Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 1 stycznia 2020

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2019


Witam Was wszystkich w nowym, 2020 roku!

Dobrze wiecie, że pierwszego stycznia co roku uraczam Was rozkminami na temat ubiegłego roku (20132014201520162017 i 2018). Tak jest, czas na podsumowanie i rozkminowe tytuły honorowe! A na powyższym zdjęciu znajdują się bilety i ulotki ze wszystkich wydarzeń i filmów, na których byłam.

Czytanie


Zacznijmy od statystyk!



W ubiegłym roku postawiłam sobie za cel przeczytać jak najwięcej książek Gaskell, bo to w końcu autorka powieści, którą analizuję w mojej pracy doktorskiej. Dodatkowo chciałam powtórzyć sagę o wiedźminie, bo chciałam się przygotować do serialu. Została mi jeszcze Pani Jeziora.

Jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, to ten wynik zdecydowanie mieści się w mojej normie. Za to nieprzeciętna jest ilość przeczytanych komiksów. Po raz pierwszy w życiu przeczytałam ich więcej niż kilkanaście! To wszystko przez to, że zaopatrzyliśmy się z moją Rybą w tablet specjalnie do czytania komiksów :)


Jeśli chodzi o książki, panuje tu duża różnorodność. Przeważa szeroko rozumiana literatura piękna, sporo jest fantastyki, literatury naukowej (do pracy) i trochę klasyki. W porównaniu z zeszłym rokiem... jestem dość zdziwiona tylko jedną powieścią s-f (Fundacja Asimova).


Postanowienie, które wreszcie udało mi się spełnić, to parytety czytelnicze :) Pisarki zawsze były u mnie w mniejszości, więc yay me!


Zdecydowanie spadły moje wyniki czytelnicze jeśli chodzi o audio- i e-booki. W 2018 ponad jedna czwartą książek przesłuchałam, a w tym... zepsuło mi się gniazdo na słuchawki w telefonie. Muszę to szybko naprawić!

Generalnie, jak co roku, nie jest źle jeśli chodzi o czytanie ;)

Blog


W ostatnim wpisie całkiem sporo się napodsumowałam, jeśli chodzi o bloga, więc dzisiaj zaserwuję tylko listę najpopularniejszych wpisów z tego roku:


Rozkminowe nagrody 2019!


1. Najgłębsze rozkminy



Najbardziej pobudzającą intelektualnie książką tego oku była dla mnie Americanah Chimamanda Ngozi Adichie. Więcej możecie o niej poczytać tutaj. Szczerze polecam! A na drugim miejscu dodam tutaj Jazz Toni Morrison.

2. Największy kradziej czasu



Po przeczytaniu polecenia After the Fire Willa Hilla w magazynie Książki poczułam, że to coś, co może mi się spodobać. Wpadłam jak śliwka w kompot i nie widziałam świata, póki nie skończyłam czytać.

3. Największe zaskoczenie 



Zupełnie się nie spodziewałam, że leżącą dość długo na półce i dorwana przypadkiem na wymianie Biurwa Sylwii Kubryńskiej będzie tak zabawna, dobrze napisana i życiowa. Bardzo dobrze mi się czytało i z każdą stroną byłam coraz bardziej zaskoczona!

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Oj, tutaj będzie ciężko rozstrzygnąć jeden tytuł, czytałam dużo prześmiesznych rzeczy w tym roku. O dziwo, Faraon Prusa był szalenie zabawny momentami, nie wspominając o Epoce hipokryzji Janickiego.... Książki Marty Kisiel, Seans w domu egipskim Szymiczkowej, Ostatnia arystokratka Bočka, Pratchett, wszystko wyśmienite... Malcolm XD jednak wygrywa.

5. Największy gniot 



W tej kategorii przeglądam książki, którym dałam najniższe noty w tym roku: The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar, Jesień pod muchomorem Poli Styx... jednak dzięki najbardziej cringe'owemu cytatowi („– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie”) wygrywa Purezento Joanny Bator.

6. Najlepszy komiks



Z 42 przeczytanych w tym roku komiksów, wiele z nich było naprawdę dobrych. Mocno uśmiałam się na The Way of the Househusband Oono, nie przegapiłam żadnego tomiku Wotakoi: miłość jest trudna dla otaku Fujity, zachwycałam się klimatem Draculi Mignoli, bardzo doceniłam Brom Odyi, świetnym komiksem okazała się manga Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością Nagaty... Jednak tytuł najlepszego komiksu tego roku dostają trzy tomy Harleen Stjepana Šejića.

7. Serial roku



Ostatnie pół roku żyję Star Trekiem: The Next Generation, jednak wydaje mi się, że największe wrażenie zrobił na mnie Dobry omen. To jest tak dobry miniserial, proszę czytać oryginał i oglądać!

Dodatkowo wyróżniam serial Co robimy w ukryciu za najlepszą bekę z wampirów :)

8. Film roku



Za najlepszy film, jaki obejrzałam w tym roku, uznaję Faworytę. Wyróżnienia należą się też świetnemu Na noże oraz Parasite.

Znakomitości w 2020!

niedziela, 15 grudnia 2019

Sześć lat Rozkmin. I co dalej?


Sześć lat temu, w 2013 roku, opublikowałam pierwszy wpis na Rozkminach Hadyny. 

Podobnie jak dwa lata temu, gdy zastanawiałam się, czy warto, dzisiaj również zamiast konkursu postanowiłam, że czas na przemyślenia. 

Na czwarte urodziny bloga życzyłam sobie, cytując, „Dlatego od teraz przechodzę bardziej na rytm slow. Bez wymuszenia, bez wyrzutów sumienia, bez rozczarowań, bez presji”. Co więcej, rok temu po spotkaniu blogerów podczas Literackiej Stolicy miałam przemyślenia odnośnie przejścia z ilości na jakość, przestawienia się na slow bookblogging, zastanawiania się nad zjawiskami, nad motywami, kontekstami. Patrzeniu szerzej. Pisaniu tekstów dalekich od typowych recenzji.

Czy mi to wyszło? I czy wyszło na dobre?

Na pewno zauważyliście, że w tym roku pisałam bardzo rzadko, czasem raz na miesiąc. Jednak starałam się, żeby każdy nowy wpis był dopracowany na miarę moich możliwości i zasobów czasu. Oprócz zwykłych wpisów o jednej książce, pojawiły się teksty przekrojowe, dotyczące autorów albo łączące kilka utworów. Takie wpisy były bardziej czasochłonne, ale pojawiały się tylko wtedy, kiedy naprawdę miałam ochotę coś napisać. Zerwałam z myśleniem, ile minęło od ostatniego wpisu.

