywnościowych jest tak mało, że trudno nie głodować, a gdy przychodzi zima i w całym mieście już prawie nie ma drewna trzeba przehandlować wszystko w zamian za środki niezbędne do przeżycia. To gra logistyczna, podzielona na dni we wspólnym domu i noce spędzone na szabrowaniu. Trochę podobna do Simsów – w końcu chodzi o stawianie niezbędnych mebli i urządzeń, gotowanie czy budowanie bałwana. Ale jednocześnie trzeba też uciekać przed snajperami, chować się w ciemnych kątach, by uniknąć postrzelenia przez uzbrojonych kryminalistów czy dezerterów, a także łapać szczury i gotować śnieg, by mieć co włożyć do garnka. Mocna rzecz.


To tyle z mojej strony jeśli chodzi o maj. Dragon Ball wciąż jest oglądany, nawet skończyliśmy sagę Czerwonej Wstęgi, ale dla mnie momentami to męczarnia. Okej, czasem jest zabawnie, a do tego fajnie poznać te wszystkie kultowe postaci, ale... to nie moja bajka.

A co u Was?

niedziela, 27 maja 2018

W TERENIE#16: Pyrkon 2018. Felicia Day, gość z Honest Trailers i kobiety-smoki


W zeszłą sobotę ponoć oglądali się za mną ludzie, dźgając się w bok łokciami i mówiąc: „Patrz, jaka pani ze Star Treka!” Nawet facet przebrany za gigantycznego championa z Warhammera w dopracowanej zbroi, rogatym hełmie, dzierżąc siekiery, no generalnie mając na sobie fest strój, stwierdził, że on nie chce, żebym mu zrobiła zdjęcie. On chce zdjęcie ze mną!

Pyrkon to niesamowite miejsce i czas, kiedy na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich możesz przebrać się za dowolną postać, w dowolną koszulkę czy wianek tudzież rogi, a z pewnością znajdzie się ktoś, kto będzie Tobą zachwycony. Nie ma czegoś takiego jak dziwne, głupie, dziecinne. Korowody przebierańców, cosplayerów, amatorów przytulania, onesie czy make-upu, a także zwykłych nerdów ciągną od jednego budynku do drugiego, celebrując swoje pasje, zamiłowania i hobby. To święto wszystkich fanów w Polsce. I dlatego tak lubię spędzać tyle godzin w podróży, by spędzić weekend w Poznaniu podczas kolejnego Pyrkonu.

Tak, to beztroski tyranozaur hasający po sali wystawców.
Trochę mi zeszło z wyprodukowaniem tej relacji z różnych powodów, ale przede wszystkim dlatego, że choć (jak przed chwilą napisałam) lubię poświęcić czas na tę sześciogodzinną podróż na konwent, to w tym roku powrót okazał się... jedenastogodzinny. Jak na ironię. Czekaliśmy jakby nigdy nic na nasz powrotny pociąg do Krakowa z peronu 4a. I czekaliśmy. I nasłuchiwaliśmy. W końcu orzekliśmy, że się spóźnia, ale czemu nawet nie zostało to ogłoszone przez głośniki? No nic, czekamy dalej. Po pół godziny zorientowaliśmy się, że peron 4a był jeszcze trochę dalej. Jakieś sto metrów. Nie widać go z peronu 4, sektoru a. I pociąg odjechał bez nas. 

Nie byliśmy jedyni w tej samej sytuacji. 

Zanim dotarliśmy do domu, zamiast jedenastej w nocy, była szósta rano. Nie polecam.

Mimo to wciąż rozmawiałam z Felicią Day!


Pamiętacie mój wpis o książce Felicii You're Never Weird on the Internet? Przedstawiłam ją wtedy jako nieoficjalną królową nerdów. Dlatego wielkie było moje zdumienie, kiedy na pierwszym Q&A z nią zapełnione było jedynie 3/4 sali. Ale cóż, my specjalnie wzięliśmy wolne w pracy i wyruszyliśmy z Krakowa w piątek skoro świt, żeby zdążyć na to spotkanie o 16:00. I się udało.

