Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 22 marca 2020

Co zatruwa kobiece życie i jak się z tego uwolnić. "Obsesja piękna" Renee Engeln


Książka, do której dotarłam przez najcieplejszą osobę na świecie, Asię prowadzącą bloga Drobiazgi. (Jeśli brakuje Wam w życiu zachwytu rzeczami małymi, optymizmu i głębokiego, duchowego zastanowienia nad sobą, bardzo polecam obserwowanie jej Facebooka albo Instagrama.) Najpierw czytałam jej wpis o Obsesji piękna Engeln, a potem natknęłam się na nią buszując w stosikach i półkach z książkami w jej mieszkaniu. Ostatecznie skończyło się pożyczeniem i czytaniem w amoku bodaj do pierwszej w nocy. Bo to wszystko prawda. Bolesna, codzienna, wgrana na stałe w mózg i społeczeństwo prawda.

Są osoby, które czują się jak ryba w wodzie jeśli chodzi o stereotypy, wymagania i postrzeganie damskich ciał. Kobiety, które uwielbiają być podziwiane, wystrojone od stóp do głów i z efektownym makijażem, nawet w domu we frywolnych pantoflach na zgrabnej platformie i z puszkiem na górze stopy, w zwiewnym kimonie, ułożonych włosach. Zazwyczaj jednak obsesja piękna wyrządza więcej szkód niż daje korzyści jakakolwiek gratyfikacja z powodu wyglądu, nawet autentycznie szczera.

Czym jest obsesja piękna i skąd się bierze? To stan, w którym „energia emocjonalna kobiety jest tak silnie związana z wyglądem, że trudno jej dostrzec pozostałe aspekty życia. (...) Obsesję piękna napędza kultura, która koncentruje się na wyglądzie kobiet bardziej niż na ich słowach, czynach i osobowości. Wzmacnia ją sposób, w jaki przedstawia się kobiety i język, jakim posługujemy się, opisując siebie i inne panie. Przyczyniają się do niej osoby, które zawstydzają kobiety z powodu ich wyglądu – ale także te, chwalą dziewczynki i kobiety jedynie za urodę” (s. 21-22).  


Renee Engeln ma doktorat z psychologii społecznej, wykłada na amerykańskim Uniwersytecie Northwestern i naukowo zajmuje się teorią uprzedmiatawiania, „fat talk”, czyli niemal rytualnego narzekaniami na wagę oraz wpływem wyidealizowanych wizerunków kobiet w mediach na psychikę. Wynikiem jej analiz, wywiadów i poszukiwań jest właśnie ta książka, napisana w przyjemny, popularnonaukowy sposób, ale poparta solidną bibliografią i wynikami badań – zarówno jej własnych, jak i innych w tej dziedzinie. W ramach wprowadzenia można obejrzeć jej TED Talk, ale książka o wiele lepiej i głębiej przedstawia problem, od definicji, przez skutki i przyczyny, po rozwiązania: te nietrafione i te autentycznie działające. Spróbuję streścić tutaj pewne najważniejsze punkty, nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć, co tu można znaleźć.

Zarys

Bardzo trudno znaleźć nastolatkę czy dorosłą kobietę, która choćby w cichości serca nie ma kompleksów, uwag odnośnie swojego ciała, wewnętrznych komentarzy: ach, gdybym miała szczuplejsze uda, płaski brzuch, piękne włosy, pełne krągłości, większe oczy, mniejszy nos... Już bardzo małe dziewczynki instynktownie wyczuwają, że bycie nazwanym brzydką to największa potwarz. Czasem można sobie pomyśleć, że po co komu ten cały feminizm, skoro większa część kobiet cichcem podmieniłaby swoje prawa i wywalczony szacunek na poprawę wyglądu.

„Stworzyliśmy kulturę, która wmawia kobietom, że najważniejsze to być piękną. Narzucamy im nieosiągalne kanony piękna, a później, kiedy się nimi przejmują – oskarżamy o próżność albo, co gorsza, zbywamy pełnymi troski słowami: <<Każdy jest piękny na swój sposób>> i upominamy, że powinny akceptować siebie takimi, jakie są” (s. 13).  

Przyczyny

Mechanizm psychiczny, który tak mocno wypacza już kobiety od najmłodszych lat, to przedmiotowe traktowanie ciała. Kiedy świat traktuje twoje i inne damskie ciała jako poddawany nieustannej ocenie przedmiot, istniejący tylko po to, by sprawiać innym przyjemność; gdy wygląd to aspekt ważniejszy niż posiadanie sprawnego umysłu, życia wewnętrznego, uczuć, marzeń i aspiracji, trudno nie utracić części swojej podmiotowości, poczucia własnej wartości. Kiedy jesteś chwalona za to, że jesteś taka śliczna, gdy wszyscy martwią się o to, żebyś nie pomięła swojej najlepszej sukienki, kiedy najładniejsza dziewczynka dostaje nagrodę miss, kiedy dorosłe kobiety wokół ciebie nieustannie martwią się o swój wygląd, kiedy obcy ludzie na ulicy cię proszą o uśmiech albo wyzywająco komentują twoją sylwetkę, kiedy każdy portal plotkarski pozwala sobie na swobodne komentowanie i obcinanie wyglądu gwiazd, kiedy kobietom się płaci za to, by stały obok towaru i ładnie wyglądały, przyjmujesz jasny przekaz. Nie liczysz się ty, tylko twoje ciało. A twoje ciało jest sprawą wszystkich. Jest sprawą publiczną. A ty stajesz się przedmiotem. W oczach innych i w oczach samej siebie.

Jesteś uprzedmiotowiana. I skupiając się na wyglądzie w odpowiedzi na bombardujące cię komunikaty, dokonujesz samouprzedmiotowienia.

„Samouprzedmiotowienie ma miejsce, kiedy, choć fizycznie odchodzisz od lustra, pozostaje ono obecne w twoich myślach. Kiedy spacerujesz, siedzisz lub uczestniczysz w spotkaniu, cząstka twojej świadomości nieustannie monitoruje twój wygląd. Kiedy wygłaszasz prezentację przed grupą, cząstka ciebie siedzi w pierwszym rzędzie i sprawdza, czy dobrze wyglądasz. Temat wystąpienia jest nieważny. Czy spódnica nie opina cię zbyt mocno?” (s. 85)
 

Skutki

Opisane powyżej zjawisko narzuca nam skupienie się na zewnętrznej kontroli swojego ciała, przez co zatracamy tak zwaną świadomość introspektywnej, czyli wrodzonej zdolności do wyczuwania potrzeb swojego ciała od wewnątrz. Pracoholiczki, perfekcjonistki, bulimiczki, anorektyczki i wiele innych kobiet, które zabiło w sobie naturalne zwracanie uwagi na sygnały wysyłane przez ciało, są przykładami na to, jakie spustoszenie w ciele i psychice może zrobić ignorowanie poczucia głodu, sytości, zmęczenia czy tętna.

Wewnętrzny policjant skupiony na ciele odbiera też część mocy przerobowych umysłu. Przekierowując część ze swoich zasobów poznawczych na monitorowanie swojego wyglądu, narażamy się większe ryzyko zaburzeń myślenia i uwagi, tracimy część koncentracji, a do tego obniżamy swoją motywację i samoskuteczność.

Cierpi również asertywność, również seksualna. Nie czujemy, że mamy prawo mówić z szacunkiem o swoim ciele, więc tym bardziej nie wyrażamy swoich pragnień związanych z seksem. Skoro nasze ciało jest przedmiotem, nie zasługuje na prawo odmowy czegoś, na co nie mamy ochoty. Jeśli celem naszego istnienia jest sprawianie innym przyjemności swoim ciałem, dlaczego miałybyśmy się nie poddać presji.

Kobiece ubrania są skrojone z troską o atrakcyjność, a nie praktyczność. Damskie ubrania są krępujące, brakuje im kieszeni, są mocniej wydekoltowane, rękawy są krótsze, materiały cieńsze; wysokie obcasy zniekształcają stopy i obniżają komfort życia; zabiegi upiększające i makijaż zabiera nam czas i pieniądze.

Nie postrzegamy swojego ciała jako jedynej w swoim rodzaju biologicznej maszyny, która niesie nas przez świat i daje miliony możliwości. Nie myślimy, że nasze ramiona są użyteczne, bo można nimi przytulić najbliższą osobę, że nasze nogi pozwalają chodzić po górach i brodzić stopami w morzu, że nasze włosy zapewniają ciepło czaszce, włoski na ciele spełniają różne ważne funkcje, brzuch dostarcza energii i składników odżywczych przez trawienie. Nie ćwiczymy, żeby być zdrowymi, żeby mieć lepszą kondycję, żeby zestarzeć się z ukochaną osobą. Nie myślimy praktycznie.

