Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

sobota, 27 maja 2017

Do kolekcji fana rodziny królewskiej. Serialowa Wiktoria prozą


Na wspomnienie brytyjskiej królowej Wiktorii, która panowała imperium przez przeważająca część dziewiętnastego wieku, zazwyczaj na myśl najpierw przychodzi wizja przysadzistej, ubranej na czarno, surowej starszej kobiety o pyzatej twarzy. Tak Wiktoria wyglądała pod koniec swojego panowania, po śmierci swojego ukochanego męża, gdy folgowała swojemu upodobaniu do słodyczy. Do jej czarno-białego portretu możemy dopisać jej słynne: „We are not amused”, czyli „Nie bawi nas to”.

Kiedy jednak osiemnastoletnia Aleksandryna Wiktoria została wyrwana ze snu przez matkę, a potem samodzielnie wyszła na spotkanie Arcybiskupa Canterbury i Lorna Conynghama w samym szlafroczku, bo dotarła wieść o śmierci króla, jej wuja Wilhelma IV – musiała przecież wyglądać jak zupełnie inna osoba. Młodziutka, pełna tęsknot i nadziei, z wodospadem rozczochranych włosów na białej koszuli nocnej.

Ta sama scena w serialu Daisy Goodwin wygląda trochę inaczej, Jenna Coleman wcielająca się w porywczą, naiwną królową spragnioną samodzielności, zbiega po schodach boso. I nie budzi matki. Widok biegnącej wesoło dziewczyny z ukochanym psem przy boku zapada w pamięć.

Identyczny opis możemy przeczytać w książce scenarzystki. Wiktoria bowiem dość wiernie oddaje w prozie dużą część pierwszego sezon serialu. Nad drugim sezonem Goodwin dopiero pracuje.

Jedno i drugie pokazuje bodaj najciekawszy moment w życiu Wiktorii. Pierwsze kroki jako głowa państwa, stanowcze oderwanie się od wpływu matki i jej ukochanego, żądnego władzy sir Johna Conroya, intensywna przyjaźń zaprawiona zauroczeniem z premierem lordem Melbournem, przeprowadzka do Buckingham Palace, koronacja, wreszcie – spotkanie z księciem Albertem. Wiktoria to nie laleczka z porcelany, a żywiołowa, zapalczywa młoda dziewczyna, której nie brak wad, ale i widać gorące serce, bystry umysł i ciekawość świata. Jeśli najpierw oglądała się po serial, a potem sięga po książkę, nazbyt łatwo przywołać twarze aktorów i całe sceny podczas czytania. Książka bardzo wiernie oddaje to, co można zobaczyć na małym ekranie, jednak są pewne różnice, które mogą zwabić fanów serialu. 


Przede wszystkim możemy spojrzeć na całą sytuację z punktu widzenia lorda Melbourna. Czytamy całe pasaże z jego punktu widzenia i doskonale widzimy jego kiełkujące uczucie do młodej Wiktorii. Czy to dobrze? Ja jednak wolałam niedopowiedzenia, niemą chemię i nieuchwytne napięcia między aktorami; gdy nie do końca wiemy, czy lord poddaje się sytuacji ze słabości i oportunizmu, czy jednak szarpią nim ukryte pod powściągliwym uśmiechem namiętności. Kolejną zwracającą uwagę różnicą jest znacznie mniejsza rola służby w książce niż w serialu. Na ekranie rozwija się przed nami intryga, tajemnice i dramat pokojowej Skerret, wyraźne zainteresowanie dziewczyną kucharza Francatelliego, sekretne scysje między baronową Lehzen a panem Pengem. W książce pojawia się na przykład scena zakładów o to, kogo poślubi królowa, niepokoje pani Jenkins związane z surowymi karami wobec czartystów, propozycje fryzur Skerret, ale to by było na tyle. Osobiście mam wrażenie, że sceny ze służbą zostały wymuszone na serialu, by bardziej przypominał Downton Abbey i ładnie wpasował się w gusta fanów. Wreszcie książka kończy się na oświadczynach królowej, czyli wcześniej, niż fabuła pierwszego sezonu.

Podobnie jak w serialu, książka w dużej mierze skupia się na fantastycznej relacji królowej z lordem Melbournem, by pod koniec zaskoczyć zbyt szybkim i trochę mało wytłumaczalnym zwrotem w kierunku zadzierającego nosa Alberta. Przez to mocne nabudowanie tego wątku książka jednak traci na harmonii, wydaje się słabo zbalansowana i przez to trochę kuleje. Mimo to czyta się ją wartko i przyjemnie, z przyjemnością zanurzając się w bardziej wytłumaczony (bo z przypisami!) świat serialu. Język tłumaczenia tylko czasem zgrzyta, da się wyczuć sztywność tam, gdzie w lekkiej kalce słychać echa naturalnie brzmiących zdań oryginału. I przede wszystkim trudno czytać tę powieść w oderwaniu od serialowego odpowiednika. Na przykład gdyby nie ujmująca twarz Rufusa Sewella, mogłabym mieć inne wyobrażenia o lordzie M...

Teraz pytanie, czy warto czytać odtwórstwo scenariusza pióra tej samej autorki w postaci powieści? Jeśli jest się wielkim fanem serialu (do tego stopnia, by wyszukiwać podobieństwa i różnice), gdyby chciało by się go odświeżyć przed kolejnym sezonem, ale bez oglądania od nowa – czemu nie. Jeśli się nie widziało serialu, a lubi się powieści historyczne, oj, jak najbardziej! Ale jeśli serial wszedł jako tako, ale bez szaleństwa, albo nie jest się zainteresowanym klimatami Downton Abbey czy świetnego The Crown, myślę, że książkę można sobie odpuścić. Może warto zajrzeć do innej powieści Goodwin, która napisała dużo innych, również historycznych? Wydawnictwo zapowiada, że zamierzają wkrótce wydać po polsku dwie najbardziej znane, My Last Duchess i The Fortune Hunter. A ja, jak wiecie, lubię takie klimaty, więc będę wyglądać.