Z jednej strony takie ambitniejsze podejście bardziej satysfakcjonuje, z drugiej, rzadsze publikowanie zdecydowanie odbija się na tym, że media społecznościowe Rozmin są bardziej popularne niż blog z dłuższymi tekstami. Trochę mam wyrzuty sumienia z tego powodu, trochę mi smutno, że zrobiło się tu tak cicho, ale trochę mi ulżyło. Nawet od kilku miesięcy przestałam pisać comiesięczne podsumowania popkulturalne. Przeniosłam się z tym na bieżąco na Facebooka, na Instagramie dzielę się okruchami życia na Stories.  

Jednak cały czas mam w głowie myśl, że ta minimalna hibernacja, która tu się zadziała, to rzecz tymczasowa. Cały czas mam nadzieję, że jak napiszę pracę i się obronię, będę się mogła bardziej skupić na Rozkminach. I mam nawet różne dziwne pomysły chodzące mi po głowie... Wynurzenia o najświeższych lekturach w formie filmików na Stories, może podcast we współpracy z pewną interesującą osobą... 

Mam sporo zapału, ale na razie staram się przekierowywać moje starania na codzienną pracę nad pracą doktorską i pracę zawodową. Z jednej strony mam przed sobą cel obrony w ciągu roku, z drugiej w tym roku dość dużo działo się w moim korpo. W czerwcu wysłano mnie na dłuższą podróż służbową, a tej jesieni udało mi się wspiąć po kilku szczebelkach kariery i dostać odpowiedzialniejszą pracę z lepszymi perspektywami, a do tego związaną z pisaniem i dopieszczaniem tekstów. Generalnie dużo się u mnie dzieje, ale żyję przekonaniem, że się wszystko ustatkuje, zamknie i uwolni mój czas.

I będzie więcej czytania, więcej pisania, więcej publikowania. I również przyjdzie czas na nowe.

Trzymajcie kciuki. Życzę sobie, żeby się udało.

A teraz wchodzicie Wy. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie komentarze. Chcę usłyszeć Waszą opinię, co sądzicie o kierunku, w jakim idą Rozkminy, porady, życzenia i krytykę!

niedziela, 8 grudnia 2019

ANGLOFILIA #10: Umoralniająca papka dla młodych. Cała prawda o "Małych kobietkach" Louisy May Alcott


Małe kobietki twardo zajmują pierwsze miejsce w kanonie powieści amerykańskiej dla dziewcząt. Choć cykl o rudowłosej Ani autorstwa Montgomery jest w Polsce zdecydowanie bardziej popularny, to Alcott była pierwsza. To ona wyznaczyła pewne standardy pouczającej, ale zabawnej powieści, opowiadającej o losach dość zwyczajnych nastolatek. Co więcej, Małe kobietki zostały wydane w środku dziewiętnastego wieku, w 1868 roku, a Ania z Zielonego Wzgórza już w wieku dwudziestym. Być może również dlatego powieść Alcott to trochę antyczna ramotka, z kolejnymi rozdziałami zwieńczanymi umoralniającymi kazaniami ze strony Marmisi, matki czterech dziewczynek, od których robi się człowiekowi słabo. Powieści Montgomery za to do tej pory świetnie się czyta.

O Małych kobietkach pisano dużo. Dla niektórych to jedna z najulubieńszych powieści dzieciństwa, czytana raz po raz na osłodę życia. Ci z niecierpliwością wyglądają zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej ekranizacji. Inni, jak ja, przeczytali kiedyś i szybko zapomnieli. Inni w ogóle nie pojmują fenomenu i tytuł, szczególnie polski, odstręcza. Jednak nieliczni zdają sobie sprawę z drugiego dna.

Z tego, że Alcott niecierpiała Małych kobietek i napisała je głownie dla pieniędzy.


Cała ta sprawa jest szalenie przewrotna i ironiczna w kontekście fabuły powieści, w szczególności biorąc pod uwagę obie części powieści (i nie mówię tutaj o tworzących trylogię Dobrych żonach i Chłopcach Jo, a o pełnej, dwuczęściowej wersji Małych kobietek, w których ślub Meg to dopiero środek historii). Sama fabuła, dla porządku, śledzi losy zubożałej rodziny, opuszczonej przez ojca, który zgłosił się na front. Cztery siostry, najstarsza Meg, chłopczca Jo, posłuszna i cicha Beth oraz trochę rozpieszczona i zadzierająca nosa Amy, pod opieką matki i wiernej służącej, próbują przetrwać ciężkie czasy, zarabiając na siebie, oszczędzając, a przede wszystkim walcząc ze swoimi słabościami. Dziewczynki obserwujemy od wczesnego wieku nastoletniego aż do dorosłości. A żeby w pełni wyjaśnić, co takiego ironicznego tkwi w tym zarysie, cofnę się do biografii autorki.

Otóż Alcott była drugą z czwórki sióstr, równie chłopczycowatą, co Jo. Wydaje się, że żyła nie tylko w skrajnym ubóstwie, ale też czymś w rodzaju sekty. Jej ojciec, Bronson Alcott, prawdopodobnie w jakimś stopniu niezrównoważony i opętany fanatyzmem religijnym, nie pozwalał rodzinie jeść produktów odzwierzęcych ani ubierać się w cokolwiek innego niż len. Jako socjalista, odmawiał pracy za wynagrodzenie. W 1840 roku brał udział w organizacji utopijnego stowarzyszenia Fruitlands, w którym warzywa korzeniowe były przez jakiś czas zabronione, bo... rosły w kierunku piekła. Rodzina musiała otrzymywać się z datków i ofiar, a sama Alcott podejmowała się różnych prac: szwaczki, praczki, służącej czy guwernantki.

Również podobnie jak w powieści, jedna z jej sióstr zaraziła się szkarlatyną, pomagając uboższej rodzinie z sąsiedztwa, i umarła przedwcześnie. Choć śmierć Beth w Małych kobietkach przedstawiona jest enigmatycznie, ale bardzo spokojnie czy wręcz idyllicznie, bo cała rodzina jest pogodzona, a Beth wręcz wyczekuje śmierci z uśmiechem, tak Lizzie zmarła w wieku dwudziestu dwóch lat po przewlekłym okresie bolesnego podupadania na zdrowiu. We współczesnych analizach podejrzewa się, że mogła cierpieć na jakieś schorzenie psychiczne, takie jak depresję czy anoreksję.

Można też wspomnieć, że ślub Meg został opisany tak, jak wyglądała ceremonia najstarszej siostry, a Amy to anagram najmłodszej May, która osiadła w Europie, by malować. May tak naprawdę żyła takim życiem, o jakim Louise'a prawdopodobnie marzyła: niezależnym, wyemancypowanym i artystycznym.