Co nie pomaga

Krytykowanie wagi i body shaming nie motywują do przerzucenia się na zdrowe nawyki. Jeśli sprawimy, że ktoś znienawidzi własne ciało, czy będzie miał ochotę o nie dbać? Zamiast tego takie zachowania mogą wepchnąć kogoś w poczucie wstydu, kompleksy, skupienie na wyglądzie, a następnie popchnąć do źle umotywowanej i źle poprowadzonej diety, ćwiczeń czy zabiegów chirurgicznych, a nawet wpędzić w chorobę psychiczną.

„Wstyd to skomplikowana emocja – obejmuje poczucie niepowodzenia i poddania swoich wad pod osąd innych. Jest powiązany z normami kulturowymi i oczekiwaniami społecznymi. Sprawia, że stajemy się zbyt niepewne i za bardzo wsłuchujemy się w cudze oceny. (...) Skoro podobanie się innym ma być naszym najważniejszym zadaniem – niepowodzenie na tym polu traktujemy naprawdę poważnie, a związany z nim wstyd może zniszczyć nawet najsilniejsze kobiety. (...) Wstyd różni się od poczucia winy. To ostatnie zwykle łączy się z określonym zachowaniem i sprawia, że człowiek chce przeprosić za swoje postępowanie –  a nie zniknąć z powierzchni ziemi. (...) Wstyd ma ogólniejszy charakter –  nie dotyczy tego, co zrobiłaś, ale tego, kim jesteś. Trudno się go pozbyć, a toruje drogę dla lęków, depresji i zaburzeń odżywiania” (s. 85).

Złą drogą jest zakrywanie obsesji piękna troską o zdrowie. Nie da się stwierdzić, czy ktoś jest zdrowy kierując się wyłącznie jego wagą.

Również nie pomoże komplementowanie kobiet. Mówienie im, że są piękne, ściąga ich uwagę na wygląd. Przypomni, że są oceniane.

Jeszcze gorsze jest to, jak skonstruowane są nasze media. Tutaj odwołuję za autorką do świetnie tłumaczących rzeczywistość filmików Jean Kilbourne z serii Killing Us Softly na temat wizerunków kobiet w reklamach. Przeglądanie mediów społecznościowych, w których kreujemy często zafałszowaną, ulepszoną wizję swojego życia i wyglądu, a dodatkowo bardziej skupiamy się na przeglądaniu zdjęć, czyli wyglądu, tym bardziej ciągnie nas w dół. Bycie pod nieustannym ostrzałem aparatów w telefonach komórkowych wprowadza nas w nieustanny niepokój.

Sama świadomość powyżej wymienionych mechanizmów wcale nie pomoże nam się uchronić przed obsesją piękna, bo każde skupianie się na wyglądzie, nawet w celu krytyki pogoni za pięknym ciałem, zmusza nas do myślenia o ciele. A tego chcemy uniknąć.


Co pomaga

  • Przeniesienie ciężaru z troski o wygląd na troskę o zdrowie, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne. Oddzielanie wyglądu od poczucia własnej wartości i utożsamianie go ze szczęściem. Nie trzeba być pięknym, żeby zasłużyć na miłość.
  • Traktowanie swoich oznak starzenia jako symbol dojrzałości, medalu za przebyte doświadczenia. Zdobywa się je, gdy się na nie zasłuży. Po co się ich wstydzić?
  • Nie komentuj cudzego wyglądu. Komplementuj tylko to, nad czym dana osoba ma kontrolę, a zatem zalety wnętrza. Jeśli będziesz komplementować np. spadek wagi, podkreślasz to, że przed schudnięciem ta osoba była gorsza.
  • Jeśli już wstawiamy zdjęcia na swoich profilach mediów społecznościowych, pokazujmy na nich, kim jesteśmy i co robimy, co możemy, co jest dla nas ważne.
  • Unikajmy wystawiania się na media, które skupiają się na ciele: czy media społecznościowe, czy tradycyjne. 
  • Koncentrujmy się na myśleniu o tym, co robimy. Co możemy dzięki niemu zrobić. Jak funkcjonalne, wygodne jest nasze ciało. Ile mamy energii, jak jesteśmy wytrzymałe. Do czego NAM służy. Jak wpływa na NASZE samopoczucie. Ćwicząc, ćwiczmy dla naszej przyjemności i samopoczucia, a nie dla osiągnięcia wymarzonej wagi.
  • Zrezygnuj z ubrań, które zmuszają cię do ciągłego monitorowania swojego wyglądu. Postaw na funkcjonalność, przydatność, wygodę. Głosuj portfelem na te marki, które wspomagają twoją wizję świata.
  • Przenieś swoją uwagę na te aspekty twojego ciała, które lubisz. Które sprawiają ci radość.
  • Nie postrzegaj siebie fragmentarycznie: brzuch mam taki, biust taki, włosy takie. Patrz na siebie jako na całość.
  • Myślmy o naszym wyglądzie jak najmniej. Zmieńmy naszą perspektywę.
  • Zmuśmy nasz umysł do wejścia w dysonans poznawczy. Uznając się za osobę, która oddziela się od obsesji piękna, będąc wystawionym na wyidealizowane wizerunki kobiet, będziemy odczuwać dysonans, co stanie się naszą zaporą. Obsesja nie opanuje naszego myślenia aż tak szybko.
  • Nie włączajmy się w rozmowy o ciele z narzekającymi kobietami. Nie komentujmy naszego wyglądu przy innych. Nie usprawiedliwiajmy swojej powierzchowności. Uważajmy na słowa, mają dużą moc.
  • Zdobądź się na współczucie sobie i innym. Zaangażuj się w pomoc innym.


„Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyłączyć części naszego mózgu, która wyczula nas na ludzkie piękno. Możemy ją jednak wyciszyć” (s. 266).




Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiet
dr Renee Engeln
tłum. Marta Komorowska
Wydawnictwo Buchmann, 2018
416 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

wtorek, 17 marca 2020

On jest królem węgla i on ten burdel kupuje. "Atlas: Doppelganger" Dominiki Słowik


Kiedy książka z jednej strony rozbawia do łez i zachwyca przaśnymi, prostymi postaciami snującymi swoje gawędy z ułańską fantazją i rozmachem, a z drugiej zmusza do śledzenia w niej kluczy do odczytania gęstej od ścieżek znaczeniowych i motywów, to wiesz, że wpadła ci w ręce perełka.

Lata dziewięćdziesiąte, Śląsk. Dziadek Anny, rozpierając się w wózku na środku pokoju, opowiada dwóm zapatrzonym w niego jak w obrazek dziewczynkom o swoich fantastycznych przygodach na pełnym morzu i w najegzotyczniejszych krajach. Kiedyś był marynarzem, jego tors rozsadzał koszulki i ledwie unosił się na dwóch cienkich, patykowatych nogach; kiedyś bił się w klatkach podwieszanych pod sufitem, lśniący od oliwy; kiedyś był sobie tak bogaty, że kupił sobie cały blok na własność i miał jedną sprzątaczkę, Estelitę, która mu ten cały blok, każde mieszkanie z osobna, w pocie czoła sprzątała. Ach, czego to on w młodości nie robił...

Narratorka powieści skrywa się jak duch pod dosłownym znaczeniem jej opowieści. Jest widmem, nie wiemy o niej nic konkretnego; głównymi bohaterami są jej koleżanka, Anna i dziadek Anny. Nade wszystko zaś w centrum historii objawia się osiedle bloków z czasów transformacji, mityczna kraina dzieciństwa, gdzie czas rozmywa się w tykaniu zegara, a przestrzeń nie ma początku i końca; osiedle z wielkiej płyty to cały mikrowszechświat, jakiego potrzebujemy, bo jednocześnie zawiera w sobie nieskończoną ilość lądów, mórz i oceanów. 


Klucz pierwszy: doppelganger.

W ramach wstępu do powieści czytelnik zostaje uraczony wnikliwym wytłumaczeniem naukowym, czym doppelganger jest, a czym nie jest, skąd się wziął i jak można go interpretować. Pierwszy trop zatem to „zjawisko amorficzne, wywołuje w nawiedzanym ciągły niepokój, nieokreślone pragnienia, melancholię, poczucie pustki, potrzebę nadzwyczajnej aktywności (...) przymus ciągłej podróży” (s. 7-8). Zarówno w dziadku, jak i później w Annie widać tego samego ducha zagubienia w realnym świecie, pobudzającego do nieustannego poszukiwania.

