Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

sobota, 16 grudnia 2017

Cztery lata Rozkmin. Czy warto?


Przeczytałam dzisiaj moją pięćdziesiątą drugą książkę w tym roku, niniejszym wypełniając w stu procentach moje zeszłoroczne pragnienie i tegoroczne wyzwanie. Wczoraj też wypadły czwarte urodziny bloga Rozkminy Hadyny, bo 15 grudnia 2013 roku bez żadnych wprowadzeń, przedstawień czy wstępów opublikowałam pierwszą recenzję książki jako Rozkminy. Wczoraj też zakończył się urodzinowy konkurs, którego rozstrzygnięcia nie będzie, bo nikt nie wziął udziału. Cóż, jednak faktycznie zbyt przesadzone zadanie i za słabe nagrody.

W efekcie nachodzi mnie dość obcesowe, zmęczone, drażniące pytanie: „Czy warto?”

Czy warto prowadzić bloga książkowego? Czy warto spieszyć się z czytaniem książek? Czy warto stawiać sobie wyzwania? Czy warto kultywować Rozkminy?

Każdy choć trochę obyty w blogosferze powie pewnie wprost, że blogów książkowych akurat prowadzić się nie opłaca. Lepszą są lifestylowe, modowe, kosmetyczne, ekonomiczne i jakie tam jeszcze. Bo tam się czytelników i obserwujących szybko znajdzie, statystyki odwiedzin pofruną w górę, zaraz maszyna monetyzująca pójdzie w ruch i człowiek coś zarobi na swojej pracy. A książki? W kraju, gdzie książek się dużo nie czyta, a wydawnictwa często wiążą koniec z końcem trudno na nich rozkręcić dochodowy interes. Nawet sieciówki takie jak Matras upadają. O książkach zatem od strony finansowej – nie warto.

Ale zaraz w odsiecz rzucą się głosy wzywające do duchowej i intelektualnej wartości zajmowania się słowem pisanym. Przecież większość, a może i ogół blogerów książkowych pisze dla swojej własnej przyjemności obcowania z książką. Że chodzi o propagowanie czytania, choćby w wąskim gronie. Co prawda blogerzy nie mają jakiegoś niesamowitego wpływu na obracanie się rynku książki, ale zawsze kogoś uda się mimochodem namówić na lekturę. Zachęcić do sięgnięcia do tej czy tamtej pozycji. Napełnić entuzjazmem, zarazić pasją.



Zatem fascynacko, blogi książkowe się opłacają. Wynagradzają wysiłek w życzliwych komentarzach, ciekawych dyskusjach, wzajemnych inspiracjach i słowach uznania. Znajomi albo doradzają, pożyczają, wciskają książki, które ostatnio im się podobały, albo proszą o radę, czy znam coś w podobnym klimacie do czegoś innego albo jakie książki na jakiś temat polecam. Blogi obradzają w blogowe przyjaźnie, dają miejsce w bardzo specjalnym miejscu: w luźnej, internetowej społeczności piszących o książkach. Osobiście właśnie zanurzenie w tej subkulturze moli książkowych najbardziej w pisaniu Rozkmin mnie zachwyciło. I zachwyca do tej pory. Targi książki, konwenty czy festiwale to często okazja do spotkania choć na chwilę tych ludzi, których podziwiam, których obserwuję, do których czuję niesamowitą sympatię, a oni odpowiadają tym samym. Spotkania blogerskie, zwłaszcza w wąskim gronie, to czas naprawdę wyjątkowy i cudowny. Wymienianie się książkami, doradzanie kolejnych lektur, porywające wpisy, dzięki którym człowiek sięga po autora czy książkę, której długo nie zapomni: ostatnio Marta Kisiel, Agneta Peijel, Robert McCammon, Krzysztof Piskorski.

Co boli najbardziej? Chyba ambicja i perfekcjonizm. Chciałabym, żeby Rozkminy przebojem zdobyły tysiące lajków, followersów, obserwujących, by były znane i kochane, by przynosiły jakiś zysk. Żeby wyglądały profesjonalnie i olśniewająco, najlepiej miały jeszcze fantastyczny kanał na YouTubie, żebym potrafiła robić zachwycające zdjęcia. Chciałabym przeczytać wszystkie zalegające w domu, a nieprzeczytane książki, być zawsze na czasie z nowościami, czytać pozycje polecone i od dawna zapisaną na liście klasykę do nadrobienia. Zawsze mieć ponad 52 książki w roku na koncie. Móc często pisać i być zawsze na bieżąco z zaprzyjaźnionymi blogami. Chciałabym nigdy już nie być zwiedziona, zawiedziona, nabrana, porzucona, zignorowana przez współpracujących z blogiem. Tego wszystkiego nie mogę osiągnąć, przynajmniej nie teraz, gdy mam jednak ważniejsze, osobiste sprawy na głowie. Bo, mówiąc szczerze, Rozkminy to główne i największe przedsięwzięcie w moim życiu, z którego powinnam zrezygnować, żeby mieć więcej czasu i być dla siebie łaskawszą. Prowadzę je tylko dlatego, że jestem wobec siebie pobłażliwa i mam taką zachciankę, której nie chcę puścić, żeby móc skupić się chociażby na doktoracie.

A więc, czy warto prowadzić dalej Rozkminy, choć nie piszę tak często, jak wymagałyby tego prawidła sztuki bycia popularnym blogerem, choć moje zasięgi i statystyki ostatnio mocno mnie przygnębiają, choć ciągle mam zaległości, choć nie chcę inwestować w domenę, szablon, profesjonalne logo, reklamy? Mimo wszystko, wciąż warto. Bo pisanie o książkach pozwala mi dać sobie chwilę na zastanowienie, analizę, rozkminę na spokojnie. Pozwala mi sięgnąć dalej, poznać więcej. Otacza wartościowymi ludźmi, wywołuje dyskusje, minimalne podnosi status (Wiecie, ile frajdy sprawia wyznanie koleżanki z pracy czy innej blogerki, że ich znajomi mnie czytają, choć mnie w ogóle nie znają osobiście? Pozdrowienia właśnie dla Was!).



Rozkminy sprawiają olbrzymią satysfakcję i stanowią ważną część mnie. Także mimo dość ponurego tonu, którym zaczęłam, to nie jest wpis o tym, że daję za wygraną, o nie! Rozkminy mają się dobrze i będą się odzywać, tak jak zawsze.

Pozostaje kwestia presji ilościowej. Czy warto ścigać się w wyzwaniach na liczbę przeczytanych książek? Zainspirowana tekstem zalinkowanym przez Parapet Literacki, zaczęłam się zastanawiać.

W podsumowaniu noworocznym, to znaczy rozkminach roku 2016, bolałam nad tym, że choć zazwyczaj udaje mi się bez problemu dociągnąć do 52 książek, w ubiegłym roku zawaliłam. Dlatego w tym roku tak się starałam dobić do tych 4 książek w miesiącu – może nie za wszelką cenę, ale często miałam z tyłu głowy: „a, przeczytam teraz tę książkę, bo jest krótsza i szybciej skończę”, „wezmę ebooka, żeby czytać wszędzie, zamiast tej grubszej pozycji do czytania w domu, bo się nie wyrobię”. Patrzę dookoła, a tam niektórzy już dawno za setką książek i czytają dalej. Tak, to jest presja. Szkodliwa i niepotrzebna.

To znaczy nie zrozumcie mnie źle, zawsze uważałam, że wyznaczanie sobie rozsądnych celów, dążeń, rozkładanie materiału do przerobienia na systematyczne części i osiąganie zamierzonych postanowień to świetna sprawa. Nie zamierzam z tego rezygnować, bo to mój sposób na produktywność. Ale walka za wszelką cenę o ilość zamiast o jakość to nie jest to, w jaki sposób chcę żyć i czytać.

Dlatego od teraz przechodzę bardziej na rytm slow. Bez wymuszenia, bez wyrzutów sumienia, bez rozczarowań, bez presji.

Tego sobie dalej życzę dla Rozkmin.



A Wam, wszystkim czytającym, dziękuję za obecność. Za wsparcie. Za dobre słowa. Dziękuję z całego serca. Niech lektury Wam obradzają w zachwyty, czytelnicze uniesienia i perełki. I jeśli macie wolę, napiszcie, jak widzicie Rozkminy Hadyny. Co byście mi doradzili? Czy coś byście zmienili?

poniedziałek, 11 grudnia 2017

NERDOZJA#7: Dumne pustosłowie i gwiezdne detale. Star Wars. Przebudzenie mocy: Słownik ilustrowany


Już pojutrze, w środę, będę się zbierać do kina na przedpremierę ósmego epizodu Gwiezdnych Wojen, to znaczy na Ostatniego/Ostatnich Jedi. Oj, nie mogę się doczekać! W ramach godnych przygotowań do seansu obejrzałam ze znajomymi starą trylogię jeszcze raz, w środę przed kinem jeszcze trzeba odświeżyć Przebudzenie mocy... A tymczasem wieczorami rozkładałam sobie na kolanach pokaźny Ilustrowany Słownik epizodu siódmego, przeglądając go z uwagą od deski do deski.