Zarówno Ryba, jak i jak zadaliśmy swoje pytania. Fani kazali się Felicii zastanowić nad postaciami, które chciałaby zagrać. Powiedziała, że z Marvela chętnie zostałaby Jessicą Jones, a jeśli chodzi o książki, to panią detektyw z serii Jaspera Fforde. Nie pamiętała tytułu, więc szybko się zgłosiłam, żeby dopowiedzieć – chodzi o powieści o Thursday Next, a pierwsza to Jane Affair. Czytałam ją jeszcze na Erasmusie i nawet byłam na spotkaniu z Jasperem na którymś z poprzednich Pyrkonów. Przy okazji zapytałam Felicii, jak się jej pisało jej własną książkę. Odpowiedziała, że było ciężko, ale zaparła się i pisała po fragmencie dziennie. Technika wyrobnicza, ale pozwala przynajmniej dotrzeć do celu.

Udało mi się też zdobyć zdjęcie! Bardzo chciałam własnym aparatem (wciąż go trzymam tu w ręce), ale z jakiegoś powodu fotograf pyrkonowy i pan ochroniarz Felicii myśleli, że chcę ją zamordować moim Nikonem i nie pozwolili.

Spotkanie z Jonem Baileyem, czyli facetem od fantastycznego, głębokiego głosu, który zajmuje się narracją przy słynnych Szczerych Zwiastunach, było równie udane. Gość ma świetne poczucie humoru i chętnie popisuje się swoimi zdolnościami wokalnymi, udając różnych aktorów. Okazało się, że istnieje aż pięć głosów Matthew McConaugheya, zależnie od filmu czy momentu w jego karierze! Genialnie wyszło naśmiewanie się z Ryana Reynoldsa. Dostaliśmy też zakulisowe informacje między innymi o tym, że Russell Crowe zachowuje się jak rozkapryszona primadonna i po godzinie z nim w studiu nagraniowym da się zrobić mniej niż z Baileyem w piętnaście minut i dlatego pewne kwestie Crowe'a w zwiastunie Mumii to tak naprawdę... Bailey. Do tego okazało się, że niektóre firmy produkujące gry miały żal za ironiczny i zgryźliwy zwiastun i teraz trzeba im najpierw dostarczać scenariusz kolejnego Honest Trailera do zaaprobowania zanim się wyprodukuje kolejny filmik... Ach, ten showbusiness.

Jak większość łysiejących Amerykanów, Bailey nosi czapkę z daszkiem. Oprócz tego jest przeuroczy i trzeba go obczaić na Insta. Bardzo o to prosił ;)
Z powodu spotkań z zagranicznymi gwiazdami przegapiłam to z Martą Kisiel, która wpadła na Pyrkon w piątek promować swoją nową książkę, Toń. Tu o niej pisałam. Tymczasem można było ją kupić na stoisku Uroborosa, a od 23 maja jest już w księgarniach!
 

W sobotę najważniejszym punktem programu był dla mnie pokaz mody alternatywnej Altergroup 
Poland. Trzygodzinne widowisko w Sali Ziemi z profesjonalnym wybiegiem okazał się miejscem prawdziwych czarów. Świetnie zorganizowana i bardzo różnorodna grupa modelek i modeli dwoiła się i troiła za kulisami, żeby na czas pokazywać kolejne kolekcje polskich projektantów strojów vintage, współczesnych, gotyckich, fantasy, postapo, steampunkowych i odpowiadających wszelkim innym fandomowym zainteresowaniom. Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić, to konferansjer, który (choć bardzo sympatyczny) miewał problemy z odczytywaniem tekstów reklamujących kolejnych twórców, czasem przekręcając nazwy albo angielskie słowa.


Pokaz otworzyli Steampunk & Fantasy zachwycającą kreacją ze skrzydłami w stylu rysunków Leonarda da Vinci.


Jedną z najpiękniejszych i najlepiej dopracowanych kolekcji odwołujących się do mody epokowej pokazała Woman in Corset, dopełniona biżuterią i dodatkami jedynych w swoim rodzaju Mad Artisans. Te gorsety! Te suknie! Te kapelusze! Och!