Dziadek najpierw szlajał się po świecie, przeżywając (jeśli mu wierzyć) najwymyślniejsze przygody niczym w kalejdoskopie, a następnie osiadł na wózku na śląskim blokowisku i tak zaczął stopniowo niknąć w oczach, aż jego męskie, marynarskie znamiona, tatuaże, dziury w czaszce po trepanacjach przeprowadzanych w ramach lekarstwa na nieziemskiego kaca bledną, przepadają, zanikają. Anna, jak odbicie lustrzane, pod wpływem imponującej persony dziadka najpierw popada w stan nerwowego poszukiwania, przegląda mapy, usiłuje dociec odpowiedzi, znaleźć trasę dziadkowych podróży, aż w końcu sama przepada gdzieś na gigancie, prawdopodobnie przeżywając jeszcze barwniejsze przygody niż dziadek, w poszukiwaniu swojego właściwego miejsca na świecie.

Narratorka też podróżuje, ale w czasie i wspomnieniach, pobudzona doppelgangerem melancholii. Jej historia jest spleciona z historią Sadowskiego: on szukał papierów, listów, tropił ślady ludzi w pustych, odrealnionych blokach jak ze snu; ona szuka sensu we wspomnieniach z dzieciństwa, próbuje je sobie przypomnieć i zapamiętać, a może najbardziej zrozumieć.

Typowe, według wstępu ponoć błędne odczytanie doppelgangera to kopie, bliźniacze czy lustrzane odbicia. Sama okładka podsuwa nam podglądanie kalejdoskopu przez idealnie symetryczne dziewczynki. Czy Anna i narratorka to dwie strony medalu? Yang, aktywna, wyglądająca w przyszłość i szukająca nowych miejsc Anna i yin, patrząca wstecz i w czas, analizująca narratorka? A może chodzi o dwie historie, dziadka i Sadowskiego; dwa blokowiska, jedno żywe, pulsujące, przywołane ze wspomnień dzieciństwa i drugie: porzucone, w rozkładzie, zapomniane? O życie z opowieści dziadka, nierealne, fantasmagoryczne, oraz życie blokowiska, namacalne, prawdziwe, choć czasem równie fantastyczne?

Klucz drugi: atlas.

Dziadek atlas świata ma na ciele w formie plam, wybrzuszeń, tatuaży, blizn. Na szafie trzyma swoje nieuporządkowane, pozwijane mapy, na których odbite kółka po herbacie i rozlana kawa tworzą nowe lądy. Jego opowieści są fragmentaryczne, nieporządne, układające się w kalejdoskopowy, wariacki atlas życia.

Labirynt mieszkań to prawdziwa pułapka, czasem łatwiej uciec wybitą szybą niż szukać wyjścia. Labirynt osiedla jest jeszcze gorszy, trzeba umieć się zorientować w tej przestrzeni. Labirynt piwnic miesza się z labiryntem kopalni, rekiny węglowej finansjery mają własne wejścia do kopalni z piwnicy swojego mieszkania i sprzedają ukradziony węgiel na lewo, a pijane dresiki przestawiają bloki, żeby kraść schowane w piwnicach nowe, komunijne rowery. Linia graniczna w postaci autostrady i wysypiska oraz ostra linia bloków wystająca ponad trawy niczym okręt na przestworze oceanów to swoisty mikrokosmos, w którym zamyka się atlas świata. Przez to jedno śląskie osiedle przebija uniwersalizm: to miejsce to wszędzie.

Klucz trzeci, łączący dwa pierwsze: podróże w czasie, w pamięci, w przestrzeni.


„[c]zuła głęboko, że jego słowa, mimo że tak fascynujące i tworzące oś jej całego świata, były jednocześnie granicą, która od dziadka ją oddzielała i trzymała uwięzioną między fotelem a meblościanką.” (s. 334) 

Klucz czwarty: opowieść.

Powieść pisana jest wyłącznie małymi literami, często bardzo potocznym językiem zwykłych ludzi, to prawie gawęda, kultura słowa mówionego przeniesiona na kartki papieru. Siarczyste przekleństwa mieszają się z zachwycająco literackimi opisami blokowiska. Podsłuchane, podejrzane historie, plotki przemieniające się w legendy, żarty wyolbrzymione w mity przeplatają się z absurdalną, niespójną opowieścią dziadka. Zagubione wątki, nielogiczne przeskoki, historie opowiadane setny raz, a za każdym razem z innymi detalami, zlewają się w jedno. Labirynt blokowiska odzwierciedla ustnie przekazywane historie. Oswojone i dobrze znane ścieżki opowiadań, ale do końca niepoznawalne, ulotne, przepoczwarzające się z każdym kolejnym słowem, nie pozwalają znaleźć wyjścia z ograniczonego przecież świata blokowiska.

Kto to wie, czy to dziadek opowiadał o Sadowskim, czy Sadowski opowiadał o dziadku, czy narratorka o nich obu, czy każdy o sobie samym, a może to się tylko wszystko przyśniło...

Klucz piąty: nostalgia.

Idylliczne śląskie blokowisko prześwietlone jest wspomnieniami słonecznych, upalnych wakacji i bożonarodzeniowych kłótni. Kraina dzieciństwa pozostaje w sferze bez czasu, z rozmytymi krawędziami, oniryczna i trudna do uchwycenia, ale rozumiana jak przez skórę, instynktownie. Blokowisko z powieści to polskie odrealnione Macondo, wyrwane ze wspomnień niczym z kontekstu i przedziwne jak opowiadania Schultza. Współczesne pokoleniu trzydziestolatków dzieciństwo w latach dziewięćdziesiątych zostaje przemienione w ludową gawędę i literacki ołtarzyk. Pamiętacie, jak to się wodę lało bez opamiętania, jak nikogo nie obchodziło środowisko czy los zwierząt, jak dzieciaki na obiad do domu wołały matki przez balkon... Świat był prostszy, teraz więcej rozumiemy, ale i gubimy się w stopniu skomplikowania i relatywizmie każdego tematu, który próbujemy zgłębić.

Rzucona w przeszłość przez ducha nostalgii i melancholii narratorka stara się dotrzeć do swoich wspomnień, poczuć namacalnie swoje dzieciństwo jeszcze raz. Nietrwała pamięć rozmywa wątki, nie powala się w pełni zrozumieć ani zapisać.


Klucz szósty: humor.

Och, humor aż palce lizać.

„dopiero parę lat później okazało się, że znaleziony przez annę medal to order robotniczy za dwadzieścia pięć lat pracy, a dziadek, kiedy go dostał, to tak się uchlał z kolegami w knajpie na mieście, że zaczął rzucać medalem niczym dyskobol. można sobie tylko wyobrażać, jakie spustoszenie wywołał lecący przez knajpę półkilowy kawałek metalu ciskany z rozmachem pijacką ręką dziadka.
kiedy później wracał taksówką, pod domem oświadczył kierowcy, że jest królem węgla, i koniecznie chciał mu zapłacić za kurs swoim orderem, twierdząc, że to szczerozłota moneta.
– panie, nie chcę tego gówna, dawaj pieniądze – bronił się taksówkarz.
– to jest kurwa waluta, to nie jest jakiś tam rubel czy złotówka, nawet dolar przy tym to nic nie jest! – krzyczał dziadek. – panie, to jest taka waluta, że pan sobie pół województwa wykupisz!
taksówkarz, zdenerwowany, widząc, że nic nie wskóra, zapytał dziadka niewinnie:
– a to pan szanowny, skoro ma taką walutę przy sobie, to może ją sobie ulokuje w nieruchomościach? to strach takie pieniądze w tych czasach przy sobie mieć przecież.
– panie, dobrze pan gadasz... – zamyślił się dziadek i przycisnął medal do piersi.
– widzisz pan, panie szanowny, tak się składa, że ja mam akurat znajomego, który chce lokal sprzedać, hotel właściwie, w samym centrum. ale wiesz pan, on tam dużo kupców ma, bo oferta nie byle jaka, trzeba by to szybko załatwiać.
– no to na co czekamy, wieź mnie pan tam!!! – krzyknął wyraźnie podekscytowany dziadek.
następnego dnia babcia otrzymała telefon z informacją, że ma się zgłosić po swojego małżonka na miejską izbę wytrzeźwień. powiadomiono ją także, że wzmiankowany obywatel wkroczył na ową izbę o trzeciej nad ranem, w galowym mundurze, i wymachując medalem, oświadczył, że jest królem węgla i on ten burdel kupuje.” (s. 20-21) 


Debiut świetny, szalenie zadowalający, choć nie sycący. Powieść jest trochę nierówna: na początku genialna, potem trochę traci swojej mocy. Przekleństwa przeciążają narrację, czasem idealnie pasują, czasem okazują się niepotrzebne i nużą. Mimo drobnych wad, to bardzo dobra powieść.