Czy zapamiętałam choć część nazw, nazwisk i faktów zawartym w tym kompendium? Wolne żarty, nie jestem hardcorowym fanem, który wykuwa na pamięć każdą trzecioplanową postać, potrafi wskazać na mapie galaktyki każdą ważną dla serii planetę i opisać, co na niej się wydarzyło, a na dodatek z pamięci odtworzyć wszystkie historie z powieści tworzonych w starym kanonie. Przyznam się szczerze, choć ci, co mnie znają choć trochę już wiedzą, czemu się zaopatrzyłam w taką pozycję. No jasne: żeby z półki patrzył na mnie Kylo Ren w swojej skrywającej twarz Adama Drivera masce, żeby przeczytać ten prześmieszny opis jego postaci, żeby bliżej poznać film, który na dobre mnie przekabacił na Gwiezdne Wojny. Wcześniej byłam raczej typem startrekowca.



Czyli co, wychodzi na to, że jestem noobem i fangirlem? A tak. Przyznaję się do tego. Fangirlizm to moje poletko od dawna i wcale nie uważam go za rzecz podłą czy gorszą; bycie noobem pozwala przeżyć dreszcz emocji, odkrywając nowe rejony. A słownik był mi potrzebny, bo jest ładnym coffee bookiem, pozwala skupić się na drobnostkach, zajrzeć jeszcze dalej ekipie filmowej w detale, uczy, bawi i pięknie się prezentuje obok innych nerdozjów, czyli nerdowych precjozów.

To może zajrzyjmy razem do środka?

Niezbyt gruba, bo osiemdziesięciostronicowa, ale za to dużoformatowa publikacja z bogatym wyborem ilustracji z filmu naprawdę cieszy oko. Gładki, połyskliwy papier, gruba oprawa, złocona obwoluta – to zdecydowanie wydanie kolekcjonerskie, na bogato. Zaczynając od pobieżnego wstępu i przedstawienia głównych sił ścierających się ze sobą w Przebudzeniu mocy, słownik szybko przechodzi do analizy kolejnych postaci, ich historii, motywacji, stroju, broni, transportu, zbroi, towarzyszy.



Na kolejnych, hojnie wypełnionych stronach można podziwiać mapę galaktyki, analizę budowy robota BB8, zbieraninę postaci u Maz Kanaty, przedstawienie różnych specjalizacji żołnierzy Najwyższego Porządku, członków ruchu oporu, pilotów, zbójów z podziemnych organizacji mafijnych, którzy postanowili wspólnie zajrzeć na statek Hana Solo i pogadać ze znanym przemytnikiem o długach... Generalnie niemal cokolwiek przez chwilę pojawia się na ekranie, znajduje swoje miejsce w słowniku wraz ze swoją nazwą i krótkim opisem. Dodatkowy punkt na plus to wytłumaczenie stopni militarnych, symboliki mundurów i tego typu szczeg

Wydaje się, że książka wyciska naprawdę każdy szczegół z filmu, czasem wręcz tracąc głębię treści na korzyść ilości zbędnego pustosłowia i zapychania dziur. Teksty są pobieżne, powtarzają oczywistości i rzadko kiedy wychodzą poza wiedzę czysto wyciągniętą z filmu (pomijając superprecyzyjne nazwy każdej broni, każdego robota i stworzenia). Czasem wyciągają ciekawe szczegóły, ale częściej męczą albo wywołują śmiech. Niektóre komentarze przy strzałkach są na tyle wymuszone, że komentują cerę czy wyraz twarzy (na przykład skrupulatnie informują, że generał Hux jest blady, ponieważ dużo czasu spędza w pomieszczeniach zamkniętych, niegdyś brązowe włosy Hana Solo zupełnie wysiwiały, a twarz Finna wyraża zacięte oddanie wobec nowo poznanych przyjaciół). Takie wstawki śmieszą banalnością i zbędnością, a na dodatek sprawiają wrażenie zbytniego wysiłku wobec rzeczy zupełnie trywialnej.



Choć miejscami sprawia takie wrażenie, słownik ten wcale nie jest napisany przez jakiegoś biednego stażystę, któremu kazano biedzić się nad wymyśleniem jakiegoś minimum przypisów do każdej postaci. Pablo Hidalgo, jak informuje czytelnika obwoluta, jest zatrudniony przez Lucasfilm od prawie dwóch dekad jako profesjonalny twórca teksów związanych z Gwiezdnymi Wojnami, zarówno do książek związanych z produkcjami, jak i na oficjalnej stronie internetowej franczyzy. Jest też kierownikiem kreatywnym przy pracach nad rozwojem fabuły. Z jednej strony sprawia to, że czujemy zaufanie do zawartych w słowniku treści, z drugiej czujemy niesmak do takich szumnych i niechcący zabawnych fragmentów, jak ten, który mógłby znaleźć miejsce w fanowskiej narracji wyjętej z pamiętników Emo Kylo Rena:

Ten, który wkracza na spustoszone pole bitwy ze śmiałą determinacją w kroku, z osmoloną szatą łopoczącą na jego smukłej sylwetce, to tajemniczy Kylo Ren. Jego ciało promienieje tłumionym gniewem, ognisty temperament utrzymywany jest jednak w ryzach, wyostrzony w idealną i precyzyjną broń.
(tłumaczenie własne)

Generalnie nie jestem zachwycona wnętrzem, ale niesamowicie przyjemnie i satysfakcjonująco dla fana jest mieć takie podręczne kompendium wiedzy na półce. Kto wie, może szczególiki i detale techniczne jeszcze kiedyś się przydadzą, ale tymczasem – zacne nerdozjum.

A na koniec: miłego oglądania nowej części dla wszystkich fanów, którzy to czytają, a którzy też wybiorą się niedługo do kina!:)



Star Wars: The Force Awakens The Visual Dictionary

 Pablo Hidalgo

DK, 2015
80 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★


Mój oryginalny egzemplarz po angielsku sprowadzałam przez Amazona, ale Star Wars. Przebudzenie mocy: Słownik ilustrowany jest też dostępny po polsku:

wtorek, 5 grudnia 2017

URODZINOWY KONKURS! Jak wyobrażasz sobie Rozkminy za rok?


Uwaga, uwaga! 15 grudnia wypadają... czwarte urodziny Rozkmin! Tak jest, dlatego też czas na KONKURS URODZINOWY!


Do wygrania czekają cztery książki, które z ciężkim sercem wybrałam z mojej biblioteczki:


  • Ofiarowana Jenny Miscavige Hill to pierwsza książka, o której napisałam na tym blogu (tutaj), lektura poruszająca i drażniąca; do tej pory pamiętam wyznania dziewczyny, która wychowywała się wśród scjentologów.
  • Gombrowicz i Buenos Aires Laury Pariani to literacka wycieczka śladami Gombrowicza, czytałam ją wiele lat temu i nie zamierzam wrócić, choć należycie doceniłam argentyńską atmosferę i zagubionego polskiego pisarza.
  • Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku Bożeny Aksamit to pięknie wydana i pełna ilustracji historia najmodniejszego polskiego statku, transatlantyku "Batory", na którym bawiła się śmietanka towarzyska i plejada gwiazd.
  • Amazonia Jamesa Rollinsa to powieść przygodowa w języku angielskim, dla mnie nietrafiona niespodzianka, dla Ciebie być może świetna przygoda w amazońskiej dżungli wraz z zagubionymi naukowcami i niewytłumaczalnie uleczonymi pacjentami.

Od dzisiaj, piątego grudnia, macie 10 dni, by odpowiedzieć na zadanie konkursowe:

Wymyśl i opisz/narysuj/skleć w programie Paint okładkę książki, która opowiadałaby o przyszłym, piątym roku prowadzenia Rozkmin Hadyny!


Będę oceniać całokształt wpisów od każdego z uczestników, ten, kto mnie najbardziej rozbawi/zadziwi/ujmie/rzuci na kolana, wygra wybraną przez siebie książkę!

Aha, można jak najbardziej bić się o kilka tytułów, nie ma limitu.

Bawcie się w najlepsze;>




Regulamin konkursu:

1. Wyłącznym organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny.

2. Nagrodą są poniższe książki z prywatnej biblioteczki (używane i nowe, ale w dobrym stanie):



3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • być publicznym obserwatorem bloga (na Blogspocie/Facebooku/Instagramie),
  • udostępnić w dowolny sposób informację o konkursie (może być na własnym blogu przez opublikowanie bannera - pierwszego zdjęcia wpisu - na czas trwania konkursu, na Facebooku, na Instagramie),
  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie wspomnieć, pod jakim nickiem i na jakiej platformie obserwujecie bloga, podać e-mail kontaktowy, wskazać miejsce udostępnienia informacji o konkursie) i odpowiedzieć na zadanie konkursowe.