Choć Alcott dorastała w kręgu amerykańskich transcendentalistów takich jak Ralph Waldo Emerson i Henry David Thoreau, dla których pisarstwo było czymś wzniosłym, bieda i nędza popchnęły ją w stronę pisarstwa brukowego. Tak samo jak Jo, zaczęła publikować w gazetach poczytne i przynoszące wymierną zapłatę powieści sensacyjne pełne brutalnych morderstw i opiumowych pieczar. W przeciwieństwie jednak do bohaterki, której starszy mężczyzna i przyszły mąż w porę zwraca uwagę, że to zajęcie niegodne kobiety, a w szczególności młodej dziewczyny, której niewinność może zostać bezpowrotnie zbrukana tak niegodnym zajęciem, Alcott pisała ile wlezie. I dzięki temu mogła wspomóc rodzinę, gdy tymczasem nieudolny ojciec uważał, że jedynie nauczanie i rąbanie drewna to zajęcia nieuwłaczające mu moralnie.

Podczas gdy czytelnicy Alcott kibicowali, żeby Jo skończyła szczęśliwie z Lauriem, Alcott brutalnie niszczy to pragnienie i prawdopodobnie wkłada dziewczynie w usta swoje własne myśli na temat małżeństwa. Autorka nigdy nie wyszła za mąż i cieszyła się swoją niezależną pozycją starej panny-literatki. W swoim dzienniku napisała, że fanki proszą o mężów dla małych kobietek, tak jakby jednym celem w życiu kobiety było małżeństwo, a tymczasem ona nie pozwoli Jo wyjść za Lauriego tylko po to, by kogokolwiek zadowolić. Niestety z powodu silnych nacisków, ostatecznie Jo znalazła parę, jednak był to wybór niepopularny i zaskakujący: mężczyzna starszy, niezamożny, a w dodatku świetny kompan dla dzieci. Niektórzy badacze zakładają jednak, że Alcott najchętniej pozostawiłaby Jo bez mężczyzny u boku, ale dziewiętnastowieczni czytelnicy nie byli na to gotowi.

Alcott napisała też w swoim dzienniku, że nigdy nie lubiła dziewczyn ani się z nimi nie zadawała. Jedynym wyjątkiem były jej siostry. Pisanie trzech tomów o tej "Rodzinie Żałosnych", jak zresztą mówiła też o swoich bliskich, było zajęciem niewdzięcznym i wymuszonym. Wydawca zaproponował jej napisanie powieści dla dziewcząt, nad czym się zastanawiała przez dłuższy czas. Gdy wyszło na jaw, że gra na zwłokę, wydawca przewrotnie zwrócił się do ojca, proponując mu wyczekiwany kontrakt na książkę, pod warunkiem, że jego córka napisze zamówioną powieść dla młodszych. Louise'a musiała ustąpić.

Pisała dziesięć tygodni, dniami i nocami, czasem bez snu i jedzenia. Twórczy trans, w jaki wpadała, został opisany na przykładzie Jo, która też zapominała o bożym świecie podczas pisania. Po czterech miesiącach od rozpoczęcia pracy, pierwsza część Małych kobietek pojawiła się w księgarniach. Natychmiast stała się też bestsellerem, przez co Alcott została uwiązana do serii na dłuższy czas. Nie tylko napisała drugą część, ale też drugi i trzeci tom. Ponoć oparła się pokusie, żeby zakończyć całą historię trzęsieniem ziemi, które pochłonęłoby wszystkich bohaterów raz na zawsze, tak bardzo miała ich dość.

Później mówiła, że książki pokroju ...kobietek to "umoralniająca papka dla młodych".



Wydaje się, że nowa adaptacja może dużo czerpać ze współczesnych feministycznych odczytań powieści oraz z podobieństw do biografii autorki. W końcu Alcott była niezależną nonkonformistką, wyprzedzającą swój czas wolnomyślicielką i feministką. Najwyższy czas, by ujawnić zakopaną pod ramotą prawdę. W zwiastunie filmu widzimy, jak Jo wykłóca się z wydawcą, który nakazuje jej zakończyć powieść ślubem. Wydaje się, że taka scena mogła przydarzyć się samej Alcott. Nie mówiąc już o tym, jak ciotka March komentuje, że nie musi wychodzić za mąż, bo ma pieniądze. Po napisaniu Małych kobietek, Alcott wreszcie mogła uzyskać niezależność.

Little Women
Louisa May Alcott
Penguin Classics, 1989
478 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

Podczas pisania tekstu czerpałam z artykułów "The Lie of Little Women" Sopie Gilbert oraz "10 Things You Might Not Know About Little Women" Joy Lanzendorfer. Jeśli szukacie tekstów skupiających się na samej powieści, polecam wpisy z cyklu Pikniki z klasyką Pyzy oraz Tarniny.

wtorek, 29 października 2019

KONKURS! Wygraj "Małe Licho i anioła z kamienia" Marty Kisiel


Oto nadeszła druga część niespodzianki, na którą Was szykowałam na Facebooku. Mam dla Was egzemplarz nowo wydanego drugiego tomu Małego Licha! O pierwszym tomie mogliście u mnie przeczytać tutaj. A o drugim... na drugiej stronie książki!

Dokładnie tak, tym razem zostałam poproszona o przeczytanie książki jeszcze zanim wyszedł jakikolwiek egzemplarz recenzencki. Pod koniec lata dostałam od wydawnictwa tekst powieści, a jak tylko ją przeczytałam (w błyskawicznym tempie, bo tak się czyta Martę Kisiel), napisałam kilka słów zachęcających. Możecie je znaleźć przed stroną tytułową:


Czuję się dumna i szczęśliwa, bo każdy fan Kisiel może teraz niechcący zahaczyć wzrokiem o adres Rozkmin, a przy okazji i znajomi Rozkmin mogą poczuć się mile połechtani, że znajdą mnie w książce. Co więcej, nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w żadnych patronatach, więc tym przyjemniej :)

Co do samej powieści, znajdziecie tu wszystko to, za co się kocha prozę Kisiel. Tym razem Bożek ma okazję się trochę bardziej usamodzielnić, bo wyjeżdża na ferie do pewnego domku w lesie, z dala od cywilizacji. Do pewnej cioci o bujnych, kręconych włosach, która jest lekarzem, ale nie tylko. I po raz pierwszy tak długo poza domem! Szykuje się niesamowita, zimowa przygoda.