Nie mogę się doczekać Zimowli.



Atlas: Doppelganger
Dominika Słowik
Znak, 2015
352 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

wtorek, 10 marca 2020

No i skończyło się płaczem. "Płacz" Marty Kisiel


Ostatni tom tak zwanego Cyklu Wrocławskiego, który zaczął się przezabawnym, fantastycznym Nomen Omen i uderzył w zdecydowanie bardziej ponure tony w Toń, właśnie kończy się w Płacz. Już jutro, 11 marca w waszych księgarniach, na Rozkminach dzisiaj, przedpremierowo.

O Marcie Kisiel pisałam na Rozkminach nie jeden raz, dotychczas jednak zazwyczaj pławiłam się ciepłem i humorem jej powieści; najlepszy komplet to kakao, bamboszki i nowa Kisiel. Płacz to chyba najbardziej poważna pozycja na jej koncie, przypominająca ocierające się o horror ostatnie opowiadania z antologii Pierwsze słowo i zgrabnie dopasowująca się do momentami mrożącej krew w żyłach Toni. Tutaj jednak jest też bardzo smutno, bo tragedia dotyka bardzo blisko, a zakończenie sprawia, że bamboszki leżą rzucone w kąt, a kakao nam stygnie w zapomnianym kubku. I to nie tylko dlatego, że książka tak wciąga.


Eleonora, tudzież psychobibliotekarka, jak ją oryginalnie nazwałam, oraz Dżusi, czyli miniaturowa seksbomba, potrzebują czasu, żeby pogodzić się z tym, czego dowiedziały się o swojej rodzinie. Oddalają się od ciotki Klary, uciekają z zasnutego widmami przeszłości mieszkania i szukają własnej drogi. Tak jak w poprzednim tomie odkrywały swoją przeszłość, tym razem można powiedzieć, że zaglądają w swoją przyszłość. 

Na tapecie pojawiają się tematy, które wymagają dojrzałości i nagle okazuje się, że obie Sternówny mają w sobie więcej siły psychicznej, niż zrozpaczona, otępiała Klara czy przytulający butelkę, zaniedbany Gerd. Dziewczyny pakują się w tarapaty i rzucają na głęboką wodę, ale dzięki problemom otwierają się na pomoc z zewnątrz, utrzymują głowę na powierzchni i nawet, wydaje się, ciągną za sobą resztę ferajny, która wybiera się odkrywać tajemnice w Górach Sowich.

Szkoda, że plejada barwnych postaci z pierwszego tomu cyklu miała już swój moment, ale w końcu to nie ich historia. W centrum zainteresowania zostają panny Stern i ich świta, czyli postacie głównie z tomu drugiego, całość zaś splata obecność fantastycznie napisanych sióstr Bolesnych. Ponieważ pierwsza połowa książki poświęca więcej uwagi Eleonorze i powoli wyjaśniającej się sytuacji, w jakiej się znalazła, wydawałoby się, że to ona będzie główną bohaterką. Okazuje się jednak, że gdy ekipa ratunkowa wyrusza na pomoc, centralna pozycja Eleonory gaśnie, a jej miejsce kradnie Dżusi i jej narzeczony, Karolek. 

Oboje z raczej humorystycznych, mniej ważnych postaci przeobrażają się w uroczych, kochanych bohaterów niemal tak namacalnych, jak ci z pierwszych tomów Jeżycjady Musierowicz. Ich osobowości, przekomarzania, problemy i docieranie się jako para są tak naturalne i rzeczywiste, że trudno nie kibicować głównie im. Ale co tu dużo mówić, wiadomo, u Kisiel siłą napędową powieści są barwne postaci i cudownie humorystyczne, choć wciąż najzupełniej naturalne dialogi.



Trzeba jednak przyznać, że równie fascynujące są tutaj prawdziwe historie z rejonu Dolnego Śląska, które przenikają tkankę Płacz. Tak jak w Toń, podczas wędrówek w czasie zanurzaliśmy się w mroczny okres oblężenia Wrocławia podczas II wojny światowej, tak w Płacz poznajemy całą siatkę tragicznych wydarzeń i teorii na temat Gór Sowich, zaczynając od XIX wieku, a na 1949 kończąc. Historia porcelanowego pałacu „śląskiego Rockefellera” z Jedlinki, kompleks Reise, budowany jako olbrzymi, połączony podziemnymi tunelami schron dla Hitlera, obozy pracy, z których brano więźniów do budowy tegoż kompleksu... Okazuje się, że historia Gór Sowich jest równie przerażająca, co fascynująca. I że w ogóle jej nie znam!

Samo wykorzystanie autentycznych wątków to nie wszystko, do tego dochodzi jeszcze rozłożona w czasie szalona intryga ze srebrną łyżeczką w roli głównej, a także duchami, anomaliami czasowymi i kolejnymi w bestiarium Kisiel fantastycznymi istotami, zdecydowanie mniej przyjaznymi niż taki Krakers...

Generalnie Płacz jednocześnie pozwala się poczuć jak podczas czytania Studni przodków Chmielewskiej, książek o panu Samochodziku i Jeżycjady, a do tego jest rdzenną fantastyką osadzoną we współczesnym sztafażu zaprawioną sporą dawką historii regionalnej. W Toni miało się wrażenie, że to bardziej urban fantasy, tutaj powiedziałabym, że to... local road trip fantasy? Jakkolwiek tego nie nazwać, czyta się przednio.

I tak kończy się Cykl Wrocławski. Płaczem. Bo zakończenie jest jak na Ałtorkę (pisownia zamierzona) zaskakujące, bo nie jest szczęśliwe. Bardzo dobrze splata wszystkie trzy książki i żegna się z postaciami, zostawiając zadrę w serduszku. No i to zimne kakao.


Płacz
Marta Kisiel
Uroboros, 2020
315 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 1 stycznia 2020

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2019


Witam Was wszystkich w nowym, 2020 roku!

Dobrze wiecie, że pierwszego stycznia co roku uraczam Was rozkminami na temat ubiegłego roku (20132014201520162017 i 2018). Tak jest, czas na podsumowanie i rozkminowe tytuły honorowe! A na powyższym zdjęciu znajdują się bilety i ulotki ze wszystkich wydarzeń i filmów, na których byłam.

Czytanie


Zacznijmy od statystyk!



W ubiegłym roku postawiłam sobie za cel przeczytać jak najwięcej książek Gaskell, bo to w końcu autorka powieści, którą analizuję w mojej pracy doktorskiej. Dodatkowo chciałam powtórzyć sagę o wiedźminie, bo chciałam się przygotować do serialu. Została mi jeszcze Pani Jeziora.

Jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, to ten wynik zdecydowanie mieści się w mojej normie. Za to nieprzeciętna jest ilość przeczytanych komiksów. Po raz pierwszy w życiu przeczytałam ich więcej niż kilkanaście! To wszystko przez to, że zaopatrzyliśmy się z moją Rybą w tablet specjalnie do czytania komiksów :)


Jeśli chodzi o książki, panuje tu duża różnorodność. Przeważa szeroko rozumiana literatura piękna, sporo jest fantastyki, literatury naukowej (do pracy) i trochę klasyki. W porównaniu z zeszłym rokiem... jestem dość zdziwiona tylko jedną powieścią s-f (Fundacja Asimova).


Postanowienie, które wreszcie udało mi się spełnić, to parytety czytelnicze :) Pisarki zawsze były u mnie w mniejszości, więc yay me!


Zdecydowanie spadły moje wyniki czytelnicze jeśli chodzi o audio- i e-booki. W 2018 ponad jedna czwartą książek przesłuchałam, a w tym... zepsuło mi się gniazdo na słuchawki w telefonie. Muszę to szybko naprawić!

Generalnie, jak co roku, nie jest źle jeśli chodzi o czytanie ;)

Blog


W ostatnim wpisie całkiem sporo się napodsumowałam, jeśli chodzi o bloga, więc dzisiaj zaserwuję tylko listę najpopularniejszych wpisów z tego roku:


Rozkminowe nagrody 2019!


1. Najgłębsze rozkminy



Najbardziej pobudzającą intelektualnie książką tego oku była dla mnie Americanah Chimamanda Ngozi Adichie. Więcej możecie o niej poczytać tutaj. Szczerze polecam! A na drugim miejscu dodam tutaj Jazz Toni Morrison.

2. Największy kradziej czasu



Po przeczytaniu polecenia After the Fire Willa Hilla w magazynie Książki poczułam, że to coś, co może mi się spodobać. Wpadłam jak śliwka w kompot i nie widziałam świata, póki nie skończyłam czytać.