4. Konkurs trwa od 5 do 15 grudnia 2017 r.

5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka/książki.

8. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.

9. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

10. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

11. Nagrody wysyłam lub dostarczam osobiście jedynie na terenie Polski.

12. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!


sobota, 2 grudnia 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: LISTOPAD 2017



Pod sam koniec listopada już oficjalnie przywitaliśmy zimę, bo ta wprosiła się bez pytania i naniosła całkiem sporo śniegu. Listopad był dla mnie dość intensywny w związku ze sprawami uczelnianymi, nawet ani razu nie wybrałam się do kina. Ale za to ile przeczytałam!

Tym razem udało mi się przejść przez aż pięć książek, z czego jestem bardzo zadowolona, bo zostały mi tylko trzy i będę miała moje upragnione pięćdziesiąt dwie książki w tym roku. W ubiegłym miesiącu przeczytałam: You're never weird on the Internet Felicii Day, o której pisałam już w tym wpisie, Star Wars: The Force Awakens: The Visual Dictionary Pabla Hidalgo, Wróżbę. Wspomnienia dziewczynki Agnety Pleijel oraz Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego. Dodatkowo dość dokładnie przeczytałam antologię Fandom: Identities and Communities in a Mediated World Jonathana Graya w ramach badań naukowych.

A co słychać popkulturalnie?



Grace i Grace (2017)


Atwood znowu na małych ekranach. Netflix nakręcił adaptację powieści z 1996 tej kanadyjskiej autorki i niedawno wrzucił ją na swoją platformę. Szczerze mówiąc, dowiedziałam się o tym serialu właśnie włączywszy Netflixa. Natychmiast zaczęłam oglądać i od pierwszego z sześciu odcinków fabuła wciągnęła mnie jak wir. Grace to Irlandka, która jako młoda dziewczyna wraz z całą rodziną przeniosła się do Kanady. Tam, po wielu perypetiach, w 1843 roku zostaje pojmana przez władze i skazana na dożywocie za morderstwo dwóch osób. Jej wspólnik został powieszony. Atwood do prawdziwych wydarzeń doszyła dodatkową warstwę, poprzez którą możemy słyszeć historię Grace z jej własnych ust, gdy ta opowiada o swoim życiu fikcyjnemu psychologowi. Młody lekarz próbuje dociec, czy wspomnienia skazanej pacjentki dotyczące krwawych zdarzeń, o których twierdzi, że są dla niej wyrwą w pamięci, mogą wypłynąć na powierzchnię świadomości. Tymczasem sprytna Grace meandruje po swojej historii według własnego widzimisię, przejmując po raz pierwszy stery narracji własnego życia. I tak jak w pierwszej scenie serialu, nie wiemy dokładnie, która z twarzy dziewczyny jest prawdziwa. To wie tylko ona sama. Serial przewrotny, hipnotyczny, intrygujący i stawiający właściwe pytania. Polecam, jeśli jeszcze nie jesteście przekonani, to zapraszam do tego artykułu, a sama będę polować na pierwowzór powieściowy.



Community (2009–2015)


Moją obecną obsesją jest serial komediowy Community. Podsunął mi go Ryba, który stwierdził, że pora dla niego na powtórkę. Idziemy przez niego jak burza, dzisiaj skończyliśmy trzeci sezon. Trzeba mu dać chwilę na rozkręcenie, ale szybko dowiadujemy się, co jest siłą te produkcji. Po pierwsze, fantastyczna grupka głównych bohaterów, którzy tworzą typową patchworkową rodzinę, po drugie, to naprawdę świetna komedia na każdym poziomie, a wreszcie po trzecie, ten serial tak wspaniale bawi się filmowymi i telewizyjnymi tropami, gatunkami i motywami. Absolutnie mistrzowsko żongluje konwencją, by prostą historię o paczce przyjaciół z amerykańskiego community college raz po raz opowiadać w coraz to bardziej absurdalny, ale i stylowy sposób: a to wrzucając ich w środek filmu o zombie, a to westernu czy typowego kina akcji, naśmiewając się z typowego sposobu przedstawiania kobiet w filmach czy z seriali typu Doctor Who. Jestem zachwycona i mam z wolna nabierającego rumieńców crusha na punkcie Abeda. I nie jest mi przykro.



Punisher (2017)

Obejrzałam też dwa pierwsze odcinki nowego i ostatniego z cyklu Defendersów serialu superbohaterskiego Netflixa. Póki co szału nie ma, ale świetnego klimatu i stylowej atmosfery starego rocka i amerykańskiej armii odmówić mu nie można. Zobaczymy, jak historia rozwinie się dalej.


Pidżama Porno


Na świeżo pochwalę się też, że wczoraj byłam na koncercie Pidżamy Porno na trzydzieste urodziny zespołu w Klubie Studio w Krakowie. Przez liceum i początek studiów marzyłam, żeby iść na Pidżamę, bo te piosenki wryły mi się głęboko w tożsamość. Teraz bardziej co prawda podobają mi się jednak Strachy na Lachy, ale niesamowicie się cieszę, że mogłam pójść, posłuchać Grabaża, wykrzyczeć kilka piosenek i wyskakać się tak, że do tej pory bolą mnie stopy, a buty trzeba zanieść do szewca. Nawet były niespodzianki w postaci gościnnych występów coverujących Pidżamę. Szkoda tylko, że zespół tak szybko się zebrał. Po dwóch zaplanowanych bisach scenę zaczęto w pośpiechu sprzątać i trzeba było wracać do domu. No cóż...


Press Any Key


Na koniec pochwalę się, że wreszcie wyszedł tomik pokonkursowy z opowiadaniem mojego autorstwa! Insert the Galaxies napisałam w kwietniu ubiegłego roku specjalnie pod konkurs ogłoszony przez Sekcję Creative Writing Koła Naukowego Anglistów UJ. Opowiadanie miało być w jakiś sposób związane z jakimś klawiszem na klawiaturze. Jestem dumna z mojego tekstu, bo całkiem zgrabnie mi wyszło językowo. Jeśli ktoś chce przeczytać, proszę się zgłaszać mejlowo, to podeślę:)


To wszystko z mojej strony. A co słychać u Was?

niedziela, 26 listopada 2017

Ten długi, szalony, zbereźny wpis o wampirach

Przestrzenie tekstu znowu inspirują. Od bardzo dawna nosiłam się z wpisem o wampirach, do wydania Zmierzchu moim ulubiony motywem literackim. W liceum nawet poświęciłam się wytrwałym badaniom wampirycznym w celu wyprodukowania naprawdę imponującej prezentacji maturalnej, czytając, oglądając wszystkie klasyczne i sztandarowe opowieści o krwiopijcach. Potem jeszcze pisałam długą pracę o współczesnych kierunkach mitu na studiach. Czas podzielić się wiedzą z okazji wyzwania Klasyka horroru i czytania horrorów wampirycznych!




„Przyszły upiór rodzi się niekiedy nie tylko z dwiema duszami, ale nawet z dwoma sercami.”

Bohdan Baranowski, „W kręgu upiorów i wilkołaków”


Wampiry, upiory i zjawy pełnią w literaturze funkcję podobną do tej, jaką pełniły mity, legendy i baśnie, a mianowicie – światopoglądową. Pokazują nasz stosunek do świata, wyrażają podświadome lęki i obawy, nieuświadomione albo skrywane fascynacje. Ponieważ należą też do sfery fantastyki, istnieją w naszej wyobraźni – można z nich wycisnąć to, co leży w głębokich pokładach naszej psychiki. Skrywaną stroną natury ludzkiej, oznaczają to, czego się boimy, co skrywamy lub się wstydzimy. Owa wspomniana w początkowym cytacie„dwuduszność” czy „dwusercowość” osoby, która ma stać się upiorem, oznacza to tak naprawdę dwoistość jej natury. Obserwując role, jakie odgrywają wampiry i upiory w literaturze, można prześledzić ich funkcje, wgryźć się w ich symbolikę i sprawdzić, co mówi przez nie druga natura ludzka.

Wszystko się bierze z mitów, które usystematyzowały wyobrażenia ludzi. Jednymi z najwcześniejszych znaków obecności zjaw i upiorów w słowie pisanym są dramaty starożytne, w których występowały motywy zaczerpnięte z mitologii greckiej. Przykładem może być chociażby Oresteja Ajschylosa, w której Erynie występują w charakterze mścicielek wypijających krew matko- i ojcobójców. Motyw upiorów wykonujących karę, wymierzających sprawiedliwość, powtarza się w literaturze po wielokroć i jest on znamienny, bo nawiązuje do najpierwotniejszych lęków przed śmiercią i przed tym, co stanie się po niej. Jednak w Orestei znajdziemy jeszcze jeden ważny wątek związany z upiorami: zbrodnia w domu Agamemnona jest porównywana do fatum związanego z kobietami, które wyrwały się spod władzy mężczyzn, a Klitaimestra i Helena stawiane są na równi, rzekomo opętane przez łaknącego krwi demona. Tak naprawdę może to być wyrażony w poetycki sposób lęk przed władzą i samowolą kobiet.