Wiktoria

Daisy Goodwin

Marginesy, 2017
432 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


środa, 17 maja 2017

ANGLOFILIA #7 & W TERENIE #11: Nie tylko o Rysiu. Północ, południe i SerialCon 2017


Charles Dickens, prosząc Elizabeth Gaskell o współudział w tworzeniu swojego tygodnika Household Worlds, zwrócił się do niej: „droga Szeherezado” (źródło).

Później okazało się, że Gaskell miała potem problemy z dotrzymywaniem terminów, jej powieści pęczniały czasem o kilka rozdziałów za dużo jak na wcześniejsze ustalenia. Jej North and South nie była tak lubiana, jak publikowana jednocześnie Hard Times Dickensa. Z drugiej strony on czasem od coś zmieniał w jej tekstach, publikował bez konsultacji. Miał doświadczenie dziennikarskie, ona nie mogła wpasować się w wymagania. Ona najpierw pisała dla jego magazynu, a potem publikowała poprawione wersje książkowe swoich powieści.

Było między nimi dużo spięć. W którymś momencie Dickens wzdychał w liście do przyjaciela, że gdyby był jej mężem, to by ją solidnie sprał.


Niektórzy sądzą, że jej powieści są nudne. Najbardziej znana to Panie z Cranford. Dla niektórych materiał na ululanie do snu, dla innych subtelna, delikatna krytyka społeczna, spojrzenie do kobiecego świata XIX wieku w małym, zapóźnionym miasteczku. Starsze panie na tle młodej, pełnej życia bohaterki.

Tytuł Północ i południe może się mylić z amerykańskim serialem o wojnie secesyjnej. Tymczasem powieść porównuje industrialną, energetyczną północ i senne, wiejskie południe Anglii. Oryginalnie jej tytuł miał brzmieć tak, jak imię głównej bohaterki: Margaret Hale, ale oczywiście Dickens się wtrącił.

Powieściowa Margaret wychowała się u bogatej ciotki w Londynie, na wakacje jeżdżąc do znacznie uboższych, ale godnych rodziców w malowniczej wioseczce Helstone. Choć ma naturalne odruchy prawdziwej damy, dystyngowanej i dumnej, udało jej się pozostać szczerą, rozumną i wrażliwą osóbką. Chyba najbardziej sensowną w całej rodzinie. Jej ojciec, pastor i idealista, postanawia wyjść z Kościoła Anglikańskiego z powodu wątpliwości odnośnie jakichś mało ważnych zmian w kodeksie. Pod pozorami heroizmu i męczennictwa pozbawia swoje kobiety głównego źródła utrzymania, a potem stawia córkę przed faktem dokonanym i na dodatek zrzuca na nią obowiązek zakomunikowania obrotu spraw matce.

Wpis okraszam zdjęciami z mojej prezentacji na SerialConie.

Znajomości wskazują rodzinie kierunek: północ. W Milton, fabrycznym, brudnym mieście zasnutym chmurami dymu czekają ponoć chętni na lekcje u pana Hale’a uczniowie. W tym zamożny pan Thornton, właściciel dobrze prosperującej fabryki tekstylnej. Okazuje się, że szorstki, ale bystry fabrykant jest też kluczem do miejscowej socjety, a państwo Hale go uwielbiają. A Margaret? Margaret nie uważa ludźmi zajmującymi się handlem za odpowiednie sobie towarzystwo, a pan Thornton co i rusz obraża ją swoim nieokrzesanym zachowaniem. On zaś zraża się do niej, bo zadziera nosa i nie rozumie jego racji odnośnie robotników.

Niektórzy nazywają Północ i południe industrialną Dumą i uprzedzeniem. Jest miłość, jest uprzedzenie, jest nawet ten trzeci: Hennry Lennox. Już w pierwszych rozdziałach dostaje kosza od Margaret, ale do końca stara się nie tracić nadziei.

Uwielbiam ten nagłówek!

Ale ta powieść to nie tylko romans. To wnikliwa powieść społeczna, przyglądająca się obowiązkom pracowników i pracodawcy względem siebie, analizująca zarówno bolączki robotników, ich biedę, powody do strajku, jak i motywy po stronie fabrykantów. Wskazała też źródło problemu: niezrozumienie, ciasnota umysłowa i brak komunikacji. Gaskell napisała o chorobie płuc występującej u pracujących w tkalni pięć lat wcześniej niż jakikolwiek lekarz.

Podobnie jak przyjaciółka, Charlotte Bronte (po której śmierci w porozumieniu z rodziną napisała jej pierwszą biografię, a nazwa Helstone to hołd dla Caroline Helstone z powieści Charlotty Shirley), pisała bogatym językiem, zagłębiała się w psychikę, pilnie obserwowała najmniejsze reakcje bohaterów, nie szczędziła wszelakich odniesień do literatury. Skupiała się też na duchowości, moralności i religii, ale najbardziej chyba - na śmierci i żałobie.

Włosy! D:

To książka do smakowania. Klasyka literatury, która nie wali obuchem biedą, ubóstwem i niesprawiedliwością społeczną, jak Dickens, ale też o wiele bardziej wnikliwa i zaangażowana społecznie niż Jane Austen.