3. Największe zaskoczenie 



Zupełnie się nie spodziewałam, że leżącą dość długo na półce i dorwana przypadkiem na wymianie Biurwa Sylwii Kubryńskiej będzie tak zabawna, dobrze napisana i życiowa. Bardzo dobrze mi się czytało i z każdą stroną byłam coraz bardziej zaskoczona!

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Oj, tutaj będzie ciężko rozstrzygnąć jeden tytuł, czytałam dużo prześmiesznych rzeczy w tym roku. O dziwo, Faraon Prusa był szalenie zabawny momentami, nie wspominając o Epoce hipokryzji Janickiego.... Książki Marty Kisiel, Seans w domu egipskim Szymiczkowej, Ostatnia arystokratka Bočka, Pratchett, wszystko wyśmienite... Malcolm XD jednak wygrywa.

5. Największy gniot 



W tej kategorii przeglądam książki, którym dałam najniższe noty w tym roku: The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar, Jesień pod muchomorem Poli Styx... jednak dzięki najbardziej cringe'owemu cytatowi („– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie”) wygrywa Purezento Joanny Bator.

6. Najlepszy komiks



Z 42 przeczytanych w tym roku komiksów, wiele z nich było naprawdę dobrych. Mocno uśmiałam się na The Way of the Househusband Oono, nie przegapiłam żadnego tomiku Wotakoi: miłość jest trudna dla otaku Fujity, zachwycałam się klimatem Draculi Mignoli, bardzo doceniłam Brom Odyi, świetnym komiksem okazała się manga Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością Nagaty... Jednak tytuł najlepszego komiksu tego roku dostają trzy tomy Harleen Stjepana Šejića.

7. Serial roku



Ostatnie pół roku żyję Star Trekiem: The Next Generation, jednak wydaje mi się, że największe wrażenie zrobił na mnie Dobry omen. To jest tak dobry miniserial, proszę czytać oryginał i oglądać!

Dodatkowo wyróżniam serial Co robimy w ukryciu za najlepszą bekę z wampirów :)

8. Film roku



Za najlepszy film, jaki obejrzałam w tym roku, uznaję Faworytę. Wyróżnienia należą się też świetnemu Na noże oraz Parasite.

Znakomitości w 2020!

niedziela, 15 grudnia 2019

Sześć lat Rozkmin. I co dalej?


Sześć lat temu, w 2013 roku, opublikowałam pierwszy wpis na Rozkminach Hadyny. 

Podobnie jak dwa lata temu, gdy zastanawiałam się, czy warto, dzisiaj również zamiast konkursu postanowiłam, że czas na przemyślenia. 

Na czwarte urodziny bloga życzyłam sobie, cytując, „Dlatego od teraz przechodzę bardziej na rytm slow. Bez wymuszenia, bez wyrzutów sumienia, bez rozczarowań, bez presji”. Co więcej, rok temu po spotkaniu blogerów podczas Literackiej Stolicy miałam przemyślenia odnośnie przejścia z ilości na jakość, przestawienia się na slow bookblogging, zastanawiania się nad zjawiskami, nad motywami, kontekstami. Patrzeniu szerzej. Pisaniu tekstów dalekich od typowych recenzji.

Czy mi to wyszło? I czy wyszło na dobre?

Na pewno zauważyliście, że w tym roku pisałam bardzo rzadko, czasem raz na miesiąc. Jednak starałam się, żeby każdy nowy wpis był dopracowany na miarę moich możliwości i zasobów czasu. Oprócz zwykłych wpisów o jednej książce, pojawiły się teksty przekrojowe, dotyczące autorów albo łączące kilka utworów. Takie wpisy były bardziej czasochłonne, ale pojawiały się tylko wtedy, kiedy naprawdę miałam ochotę coś napisać. Zerwałam z myśleniem, ile minęło od ostatniego wpisu.

Z jednej strony takie ambitniejsze podejście bardziej satysfakcjonuje, z drugiej, rzadsze publikowanie zdecydowanie odbija się na tym, że media społecznościowe Rozmin są bardziej popularne niż blog z dłuższymi tekstami. Trochę mam wyrzuty sumienia z tego powodu, trochę mi smutno, że zrobiło się tu tak cicho, ale trochę mi ulżyło. Nawet od kilku miesięcy przestałam pisać comiesięczne podsumowania popkulturalne. Przeniosłam się z tym na bieżąco na Facebooka, na Instagramie dzielę się okruchami życia na Stories.  

Jednak cały czas mam w głowie myśl, że ta minimalna hibernacja, która tu się zadziała, to rzecz tymczasowa. Cały czas mam nadzieję, że jak napiszę pracę i się obronię, będę się mogła bardziej skupić na Rozkminach. I mam nawet różne dziwne pomysły chodzące mi po głowie... Wynurzenia o najświeższych lekturach w formie filmików na Stories, może podcast we współpracy z pewną interesującą osobą... 

Mam sporo zapału, ale na razie staram się przekierowywać moje starania na codzienną pracę nad pracą doktorską i pracę zawodową. Z jednej strony mam przed sobą cel obrony w ciągu roku, z drugiej w tym roku dość dużo działo się w moim korpo. W czerwcu wysłano mnie na dłuższą podróż służbową, a tej jesieni udało mi się wspiąć po kilku szczebelkach kariery i dostać odpowiedzialniejszą pracę z lepszymi perspektywami, a do tego związaną z pisaniem i dopieszczaniem tekstów. Generalnie dużo się u mnie dzieje, ale żyję przekonaniem, że się wszystko ustatkuje, zamknie i uwolni mój czas.

I będzie więcej czytania, więcej pisania, więcej publikowania. I również przyjdzie czas na nowe.

Trzymajcie kciuki. Życzę sobie, żeby się udało.

A teraz wchodzicie Wy. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie komentarze. Chcę usłyszeć Waszą opinię, co sądzicie o kierunku, w jakim idą Rozkminy, porady, życzenia i krytykę!

niedziela, 8 grudnia 2019

ANGLOFILIA #10: Umoralniająca papka dla młodych. Cała prawda o "Małych kobietkach" Louisy May Alcott


Małe kobietki twardo zajmują pierwsze miejsce w kanonie powieści amerykańskiej dla dziewcząt. Choć cykl o rudowłosej Ani autorstwa Montgomery jest w Polsce zdecydowanie bardziej popularny, to Alcott była pierwsza. To ona wyznaczyła pewne standardy pouczającej, ale zabawnej powieści, opowiadającej o losach dość zwyczajnych nastolatek. Co więcej, Małe kobietki zostały wydane w środku dziewiętnastego wieku, w 1868 roku, a Ania z Zielonego Wzgórza już w wieku dwudziestym. Być może również dlatego powieść Alcott to trochę antyczna ramotka, z kolejnymi rozdziałami zwieńczanymi umoralniającymi kazaniami ze strony Marmisi, matki czterech dziewczynek, od których robi się człowiekowi słabo. Powieści Montgomery za to do tej pory świetnie się czyta.

O Małych kobietkach pisano dużo. Dla niektórych to jedna z najulubieńszych powieści dzieciństwa, czytana raz po raz na osłodę życia. Ci z niecierpliwością wyglądają zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej ekranizacji. Inni, jak ja, przeczytali kiedyś i szybko zapomnieli. Inni w ogóle nie pojmują fenomenu i tytuł, szczególnie polski, odstręcza. Jednak nieliczni zdają sobie sprawę z drugiego dna.

Z tego, że Alcott niecierpiała Małych kobietek i napisała je głownie dla pieniędzy.


Cała ta sprawa jest szalenie przewrotna i ironiczna w kontekście fabuły powieści, w szczególności biorąc pod uwagę obie części powieści (i nie mówię tutaj o tworzących trylogię Dobrych żonach i Chłopcach Jo, a o pełnej, dwuczęściowej wersji Małych kobietek, w których ślub Meg to dopiero środek historii). Sama fabuła, dla porządku, śledzi losy zubożałej rodziny, opuszczonej przez ojca, który zgłosił się na front. Cztery siostry, najstarsza Meg, chłopczca Jo, posłuszna i cicha Beth oraz trochę rozpieszczona i zadzierająca nosa Amy, pod opieką matki i wiernej służącej, próbują przetrwać ciężkie czasy, zarabiając na siebie, oszczędzając, a przede wszystkim walcząc ze swoimi słabościami. Dziewczynki obserwujemy od wczesnego wieku nastoletniego aż do dorosłości. A żeby w pełni wyjaśnić, co takiego ironicznego tkwi w tym zarysie, cofnę się do biografii autorki.