W renesansie puszkę Pandory z duchami, zjawami i wszelkimi fantastycznymi stworzeniami otworzył Szekspir. Niesamowite zdarzeń i postaci w jego dramatach często są wyrażeniem problemów ukrytych głęboko w psychice ludzkiej. Przyglądając się Hamletowi, ducha ojca Hamleta można postrzegać dwojako: jako świadka przeszłości, która ciąży nad Hamletem lub też jako część osobowości Hamleta. To ta część skrywająca się pod pod układną, ukształtowaną przez nakazy i zakazy zewnętrzne, wychowanie, kulturę maskę. Ta część, która rządzi się prymitywnymi prawami – prawami zemsty. To ona popycha Hamleta do czynu, a on ją próbuje uciszyć – to właśnie stąd wywodzą się jego duchowe rozterki, z jego dwoistości czy „dwuduszności” Hamleta.

Od baroku rozpoczął się kult tak zwanego meduzyjskiego piękna – piękna skalanego albo wręcz piękna w brzydocie. O ile w baroku była to raczej pewna postawa intelektualna, część konceptu, mającego za zadania zaszokować rozum czytelnika, to w romantyzmie nie chodziło już o zdziwienie rozumu, lecz wstrząśnięcie poczuciem moralności czytelnika. Dlatego piękno zmącone stanęło nagle na piedestale – bowiem to epoka, której gust ciążył ku makabrze, okropnością i dziwom. Dlatego piękne i godne zachwytu stały się Murzynki, kobiety garbate, chore, stare, a nawet martwe. Stąd już o krok od zjaw i upiorów, w które mogą się przekształcić owe piękne-martwe kobiety. Te niezdrowe fascynacje są przejawem rozpoczynającego się ciągu występowania wampirów, upiorów i zjaw jako odzwierciedlenia tego, co jednocześnie pociąga i odrzuca. Śmierć i Piękno stały się dla romantyków bliskie sobie tak dalece, że zlały się w jedną o dwóch obliczach rzeźbę piękna fatalnego, splamionego zepsuciem i melancholią, czającą się w oczach miltonowskiego diabła, piękna, z którego tym obficiej tryska rozkosz, im więcej jest goryczy w jego smaku.

W tym momencie trudno już nie wskazać na Edgara Allana Poego. W jego opowiadaniach z maniakalnym wręcz uporem powracają motywy zachwycających kobiet, które są na progu śmierci, umierają, są już martwe albo wychodzą z grobu pod różnymi postaciami. Bohaterki takie, jak Berenice, Ligeja, Magdalena Usher to kobiety jednocześnie żywe i umarłe. Badacze doszukują się w tych motywach nekrofilskiej nieświadomości pisarza. Ogromną rolę w jej ukształtowaniu odegrało wspomnienie matki, umarłej na gruźlicę, gdy Poe miał zaledwie dwa i pół roku. To ona zakorzeniła w psychice pisarza ideał urody w postaci kobiety umierającej, noszącej atrybuty śmierci. Dlatego w swojej twórczości ciągle do niego dążył, ukazując kolejne śmierci, przedwczesne pogrzeby i tak dalej. Ten nieuświadomiony pociąg Poego, wyrażający się w jego twórczości, może być nazwany ukrytą, drugą stroną jego natury.

Zaglądając na polskie podwórko, koniecznie trzeba wspomnieć Mickiewicza. To on rozpoczął odkopywanie skarbnicy ludowych podań. W balladach wielokrotnie pojawia się motyw ukarania zbrodniarzy przez zjawy, chociażby w Lilijach, przede wszystkim jednak to właśnie nasz największy wieszcz utrwalił motyw wampira w sztuce polskiej. Maria Janion w artykule „Polacy i ich wampiry” określiła krwiopijne upiory jako motyw, „na którym skupiały się w dzikim, okrutnym nasileniu wierzenia ludowe i słowiańskie, w nim rozpętywały się wyuzdane moce Erosa i Tanatosa” (1984). W Dziadach Mickiewicz przeciwstawił się wizji Słowian lubujących się w sielankach, nadając Polakom cechy dzikie, pogańskie, wampiryczne. Gdy Konrad śpiewa „zemsta, zemsta na wroga” ujawnia drugą, skrywaną, niechrześcijańską, mścicielską, złą naturę Polaków. Za pomocą wampira w pieśni ukazuje się dwoistość całego narodu.

Ale w Dziadach nie tylko ukazany jest cały naród – to przede wszystkim dramat jednostki, a i ta jednostka: Gustaw-Konrad, można rzec, że ma dwie dusze, bo jest rozdwojony egzystencjalnie. Przypatrując się Gustawowi, duchowi samobójcy, można też dostrzec połączenie lęku przed tzw. „złą śmiercią”, czyli np. samobójstwem, które jest połączone z wiarą w to, że taki samobójca stanie się upiorem, bo nie może odejść w zaświaty, póki żyje jego ukochana; jest „martwy dla świata”. Druga natura Gustawa, natura nawołująca do czynu, nasączona jadem, zemstą, przepełniona pragnieniem wielkości, to Konrad.



Upiorne akcenty pojawiają się już w Giaurze, gdzie występuje nawiązanie do wierzeń muzułmańskich, w których niewierni nie umierają, a stają się właśnie upiorami. To jednak nie to było najważniejszym epizodem, który uruchomił cały kołowrót zbiorowej wyobraźni. Zaczęło się od wzorowanego na postaci Lorda Byrona Lorda Ruthwena, bohatera opowiadania doktora Polidori. Ruthwen jest swego rodzaju zemstą na Byronie, jest przedstawiony jako perfidny, zły do szpiku kości szlachcic, który jednocześnie jest wampirem-mordercą. Właśnie od tego opowiadania, a także zaproponowanego przez Byrona bohatera nazywanego dziś byronicznym – bladego jak wampir, z tajemniczą przeszłością, gwałtownego, namiętnego – powstał wampir taki, jakim go znamy ze współczesnych filmów i książek. Ten wampir przedstawia to, co nieujarzmione w naszej naturze, co groźne, skrywane, wewnętrzne pragnienie zła, przewrotność.

Rozwój tego typu modelu bohatera ukazuje ciąg perwersji i zboczeń, które ujawniły się pod wpływem lektur takich jak Wampir Polidoriego, dzieł Byrona i markiza de Sade’a. „Rolę płomienia, który przyciąga i pali, odgrywa mężczyzna fatalny – bohater byroniczny, kochanek okrutny i przynoszący nieszczęście – w pierwszej, a kobieta fatalna – w drugiej połowie XIX wieku” (1974). Kobieta fatalna pełni wielorakie funkcje w literaturze tworzonej przez mężczyzn, jaką jest przecież przede wszystkim literatura europejska w romantyzmie. Femme fatale jest uosobieniem lęków przed kobietą silniejszą, złowrogą, ustawioną zwykle wyżej w hierarchii, ale także niezwykle pociągającą, egzotyczną. Pełni również rolę fetysza dla sadomasochistów, których w tej epoce nie brakło. Jest zimna jak lód, perfidna, blada, ma władzę, hipnotyzuje, wampiryzuje, porywając męskie serca, wysysa z nich siły witalne, czas, pieniądze – ma wszelkie cechy wampira.

Tak jak w wierszu Baudelaira Przemiany wampira, kobieta pokazuje swoje sprzeczne zalety: skromność, kruchość, ale też wyuzdanie, witalność. Po akcie jednak mężczyzna zauważa jej ohydę, kobieta jawi mu się jako trup, kostucha niemal taka, jak ta przedstawiona w Rozmowie mistrza Polikarpa ze śmiercią. Obok cnotliwych dzieweczek to właśnie kobieta fatalna jest drugą, mroczną stroną natury kobiety, uosobieniem lęków i fascynacji mężczyzn. Dziś kobieta fatalna wyraża niepokoje mężczyzn związane z emancypacją kobiet, ich uniezależnieniem – ukazywane są jako zło wcielone, nawiązujące jeszcze do poprzedzającej Ewę, mitycznej Lilith.

Dlatego nieprzypadkowo pojawia się w tej epoce opowiadanie Le Fanu Carmilla. Autor pokazuje w sposób oryginalny kobiece pożądanie, coś abstrakcyjnego w sztywnej epoce. Carmillę można rozpatrywać zarówno jako opowieść o wampiryzmie lesbijskim, co łączy się lękiem przed łamaniem zakazów dotyczących homoseksualizmu, ale także jako kolejną dwoistość bohaterki – jeśli uznać, że Carmilla jest drugą naturą Laury, jej rozbudzoną seksualnością, wywołującą grozę, ale i zachwyt. Jednak ta natura niesie zniszczenie i śmierć, dlatego musi być ostatecznie zniszczona.