Podczas SerialConu nie mówiłam tylko o samej powieści (tu znajdziecie pełną prezentację pt. „We need this book in Polish, NOW. How Armitagemania made fans translate a Victorian industrial novel and affected the publishing market”), ale też o dwóch ekranizacjach w postaci miniserialów BBC. Pierwszy (z Patrickiem Stewartem, który miał wtedy włosy!), z 1975 roku, mocno się zestarzał jak na nasze standardy. Jest wierny, szczególnie w dialogach, ale nie przesadnie. Idzie na skróty tak, żeby jak najwięcej można było filmować w tych samych zamkniętych lokacjach. Rosalind Shanks denerwuje swoją manierą sztywnej wargi.

Najnowszy serial, z 2004 roku, może się pochwalić Richardem Armitagem w roli Thorntona. Ogląda się go bajecznie. Daniela Denby-Ashe pokazuje dobroduszność i mimowolną dumę Margaret. Drobne odruchy pokazane w kilku sekundach potrafią wyrazić więcej, niż kilkuminutowe sceny  poprzedniej ekranizacji. To zgrabnie skrojona, czterogodzinna uczta dla fanów seriali kostiumowych i dziewiętnastowiecznej dramy.


Zachwyceni tym właśnie serialem fani (w większości jednak fanki) w Polsce zorientowali się, że nigdzie nie można dostać powieściowego oryginału w naszym języku. Pięć ochotniczek zaczęło niechronologicznie tłumaczyć książkę na forum Z południa na północ w 2006 roku. Od 2008 już aktywnie nękali wydawnictwa i redakcje czasopism, domagając się wydania powieści. Rok później maile zaczęły wydawać owoce, we wskrzeszonym wtedy Bluszczu zaczęły pojawiać się całe rozdziały powieści po polsku. 

W 2010 skończyło się tłumaczenie i redakcja fanowskiego tłumaczenia, wydawnictwo Elipsa, połączone z Bluszczem, na bieżąco komunikowało się z fanami, obiecując wydanie i ciągle przekładając terminy. Fanki nawet krytykowały projekt okładki, wysyłały swoje komentarze do wydawnictwa. Potem odnalazły zapomniane, skrócone tłumaczenie powieści z 1873 roku. 

Wreszcie w 2011 na rynku pojawiły się kolejno dwa tomy współcześnie, profesjonalnie przetłumaczonej powieści z serii Biblioteka Bluszcza w Wydawnictwie Elipsa (tłumaczone przez Magdalenę Moltzan-Małkowską), a następnie wydanie Świata Książki (tłum. Katarzyna Kwiatkowska), które można teraz znaleźć w większości księgarń. 

Właśnie na temat olbrzymiego wpływu fanek na obecność tej powieści w naszym kraju zamierzam pisać moją rozprawę doktorską, gdyby ktoś się pytał.

A tutaj biorę udział w panelu o tłumaczeniu audiowizualnym w praktyce razem z (od lewej): Anną “Myszą” Piotrowską z Mysza Movie, Magdaleną „Megu” Bardalińską z bloga Catus Geekus, Martą Weroniką Najman z bloga Oceansoul, oraz Krzysztofem Ceranem i Kamilem Borkiem  z podcastu Myszmasz. Hadyna przy mikrofonie.

North and South

Elizabeth Gaskell

Penguin Books, 1994
528 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 14 maja 2017

Disco polo i ortalion. Niedziela, która zdarzyła się w środę


To moje pierwsze spotkanie z Mariuszem Szczygłem w wydaniu książkowym. Mocne, szczere, bezkompromisowe i często okraszone gorzkim humorem. 

Zbiór reportaży pisanych w latach 1992-1996 pokazuje Polskę na samym początku transformacji z republiki komunistycznej w kraj rządzący się prawami kapitalizmu. To był dziwny czas, niepewny, gorączkowy. W większości panowała biedna i rozczarowanie, ludzie szukali źródła zarobku, chwytali się wszelakich oszustw i matactw, targowali w przejściach podziemnych i na bazarach, osładzali sobie życie muzyką disco polo. Teksty przetykane są czarno-białymi, sugestywnymi zdjęciami reportera Witolda Krassowskiego, który wychwytywał sceny z życia Polaków na zabawach, dyskotekach, w urzędach, na straganach, ulicach i dworcach, w pierwszym McDonaldzie. Ortaliony, niezgrabne marynarki, szerokie dżinsy, koszulki polo, adidasy. Twarze puste, wesołkowate, błaznowate, zmartwione, zagubione.

Ci najbardziej zrozpaczeni prosili o pomoc, dzwoniąc do radia czy publikując zrozpaczone anonse w gazetach. Inni wykorzystywali sytuację, proponując wyznanie sposobu na zarobienie miliona w ciągu minuty; oczywiście za drobną opłatą. Wielu musiało się na to łapać, ogłoszenia pojawiały się nie raz. Po wysłaniu pieniędzy, odpowiedź brzmiała: „Musisz mieć (...) odpowiednią sumę pieniędzy, którą złożysz w banku na taki procent, aby co minutę procentowała Ci o milion” (s.19).


Nieliczni dochrapywali się olbrzymich fortun w krótkim czasie, jak opisany w kawałku „Przez zęby” Henryk Tkaczyk z Tomaszowa Mazowieckiego. Człowiek wulgarny, prostacki, utrzymujący swoich podwładnych w ryzach przez krzyk, przekleństwo, zastraszanie i niepewność. Ale udało mu się. Zajął dziesiąte miejsce na liście najbogatszych Polaków w zestawieniu „Wprostu”.