Sylwetka tej pani wygrywa wszystko, obojętnie, co miała na sobie. Wyśledziłam ją na Facebooku: to Savra.
Ogromnie spodobały mi się też zestawy PixelStrix, w szczególności bluzy. Jak będę miała jakiś przypływ gotówki, to zapoluję na jedną z tych superbohaterskich :)

Tutaj całość kolekcji z artystką.

Wspaniały popis podczas pokazu dała para w ubraniach inspirowanych Power Rangers. Była cała scenka z wygibasami i całusem!


Absolutnie zachwycająca był też jedyny w swoim rodzaju pokaz kolekcji The Court of the Emerald Queen. Najpierw wychodziły kolejno na wybieg modelki w zapierających dech w piersiach kreacjach inspirowanych smokami różnych żywiołów. Metalowe, wodne, leśne, ogniste, śnieżne... Na koniec wyszła oszałamiająca Jessica Rabbit, a raczej modelka w sukience, w której Jessica mogłaby z powodzeniem brylować w towarzystwie. Następnie panie smoczyce okrążyły „Jessicę” i zaczęły jej dokuczać. Wtedy przybył rycerz w gorsecie, a jakże, ale również z wiedźmińskim mieczem, żeby wyzwolić piękną gwiazdę pokazu. Wszystko bez słów, z dramatyczną muzyką, jak w niemym kinie, ale w porażającym kolorze.

Krótki skrót całości w postaci filmiku możecie zobaczyć tutaj.


Piękne rzeczy pokazywały też bliźniacze marki tej samej artystki: Vintage Imperial Clothing i Wulgaria Evil Clothing. Jeśli chodzi o tę pierwszą markę: klimatyczne nadruki, bogate wzornictwo, a na środku powyższego zdjęcia sukienka, którą sama bym chciała mieć i specjalnie cyknęłam fotkę, żeby później jej poszukać. Kolekcja Wulgarii to trochę nie moja bajka: dużo obcisłych, gotyckich strojów z efektem porozdzierania materiału, ale też robiła wrażenie.

Całość pokazu (ponad dwie godziny!) do zobaczenia tutaj.

Fantastycznych strojów nie brakowało też poza Salą Ziemi. Mówię rzecz jasna o cosplayu!


Zaraz na wstępie spotkałam genialną wersję Heli z najnowszego Thora. Dostojna, dopracowana i majestatyczna. Jestem po wrażeniem!


Pojawił się też zły automat z Kung Fury. Szacun! 


Na konwencie przechadzała się też ekipa z Avatara. Nie z tego Camerona ani tego Shyamalana. Z tego dobrego, animowanego: Avatar. The Last Airbender. Jeśli nie znacie, koniecznie nadróbcie!


Sala wystaw była szalenie inspirująca. Oprócz zwyczajowej już kantyny, na środku sali rozbił się TIE Fighter, a na stoisku nieopodal można było podziwiać przepiękne, ręcznie robione ozdoby do włosów dla gejsz, obrazy kontrowersyjnego Jakuba Różalskiego (zajrzyjcie tutaj, jeśli jesteście zainteresowani kontrowersją), a także zdjęcia fanów z aktorami ze Star Treków. Z autografami! I do tego jeszcze odtworzenie skały w sugestywnym kształcie, którą Kirk trzymał w jednym z odcinków... No, czego tam nie było. 


Jakieś kompletne szaleństwo działo się też w hali z grami, ciągłe turnieje, gwar, dudniące ogłoszenia z mikrofonu... Nawet jeśli chce się kibicować komuś biorącemu udział w turnieju, to trudno się dopchać i cokolwiek zobaczyć czy usłyszeć. Działo się intensywnie. Wszystko.


Jeśli chodzi o wystawców, muszę napisać koniecznie o paru stoiskach. Przede wszystkim, jeśli będziecie na jakimkolwiek konwencie (a ich jest wszędzie pełno), koniecznie zajrzyjcie do Mad Artisanów. Już o nich wspominałam wcześniej przy okazji pokazu mody, ale czas na zbliżenie na ich miniaturowe, steampunkowe dzieła z mechanizmów zegarków, kółek zębatych i całego rzemieślniczego arsenału.