Dzięki popularnemu, acz prymitywnemu wampirowi Varneyowi, wydawanemu jako powieść-rzeka w odcinkach w angielskich gazetach, postać wampira mogła stać się miejscem upustu fantazji seksualnych rozmaitego rodzaju. Stephen King w książce Dance macabre utrzymuje, że atrakcyjność tego typu dzieł – często kiczowatych i niestrawnych dla co wybredniejszego czytelnika – tkwi w tym, że pozwalają one wyzwolić wszystko aspołeczne uczucia i emocje, które w każdych okolicznościach nakazuje nam się ukrywać – dla dobra społecznego i własnego (2004). To harmonijnie łączy się z moim założeniem „dwuduszności” natury ludzkiej.



Książka, która zrewolucjonizowała literaturę związaną z wampiryzmem, to rzecz jasna Dracula Brama Stokera. Mówienie o wyrażanych przez to dzieło fascynacjach i lękach pod względem seksualnym byłoby już tylko powtarzaniem poprzednio przytoczonych przypadków: wampir chce odebrać spod mocy mężczyzn kobiety i wzbudzić w nich tę drugą, złą, nieuświadomioną naturę. Przy Draculi warto jednak skupić się na innych lękach człowieka wyrażonych w symbolice wampira, a mianowicie przedstawieniu niepokojów ludzi nauki, nowoczesnych, cywilizowanych, mieszkających w miastach, wobec zabobonów ludzi pogańskich, oddalonych od cywilizacji, gdzieś z obrzeży Europy. Wampir w postaci wcielonego strachu przed nieznanym, nieracjonalnym, wymykającym się rozumowi wdziera się w życie zwykłych ludzi. Dracula stał się prototypem każdego kolejnego wampira w literaturze i w filmie.

Tylko epizodycznie warto też wspomnieć o Wampirze Reymonta, choć można by o tej książce i wielu wymiarach wampiryzmu w niej zawartych długo rozprawiać. Tutaj lęk także tkwi w niesamowitym – w egzotycznej, ale i demonicznej bohaterce Daisy, typowej femme fatale, w spirytualizmie, okultyzmie i sektach. To fascynuje i wywołuje jednocześnie opory, przerażenie, panikę.

Nie obyłoby się również bez Anny Rice, która stworzyła w swoich Kronikach Wampirów swoją własną mitologię wampirzą i siatkę połączeń intertekstualnych wewnątrz kolejnych tomów. Pierwszy z  lęków współczesnych ludzi, które wyrażają się w tych książkach, dotyczy przełamanego tabu homoseksualności – wampir w książkach Rice jest biseksualny i wywołuje pożądanie zarówno w kobietach, jak i mężczyznach. Wielu twierdzi, że Kroniki Wampirze dotyczą homoseksualizmu, a Louis i Lestat uciekają przez konwencją heteroseksualną, tworząc rodzinę z adoptowaną córką, Klaudią. Po raz kolejny wampir jest uosobieniem tego, co pociąga, a jednocześnie odstręcza poprzez kulturowe tabu.

Drugim aspektem jest lęk przed śmiercią. Współcześnie temat śmierci jest tematem drażliwym, wręcz zakazanym, ludzie nie chcą o niej pamiętać, boją się jej coraz bardziej, chcą dłużej żyć. Dlatego człowiekowi nie wystarcza już wiara w jakieś odległe życie wieczne oferowane przez chrześcijaństwo. Ofiara krwi jest obecna i podczas mszy, i podczas przemienienia wampirycznego z tą różnicą, że życie wieczne ofiarowane jest przez wampira tu i teraz. Współcześni bohaterowie przestają się bać wampirów – oni ich pożądają, pożądają ich siły, ich wieczności, ich zdolności psychokinetyczne do manipulowania ludźmi, ich wyzwolenia spod wszystkich zakazów społecznych, ich gładkich, niestarzejących się i niegnijących ciał. Tak jak Daniel, dziennikarz z Wywiadu z wampirem, w późniejszych tomach błaga wręcz Armanda, by ten go zamienił w wampira.

Trzeci aspekt wampiryczny u Anny Rice, o którym chcę napisać, dotyczy kobiet. Mała Klaudia, dojrzewający duch w dziecięcym ciele, z ofiary, którą trzeba ratować przed potworami, sama staje się potworem. Będąc jednocześnie obiektem pożądania i odrazy, wyłamuje się z hierarchii społecznej jako nowy, niezależny byt, który trzeba za wszelką cenę zniszczyć. Ale to dopiero początek ujawniających się w symbolizmie wampirycznym lęków o utracie męskości przez mężczyzn i władzy nad kobietami. Warto tu na chwilę pochylić się nad filmowymi adaptacjami Kronik Wampirów. W Wywiadzie z wampirem, adaptacji pierwszej części z 1994 roku, uwaga widza skupia się na relacjach między mężczyznami: Louisa i Lestata, Louisa i dziennikarza, Lestata i Armanda... Reprezentacja płci zmienia się diametralnie w Królowej potępionych, dość słabym filmie z hipnotyczną rockową muzyką z 2002 roku, opartym luźno na drugim i trzecim tomie Kronik. Tytułowa królowa, Akasha, to starożytna królowa i matka wampirów, powracająca po latach uśpienia. Po przebudzeniu bez skrupułów podrzyna gardło swojemu mężowi i ulatuje, by wcielić w życie swoje silnie feministyczne plany. To niezależna kobieta dzierżąca olbrzymią władzę, zagrażająca każdemu mężczyźnie na świecie, ale to inna kobieta postanawia się jej przeciwstawić. Maharet, opiekunka konserwatywnych wartości i rodziny, to alternatywna figura matki przeciwstawiona destruktywnej Akashy. Co więcej, film każe widzowi utożsamiać się z kolejną kobiecą bohaterką, Jessiką. Z jednej strony to niewinna, nieskażona wampiryzmem dziewczyna, ale z drugiej strony wykazuje się dociekliwością, niezależnością i wykształceniem. Co ciekawe, Jessika nie pada ofiarą wampira, nie pozostaje pasywna i bezbronna; wręcz przeciwnie: rola drapieżcy i myśliwego zostaje odebrana Lestatowi, bo to Jessika go tropi, uwodzi i namawia, żeby przemienił ją w wampira i przekazał władzę. Jest zdeterminowana i uparta. Choć cała fabuła filmu bardzo odchodzi od historii z książek, to właśnie postać Jessiki jest najbardziej zmieniona w podrównaniu o oryginałem. Film z 2002 pokazuje wykorzystanie mitu wampirycznego do zobrazowania lęku przed zmieniającą się rzeczywistością, silną kobietą, która może podążać za swoimi celami i walczyć w imię swoich wartości bez oglądania się na mężczyzn, których rola została znacznie zredukowana.



Na koniec muszę koniecznie skomentować, w jaki sposób ewoluuje symbolika wampira w sadze Zmierzch Stephenie Meyer. Choć to literatura, którą chcę omijać szerokim łukiem, wciąż oferuje pewną wizję świata, która odzwierciedla rzeczywiste lęki i pragnienia. Przyglądając się Edwardowi, głównemu wamirycznemu bohaterowi w pierwszym tomie serii z 2005 roku, nie można nie zwrócić uwagi na to, że jest on marnym cieniem byronicznych wampirów pokroju Lorda Ruthwena Polidoriego, Draculi Stokera czy Lestata. Edward nie pożywia się krwią ludzi, odrzuca rolę drapieżnika, a zamiast tego troszczy się ludzkim losem, próbuje wpasować w otoczenie. Nie pozwala sobie pić krwi Belli, mimo szczególnie silnego pragnienia. Pozostaje idealnym chłopakiem, przystojnym, silnym i opiekuńczym, drobnym dodatkiem do przygód Belli. Często wydaje się być pasywny i  potulny, podczas gdy Bella to typowa Mary Sue, która przyciąga, służy za wzór do naśladowania i wyznacza kierunek w związku. Można przyjąć, że oboje są dwoiści: Edward to wampir i mężczyzna, który wchodzi w rolę drugoplanową i rezygnuje ze swoich patriarchalnych i drapieżnych mocy, natomiast Bella to zwykła dziewczyna, która przyjmuje jego role, często oddając się pożądaniu i dominując. Czy można powiedzieć, że jest przedłużeniem Carmilli i lęków przed kobiecym pożądaniem i siłą?

Upiory, zjawy i wampiry, powracający umarli nie są tylko źródłem taniej rozrywki ani rozwiązaniem dla chcących zatuszować absurdalność swoich dzieł twórczość, wybierających fantastykę do ratowania całości. Przede wszystkim są maską, pod którą ukrywają się wszelakie lęki, obawy, skrywane fascynacje, rozterki ludzi. Pod postacią wampira przyczaiła się we współczesnej mitologii, jaką jest literatura, druga natura dwusercowego, dwudusznego człowieka. Na przestrzeni wieków i epok widać, jak zmieniały się te lęki wraz z rozwojem cywilizacji, mód i zmianami w psychice człowieka. Cytując Chelsea Quinn Yarbro, autorkę Hotelu Transylvania: „Varney, Dracula, Lord Ruthwen i rozmaitość cała ich dzieci zajmują szczególne miejsce w literaturze grozy. Nie istnieliby, gdyby nie przemawiały przez nich różne ukryte myśli nas samych” (2004).