Dziennikarski dowcip i pomyślunek dostarcza doskonałej rozrywki w historii o tym, jak zmyślony Amerykanin próbował poprzez Szczygła postawić pomnik ciotki w Kolnie w Łomżyńskiem. Ciotka pisała ponoć słabe erotyki, a Amerykanin oferuje milion złotych za wystawienie rzeźby upamiętniającej artystkę w tydzień. Dziennikarz dwoi się i troi, wszyscy są łasi na amerykańskie pieniądze prosto z Chicago, ale w Polsce takich cudów nie ma. Na drodze swoi administracja, wymagania, pozwolenia.


Krew w żyłach mrozi porównanie zmian w rodzaju zabójstw popełnianych na przestrzeni lat w „Mordzie polskim”; od pijackich burd nagle Polacy przeszli do popełnianych z zimną krwią wyrafinowanych zbrodni mafijnych. „Onanizm polski” z kolei opisuje zmiany w nastawieniu do seksu, coraz odważniejsze próby odarcia masturbacji z obrośniętych mitów. Szczególnie zaskoczyła mnie historia sekty biznesowej Amway w „Zabierz nas do diamentu”, nie słyszałam wcześniej o tej organizacji, ale okazuje się, że moja mama już tak. I miała znajomych, którzy ją namawiali do przystąpienia. Wreszcie świetny tekst o budowaniu świątyni kiczu w Licheniu, dzięki któremu zrozumiałam dokładniej rodzaj myślenia stojący za tym gigantycznym, betonowym projektem.

Ten zbiorek reportaży jest naprawdę warty przeczytania. Czyta się szybko, język Szczygła jest świeży, cięty, zwięzły, ale mocno ekspresyjny. Do czego mogłabym się doczepić, to fakt, że jednak są to teksty upolitycznione - w tym sensie, że dobrze widać, w którym momencie przemawia głos Gazety Wyborczej. Ja wolę jednak obchodzenie polityki szerokim łukiem. Mimo to tym, którzy dorastali w latach dziewięćdziesiątych, te historie pozwolą poukładać sobie niektóre zjawiska. Starszym przypomni, jak wyglądała Polska codzienność ponad dwadzieścia lat temu. A młodsi? Młodszym na pewno będzie ciężko zrozumieć...

A po tę pozycję sięgnęłam tylko i wyłącznie dzięki Krakowskiemu Klubowi Książki nad Kawą. Dzięki, dziewczyny!



Niedziela, która zdarzyła się w środę

Mariusz Szczygieł

Wydawnictwo Czarne, 2011
252 strony 
Odczucia: ★★★/★★★★★



piątek, 12 maja 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: kwiecień 2017


Już dwunasty maja, a ja nie wyprodukowałam ani obiecanego wpisu o Północy i południu oraz SerialConie, ani nie podsumowałam popkulturalnie ubiegłego miesiąca. Już spieszę z wyjaśnieniem: mam nową pracę, pożonglowałam trochę w grafiku - w efekcie jestem zmęczona nowymi wrażeniami i mam trochę mniej czasu. Nie pomaga fakt, że zmagam się z efektami ubocznymi umiarkowanych perypetii zdrowotnych i mam jednak zdecydowanie mniej energii niż zazwyczaj.

Mimo wszystko jednak w kwietniu udało mi się wchłonąć pięć książek. Magię sprzątania Marie Kondo wchłonęłam w dwa wieczory, oprócz tego wreszcie sięgnęłam po leżącą od wieków na półce Kobietę w 1000°C Hallgrímura Helgasona, na szybko przebiegłam Mleko i miód Rupi Kaury, a nawet na próbę zajrzałam do young adultu i przebrnęłam przez Czerwoną królową Victorii Aveyard. O tych pozycjach zamierzam wkrótce napisać w małych podsumowaniach w jednym wpisie. A o Czerwonych dziewczynach Kazuki Sakuraby już pisałam.

A jak było popkulturalnie?

Iron Fist (2017–)



Przede wszystkim dobrnęliśmy z Rybą do końca Iron Fista, choć była to droga przez mękę. Poprzednio już pisałam, jak słaby jest ten serial, a druga połowa wcale nie pomogła. Rozwój postaci Colleen, choć mógł być ciekawy, za bardzo wyglądał jak pisany na kolanie. Claire trochę w sumie nie ma co robić, a nawet jak ma, to albo ją odsyłają, żeby Colleen i Danny mogli amorzyć, albo zamawia pizzę. Co do Danny'ego, wciąż jest niesamowicie wkurzający i ciągle ma denne pomysły, na które napala się jak głupi i nikt mu nie potrafi przemówić do rozsądku. Nawet pijany ninja ma lepsze ruchy w walce niż aktor, a dobrej sceny walki w ogóle nie uświadczysz. Bonus: zamiast smoka dostajemy dwa czerwone światełka w jaskini i bieganie po wieżowcu z pistoletem. Marnacja materiału, zgrzytanie zębów i bezsens. Nic, tylko walić głową w ścianę.