Otóż Alcott była drugą z czwórki sióstr, równie chłopczycowatą, co Jo. Wydaje się, że żyła nie tylko w skrajnym ubóstwie, ale też czymś w rodzaju sekty. Jej ojciec, Bronson Alcott, prawdopodobnie w jakimś stopniu niezrównoważony i opętany fanatyzmem religijnym, nie pozwalał rodzinie jeść produktów odzwierzęcych ani ubierać się w cokolwiek innego niż len. Jako socjalista, odmawiał pracy za wynagrodzenie. W 1840 roku brał udział w organizacji utopijnego stowarzyszenia Fruitlands, w którym warzywa korzeniowe były przez jakiś czas zabronione, bo... rosły w kierunku piekła. Rodzina musiała otrzymywać się z datków i ofiar, a sama Alcott podejmowała się różnych prac: szwaczki, praczki, służącej czy guwernantki.

Również podobnie jak w powieści, jedna z jej sióstr zaraziła się szkarlatyną, pomagając uboższej rodzinie z sąsiedztwa, i umarła przedwcześnie. Choć śmierć Beth w Małych kobietkach przedstawiona jest enigmatycznie, ale bardzo spokojnie czy wręcz idyllicznie, bo cała rodzina jest pogodzona, a Beth wręcz wyczekuje śmierci z uśmiechem, tak Lizzie zmarła w wieku dwudziestu dwóch lat po przewlekłym okresie bolesnego podupadania na zdrowiu. We współczesnych analizach podejrzewa się, że mogła cierpieć na jakieś schorzenie psychiczne, takie jak depresję czy anoreksję.

Można też wspomnieć, że ślub Meg został opisany tak, jak wyglądała ceremonia najstarszej siostry, a Amy to anagram najmłodszej May, która osiadła w Europie, by malować. May tak naprawdę żyła takim życiem, o jakim Louise'a prawdopodobnie marzyła: niezależnym, wyemancypowanym i artystycznym.



Choć Alcott dorastała w kręgu amerykańskich transcendentalistów takich jak Ralph Waldo Emerson i Henry David Thoreau, dla których pisarstwo było czymś wzniosłym, bieda i nędza popchnęły ją w stronę pisarstwa brukowego. Tak samo jak Jo, zaczęła publikować w gazetach poczytne i przynoszące wymierną zapłatę powieści sensacyjne pełne brutalnych morderstw i opiumowych pieczar. W przeciwieństwie jednak do bohaterki, której starszy mężczyzna i przyszły mąż w porę zwraca uwagę, że to zajęcie niegodne kobiety, a w szczególności młodej dziewczyny, której niewinność może zostać bezpowrotnie zbrukana tak niegodnym zajęciem, Alcott pisała ile wlezie. I dzięki temu mogła wspomóc rodzinę, gdy tymczasem nieudolny ojciec uważał, że jedynie nauczanie i rąbanie drewna to zajęcia nieuwłaczające mu moralnie.

Podczas gdy czytelnicy Alcott kibicowali, żeby Jo skończyła szczęśliwie z Lauriem, Alcott brutalnie niszczy to pragnienie i prawdopodobnie wkłada dziewczynie w usta swoje własne myśli na temat małżeństwa. Autorka nigdy nie wyszła za mąż i cieszyła się swoją niezależną pozycją starej panny-literatki. W swoim dzienniku napisała, że fanki proszą o mężów dla małych kobietek, tak jakby jednym celem w życiu kobiety było małżeństwo, a tymczasem ona nie pozwoli Jo wyjść za Lauriego tylko po to, by kogokolwiek zadowolić. Niestety z powodu silnych nacisków, ostatecznie Jo znalazła parę, jednak był to wybór niepopularny i zaskakujący: mężczyzna starszy, niezamożny, a w dodatku świetny kompan dla dzieci. Niektórzy badacze zakładają jednak, że Alcott najchętniej pozostawiłaby Jo bez mężczyzny u boku, ale dziewiętnastowieczni czytelnicy nie byli na to gotowi.

Alcott napisała też w swoim dzienniku, że nigdy nie lubiła dziewczyn ani się z nimi nie zadawała. Jedynym wyjątkiem były jej siostry. Pisanie trzech tomów o tej "Rodzinie Żałosnych", jak zresztą mówiła też o swoich bliskich, było zajęciem niewdzięcznym i wymuszonym. Wydawca zaproponował jej napisanie powieści dla dziewcząt, nad czym się zastanawiała przez dłuższy czas. Gdy wyszło na jaw, że gra na zwłokę, wydawca przewrotnie zwrócił się do ojca, proponując mu wyczekiwany kontrakt na książkę, pod warunkiem, że jego córka napisze zamówioną powieść dla młodszych. Louise'a musiała ustąpić.

Pisała dziesięć tygodni, dniami i nocami, czasem bez snu i jedzenia. Twórczy trans, w jaki wpadała, został opisany na przykładzie Jo, która też zapominała o bożym świecie podczas pisania. Po czterech miesiącach od rozpoczęcia pracy, pierwsza część Małych kobietek pojawiła się w księgarniach. Natychmiast stała się też bestsellerem, przez co Alcott została uwiązana do serii na dłuższy czas. Nie tylko napisała drugą część, ale też drugi i trzeci tom. Ponoć oparła się pokusie, żeby zakończyć całą historię trzęsieniem ziemi, które pochłonęłoby wszystkich bohaterów raz na zawsze, tak bardzo miała ich dość.

Później mówiła, że książki pokroju ...kobietek to "umoralniająca papka dla młodych".



Wydaje się, że nowa adaptacja może dużo czerpać ze współczesnych feministycznych odczytań powieści oraz z podobieństw do biografii autorki. W końcu Alcott była niezależną nonkonformistką, wyprzedzającą swój czas wolnomyślicielką i feministką. Najwyższy czas, by ujawnić zakopaną pod ramotą prawdę. W zwiastunie filmu widzimy, jak Jo wykłóca się z wydawcą, który nakazuje jej zakończyć powieść ślubem. Wydaje się, że taka scena mogła przydarzyć się samej Alcott. Nie mówiąc już o tym, jak ciotka March komentuje, że nie musi wychodzić za mąż, bo ma pieniądze. Po napisaniu Małych kobietek, Alcott wreszcie mogła uzyskać niezależność.

Little Women
Louisa May Alcott
Penguin Classics, 1989
478 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

Podczas pisania tekstu czerpałam z artykułów "The Lie of Little Women" Sopie Gilbert oraz "10 Things You Might Not Know About Little Women" Joy Lanzendorfer. Jeśli szukacie tekstów skupiających się na samej powieści, polecam wpisy z cyklu Pikniki z klasyką Pyzy oraz Tarniny.

wtorek, 29 października 2019

KONKURS! Wygraj "Małe Licho i anioła z kamienia" Marty Kisiel


Oto nadeszła druga część niespodzianki, na którą Was szykowałam na Facebooku. Mam dla Was egzemplarz nowo wydanego drugiego tomu Małego Licha! O pierwszym tomie mogliście u mnie przeczytać tutaj. A o drugim... na drugiej stronie książki!

Dokładnie tak, tym razem zostałam poproszona o przeczytanie książki jeszcze zanim wyszedł jakikolwiek egzemplarz recenzencki. Pod koniec lata dostałam od wydawnictwa tekst powieści, a jak tylko ją przeczytałam (w błyskawicznym tempie, bo tak się czyta Martę Kisiel), napisałam kilka słów zachęcających. Możecie je znaleźć przed stroną tytułową:


Czuję się dumna i szczęśliwa, bo każdy fan Kisiel może teraz niechcący zahaczyć wzrokiem o adres Rozkmin, a przy okazji i znajomi Rozkmin mogą poczuć się mile połechtani, że znajdą mnie w książce. Co więcej, nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w żadnych patronatach, więc tym przyjemniej :)

Co do samej powieści, znajdziecie tu wszystko to, za co się kocha prozę Kisiel. Tym razem Bożek ma okazję się trochę bardziej usamodzielnić, bo wyjeżdża na ferie do pewnego domku w lesie, z dala od cywilizacji. Do pewnej cioci o bujnych, kręconych włosach, która jest lekarzem, ale nie tylko. I po raz pierwszy tak długo poza domem! Szykuje się niesamowita, zimowa przygoda.


Znawcy Kiślowersum natychmiast rozpoznają, o jakim domu mowa. A Ci, którzy nie znają innych książek autorki, szybko pokochają nowych fantastycznych przyjaciół: małego czorta z problemami ze zgryzem i umiłowaniem do kuchni oraz pełnego entuzjazmu i energii pieska bez nogi. A na dodatek do opisanej ferajny mamy też masę głodnych, przyjaznych macek w formie miniaturowego Przedwiecznego.