Janion, Maria, „Polacy i ich wampiry”, „Twórczość”, 1984, nr 12, str. 59-70
Janion, Maria, „Wampir – biografia symboliczna”, Gdańsk, Słowo/Obraz Terytoria, 2004
Praz, Mario, „Zmysły, śmierć i diabeł w literaturze romantycznej”, Warszawa, PIW, 1974

środa, 22 listopada 2017

Spirala czarnych myśli czy mikrobów naszych wina? Żółwie aż do końca


Okej, może wyrzucę to z siebie na początku dla jasności.

W tym wypadku będę na pewno stronnicza w ostatecznej ocenie. Bo wiecie... ja bardzo lubię Johna Greena. Jego książki, jak do tej pory, to dla mnie czysta przyjemność czytania. Owszem, mają swoje problemy i potknięcia, nie wszystko jest idealne. Ale język tego gościa do mnie przemawia. Jego postacie trafiają do serca. Nawiązania popkulturalne cieszą. Cięty, inteligentny humor przekonuje. Dialogi bawią i wzruszają. Relacje między bohaterami rozpuszczają serce.

Dlatego na Krakowskich Targach Książki rzuciłam pieniądzem w wystawców z anglojęzycznymi książkami i zaopatrzyłam się w jego nową powieść, Żółwie aż do końca (uch, ten tytuł paskudnie brzmi po polsku).

Green, król young adultów spod znaku paczki chusteczek i opuchniętych oczu, kazał na siebie chwilę czekać. Od czasów podbijającej rynek książki Gwiazd naszych wina mija piąty rok. W międzyczasie mieliśmy ekranizację Gwiazd... i trochę gorszych Papierowych miast, które chyba pogrzebały szanse na przeniesienie na duży ekran według mnie najlepszej Szukając Alaski. To dość długo. Ale chyba potrzebował czasu i wewnętrznej siły, by napisać coś naprawdę mocnego i znaczącego.

To znaczy tę część o życiu z punktu widzenia szesnastoletniej Azy. A nie tę historię o synu milionera i intrygi z nagrodą za znalezienie jego zbiegłego ojca...

No dobra, idźmy po kolei.

Aza ma natręctwa. Może i jest narratorką swojej historii w powieści, ale momentami to nie ona prowadzi narrację. Nie kontroluje tego, co się dzieje ani jak myśli. Czasem zaczyna obsesjyno-kompulsyjnie myśleć o florze bakteryjnej w jej organizmie. O szansie na zbytnie rozmnożenie Clostridium difficile w jelicie grubym, co może doprowadzić do rzekomobłoniastego zapalenia jelit. Czytała o tym na Wikipedii już setki razy. Ale musi jeszcze raz. A potem wymienić plasterek na tym stwardnieniu na placu, które ma od małego i które cały czas nakłuwa paznokciem, tworząc kolejny raz tę samą ranę. Żeby ją potem odkazić. Wycisnąć ropę.

Aza wpada czasem w uciążliwe spirale myślowe, z których nie może wyjść. Psychiatra nie pomaga. Tabletki to najgorsze rozwiązanie, bo czy ta osoba po tabletkach to wciąż ona? Czy może ktoś inny?

I przede wszystkim, kto steruje jej życiem? Nerwica natręctw? Bakterie? Bo chyba nie ona sama. Ona jest chyba wymyślona. Nie istnieje tak naprawdę.


Tutaj w książce otwiera się cudowny poziom metatekstualności. Pomijając to, że Aza faktycznie prowadzi narrację, pozwalając nam wczuć się w osobę dotkniętą problemami psychicznymi tego typu, Aza ma koleżankę, Daisy, która pisze całe serie podejrzanych fan fiction do Gwiezdnych Wojen (za sam motyw fan fiction Green ma ode mnie obłąkaną falę meksykańską). Od wielu lat jedną z oryginalnych bohaterek, przewijających się w jej twórczości, jest postać oparta na najlepszej przyjaciółce. I w ten sposób Aza może się przekonać, jak to jest obserwować siebie od strony innego narratora. Szalenie mi się ta szarada podoba.

Niestety zdecydowanie słabszą stroną powieści okazuje się fabuła niewiązana z głową Azy i jej szkolno-domowym światem. Cała historia zaczyna się od wielkiego planu Daisy, żeby odnaleźć choćby trop ojca Davisa Picketta, kolegi z dzieciństwa Azy. Russell Pickett zbił sporą fortunę w dość podejrzany sposób, nigdy też nie był dobrym tatą dla swoich synów, ale czarę goryczy przelał fakt, że w testamencie zapisał cały swój majątek swojemu ukochanemu gadowi. A ostatnio na wieść o śledztwie w jego sprawie zapadł się jak pod ziemię i policja oferuje okrągłą sumkę za jakikolwiek trop. Daisy ma chrapkę na tę kasę i żeby w spokoju pomyszkować, namawia Azę na odświeżenie znajomości z Davisem. Ostatecznie ta intryga ginie w natłoku świetnie opisanych problemów głównych bohaterki, a także nieśmiałych próbach rozwijania kiełkującej miłości, które ciągle niweczy lęk przed bakteriami przenoszonymi przy pocałunkach... Tak, historia z nagrodą i nieobecnym ojcem milionerem to słaby pretekst, by pisać o Azie. Równie dobrze można było skupić się tylko na dziewczynie, zamiast tworzyć całą tę otoczkę.

Trudno jednak nie wspomnieć o tym, że sam Green doświadczył na sobie zaburzeń obsesyjno-kompulsyjnych. A Żółwie aż do końca pozwalają mu nie tylko podzielić się swoimi trudnościami i przeżyciami, ale przede wszystkim uwrażliwić swoich czytelników na takie problemy. Dać im do zrozumienia, że jeśli oni albo ktoś znajomy cierpi na nerwicę natręctw, są miejsce i organizacje, które mogą pomóc. Jestem pełna podziwu dla odwagi i determinacji, jaką pokazał publikując tę książkę.

Nic dziwnego, że trzeba było na tę historię długo czekać. Musiała dojrzeć i przybrać przekonujące, realne kształty i naprawdę te właściwe słowa, by oddać spirale obsesyjnych myśli.


Turtles All the Way Down

Penguin, 2017
286 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★


sobota, 18 listopada 2017

Nagły atak spawacza... NA KSIĘŻYCU! Artemis


Nowa książka autora Marsjanina, który w zeszłym roku podbijał kinową publiczność sygnując się twarzą Matta Damona w skafandrze kosmonauty, jest jednocześnie bardzo różna i bardzo podobna do debiutu.

Artemis może się pochwalić tym samym ciętym, lekkim humorem, żartobliwymi nawiązaniami popkulturalnymi, hiperrealistycznymi wyjaśnieniami naukowymi, które gładko wpasowują się w akcję umiejscowioną na innym ciele niebieskim niż nasza poczciwa Ziemia. Znów wszystko jest na tyle prawdopodobne, że można łatwo przyjąć fabułę jako wiarygodną wersję bliskiej przyszłości. Inne jest to, że tym razem jesteśmy nie na planecie, a na księżycu, i to naszym ziemskim Księżycu; to, ze zamiast skupienia na przeżyciu samotnego głównego bohatera mamy w gruncie rzeczy wycinek z historii rozwoju całej społeczności, która nie jest odcięta od Ziemi (choć Internet chodzi wolno jak sam skurwesyn); wreszcie zamiast Marka Watneya i jego ziemniaków mamy młodą szmuglerkę pochodzącą z Arabii Saudyjskiej.

Jak dla mnie to zmiany na lepsze: widać, że Andy Weir się rozwija, rzuca na głęboką wodę i wychodzi z tego wyzwania zwycięsko. Z tego co widzę jednak na Goodreads, zdania na temat książki są mocno podzielone. Niektórych Jazz Bashara niesamowicie denerwuje, inni są rozczarowani, że to nie drugi Marsjanin.



Według mnie Jazz to przekonująca dziewczyna z charakterkiem i wcale nie czuć, by autor miał problemy z pisaniem z punktu widzenia postaci kobiecej, choć na końcu książki w podziękowaniach wspomina, że otaczające go kobiety mu pomagały podczas pisania. Nie jest też idealna jak Mark Watney, ma swoje wady mimo bystrego umysłu i sporych zdolności. I te wady mają pewne konsekwencje w książce; nie wszystkie wyliczenia i plany sprawdzają się na żywo  nie tylko z powodu czynników zewnętrznych, ale też niedbałości i brawury. Gdyby nie pomoc przyjaciół, jej pyszałkowata wiara w siebie mogłaby się źle skończyć. A jej niewyparzony język? Jest zabawny, bezczelny i z pewnością chłopczycowaty, ale to nie znaczy, że nie może należeć do młodej dziewczyny. Która wychowała się w dość specyficznych, trudnych warunkach, w zamkniętej grupie robotników i rzemieślników ze wszystkich stron świata, bez matki czy siostry, za towarzystwo mając dość chłodnego i wymagającego ojca.