Samuraj Jack (2001- )



Nigdy nie słyszałam wcześniej o serialu animowanym Genndy'ego Tartakovsky'ego, który leciał przed wieków na Cartoon Network, dopóki ostatnio nie zrobił się wokół niego szum. Anulowano go przedwcześnie, przez co biedny homo viator Jack, wiecznie przemierzający świat w poszukiwaniu drogi do domu, nigdy nie dostał szczęśliwego zakończenia, nie wrócił do swoich czasów i nie pokonał złego Aku. Waleczny i honorowy samuraj bez skazy, postać niemal archetypiczna, dostał jednak niedawno zielone światło na Adult Swim, odnodze Cartoon Network dla dorosłych, a Genndy Tartakovsky, który błagał stację przez wiele lat, wreszcie dostał dziesięć odcinków na zakończenie swojej historii. W kwietniu obejrzałam wybór najlepszych odcinków starego Samuraja według Ryby - okazało się, że te najlepsze to w sumie połowa serialu, który okazał się być zachwycający, mądry i często bardzo ambitny formalnie. Przepiękne koncepcje wizualne (odcinek z czarnym ninją), ciekawe historie bazujące na starych mitach (odcinek o Spartanach czy starym Wikingu), eksperymenty z narracją (odcinek o naradzających się łowcach nagród, w którym Jacka prawie nie ma), przezabawne sekwencje komediowe (odcinki ze Szkotem!). Teraz na bieżąco oglądam już nowe odcinki Jacka... i dzieje się, oj, dzieje!

Dziewczyny (2012- )



W marcu skończył się ostatni sezon serialu Leny Dunham o ekscentrycznych nowojorczankach. Dzięki sporej przerwie w oglądaniu zdążyłam się za Dziewczynami stęsknić. Sześć sezonów konsekwentnej, bezkompromisowej formy i świeżych pomysłów pomimo czasem oklepanych tematów, nie licząc o obcesowości, totalnym oderwaniu od rzeczywistości i Allenowskim słowotoku, generalnie daje się lubić, choć to nie jest rzecz dla każdego. Ostatni sezon zaczyna się dość niewinnym, lekkim i zabawnym odcinkiem, w którym Hannah wybiera się na obóz windsurfingowy dla bogatych, wysportowanych kobiet, by napisać artykuł o swoich przeżyciach. Na koniec okazuje się jednak, że wyjazd ten był mocno brzemienny w skutki, a Hannah musi na szybko dorosnąć na tyle, by zweryfikować swoje powierzchowne związki z ludźmi, odpowiedzieć sobie na pytanie czym jest miłość rodzicielska i wreszcie odnaleźć jako takie stałe miejsce na świecie. Przy okazji przyjaźń czterech dziewczyn zostaje obnażona jako generalny masa niezrozumienia, samolubstwa i braku komunikacji czy jakiejkolwiek empatii. Na szczególną uwagę zasługuje według mnie poruszający ciekawy dylemat moralny, odważny odcinek American Bitch.

To Walk Invisible: The Brontë Sisters (2016)



Dla fanów produkcji kostiumowych i miłośników pisarstwa sióstr Brontë gorąco polecam dwugodzinny film BBC One, śmiało zaglądający w pielesze rodzinne rodziny z wrzosowisk. Moment, w którym przyglądamy się życiu rodzeństwa, to publikacja pierwszych trzech książek i problemy z bratem Branwellem. Ogląda się fascynująco, bo ostre akcenty, surowe wnętrza i realistyczne sceny odbiegają mocno od utrwalonego w zbiorowej wyobraźni statecznego, bogatego wyobrażenia o arystokracji angielskiej czasów królowej Wiktorii.

Wersal. Prawo krwi (2015- )




Podczas świąt zbinge'owałam pierwszy sezon Wersalu jak wygłodniały wilk. Zaczęło się niewinnie, ale przenikliwe oczy młodego Ludwika XIV i stateczne spojrzenie zranionej łani jego brata (powyżej), wraz z powiewającymi wszędzie idealnie ułożonymi lokami podbiły mnie całkowicie. Ten francuski serial zakrojono na międzynarodową skalę, żeby wskoczyć na miejsce takich produkcji, jak Rzym, Rodzina Borgiów czy Tudorowie. Generalnie jest dużo golizny, momentami współczesna muzyka, bijący po oczach olbrzymi budżet i francuski dwór mówiący pięknie po angielsku (zgroza! :D). Ogląda się jednak nieźle, niewzruszoną wolą króla buduje się nie tylko pałac, ale i dwór w Wersalu, a w tle przewijają się problemy społeczne, międzynarodowa polityka, wewnętrzne niesnaski, intrygi, królewskie miłostki i tragedie odrzucanych faworyt. Monsieur Philippe i Chevalier de Lorraine skradli moje serce.

Tabu (2017- )



Na zakończenie opowiem jeszcze o Taboo. Generalnie serialem zainteresowałam się ponad pół roku temu gdy wyszły pierwsze zdjęcia promocyjne (takie jak to *khem khem* powyżej). Generalnie Tom Hardy wraca z kolonizowanej, ale wciąż egzotycznej dziczy do dziewiętnastowiecznego Londynu i oszczędnym, ale konsekwentnym pochrząkiwaniem upewnia się swojego dziedzictwa. W ciągu ośmiu odcinków James Keziah Delaney pokazuje się człowiekiem nie tylko fascynującym, tajemniczym i nękanym wspomnieniami przeszłości, ale także inteligentnym, zawsze wyprzedzającym swoich wrogów o krok i cholernie niebezpiecznym. Trochę trąci garysuizmem, ale serial powstał na podstawie opowiadania Hardy'ego i Hardy'ego papy, więc nic dziwnego. Brudny, realistyczny Londyn wraz z jego przestępczym światkiem zarówno na poziomie ulicznym, jak i korporacyjnym (tak!) stał się już bardzo znany przede wszystkim z porównań z ponoć nieudanym Belle Epoque. Zapowiedziano już drugi sezon, a ja już ostrzę ząbki na Hardy'ego w stylu mrocznego Skrzetuskiego w wysokim kapeluszu. Warto, bo to rzecz wyśmienicie zrobiona.