Znawcy Kiślowersum natychmiast rozpoznają, o jakim domu mowa. A Ci, którzy nie znają innych książek autorki, szybko pokochają nowych fantastycznych przyjaciół: małego czorta z problemami ze zgryzem i umiłowaniem do kuchni oraz pełnego entuzjazmu i energii pieska bez nogi. A na dodatek do opisanej ferajny mamy też masę głodnych, przyjaznych macek w formie miniaturowego Przedwiecznego.

Jedyny problem to ten uciążliwy, wiecznie narzekający, zadzierający nosa anioł stróż... Jemu nigdy nic się nie podoba, doprawdy, alleluja!

Książeczka nie tylko zawiera ocieplającą czytelnicze serduszko jak kubek kakao w zimny wieczór historię o pewnym niereformowalnym aniele, ale również prześliczne, klimatyczne ilustracje Pauliny Wyrt. Dzięki nim opowieść o Bożku i jego zimowej przygodzie nabierają niesamowitych kształtów. Książeczka na dodatek wydana jest w miłej w dotyku twardej oprawie, z soczystą, niebieską okładką i naprawdę dużym i łatwym do czytania drukiem. W sam raz dla dziecka, ale rzecz jasna nie tylko :)


A teraz czas na zapowiadany w tytule konkurs! Razem z Wydawnictwem Wilga mamy dla Was jeden egzemplarz Małego Licha i anioła z kamienia Marty Kisiel, który zostanie wysłany do zwycięzcy!

Wystarczy odpowiedzieć na poniższe zadanie w komentarzu pod tym wpisem albo pod moimi udostępnieniami wpisu w mediach społecznościowych. A zadanie konkursowe brzmi:

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spotykacie anioła stróża takiego, jak Licho albo Tsadkiel, który jest waszym własnym, spersonalizowanym kompanem na co dzień. Opiszcie go!


Na odpowiedzi macie czas do 2 listopada!

Będzie mi miło, jeśli udostępnicie w dowolny sposób informację o konkursie :)



Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny oraz Wydawnictwo Wilga.

2. Nagrodą jest książka Małe Licho i anioł z kamienia Marty Kisiel.

3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie  podać e-mail kontaktowy, jeśli dodajecie komentarz pod tym wpisem) lub pod postami Rozkmin w mediach społecznościowych,
  • odpowiedzieć na zadanie konkursowe. 

4. Konkurs trwa od 29 października do 2 listopada 2019 r.

5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię przez prowadzącą bloga spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.

8. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

10. Nagrody wysyła wydawnictwo jedynie na terenie Polski.

11. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!



A w ramach bonusu mam dla Was zdjęcie mojego kota, który bardzo się ucieszył, że robię zdjęcia z piórkiem w roli głównej i szybko mi je zabrał:

niedziela, 13 października 2019

Jedz, sklejaj ceramikę i kochaj. "Purezento" Joanny Bator


Czytając tę książkę, ogarnęło mnie przyjemne poczucie spokoju. Bator się dobrze czyta, w szczególności, gdy próbuje pisać trochę jak Murakami, niespiesznie, trochę tajemniczo, bardzo oszczędnie. Tak japońsko, jak tylko Europejczyk zafascynowany kulturą zen i ceremonią herbacianą potrafi. Purezento jest bardzo przyjemną, wyciszającą książką, która niestety jest też bardzo słaba.

Znacie zapewne ten typowy motyw z literacki powtarzany w dziesiątkach popularnych książek: kobieta porzuca swoje dotychczasowe życie i wyrusza w podróż życia, podczas której poznając obcą kulturę, poznaje też siebie, a przy okazji również i prawdziwą miłość: Jedz, módl się i kochaj czy Pod słońcem Toskanii. Dorzuciłabym też Dziką drogę, choć tam nie ma degustacji i miłości, jednak prosta symbolika palenia książek, by godzić się z przeszłością i wykuć nową siebie, pozostaje ta sama.

Otóż Bator zbiera wszystkie klisze związane z tym motywem, dorzuca do nich wszystkie klisze na temat Japonii i tworzy z tego pretensjonalną powieść dla tych, którzy kochają proste jak drut metafory.


Bezimienna bohaterka powieści próbuje pogodzić się ze stratą chłopaka, ale sobie z tym nie radzi. Życie przelatuje jej przez palce, wszystko wydaje się bez sensu, gdy zamiast ludzi z krwi i kości widzi zwierzęta, a przez jej dni przemykają czarne myśli w postaci rekinów ludojadów. W tym momencie odnajduje ją tajemnicza, mądra Japonka, która proponuje nietypową transakcję: Polka pojedzie do Japonii pilnować jej domu i kota, a ta w zamian sfinansuje całą podróż. Nie mając nic do stracenia, bohaterka się zgadza. I trafia do cudownego, w pełni wyposażonego domku w stylu japońskim, gdzie leczy się dusze zagubionych i poranionych życiem cudzoziemców.

Po drodze pojawia się więcej mistycznych Azjatów. Starszy sensei pozwala bohaterce zgłębić sztukę kintsugi, czyli starojapońskiej sztuki naprawy potłuczonej ceramiki złotem. Zachęca ją do praktykowania mindfulness, bycia tu i teraz, odrzuceniu rozpraszających myśli. Sklejone skorupy scala się na jakiś czas zwykłym plastrem, aż naczynie zaschnie, a potem blizny przemieniają się w złote żyłki wzbogacające całość.

„Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeśli pozostaniemy bierni. Wtedy prostu upływa, obojętny. Kintsugi pokazuje nam, jak objąć nasze uszczerbki, pęknięcia i rysy. Nasze rany. Słabość i ułomność. Naszą kruchość i przemijalność. Jeśli się postaramy, możemy stworzyć nową całość z rozbitych części i łączących je blizn. (...) Niedoskonałość i przemijanie to części tego, kim jesteśmy. Część naszej podróży. I to właśnie jest piękne.” (s. 159)

Tak jak sensei zmusza bohaterkę do pracy ponad siły, która doprowadza ją do paraliżującego bólu pleców i osłabienia organizmu, tak autorka wpycha symbolikę kintsugi czytelnikowi na siłę prosto do gardła. Niech się zachwyci, jaka piękna, jaka głęboka, jak pięknie wytłumaczona i podana na złotej łyżce aż do zadławienia.


Oprócz leczenia duszy poprzez naprawę cennej ceramiki, bohaterka ma okazję zachwycić się zwykłymi rzeczami, obserwacją natury i tym samym przemijalności, jak to zazwyczaj w japońskiej literaturze. Jeździ rowerem z majestatycznym i nieruchomym kotem w koszyku, kupuje ryby od miłego pana, którego totalnie nie rozumie, obserwuje ulice, ludzi, festiwale uliczne, próbuje nowych potraw. Odkrywa w sobie miłość do gotowania warzyw, ryb i tofu z ryżem, przeżywa kąpiele w japońskiej wannie niczym ceremonię oczyszczenia duszy, obserwuje świat z dachu domu i odkrywa na nowo swoje ciało.