A to, że Artemis umiejscowiona jest na pierwszej ludzkiej kolonii na Księżycu to niesamowicie ciekawy eksperyment socjologiczno-ekonomiczny. I autor ma ode mnie olbrzymi plus za uwzględnienie nie tylko naukowych rozkmin jeśli chodzi o fizykę, mechanikę i biologię funkcjonowania w kosmosie, ale też przemyślenia dotyczące ludzi, handlu, lokalnej i globalnej polityki, rozwoju takiego społeczeństwa. Fascynujące jest to, że kolonia wcale nie jest amerykańska czy chińska, a kenijska. Z powodu położenia geograficznego, ale też dość karkołomnego pomysłu na temat przebojowej pani polityk, która wywindowała swoje państwo na pozycję jednej ze światowych potęg. Nie bez powodu też jedną z ważniejszych osób występujących w książce jest pani burmistrz.


Podobnie jak Marsjanin, Artemis zawiera mapki wyjaśniające, jak dokładnie wygląda kolonia z lotu ptaka (a może bardziej pasowałoby: satelity?), jak ułożone są poszczególne obiekty ważne dla fabuły, jak wyglądają odległości i usytuowanie poszczególnych miejsc. To bardzo pomaga i wytwarza charakterystyczny klimat, który zmusza do jeszcze mocniejszego zaufania do autora i jego pomysłów.

Pomimo sporej ilości naukowych wyjaśnień dotyczących spawania w kosmosie, systemu dotleniania i utrzymywania odpowiedniej atmosfery w kolonii czy biologicznych następstw dotyczących życia w innej grawitacji, książkę czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Ma zgrabnie wymierzone, kinowe tempo wydarzeń, pewnymi pociągnięciami, ale bez popadania w akademickość przedstawia świat bohaterki i wciąga od pierwszych stron. Miejscami może jest trochę stereotypowo, bohaterka może czasami faktycznie powie coś mało stosownego (jak pobłażliwe, amerykańskie traktowanie swojej religii i tradycyjnego stroju), akcja popada w hollywoodzkość, minimalnie czuć pewną amatorszczyznę, a niektóre drobne elementy są trochę niespójne albo zbyt oczywiste (wychwyciłam z Rybą ze trzy problematyczne momenty)... generalnie mogło by być lepiej. To nie jest powieść idealna.

Ale to świetne czytadło z nurtu popularnego science fiction i wcale mi to nie przeszkadza.


Na zakończenie kilka słów o książce, którą widzicie na zdjęciach ilustrujących wpis. To prebook, który dostałam dzięki uprzejmości mojej ulubionej księgarni z książkami po angielsku (As You Like It Bookshop czy Jak wam się podoba na ulicy Stradomskiej w pobliżu Wawelu). Nie ma jeszcze oficjalnej okładki, ale czytało się go wyśmienicie jeszcze w sierpniu. Potem próbowałam długo wydusić od wydawnictwa pozwolenie na publikację wpisu ze zdjęciami tego prebooka, co udało się, ale z zastrzeżeniem, że nie mogę nic napisać przed premierą. A premiera oryginału była kilka dni temu, 14 listopada. Naczekałam się:)

Tymczasem już od 22 listopada, za cztery dni, będzie można kupić książkę po polsku dzięki wydawnictwu Akurat. Mam nadzieję, że tym razem z przyzwoitym tłumaczeniu. (Nie wiecie o co chodzi? Więcej tutaj.) A potem będzie z tego zgrabny film. Bo prawa do ekranizacji zostały już dawno wykupione, rzecz jasna. W końcu póki co nazwisko Weir to maszynka do robienia pieniędzy.

Artemis

Andy Weir

Del Rey, 2017
320 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★



niedziela, 12 listopada 2017

MINIROZKMINY: Nocne zwierzęta, Felicia Day, Lizzie Bennet, kot z nieba i Kosiarz


Ścigam się z czasem i próbuję dopilnować przeczytania 52 książek w roku. Co prawda Goodreads twierdzi, że już mi się udało, ale liczy do ogólnej puli również komiksy. Tymczasem do wypełnienia postanowienia zostało mi sześć książek. To bardzo rozsądny wynik: zostało mi jeszcze ponad półtora miesiąca, więc wciąż mam tydzień na książkę.

Problem jest w tym, że przedzieram się przez pierwszą pozycję z literatury naukowej, którą sobie wyznaczyłam do przeczytania i zebrania przemyśleń w mojej pracy, więc... tak, niektóre lektury idą jak krew z nosa.

A tymczasem tyle ostatnio przeczytałam, a nie miałam szans powiedzieć choć kilku słów! Zaczynajmy:



Ta okładka przyciąga, intryguje, nie daje o sobie zapomnieć. O powieści przeczytałam na jakimś blogu jeszcze na początku mojej kariery w blogosferze książkowej. Wpis na tyle mnie przekonał, że zapisałam sobie tytuł. I tak po kilku latach udało mi się do Nocnych zwierząt dotrzeć. Autorka Patrycja Pustkowiak zadebiutowała z hukiem, jej powieść została nominowana do nagrody Nike. Od tamtej pory jednak ucichła, nie opublikowała nic więcej. A sama książka, przynajmniej w moim mniemaniu, jednak się nie broni. 

W zamyśle miała to być pijacka powieść zatraceńca z kobietą w roli głównej. Czyli motyw, który najbardziej mi się spodobał ze wszystkich elementów Dziewczyny z pociągu: kobieta też może się stoczyć, też może mieć problem z używkami, też można o tym otwarcie pisać. Jednak Nocne zwierzęta czyta się ze zgrzytem. Nie fabularnym, w sumie fabularnie niewiele się dzieje, ale stylistycznym. Warstwa językowa jest jak kawałek szkła przeciągany o szybę, razi. Człowiek potyka się o niemelodyjność, nagromadzone niezgrabnie, szokujące do bólu metafory. Nawet czytając cicho można wyczuć natychmiast, że czytając na głos ta historia nie będzie brzmiała gładko, hipnotycznie i potoczyście jak choćby słowne wymioty Vargi. Choć są momenty całkiem udane, zaraz wracamy na poziom epatowania pustką, zgnilizną i turpizmem na niezbyt wygórowanym poziomie. A po przeczytaniu nie czeka ani katharsis, ani odkrycie, ani większa wartość, tylko zmęczenie i ulga.

Nocne zwierzęta

Patrycja Pustkowiak

W.A.B., 2013
224 strony
Odczucia: ★★/★★★★★





Wspomnienia Felicii Day mają fantastyczny tytuł, który sugeruje ukojenie dla wychowanej w Internecie duszy. Uwielbiam minimusical Dr. Horrible's Sing-Along Blog z Nathanem Fillionem i Neilem Patrickiem Harrisem, w którym występuje i śpiewa również Felicia, ale szczerze mówiąc nie znam jej bardziej niż z kilku filmików na krzyż. Warto więc dowiedzieć się czegoś więcej!

Dla tych, którym to nazwisko nic nie mówi: Felicia to nieoficjalna królowa nerdów. Neurotyczna, urocza i zdeterminowana, zaczynała jako aktorka, ale nie wyszła poza epizodyczne i drugoplanowe postacie. Dlatego w pewnym momencie wzięła sprawy w swoje ręce i stworzyła własnymi siłami serial internetowy The Guild o grupce graczy w grę inspirowaną World of Warcraft, w którym zagrała główną rolę. Serial okazał się youtubowym fenomenem, a Felicia wpływową postacią w świecie graczy i geeków. Choć na co dzień nie jest specjalnie rozpoznawalna, na Comic Conie nie może się opędzić od fanów. 

Jej wspomnienia napisane są lekkim, gawędziarskim piórem w typowym amerykańskim, szczerym stylu. Jest zabawnie, przyjemnie, z dystansem. Świetnie czyta się o jej specyficznym dzieciństwie, gdy uczona w domu, sięgała po wszystkie możliwe przejawy kultury i poznawała świat, w tym Internet u zarania, na własną rękę. Można też dowiedzieć się jak wyglądało produkowanie The Guild of podszewki, na ile własne doświadczenia z uzależnieniem od grania wpłynęły na scenariusz, a także jak wygląda nagonka internetowa od strony osoby, która chciała się szczerze wypowiedzieć o #GamerGate. Niewiele dowiemy się o kanale Geek and Sundry, ani o nagrywaniu Dra Horrible, jednak czyta się mimo wszystko z przyjemnością.