To wcale nie zamknięte oczy, to czujne i pełne czułości spojrzenie rzucane na towar!
Nie mogę się nachwalić, przy okazji ostatnich Targów Vintage i Retro Kogiel Mogiel zauważyłam, że mają też pierścionek z motywem galaktyki. Dostałam małpiego rozumu i sobie kupiłam, a potem wymarzyłam sobie jeszcze wisiorek. I pomimo tego, ze mieli jakiś tydzień do Pyrkonu i niewyobrażalną masę roboty, mieli mój wisiorek gotowy na następny weekend. Uwierzylibyście? Dziękuję! I jeszcze zrobię osobne zdjęcie tego kompletu.


Wielkim odkryciem tego Pyrkonu, dzięki pewnej bardzo zachęcającej recenzji Powiało Chłodem, był Soap Szop. Specjalnie wyszukałam ich stoisko, żeby się zaopatrzyć w balsam do ciała o nazwie Yennefer. TAK. TA YENNEFER.


Bardzo delikatny i oleisty mus o obłędnym zapachu mojego ukochanego bzu z dodatkiem agrestu to totalny hicior. Nie dość, że wystarczy odrobinka na palcu, żeby natłuścić dużą powierzchnię ciała, to jeszcze pachnie się jak krzak kwitnącego bzu. To dość silny zapach i miałam trochę obaw smarując się nim po wieczornej kąpieli. Na szczęście nie był aż tak mocny, by przeszkadzał czy nie pozwalał zasnąć jak bukiet świeżego bzu w sypialni, ale wciąż można go poczuć na skórze następnego dnia. A jaka gładkość do tego! Jestem zachwycona.

Muszę pochwalić obsługę i główną alchemiczkę odpowiedzialną za te boskie konkokcje: to przemili, zabawni, pełni energii ludzie. Pozdrawiam!

Mają też inne produkty: na przykład olejki do pup i bród. Wszystkie ze śmiesznymi nazwami.


Wielka szkoda, że w tym roku na Gindie nie zastałam żadnego nowego komiksu (przede wszystkim łkam tu za kolejnym tomem Kawaii Scotland), ale za to było dużo innych ciekawych rzeczy i twórców. I kubeczki z McFloyem.


Odkryłam też przepiękne cudeńka tworzone przez Niteczkowego Potwora. Widzicie tę kasetkę z Serenity? Widzicie?...


Wreszcie też kupiłam sobie coś od Molom.pl, czyli ze sklepu, gdzie można kupić sobie czytelnicze gadżety. Padło na zakładkę magnetyczną. Zakładek nigdy za mało!

Nie zapamiętałam, jakie to było stoisko, ale ta Rose Quartz ze Stevena Universa jest przesłodka!

I na tym skończę moją relację. Nie wspomniałam o wielu innych rzeczach, które sprawiły, że ten wyjazd był fantastyczny. Hostel Dobranoc, w którym skrzyneczki z kluczami na kod sprawiały wrażenie, że zameldowaliśmy się do Escape Roomu. Wieczorny pokaz plenerowy Matrixa z prastarym tłumaczeniem w napisach: Trójca, Buldożer, Szyfrant, Obojnia i „Czym jest Macież?”. Leżaczki przy namiocie z minikinem, na których bardzo odpoczęłam, czytając Różę Wersalu. Świetna prezentacja Adrianny Fiłonowicz o fanach, ze szczególnym uwzględnieniem Tolkienistów i Janeitów (miłośników Jane Austen). I przede wszystkim znajomi: Ryba, który dzielnie przetrzymał wszelkie humory, K., który przeżył z nami fatalną drogę powrotną, P., który rozpromieniał się jak żaróweczka na myśl o Felicii Day na żywo, D., którą niechcący zagadałam, gdy wreszcie udało się spotkać, kochanym i zapracowanym Artisanom i ekipie ze stoiska Gindie. Ściski i buziaki!


Widzimy się za rok?