Koniec kwietnia przypieczętowałam Pyrkonem, z którego relację znajdziecie w poprzednim wpisie, o ile już dawno temu jej nie czytaliście. 

poniedziałek, 1 maja 2017

W TERENIE #10: Pyrkon 2017. Tym razem darmowych kostek nie było


Długi kwietniowy weekend połączony z majówką u Hadyny niesamowicie intensywnie: najpierw Pyrkon, potem SerialCon. Nie czas na rozkminianie, gdy człowiek próbuje przedrzeć się przez barwny i rozbawiony tłum cosplayowiczów, zapalonych nerdów, geeków z roziskrzonymi oczami i przebranych w zwierzęce onesie amatorów przytulania. 

W tym roku było nie dość, że zimno, to jeszcze wietrznie, przez co wiele zabaw na świeżym powietrzu wyglądało smętnie przez pochmurne niebo i siąpiący od czasu do czasu deszcz. Mimo to nawet roznegliżowani cosplayerzy dzielnie przemierzali hektary między jednym budynkiem poznańskich targów a drugim, rzucając się w wir przygotowanych atrakcji.

Zjawiskowe Harley Quinn i Poison Ivy.

You talkin' to me?

Ta dwójka wyglądała absolutnie autentycznie. Nie licząc momentów, gdy zdejmowali głowy, żeby odetchnąć.

Przeurocza Midna z Twilight Princess, jednej z Zeldowych gier.

Jaskier pozował z wyszukaną gracją i wrodzonym wdziękiem.
Nie mam pojęcia, co to za postać, ale zwracał uwagę zachwycająco bogatym strojem:)
Zdecydowanie najlepszy cosplay tegorocznego Pyrkonu. 

Nie mogę znaleźć statystyk, żeby porównać ilu tym razem było uczestników Pyrkonu, ale pomimo dzikich tłumów zdecydowanie miałam wrażenie, że jednak zjawiło się mniej osób niż w poprzednich latach. Co więcej, choć przybyłam z moją ekipą w wydawałoby się newralgicznym momencie, gdy wchodzących powinno być najwięcej (koło 10:00 rano w sobotę), nie było ŻADNEJ kolejki do wejścia. Nie wiem, gdzie pojawiły się te przerażające kolejki. Na powitanie nie było też zwyczajowej torby z gadżetami, kolorową broszurą i kostką do gry; tym razem dostaliśmy tylko plan bez opisów prelekcji czy paneli i identyfikator. EDIT: Kostki były, ale dla pierwszych sześciu tysięcy osób. 

Oczywiście bywały prelekcje, na które nie dało się dostać po przeczekaniu kwadransa w kolejce z powodu braku miejsc na sali, ale w tym roku udało mi się dostać prawie wszędzie, gdzie chciałam. Co więcej, w zeszłym roku narzekałam na słabą jakość prezentacji, czy może bardziej na mierne przygotowanie niektórych prowadzących. Tym razem ani razu nie czułam aż takiego zażenowania, żeby wyjść z sali, a pomijając niektóre wypowiedzi z publiczności, słuchało się naprawdę dobrze. Świetnie bawiłam się na „Komiksowej galerii shipów” Magdaleny „Gruch” Krupińskiej i Angeliki „Endzii” Kuli, uwagę też nieźle utrzymywała Anna „Tintale” Skibińska na prelekcji „By Fans For Fans: history & legality of fanfiction”. 


Dobrze też było zobaczyć i posłuchać komiksiarzy związanych z wydawnictwem Gindie (powyżej) od prawej: Konrada Okońskiego (Koko rysuje m.in. bardzo dobrego Kija w dupie), autorkę Lisich spraw Beatę Smugaj, Annę Kłosowską (rysuje fantastyczne Odmęty Absurdu) oraz Kobietę-Ślimaka Ilonę Myszkowską.

Hey Yea Yea Yea Ye!

 A jeśli pamiętacie mój wpis o zeszłorocznym MFKiG w Łodzi, rozpoznacie takich dwóch gagatków, których już wcześniej polecałam: Burzola Wojciecha Neleca. Tych dwóch potrafi naprawdę genialnie rozgrzać publiczność przy wspólnym śpiewaniu piosenek z seriali i filmów animowanych!

Tak, była nawet gitara elektryczna!
Przechodząc do innych atrakcji, jak zwykle porozstawiane było mnóstwo gadżetów, wiosek, wystaw i prezentacji wszelakich zrzeszeń. Dużą część rozpoznaje się z poprzednich Pyrkonów i innych konwentów, ale wszystkie niezmiennie cieszą oko i duszę.

Mieć taki zestaw szklanek... *wzdech*

Wśród różnorakich startrekowych statków nagle śliczny, maluteńki statek solarny, na którym leciał z synem kapitan Sisko w Deep Space Nine.

A tu znienacka kantyna. Han jest najlepszy, bo strzela pierwszy!

W tle klockowy Samuraj Jack! 
Hipisowska wioska bębniarska z postapokaliptycznej przyszłości. Albo coś w ten deseń.
Zapierająca dech w piersiach każdego fana Sailor Moon grupa cosplayowa: ustawka do zdjęć.

Ten Kitowiec sam wyskoczył zza kulis, żeby postraszyć.

Wskakujemy za kółko i szybki powrót do przyszłości?

I na koniec krótka rundka po merchu, którego było zwykle na tony.

Dosłownie na tony.

Ręcznie malowane i absolutnie prześliczne.