Jedyny problem to ten uciążliwy, wiecznie narzekający, zadzierający nosa anioł stróż... Jemu nigdy nic się nie podoba, doprawdy, alleluja!

Książeczka nie tylko zawiera ocieplającą czytelnicze serduszko jak kubek kakao w zimny wieczór historię o pewnym niereformowalnym aniele, ale również prześliczne, klimatyczne ilustracje Pauliny Wyrt. Dzięki nim opowieść o Bożku i jego zimowej przygodzie nabierają niesamowitych kształtów. Książeczka na dodatek wydana jest w miłej w dotyku twardej oprawie, z soczystą, niebieską okładką i naprawdę dużym i łatwym do czytania drukiem. W sam raz dla dziecka, ale rzecz jasna nie tylko :)


A teraz czas na zapowiadany w tytule konkurs! Razem z Wydawnictwem Wilga mamy dla Was jeden egzemplarz Małego Licha i anioła z kamienia Marty Kisiel, który zostanie wysłany do zwycięzcy!

Wystarczy odpowiedzieć na poniższe zadanie w komentarzu pod tym wpisem albo pod moimi udostępnieniami wpisu w mediach społecznościowych. A zadanie konkursowe brzmi:

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spotykacie anioła stróża takiego, jak Licho albo Tsadkiel, który jest waszym własnym, spersonalizowanym kompanem na co dzień. Opiszcie go!


Na odpowiedzi macie czas do 2 listopada!

Będzie mi miło, jeśli udostępnicie w dowolny sposób informację o konkursie :)



Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny oraz Wydawnictwo Wilga.

2. Nagrodą jest książka Małe Licho i anioł z kamienia Marty Kisiel.

3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie  podać e-mail kontaktowy, jeśli dodajecie komentarz pod tym wpisem) lub pod postami Rozkmin w mediach społecznościowych,
  • odpowiedzieć na zadanie konkursowe. 

4. Konkurs trwa od 29 października do 2 listopada 2019 r.

5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię przez prowadzącą bloga spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.

8. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

10. Nagrody wysyła wydawnictwo jedynie na terenie Polski.

11. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!



A w ramach bonusu mam dla Was zdjęcie mojego kota, który bardzo się ucieszył, że robię zdjęcia z piórkiem w roli głównej i szybko mi je zabrał:

niedziela, 13 października 2019

Jedz, sklejaj ceramikę i kochaj. "Purezento" Joanny Bator


Czytając tę książkę, ogarnęło mnie przyjemne poczucie spokoju. Bator się dobrze czyta, w szczególności, gdy próbuje pisać trochę jak Murakami, niespiesznie, trochę tajemniczo, bardzo oszczędnie. Tak japońsko, jak tylko Europejczyk zafascynowany kulturą zen i ceremonią herbacianą potrafi. Purezento jest bardzo przyjemną, wyciszającą książką, która niestety jest też bardzo słaba.

Znacie zapewne ten typowy motyw z literacki powtarzany w dziesiątkach popularnych książek: kobieta porzuca swoje dotychczasowe życie i wyrusza w podróż życia, podczas której poznając obcą kulturę, poznaje też siebie, a przy okazji również i prawdziwą miłość: Jedz, módl się i kochaj czy Pod słońcem Toskanii. Dorzuciłabym też Dziką drogę, choć tam nie ma degustacji i miłości, jednak prosta symbolika palenia książek, by godzić się z przeszłością i wykuć nową siebie, pozostaje ta sama.

Otóż Bator zbiera wszystkie klisze związane z tym motywem, dorzuca do nich wszystkie klisze na temat Japonii i tworzy z tego pretensjonalną powieść dla tych, którzy kochają proste jak drut metafory.


Bezimienna bohaterka powieści próbuje pogodzić się ze stratą chłopaka, ale sobie z tym nie radzi. Życie przelatuje jej przez palce, wszystko wydaje się bez sensu, gdy zamiast ludzi z krwi i kości widzi zwierzęta, a przez jej dni przemykają czarne myśli w postaci rekinów ludojadów. W tym momencie odnajduje ją tajemnicza, mądra Japonka, która proponuje nietypową transakcję: Polka pojedzie do Japonii pilnować jej domu i kota, a ta w zamian sfinansuje całą podróż. Nie mając nic do stracenia, bohaterka się zgadza. I trafia do cudownego, w pełni wyposażonego domku w stylu japońskim, gdzie leczy się dusze zagubionych i poranionych życiem cudzoziemców.

Po drodze pojawia się więcej mistycznych Azjatów. Starszy sensei pozwala bohaterce zgłębić sztukę kintsugi, czyli starojapońskiej sztuki naprawy potłuczonej ceramiki złotem. Zachęca ją do praktykowania mindfulness, bycia tu i teraz, odrzuceniu rozpraszających myśli. Sklejone skorupy scala się na jakiś czas zwykłym plastrem, aż naczynie zaschnie, a potem blizny przemieniają się w złote żyłki wzbogacające całość.

„Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeśli pozostaniemy bierni. Wtedy prostu upływa, obojętny. Kintsugi pokazuje nam, jak objąć nasze uszczerbki, pęknięcia i rysy. Nasze rany. Słabość i ułomność. Naszą kruchość i przemijalność. Jeśli się postaramy, możemy stworzyć nową całość z rozbitych części i łączących je blizn. (...) Niedoskonałość i przemijanie to części tego, kim jesteśmy. Część naszej podróży. I to właśnie jest piękne.” (s. 159)

Tak jak sensei zmusza bohaterkę do pracy ponad siły, która doprowadza ją do paraliżującego bólu pleców i osłabienia organizmu, tak autorka wpycha symbolikę kintsugi czytelnikowi na siłę prosto do gardła. Niech się zachwyci, jaka piękna, jaka głęboka, jak pięknie wytłumaczona i podana na złotej łyżce aż do zadławienia.


Oprócz leczenia duszy poprzez naprawę cennej ceramiki, bohaterka ma okazję zachwycić się zwykłymi rzeczami, obserwacją natury i tym samym przemijalności, jak to zazwyczaj w japońskiej literaturze. Jeździ rowerem z majestatycznym i nieruchomym kotem w koszyku, kupuje ryby od miłego pana, którego totalnie nie rozumie, obserwuje ulice, ludzi, festiwale uliczne, próbuje nowych potraw. Odkrywa w sobie miłość do gotowania warzyw, ryb i tofu z ryżem, przeżywa kąpiele w japońskiej wannie niczym ceremonię oczyszczenia duszy, obserwuje świat z dachu domu i odkrywa na nowo swoje ciało.

Rzecz jasna oprócz jedzenia i duchowej pracy z czarkami do herbaty do dopełnienia tytułowego nawiązania potrzebujemy jeszcze miłości. Rzecz jasna pojawia się po jednej trzeciej książki i jest subtelna niczym uderzenie japońską packą na muchy w twarz:

„– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie.” (s. 92)

Nie wiem, czy potrzebujemy do tego komentarza. Strażniczka bramy wkrótce rozpala się ze zwierzęcego pożądania, a on jest klucznikiem i wchodzi do pokoju akurat, jak ona unosi się nad łóżkiem wśród powiewających tiulów...

Heh, żarcik.


Ostatnią cegiełką azjatyckiego mistycyzmu ratującego białą Europejkę jest element realizmu magicznego, który jest równie głęboki jak ten w ostatniej powieści Mukaramiego. Co ciekawe, również polega na dosłownym schodzeniu do podziemnych tuneli i jaskiń, wiecie, g ł ę b o k o  do  w n ę t r z a, do przestrzeni poza rzeczywistością. Jak bohater Murakamiego spaceruje po czymś w rodzaju zaświatów, a na koniec przeciska się wąskimi przejściami we wnętrzu ziemi, tak bohaterka Bator schodzi do gorących źródeł i ołtarzyka bogini matki. Mokro, wilgotno, ciepło i przyjemnie, jak u mamy. Spojler: to tam dokonuje się jej ostateczne uleczenie ran i otworzenie na drugiego człowieka.

I tak jak napisałam na początku, choć książka składa się z samych klisz, to wciąż ma właściwości odprężające. Nie żałuję czasu spędzonego na podążaniu za bezimienną bohaterką, bo była to czysta, egoistyczna przyjemność czytania o fantazji spełniającej skryte marzenia. Chętnie sama przeszłabym przez bóle kintsugi, by zagoić swoje wszystkie rany i dostać gotową receptę na szczęście. Tak samo jak czytając Dziką drogę miałam ochotę ruszyć na szlak i przekuć wysiłek w odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a czytając Jedz, módl się i kochaj chciałam zakochać się we włoskiej kuchni i odnaleźć łatwą duchowość w Indiach.