Rzecz jasna oprócz jedzenia i duchowej pracy z czarkami do herbaty do dopełnienia tytułowego nawiązania potrzebujemy jeszcze miłości. Rzecz jasna pojawia się po jednej trzeciej książki i jest subtelna niczym uderzenie japońską packą na muchy w twarz:

„– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie.” (s. 92)

Nie wiem, czy potrzebujemy do tego komentarza. Strażniczka bramy wkrótce rozpala się ze zwierzęcego pożądania, a on jest klucznikiem i wchodzi do pokoju akurat, jak ona unosi się nad łóżkiem wśród powiewających tiulów...

Heh, żarcik.


Ostatnią cegiełką azjatyckiego mistycyzmu ratującego białą Europejkę jest element realizmu magicznego, który jest równie głęboki jak ten w ostatniej powieści Mukaramiego. Co ciekawe, również polega na dosłownym schodzeniu do podziemnych tuneli i jaskiń, wiecie, g ł ę b o k o  do  w n ę t r z a, do przestrzeni poza rzeczywistością. Jak bohater Murakamiego spaceruje po czymś w rodzaju zaświatów, a na koniec przeciska się wąskimi przejściami we wnętrzu ziemi, tak bohaterka Bator schodzi do gorących źródeł i ołtarzyka bogini matki. Mokro, wilgotno, ciepło i przyjemnie, jak u mamy. Spojler: to tam dokonuje się jej ostateczne uleczenie ran i otworzenie na drugiego człowieka.

I tak jak napisałam na początku, choć książka składa się z samych klisz, to wciąż ma właściwości odprężające. Nie żałuję czasu spędzonego na podążaniu za bezimienną bohaterką, bo była to czysta, egoistyczna przyjemność czytania o fantazji spełniającej skryte marzenia. Chętnie sama przeszłabym przez bóle kintsugi, by zagoić swoje wszystkie rany i dostać gotową receptę na szczęście. Tak samo jak czytając Dziką drogę miałam ochotę ruszyć na szlak i przekuć wysiłek w odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a czytając Jedz, módl się i kochaj chciałam zakochać się we włoskiej kuchni i odnaleźć łatwą duchowość w Indiach.

Mimo powyższego nie mogę powiedzieć, że Purezento to dobra książka. Ogłaszane na przepięknej okładce wielkie zaskoczenie w duchu zen okazało się płytką powiastką w duchu pop, przemycające zasadnicze pojęcia starożytnej etyki japońskiej. Mając w pamięci miejscami mało odkrywcze japońskie eseje autorki (Japoński wachlarz, Rekin z parku yoyogi), nie powinno mnie to jednak bardzo dziwić.


Purezento
Joanna Bator
Znak, 2017
283 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

sobota, 5 października 2019

W TERENIE #18: MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL KOMIKSU I GIER W ŁODZI 2019


Od 2014 przez cztery lata z rzędu raczyłam Was relacjami z kolejnych MFKiG (linki: 2017, 2016, 2015 i 2014). W zeszłym roku postanowiłam zrobić sobie przerwę, choć wciąż na festiwalu byłam, a w tym powracam z fotorelacją z wydarzenia. Wiecie, akredytacja medialna zobowiązuje, a poza tym zrobiłam parę przyjemnych zdjęć i chcę się podzielić opiniami o paru komiksach, między innymi o komiksie nagrodzonym w kategorii najlepszego polskiego komiksu tego roku! To co, zaczynamy?

Tym razem festiwal wydawał się bardziej kameralny niż do tej pory, a to przede wszystkim z powodu zmiany miejscówki. Zazwyczaj kojarzony z chodzeniem dookoła Atlas Areny, przysiadaniem na trybunach, bieganiem po schodach i spoglądaniem na tłum z góry, a do tego również z pobliskim dworcem Łódź Kaliska i dojeżdżaniem do centrum na obiad, tym razem zjazd odbył się dwadzieścia minut spacerem od ścisłego centrum na gwarnej Piotrkowskiej. Konkurował też z widowiskowym Festiwalem Światła, który przejmował główną ulicę Łodzi późnym wieczorem. Hale Expo-Łódź pomieściły w bardziej zwartej przestrzeni niż Atlas Arena zarówno część komiksową, jak i grową festiwalu. Oznaczało to mniej chodzenia niż zwykle, co jednak nie znaczy, że nogi nie bolały po dwóch dniach wędrowania od stoiska do stoiska.



Hala z większymi wystawcami komiksowymi z jednej strony mieściła scenę główną, a z drugiej autografową, jednocześnie zapewniając sporo miejsca na strefę planszówkową. Druga hala, z bardziej stonowanym oświetleniem, służyła graczom podczas rozgrywek komputerowych i konsolowych. Na korytarzu rozłożyli się bardziej indywidualni twórcy zinowi i internetowi, sale na piętrze gromadziły słuchaczy i uczestników prelekcji, dyskusji i paneli, a dzięki rozłożonym w pobliżu poduchom i kanapom można było wygodnie się rozłożyć i skupić na zakupionych komiksach. W razie głodu, festiwalowicze mogli wyjść przed budynek, gdzie czekał na nich wybór foodtrucków, a bezglutenowiec mógł zjeść obiad w Chudym Ciachu w Galerii Sukcesja po drugiej stornie ulicy. Generalnie zmianę miejsca oceniam zdecydowanie na plus, choć odrobinę brakowało mi znajomej atmosfery Atlas Areny.


Muszę jednak przyznać, że bardziej skondensowana przestrzeń wpłynęła też na to, że stoisk było odrobinę mniej niż zazwyczaj. Nie widziałam nigdzie Yatty ani niekończących się stoisk z kocimi uszami, koszulkami i kubkami. Do tego również nie było miejsca na dodatkowe atrakcje w stylu walk na miecze świetlne czy inne inicjatywy, strefę Star Wars ani wystawy. Te ostatnie zostały umiejscowione w zupełnie innej części Łodzi - w budynku EC1.


Z drobnych ciekawostek: to pierwszy konwent, na którym widziałam jakąkolwiek obecność Jojo. Jeśli nie znacie tych mang czy anime, JoJo's Bizarre Adventure to bardzo specyficzna rzecz, pełna kampu, dziwnego humoru, odjechanych pomysłów i jedynej w swoim rodzaju stylistyki. Komiks jest rysowany od lat osiemdziesiątych, ale animacja na jego podstawie pojawiła się dopiero niedawno i zyskuje coraz większą popularność również poza Japonią. Odważnym polecam obczaić.