Taka torba-worek uratowała mój kręgosłup pierwszego dnia;)

Przyjechałam z zamiarem zagarnięcia gadżetów z Kawaii Scotland. Teraz mam najsłodszy kubeczek świata. Notice me senpai!

Mój typ stoiska.

Tak, używam raczej żelów pod prysznic. Ale mydełko Myj long and prosper wzywało.

A już w sobotę premiera drugiej części Strażników!

Wiecie jednak, co było najlepsze na Pyrkonie? Ludzie, z którymi przyjechałam. I ludzie, którzy wpadli na naszego aftera w sobotę. Wytrzymujecie ze mną, gdy mam i lepsze, i gorsze momenty, dzięki Wam nigdzie nie było by tak fajnie. Jesteście najlepsi! Dziękuję!

czwartek, 27 kwietnia 2017

ANGLOFILIA #6: Profesor by się uśmiał. Powieść akademicka i David Lodge


Poprzednio w serii Anglofilia pisałam o powieści gotyckiej. Pozwólcie, że przeskoczę z okolic romantyzmu do literatury współczesnej i tym razem uraczę Was krótkim opowiadaniem na temat powieści kampusowej. Może obędzie się bez lochów i opętanych mnichów, ale też będzie wesoło!

Patrząc na nauczycieli akademickich, czasem przysypiając na wykładach, rzadko myśli się o tym, że pod profesjonalnym obliczem oczytanej osoby kryją się być może buntownicze pragnienia i palące żądze. Ewentualnie sarkastyczna, przenikliwa, ale i wrażliwa dusza pisarza. Otóż zdarza się, że i pracownicy uczelni piszą powieści popularne. Piszą nawet przezabawne satyry na życie uniwersyteckie. Wyraźny trend na takiego rodzaju powieści pojawił się w krajach anglosaskich, ale najpierw w Wielkiej Brytanii, na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i został opatrzony etykietką powieści kampusowej.

Sztandarową powieścią tego nurtu i jednocześnie książką, którą się szczuje studentów na anglistykach, jest Lucky Jim (pol. Jim szczęściarz) Kingsleya Amisa z 1954 roku. O dziwo, ci, którzy pokuszą się choć napocząć lekturę, odkrywają przezabawną krytykę bufonowatej pretensjonalności akademickiej: paradę hipokrytów, nudziarzy, przymierających głodem biedaków, karierowiczy i tak dalej. Główny bohater, młody Jim Dixon, sam nie wie, czego chce w życiu, a jakoś wyszło, że uczy historii średniowiecznej na Uniwersytecie Czerwonej Cegły (i już mamy zabawę słowem: redbrick university oznacza stosunkowo młody uniwersytet utworzony w jednym z głównych miast przemysłowych Wielkiej Brytanii). Rzecz jasna, jak wielu innych młodych naukowców, nie jest pewien swojej pozycji na uczelni, a koniec roku zbliża się wielkimi krokami. Jim próbuje więc przypodobać się roztrzepanemu kierownikowi wydziału czy z powodzeniem opublikować artykuł naukowy... ciągle jednak napotyka na różnorakie absurdy, bezczelne czy wręcz dziecinne zagrywki współpracowników; na dokładkę wikła się w szantaż emocjonalny ze strony swojej lekko niestabilnej dziewczyny, również wykładowczyni. Generalnie niezły cyrk.

Amis dodatkowo związany był z literackim ruchem zwanym Młodzi gniewni (ang. Angry Young Men), składającym się z angielskich twórców piszących w latach pięćdziesiątych i wyrażających otwarty bunt przeciwko dotychczasowemu porządkowi społecznemu: kołtuństwu, tradycjonalistom, nijakiej, skostniałej obyczajowości, stagnacji. Z grupą związany też był Philip Larkin, i to jemu Kingsley dedykował swoją powieść o Jimie, jako że poeta zainspirował go do stworzenia tytułowej postaci (w tamtych latach Larkin mieszkał na 12 Dixon Drive, stąd wzięło się nazwisko Jima), a także znacznie wpłynął na finalną strukturę powieści.


Powieść kampusowa to nie tylko satyra, ale generalnie jakakolwiek powieść pisana na temat pracowników uczelni i których akcja związana jest z uniwersytetem może być podciągnięta pod powieść akademicką. Przejmująca Hańba J. M. Coetzee, trzecią część trylogii amerykańskiej Philipa Rotha Ludzka skazaO pięknie Zadie Smith (czeka na mnie na półce), Biały szum Dona DeLillo, Tajemna historia Donny Tartt, a także misterna, wspaniała powieść Opętanie A.S. Byatt (pisałam o niej/zachwycałam się nią tutaj). Choć nie wszystkie z tych książek czytałam, mimo wszystko oczy mi rozbłyskują najbardziej, gdy słyszę nazwisko Davida Lodge'a.

Dla tych, którzy nigdy o pisarzu nie słyszeli: Lodge do 1987 roku wykładał literaturę angielską na Uniwersytecie w Birmingham, zapoznał się też z uczelniami amerykańskimi podczas pobytu na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, a najbardziej znany jest z powieści wyśmiewających lekko stuknięte środowisko akademickie. W jego twórczości oprócz uszczypliwych komentarzy dotyczących uniwersytetów znajdziemy wątki komediowe, obyczajowe, a także dyskusje intelektualne, odniesienia do krytyki literackiej, zabawy i nawiązania literackie... Już wiecie, czemu tak dobrze mi się go czyta! Zaraz powiem Wam coś więcej o jego tak zwanej trylogii uniwersyteckiej, ale przy okazji wspomnę, że następna u mnie w kolejce do czytania jest jego powieść Thinks..., która co nieco wyśmiewa się z Wydziału Pisania Kreatywnego na Uniwersytecie Anglii Wschodniej w Norwich. Tam uczyłam się pisać wierze po angielsku na Erasmusie;)

Trylogia kampusowa, której ostatnią część niedawno przeczytałam, składa się z opublikowanej w 1975 roku powieści Changing Places: A Tale of Two Campuses (pol. Zamiana: opowieść o dwóch uniwersytetach), następnie w 1984 Small World: An Academic Romance (pol. Mały światek: romans akademicki) i Nice Work z 1988 (Fajna robota). Wszystkie te powieści kręcą się wokół Uniwersytetu w Rummidge (khem, khem, Birmingham...).