Mimo powyższego nie mogę powiedzieć, że Purezento to dobra książka. Ogłaszane na przepięknej okładce wielkie zaskoczenie w duchu zen okazało się płytką powiastką w duchu pop, przemycające zasadnicze pojęcia starożytnej etyki japońskiej. Mając w pamięci miejscami mało odkrywcze japońskie eseje autorki (Japoński wachlarz, Rekin z parku yoyogi), nie powinno mnie to jednak bardzo dziwić.


Purezento
Joanna Bator
Znak, 2017
283 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

sobota, 5 października 2019

W TERENIE #18: MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL KOMIKSU I GIER W ŁODZI 2019


Od 2014 przez cztery lata z rzędu raczyłam Was relacjami z kolejnych MFKiG (linki: 2017, 2016, 2015 i 2014). W zeszłym roku postanowiłam zrobić sobie przerwę, choć wciąż na festiwalu byłam, a w tym powracam z fotorelacją z wydarzenia. Wiecie, akredytacja medialna zobowiązuje, a poza tym zrobiłam parę przyjemnych zdjęć i chcę się podzielić opiniami o paru komiksach, między innymi o komiksie nagrodzonym w kategorii najlepszego polskiego komiksu tego roku! To co, zaczynamy?

Tym razem festiwal wydawał się bardziej kameralny niż do tej pory, a to przede wszystkim z powodu zmiany miejscówki. Zazwyczaj kojarzony z chodzeniem dookoła Atlas Areny, przysiadaniem na trybunach, bieganiem po schodach i spoglądaniem na tłum z góry, a do tego również z pobliskim dworcem Łódź Kaliska i dojeżdżaniem do centrum na obiad, tym razem zjazd odbył się dwadzieścia minut spacerem od ścisłego centrum na gwarnej Piotrkowskiej. Konkurował też z widowiskowym Festiwalem Światła, który przejmował główną ulicę Łodzi późnym wieczorem. Hale Expo-Łódź pomieściły w bardziej zwartej przestrzeni niż Atlas Arena zarówno część komiksową, jak i grową festiwalu. Oznaczało to mniej chodzenia niż zwykle, co jednak nie znaczy, że nogi nie bolały po dwóch dniach wędrowania od stoiska do stoiska.



Hala z większymi wystawcami komiksowymi z jednej strony mieściła scenę główną, a z drugiej autografową, jednocześnie zapewniając sporo miejsca na strefę planszówkową. Druga hala, z bardziej stonowanym oświetleniem, służyła graczom podczas rozgrywek komputerowych i konsolowych. Na korytarzu rozłożyli się bardziej indywidualni twórcy zinowi i internetowi, sale na piętrze gromadziły słuchaczy i uczestników prelekcji, dyskusji i paneli, a dzięki rozłożonym w pobliżu poduchom i kanapom można było wygodnie się rozłożyć i skupić na zakupionych komiksach. W razie głodu, festiwalowicze mogli wyjść przed budynek, gdzie czekał na nich wybór foodtrucków, a bezglutenowiec mógł zjeść obiad w Chudym Ciachu w Galerii Sukcesja po drugiej stornie ulicy. Generalnie zmianę miejsca oceniam zdecydowanie na plus, choć odrobinę brakowało mi znajomej atmosfery Atlas Areny.


Muszę jednak przyznać, że bardziej skondensowana przestrzeń wpłynęła też na to, że stoisk było odrobinę mniej niż zazwyczaj. Nie widziałam nigdzie Yatty ani niekończących się stoisk z kocimi uszami, koszulkami i kubkami. Do tego również nie było miejsca na dodatkowe atrakcje w stylu walk na miecze świetlne czy inne inicjatywy, strefę Star Wars ani wystawy. Te ostatnie zostały umiejscowione w zupełnie innej części Łodzi - w budynku EC1.


Z drobnych ciekawostek: to pierwszy konwent, na którym widziałam jakąkolwiek obecność Jojo. Jeśli nie znacie tych mang czy anime, JoJo's Bizarre Adventure to bardzo specyficzna rzecz, pełna kampu, dziwnego humoru, odjechanych pomysłów i jedynej w swoim rodzaju stylistyki. Komiks jest rysowany od lat osiemdziesiątych, ale animacja na jego podstawie pojawiła się dopiero niedawno i zyskuje coraz większą popularność również poza Japonią. Odważnym polecam obczaić.


Z innych newsów, świeżo po wydaniu angielskiego tłumaczenia świetnej komediowej mangi The Way of the Househusband pojawiła się również polska wersja. Trzymam kciuki, że tłumaczenie nie zawodzi, bo te krótkie historyjki o yakuzie, który zostaje bardzo oddanym sprawie kurem domowym, służącym swojej pracującej, ukochanej żonie, to naprawdę dobry ubaw. 


Inna manga, którą już czytałam i której koniecznie trzeba poświęcić uwagę, to The Girl from the Other Side: Siúil, A Rún. Pięknie rysowany, przepełniony niepokojącą, gęstą atmosferą mrocznej baśni komiks zaprasza do przedziwnego świata dziwnych stworzeń, osobliwej klątwy i zamkniętej z obawy przed zarazą ludzkości. W środku pełnego niebezpieczeństw lasu wrażliwy potwór o twarzy czarnego kozła opiekuje się małą dziewczynką, która nie do końca rozumie, co się dzieje, ale nie wolno jej dotknąć swojego opiekuna, bo stanie się coś strasznego. Czytajcie koniecznie. 


Z komiksów dla dzieci chyba warto się zainteresować Hildą. Oglądałam netfliksową ekranizację i ta bohaterka jest absolutnie zachwycająca. 


W części dla graczy można było usiąść i pograć czekające na chętnych klasyki na starych konsolach, zupełnie nowe pozycje reklamujące się na rynku na najnowszych i spróbować swoich sił w rozgrywce na zasadach wirtualnej rzeczywistości typu Light Saber w futurystycznych goglach na oczach. Teraz trochę żałuję, że nie posiedziałam tam dłużej, bo rytmiczne machanie mieczem świetlnym to fantastyczna zabawa i przy okazji odrobina ruchu. 


Najlepszym stoiskiem było dla mnie jednak to z Pusheenami. Setki Pusheenów w różnym wydaniu, do tego merch z Gudetamą, którego pieszczotliwie lubię nazywać panem Jajeczko, oraz całym mnóstwem różnych innych uroczych rzeczy. Jeśli obserwowaliście mnie na Insta Stories czy Facebooku w ubiegły weekend, to wiecie, że spotkałam też Pusheena ludzkich rozmiarów. Przytuliłam go. Było fantastycznie. 


Fajnie też było zobaczyć potwory z Odmętów absurdu w wersji pluszowej.


Podczas konkursu cosplayu pojawili się też sami najwięksi polscy wieszcze: Mickiewicz i Sienkiewicz, z krótką scenką. Tego się nie spodziewałam.
  

Na zakończenie relacji: bardzo uradowany Wolverine chillujący z kumplami. Enjoy.


A oto nasze łupy - moje i Ryby. Z tych, które już czytałam:

Będę koniecznie śledzić kolejne części Harleen, komiksu z Harley Quinn rysowanego przez Stjepana Šejića (tego od Sunstone!). Piękna kreska, fajny pomysł, świetne wykonanie. Jaram się niesamowicie.

Jane, lis i ja przekonała mnie od pierwszej strony, bo to klimatyczny i mądry komiks kanadyjski o problemach jedenastolatki, która pociesza się czytając Jane Eyre.

Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością to, wbrew pozorom, nie erotyk, a niesamowicie dojrzała i ważna manga o depresji, samookaleczaniu, dojrzewaniu do oderwania się od rodziny i podążaniu za własną wizją siebie.

Beletrystyka to krótkie, zabawne komiksy Belego, wydrukowane w formie zinu. Jeśli go nie obserwujecie na Facebooku, polecam, szczególnie że już kiedyś o nim pisałam (tutaj), a dodatkowo wsparł akcję odblokowania Rozkmin na fejsie :)

Wreszcie Brom Unki Odyi to pierwsza część większej historii, której już nie mogę się doczekać, a która już dostała nagrodę najlepszego polskiego komiksu tego roku. Poznajemy w nim całą ekipę nastolatków w różnym stopniu związanych ze zjawiskami paranormalnymi oraz jedną kozacką mamusię, która jest wiedźmą. Czyta się fantastycznie i natychmiast ma ochotę na więcej.

Czytajcie komiksy!