Z innych newsów, świeżo po wydaniu angielskiego tłumaczenia świetnej komediowej mangi The Way of the Househusband pojawiła się również polska wersja. Trzymam kciuki, że tłumaczenie nie zawodzi, bo te krótkie historyjki o yakuzie, który zostaje bardzo oddanym sprawie kurem domowym, służącym swojej pracującej, ukochanej żonie, to naprawdę dobry ubaw. 


Inna manga, którą już czytałam i której koniecznie trzeba poświęcić uwagę, to The Girl from the Other Side: Siúil, A Rún. Pięknie rysowany, przepełniony niepokojącą, gęstą atmosferą mrocznej baśni komiks zaprasza do przedziwnego świata dziwnych stworzeń, osobliwej klątwy i zamkniętej z obawy przed zarazą ludzkości. W środku pełnego niebezpieczeństw lasu wrażliwy potwór o twarzy czarnego kozła opiekuje się małą dziewczynką, która nie do końca rozumie, co się dzieje, ale nie wolno jej dotknąć swojego opiekuna, bo stanie się coś strasznego. Czytajcie koniecznie. 


Z komiksów dla dzieci chyba warto się zainteresować Hildą. Oglądałam netfliksową ekranizację i ta bohaterka jest absolutnie zachwycająca. 


W części dla graczy można było usiąść i pograć czekające na chętnych klasyki na starych konsolach, zupełnie nowe pozycje reklamujące się na rynku na najnowszych i spróbować swoich sił w rozgrywce na zasadach wirtualnej rzeczywistości typu Light Saber w futurystycznych goglach na oczach. Teraz trochę żałuję, że nie posiedziałam tam dłużej, bo rytmiczne machanie mieczem świetlnym to fantastyczna zabawa i przy okazji odrobina ruchu. 


Najlepszym stoiskiem było dla mnie jednak to z Pusheenami. Setki Pusheenów w różnym wydaniu, do tego merch z Gudetamą, którego pieszczotliwie lubię nazywać panem Jajeczko, oraz całym mnóstwem różnych innych uroczych rzeczy. Jeśli obserwowaliście mnie na Insta Stories czy Facebooku w ubiegły weekend, to wiecie, że spotkałam też Pusheena ludzkich rozmiarów. Przytuliłam go. Było fantastycznie. 


Fajnie też było zobaczyć potwory z Odmętów absurdu w wersji pluszowej.


Podczas konkursu cosplayu pojawili się też sami najwięksi polscy wieszcze: Mickiewicz i Sienkiewicz, z krótką scenką. Tego się nie spodziewałam.
  

Na zakończenie relacji: bardzo uradowany Wolverine chillujący z kumplami. Enjoy.


A oto nasze łupy - moje i Ryby. Z tych, które już czytałam:

Będę koniecznie śledzić kolejne części Harleen, komiksu z Harley Quinn rysowanego przez Stjepana Šejića (tego od Sunstone!). Piękna kreska, fajny pomysł, świetne wykonanie. Jaram się niesamowicie.

Jane, lis i ja przekonała mnie od pierwszej strony, bo to klimatyczny i mądry komiks kanadyjski o problemach jedenastolatki, która pociesza się czytając Jane Eyre.

Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością to, wbrew pozorom, nie erotyk, a niesamowicie dojrzała i ważna manga o depresji, samookaleczaniu, dojrzewaniu do oderwania się od rodziny i podążaniu za własną wizją siebie.

Beletrystyka to krótkie, zabawne komiksy Belego, wydrukowane w formie zinu. Jeśli go nie obserwujecie na Facebooku, polecam, szczególnie że już kiedyś o nim pisałam (tutaj), a dodatkowo wsparł akcję odblokowania Rozkmin na fejsie :)

Wreszcie Brom Unki Odyi to pierwsza część większej historii, której już nie mogę się doczekać, a która już dostała nagrodę najlepszego polskiego komiksu tego roku. Poznajemy w nim całą ekipę nastolatków w różnym stopniu związanych ze zjawiskami paranormalnymi oraz jedną kozacką mamusię, która jest wiedźmą. Czyta się fantastycznie i natychmiast ma ochotę na więcej.

Czytajcie komiksy!

niedziela, 22 września 2019

Kanibale, satyra i niestrawność. "Jesień pod muchomorem" Poli Styx


Obawiam się, że nie jestem w stanie napisać rzetelnej recenzji tej książki. Siedzę i myślę już od dłuższego czasu, ale tekst, który wyłoni się teraz spod moich palców, będzie prawdopodobnie bardziej studium zrażenia się do lektury niż czymkolwiek innym. Trudno mi jednak stworzyć cokolwiek innego po chyba półtora miesiąca męczenia się z tą książką i po niesamowitej uldze, jaką poczułam, mogąc wreszcie zanurzyć się w innej lekturze.

Zacznijmy od początku.

Dostałam propozycję recenzji drugiej powieści Poli Styx, kontynuacji Powieści (anty)feministycznej z mięsem w tle. Zgodziłam się, bo wcześniej minęła mnie okazja na poznanie debiutującej autorki i trochę żałowałam, a tymczasem dostałam potwierdzenie, że drugą część można spokojnie czytać w oderwaniu od pierwszej. Otóż w moim przypadku wydaje się, że była to pomyłka. Natłok postaci, które czasem pojawiają się tylko jednorazowo, oraz wielość wątków rzucanych w czytelnika są od pierwszych stron trochę przytłaczające. Znajomość wcześniejszych losów bohaterów być może pomogłaby się szybciej rozeznać i wciągnąć do czytania.


Nie pomogło pojawienie się Instytutu Empirycznych Badań nad Kanibalizmem, wspomnienie ofiar postmedialnego patriarchatu i stowarzyszenia feministek Nemezis. Co prawda wkrótce okazało się, że nagromadzenie postaci typu artystka „specjalizująca się w malowaniu pejzaży terenów zniszczonych przez odkrywkowe kopalnie węgla brunatnego” to zabieg specjalny, a nie autentyczna feministyczna-lewacka szarża. Powieść po prostu jest satyrą na współczesny świat poprawności politycznej, gdzie w mieście matki Nerona, czyli na moje oko w Kolonii, kłębi się od imigrantów, ekologów, feministek, ekscentrycznych etnologów, artystów, studentów i rowerzystów. Przedstawiona w krzywym zwierciadle plejada specyficznych bohaterek, każda z nich w jakimś stopniu przerysowana i karykaturalna, próbuje nawigować w rzeczywistości modnych diet, nijakiej sztuki współczesnej, pisanych na kolanie bestsellerów i tropicieli teorii spiskowych. Mimo ciekawego pomysłu, mnie ta szyta grubymi nićmi humorystyczna satyra po prostu zmęczyła.