Zamiana zasadza się na przezabawnym pomyśle zamiany miejsc, otoczenia i... partnerów. Tak, ta komedia romantyczna Holiday z Kate Winslet, Jackiem Blackiem i Judem Law nie była pierwsza. Nieciekawy i wyglądający jak psu z gardła wyjęty wykładowca angielski Philip Swallow wyrusza na wymianę akademicką. Na jego miejsce przyjeżdża przebojowy, krzykliwy Morris Zapp (inspirowany prawdziwym amerykańskim uczonym Stanleyem Fishem) z Uniwersytetu Stanu Euforii (kocham to, kocham), którego z początku trochę przytłaczają angielskie deszcze, wilgoć w domach i stęchlizna na uczelni w Rummidge. Podobne problemy z aklimatyzacją w Stanach ma Philip Swallow, ale wkrótce obaj dostrzegają plusy nowego położenia. Powieść jest mocno eksperymentalna, eklektyczna i przezabawna, a do tego już od samego tytułu serwuje literackie (Dickens!) odniesienia.

Tak jak Zamiana objeżdża z góry na dół amerykański system pogoni za publikacjami i rozpychanie się łokciami, a także zakurzoną niemrawość zwyczajów na uniwersytetach angielskich, tak Mały światek bierze na tapetę międzynarodowe wyjazdy konferencyjne. Ten aspekt akurat bawił mnie najbardziej (czytałam tę powieść mniej więcej w okolicach bawienia w Hamburgu na pewnej wystawnej konferencji dotyczącej humanistyki cyfrowej, a to ciekawy okres w moim życiu...), jednak mamy tu również intensywną zabawę literacką średniowiecznymi romansami rycerskimi. Młody Irlandczyk tuła się po różnych konferencjach i zlotach, szukając miłości swego życia, gdy tymczasem banda naukowców z całego świata, w tym Swallow (już kierownik wydziału) i Zapp (który wdał się w dekonstrukcję), wikła się w jakąś szaloną parodię mitu arturiańskiego. Dużo do odkrywania, jeszcze więcej śmiechu.

Wszystko to kończy się właśnie Fajną robotą, z którą trochę poczekałam, ale bardzo dobrze. Zaczynając lekturę miałam już bazę w postaci znajomości zarówno Shirley Brontë, Ciężkich czasów Dickensa jak i centralnej dla fabuły powieści Północ i południe Gaskell, którą teraz mocno przekopuję naukowo. W ramach odskoczni od grzebania w tłumaczeniach, zagłębiałam się w opowieść o Robyn Penrose, feminizującej badaczce, specjalizującej się w wiktoriańskiej powieści industrialnej. Rzecz się dzieje na Uniwersytecie w Rummidge (a jakże by inaczej!), a sama Robyn, po trosze jak ignorancka Margaret Hale z południa Anglii w powieści Gaskell, zostaje zanurzona w świat handlu i fabryk. Rząd narzuca zakładom naukowym i przemysłowym program „cień”, w ramach którego Robyn raz w tygodniu poświęca dzień na przyglądaniu się pracy Wiktora Wilcoxa, dyrektora jednej z lokalnych fabryk. Współpraca ma na celu otwarcie dialogu i próbę zrozumienia tych dwóch odmiennych światów, jednak rzecz jasna ta dwójka kompletnie się nie dogaduje. Przynajmniej na początku. Z czasem jednak, podobnie jak w Północy i południu, zaczynają do siebie czuć coś więcej niż poważanie... Pojawia się też Swallow (biedak powoli robi się coraz głuchszy, co nawiązuje do osobistych problemów autora ze słuchem), a nawet wciąż energetyczny i nieznośny Zapp (dość gościnnie). Sama powieść zaś każe czytelnikowi zastanowić się nad rolą uniwersytetu i silnie zintelektualizowanej krytyki literackiej we współczesnym świecie, nie szczędząc w komplecie nawiązań do Gaskell i Dickensa, a także wyrafinowanych dyskusji na temat dekonstrukcji i innych pasjonujących wymysłów badaczy literatury końca ubiegłego wieku.



Na koniec chciałabym się doczepić do okładki Fajnej roboty. Po tym wszystkim, co Wam opowiedziałam, nawet nie przeczytawszy książki, chyba możecie zrozumieć moje oburzenie i konfuzję. Dlaczego goła baba ze śrubek, rurek i innych części?... DLACZEGO? Co to ma do czegokolwiek?! Przecież to odstrasza czytelników, którzy potencjalnie mogliby docenić tę powieść, a jednocześnie przyciąga... nie wiem, amatorów robociego porno?

Te mechaniczne cycki są też na stronie tytułowej. Ponieważ czemu nie. Facepalm.

Fajna Robota

David Lodge

Dom Wydawniczy Rebis, 1998
przekład: Krzysztof Puławski
375 stron 
Odczucia: ★★★★/★★★★★