Co gorsza, żadna z postaci mnie nie zainteresowała na tyle, by z ciekawością śledzić jej losy, choć większość ma duży potencjał humorystyczny. To nie znaczy, że ten humor nie działał. Na przykład pani profesor, która wysyła studentkę na targ, by sprzedawała czarne koguty i obserwowała, czy przypadkiem nie zainteresują się nimi okoliczni kanibale w celu oprawiania mrocznych rytuałów czy podchody sekretarki instytutu, polegające na wypalaniu chemikaliami symboli na trawie i podrzucaniu gigantycznych azjatyckich insektów, by kontrolować niezdrowe hobby swojego partnera to naprawdę dobre historie, czasem idące nawet w stronę poziomu absurdu w nieśmiertelnym Lesiu Chmielewskiej. Mimo to jednak ten humor nie zawsze działa, w szczególności jak z lekkiego absurdu przychodzi w zawoalowane wyśmiewanie się z najnowszych trendów.


Osobiście najbardziej dotykają mnie żarty z glutenu. Osoby podążające za modą i z własnej fanaberii przechodzą na dietę paleo to jedno, a bycie celiakiem to drugie. Plany podtrucia kogoś, kto unika glutenu, mają dla mnie gorzki posmak, nawet jeśli prawdopodobnie chodzi o fanaberię, a nie prawdziwą chorobę. Może nie mam dystansu, bo dopiero od ponad roku sama muszę się na co dzień mierzyć z zupełnym niezrozumieniem celiakii i sugestiami, że przecież śladowe ilości glutenu mnie nie zabiją. Prawda, nie zabiją, ale przynajmniej uniknę anemii i zniszczonych jelit na dłuższą metę. Gdyby zaś ktoś mnie chciał zrobić na złość i podrzucić mi choć trochę mąki tortowej do obiadu, zniweczyłby tym samym miesiące moich starań.

W ogóle cały wątek Juliana Petardy, bo to jego dotyczą dietetyczne żarty, bardzo rzadko śmieszy. Sama zabawa postacią pisarki, która zamiast pisać swoją powieść, ukierunkowuje swoją energię na zniszczenie popularnego pisarza pokroju Remigiusza Mroza, jest wcale niezła. Natomiast cała intryga ze stalkingiem, próbami potrucia i wywołania skandalu, wraz z zakończeniem wątku jest dość niesmaczna.

Po przeczytaniu całości, stwierdzam, że sporo chaosu wprowadza tutaj nadmiar. Postaci z własnymi wątkami jest na tyle dużo, że łatwo się przynajmniej na początku pogubić, a nie wszystkie wątki znajdują zakończenie związane z całością. Co prawda większość łączy się na koniec w spójnym zakończeniu, ale pamiętnik Bianki czy całą historię roweru wraz z końcówką można by wyciąć bez szkody dla całości. Wreszcie choć styl pisania jest prosty i satyrycznie oszczędny, to fabuła ma tendencję do swobodnego meandrowania i dygresji.



Na koniec zaś muszę wspomnieć, że po pierwszych czterdziestu stronach książki dostałam wytłumaczenie od (jak podejrzewam) autorki, dlaczego mam problemy z przekonaniem się do jej książki. O ile dobrze zrozumiałam, jestem za młoda. Nie mam wystarczającego doświadczenia życiowego, obycia kulturalnego i prawdopodobnie dlatego jeszcze nie cieszę się z odpowiedniego dystansu do świata. Nie mam z czym konkurować. Niektórzy uważają, że sztuka powinna sama się bronić, ale w tym wypadku popełniłam niewybaczalny błąd. Powinnam wrócić do tej powieści za dwadzieścia lat.

Źródło - dyskusja o książce na fanpage'u Pożeracza.

Zaznaczam jednak, że moje perypetie z tą książką nie znaczą, że Wam się nie spodoba. Ba, widzę pełno pozytywnych recenzji w Internecie. Niech jesień będzie z Wami.


Jesień pod muchomorem
Pola Styx
Poczytne.pl, 2019
341 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki.

piątek, 23 sierpnia 2019

Miłość na trzy kontynenty. "Americanah" Chimamandy Ngozi Adichie


Kobiece włosy są polityczne.

Wyobraźcie sobie Baraka Obamę obok kobiety z wysoko upiętym kokiem z warkoczy, z zaplecionymi ciasno przy skórze warkoczykami w stylu cornrow, z krótkim barankiem mocno kręconych włosów, z dredami, z chmurą afro. Idą razem na spotkanie dyplomatyczne z innymi głowami państwa czy na ważną uroczystość.

Nie, w tej wizji jest coś nie tak. Coś tu nie pasuje.

Dopiero Michelle Obama z wyprostowanymi, ufryzowanymi, „normalnymi” włosami wygląda dobrze obok byłego prezydenta. I bardzo możliwe, że Obama nie wygrałby wyborów, gdyby jego żona nie miała „białej” fryzury.

Tymczasem Michelle tak naprawdę nie ma prostych włosów. Ma masę silnie skręconych sprężynek o teksturze zupełnie innej niż ta, która uznawana jest za domyślną. Nigdy o tym nie myślałam i trochę się zdziwiłam, widząc newsy ze zdjęciami byłej pierwszej damy USA w naturalnych włosach. W życiu mi nie przyszło do głowy patrząc na żonę amerykańskiego prezydenta, że jej włosy są konstruktem stricte wizerunkowym, polityczną zagrywką. I dopiero Adichie otworzyła mi oczy na intensywne starania wobec czarnych dziewczynek często od najmłodszych lat. Czarne włosy poddawane ekstremalnym zabiegom z użyciem toksycznych specyfików prostujących włosy. Paskudne chemikalia drażniące skórę głowy i przepalające włosy o wiele gorzej niż trwała. Wszystko po to, by mieć włosy, które uważane są w pracy, w urzędach, na stanowiskach za czyste, schludne i naturalne.

Mając naturalne, murzyńskie włosy, możesz nie dostać pracy. Stypendium. Podwyżki. Awansu. Wstępu do kraju.


Adichie zarzuca szeroką sieć: stara się zawszeć swoje obserwacje na temat bycia czarnym w Afryce, w Stanach Zjednocznonych, w Wielkiej Brytanii; bycia czarnym emigrantem i imigrantem, bycia deportowanym; bycia Afroamerykaninem od urodzenia i byciem Afrykańczykiem w Ameryce; wyjazdów i powrotów, traceniu i odnajdywaniu tożsamości i ojczyzny. Plecie swój misterny kilim spostrzeżeń, ironii i znaczeń ze słów stopniowo rozwijającej się opowieści, w centrum którego pozostaje rozdzielonych tysiącami kilometrów i doświadczeń dwójka kochanków: Efemelu i Obinze. Będziemy musieli dowiedzieć się, co się im przytrafiło od początku ich znajomości aż do sytuacji obecnej zanim dojdziemy do historii ich spotkania po latach, na które się zbierają na początku powieści.

Efemelu jest pewna siebie, bezpośrednia i wrażliwa; Obinze to oaza spokoju, uważny obserwator świata. Oboje są inteligentni, młodzi, pełni marzeń. On zawsze pragnął zobaczyć Stany Zjednoczone na własne oczy, pożerał amerykańskie książki. Ona nie do końca miała określone plany na przyszłość, ale analizowała sytuację swoich z trudem wiążących koniec z końcem rodziców i ciotki-utrzymanki generała. Ostatecznie ich drogi rozchodzą się i to zupełnie nie tak, jak kiedykolwiek by podejrzewali. Nauka na nigeryjskej uczelni okazuje się niemal niemożliwa z powodu strajków. Ona dostaje wizę do Stanów, on próbuje bezowocnie, aż postanawia spróbować szczęścia w Wielkiej Brytanii.

Obydwoje odtwarzają typowe ścieżki Afrykańczyków, którzy nie wychowali się w warunkach skrajnej biedy czy w buszu, a w klasie średniej cywilizowanego kraju. I, jak podkreśla Adichie, przez kulturę i społeczeństwo zostali uwarunkowani na wyglądanie na zachód czy północ, na aspirowanie do czegoś więcej, a tym czymś więcej nie może być Nigeria.

Obserwacji na tle rasowym, klasowym i narodowościowym jest całe mnóstwo, w większości zapisanych w postaci żywiołowego wpisu blogowego. Po kilkunastu latach w USA Efemelu przeszła wiele faz imigrantki z Afryki: szukanie pracy, depresję, zmianę akcentu, zmianę myślenia, adaptację – aż po świadome odrzucenie amerykańskiego stylu bycia, na skończeniu z prostowaniem włosów kończąc. Swoje spostrzeżenia spisywała na blogu, uświadamiając, drażniąc, zauważając i skłaniając do myślenia. Te zapiski mogą czasem irytować, bo ich wymowa jest ostrzejsza, bardziej zadziorna niż zwykły głos bohaterki. Mogą się też czasem wydawać za bardzo polityczne. Ale wydaje się, że taka miała być ich funkcja. Mają pobudzać, ale nie być wyrocznią. Czasem można spostrzec, że Efemelu się myliła, czasem sama zmienia nastawienie.


Z trochę większego dystansu spoglądamy na Obinzego, a on jest bardziej zamknięty w sobie. Jeśli pisze i się otwiera, to dopiero w mejlu do bliskiej osoby. W Wielkiej Brytanii posuwa się do przestępstw, podszywa się pod kogoś innego (zresztą jak Efemelu), bezskutecznie próbuje dostać National Insurance Number, chwyta się najpodlejszych prac, ostatecznie próbuje nawet ożenić się dla pozwolenia na pobyt. To wszystko jest bardzo upokarzającego dla pełnego aspiracji, wykształconego chłopaka, jednak największą porażką jest deportacja. Poznawszy jeden biegun biedy i to, jak emigracja zmienia jego rówieśników, buduje swoje życie od zera w Nigerii, obserwując pusty świat konwenansów i fasad ludzi bogatych.

Obie ścieżki prowadza przez samotność, zwątpienie, niezrozumienie. Obie części tej historii są świetnie napisane: bardzo prawdziwie, namacalnie doświadczamy losów emigranta na obczyźnie, ale też wnikliwie obserwujemy innych oczami bohaterów. Złotowłosa Amerykanka Kimberley stara się być ostrożna i na wszelki wypadek nazywa każdą osobę o ciemnej skórze „piękną” zamiast „czarną”. Emenike porzuca swoje korzenie i jak kameleon wtapia się w londyńską śmietankę towarzyską, przyjmując idealną maskę. Ciotka Uju nie pozwalała mówić swojemu synkowi o ich przeszłości w Nigerii. Fryzjerka błaga swoją klientkę, by przekonała dowolnego z jej dwóch chłopaków, żeby ją poślubili. Salonowe rozmówki ujawniają uprzedzenia i ograniczenia, osobiste rozmowy mieszanych par naświetlają niezrozumienie i branie za pewnik.

Mimo tego, że to powieść gęsta od wątków rasowych, społecznych, psychologicznych, to jednak przede wszystkim historia miłosna. Relacja między bohaterami jest pełna zawodów, goryczy, nagromadzonych krzywd i trudnych decyzji. Świat zmienił ich, ukształtował w dojrzałych, świadomych, ale i bardziej lękliwych i ostrożnych ludzi. Wizja ich powtórnego spotkania trzyma w napięciu bardziej niż niejedna historia o pierwszym spotkaniu, choć może końcówka powieści jest pośpieszona i trochę męczy. W żadnej mierze nie olśniewa jak początek.


Można powiedzieć, że to książka przegadana, trochę arogancka, na pewno bardzo wyrazista. Przydało by się parę cięć, niektóre fragmenty mogą nużyć, inne irytować. Trochę tego za dużo: w poszczególnych częściach skupiamy się na zbyt wielu postaciach pobocznych, mniej istotnych dla głównej fabuły, choć ważnych dla jak największego zróżnicowania doświadczeń. Wciąż, to nie jest zapis totalny, a bardziej intymny, bo chodzi głównie o tę dwójkę, i ich historię często przyćmiewa detal. Pomimo tych wad będę się trzymać pierwszego wrażenia, że to naprawdę dobry i ważny kawałek literatury.

Dla osoby z kraju, w którym kwestie rasowe są – może nie na pograniczu, ale wciąż widok osoby czarnoskórej jest dość rzadki – to bardzo potrzebne głębokie zanurzenie w problemy, o jakich trudno inaczej widzieć. Americanah uwrażliwia, pomaga w zrozumieniu i przede wszystkim przybliża przez pokazanie na przykładzie pełnokrwistych postaci.

Lektura tym bardziej obowiązkowa, bo Adichie zawita w Krakowie już tej jesieni na Festiwalu Conrada.


Americanah
Chimamanda Ngozi Adichie
Alfred A. Knopf, 2013
477 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★