You're never weird on the Internet

Felicia Day

Touchstone, 2015
272 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★






Będąc na wakacjach we wrześniu kończyłam czytać Sekretny pamiętnik Lizzie Bennett i absolutnie nie mogłam się oderwać. To była naprawdę dobra rozrywka, zabawna, inteligentna i ciepła. Jeśli jeszcze nie znacie kanału The Lizzie Bennet Diaries, obejrzyjcie przynajmniej jeden ze stu odcinków vloga uwspółcześnionej Elizabeth Bennet z Dumy i uprzedzenia, żeby poczuć klimat tej historii. Książka jest udramatyzowaną wersją vloga, opowiadającą całą historię od strony Elizabeth. Oczywiście w powieści również nagrywa i udostępnia vlogi jako studentka kierunku medialnego, ale jej najskrytsze myśli lądują właśnie w pamiętniku. 

Szczerze mówiąc, do tej pory nie wciągnęłam się we vloga aż tak (a miałam już dwa podejścia), jak porwała mnie książka; z jakiegoś powodu trochę irytują mnie te aktorki i ich amerykańska maniera, dlatego powieść okazała się idealnym wyjściem, by poznać tę adaptację. Sprawiła mi naprawdę górę frajdy. Dziękuję Królowej Malicie za użyczenie! :)

The Secret Diary of Lizzie Bennet

Bernie Su, Kate Rorick

Touchstone, 2014
400 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★




Ta krótka, spokojna, piękna powieść była dla mnie wręcz terapeutyczna. To historia o małżeństwie literatów i przygodnym kocie napisana niespiesznym, refleksyjnym językiem, przez który przebija typowo japońska mentalność. Bohater obserwuje drobne cuda przyrody, zmiany pór roku, upływ czasu. Choć wie, że jego czas na zachwyt długo nie potrwa, bo wszystko jest zmienne, szczęście jest ulotne i prawie wykradzione, z przyjemnego domu przy ogrodzie trzeba będzie się wyprowadzić, a urocza kotka, która skrada serca jego i jego żony, wcale nie należy do nich. Co prawda nie wszystko przychodzi bez goryczy i smutku, ale reakcje bohaterów są opisane delikatniej i chłodniej, niż pokazałby to pisarz zachodni. Nutka zen, refleksji jak z haiku i zadumy nad zmiennością życia zmieszane z prawdziwą miłością do kotów i przyrody sprawiają, że naprawdę lektura, choć zaskakuje polską mentalność innym podejściem do świata, działa kojąco. I znów dziękuję Królowej Malicie za te chwile przyjemności z książką :)

Kot, który spadł z nieba

Takashi Hiraide

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016
144 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★






Na koniec zostawiłam kilka słów pochwalnych z okazji przeczytania pierwszego dobrego tomu ze Świata Dysku. Dotychczas najpierw próbowałam czytać chronologicznie, więc ugryzłam dwa pierwsze tomy (jeszcze w gimnazjum!): Kolor magii i Blask fantastyczny. Nie siadło, bo to niezbyt dobre książki. Nic z nich zresztą nie pamiętam. Potem miałam krótką przygodę z tym gorszym tłumaczeniem Wolnych Ciutludzi. Nie było lepiej. Nie wiedziałam, co ludzie widzą w tym Pratchettcie, dopóki nie poznałam całkiem niedawno Dobrego omenu. I wreszcie zostałam namówiona do przeczytania którejś z tych naprawdę dobrych powieści ze Świata Dysku. Kosiarz mnie przekonał w całej rozciągłości. Było zabawnie, było brytyjsko, był czarny humor, były inteligentne żarty, były całkiem głupiutkie i te mądrzejsze tematy, były niezapomniane postacie i ciekawa intryga. A przede wszystkim był fantastyczny Śmierć i przepiękna scena z panną Flitworth na koniec, przez co zrobiło się trochę mokro pod powiekami. Bardzo mi się podobało i na tym mojej przygody z Pratchettem nie skończę.

Reaper Man

Terry Pratchett

Corgi, 1992
288 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★



A Wy co ostatnio czytacie?

niedziela, 5 listopada 2017

Postmodernistyczna metagawęda o Wiktorianach. Kochanica francuza


Czasem jest tak, że powieść, którą bierzecie w rękę to mała uczta, stworzona specjalnie dla Was. Głos narratora od razu przypada Wam do gustu, tematyka wykrojona jest tak, jak Wasz ulubiony kawałek tortu, bohaterowie intrygują. Z każdą stroną coraz bardziej nie możecie się nadziwić, że to, co trzymacie w ręku jest tak bardzo Wasze. Wszystko Wam się podoba, wciągacie się, czytacie z prawdziwą przyjemnością. Jednak mimo Waszego podziwu, nie wywołuje jakiegoś niesamowitego zachwytu. Nie porywa. Brakuje emocji, koloru na policzku. Jest tylko chłodna obserwacja badacza i ciche zadowolenie.

Tak właśnie miałam z Kochanicą francuza.

Brytyjski pisarz John Fowles pod koniec lat sześćdziesiątych napisał powieść wiktoriańską. A przynajmniej tak by się wydawało, gdy zaczyna się czytać. Oto typowy młody dżentelmen Karol Smithson przechadza się brzegiem morza ze swoją narzeczoną Ernestyną w pięknym angielskim miasteczku Lyme. Dochodzą do falochronu, na końcu którego mimo silnego wiatru i wysokich fal stoi spowita w czerń niewiasta, stojąca na końcu kamiennego cypla, zapatrzona jak odurzona w horyzont. Kobietę nazywają w okolicy Tragedią, tudzież Kochanicą Francuza. Czasem mówi się o niej gorsze rzeczy. Ponoć była kiedyś guwernantką, ale wdała się w romans z rzuconym na brzeg francuskim oficerem i teraz skazana jest na odrzucenie.

Karol spotyka potem Sarę, bo tak się nazywa Tragedia, w lasku, gdy w duchu wiktoriańskiego umiłowania nauki szuka skamielin. Jest piękna, jej kasztanowate, piękne włosy połyskują czerwienią w słońcu. Wkrótce Karol nie może wyrzucić jej ze swojej głowy. Wciąż się na nią natyka. Zaczynają rozmawiać. Doktor Grogan, stary, mądry Irlandczyk, ostrzega Karola przed manipulacją chorych kobiet, opętanych melancholią i nurzających się we własnej rozpaczy z przyjemnością. Karol przez chwilę szczerze wierzy, że doktor ma rację, a Sara manipulacją próbuje zniszczyć jego ułożone życie.

Jak ta historia się kończy? Właściwie nie wiadomo do końca. A może właśnie wiadomo, tylko nic nie jest pewne. Wariantów zakończenia jest mianowicie trzy. 

Powieść Johna Fowlesa może i jest hołdem składanym statecznej powieści wiktoriańskiej, takiej, jakie pisał Thomas Hardy. Ale jest też przede wszystkim powieścią postmodernistyczną, rozkładającą ręce przed bohaterami, wydarzeniami i stałymi motywami. Głos autora od początku mówi nam w szerokich rozważaniach okołofabularnych, że on bohaterami nie steruje. Oni sami robią, co im się podoba. On na przykład nie wie, co w danym momencie robi Sara. Skąd ma wiedzieć? Co z tego, że jest narratorem wszystkowiedzącym? On może i ma wiedzę na temat typowych motywów i technik narracyjnych, ale ta powieść rządzi się swoimi prawami. 

Oprócz tego dostajemy specjalne odautorskie przypisy do powieści, przemyślenia na temat powieści dziewiętnastowiecznej jako takiej, o dżentelmenie angielskim, przemianach społecznych, zwyczajach seksualnych na wsi angielskiej w XIX wieku, prostytucji w Londynie wczoraj i dziś. To kopalnia wiedzy, celnych spostrzeżeń, złośliwych docinków. I olbrzymiej samoświadomości narratora. Który pojawia się w powieści jako bohater-narrator, literat-historyk, pisarz-analityk.


A do tego mamy jedno zakończenie, potem przewijamy w tył, dostajemy drugie. I trzecie.

Doceniam intencje stojące za nieuchwytną i wydawałoby się, niezrozumiałą Sarą Woodruff. Autor chciał w niej odzwierciedlić zarówno odrzuconą kobietę na marginesie społeczeństwa, pokazać, jakie miała przed sobą opcje życiowe, podkreślić, że jako osoba niesamowicie wolnomyślicielska, mądra i na swój sposób prosta, otarła się o przypadek chorych psychicznie, doprowadzonych do ostateczności niewiast, by wreszcie ostatecznie wybrać wolność i poszukać własnej tożsamości. 

To wszystko jest tak metafikcyjne, aż do przesady. Nic nie jest pewne. W końcu czytelnik czuje pewną suchość i miałkość fabuły, która (choć faktycznie ciekawa i w stylu Tessy d'Urberville) w pewnym momencie staje się pretekstem do artystyczno-naukowej zabawy literata. To prawa, czyta się to świetnie, szalenie doceniam zarówno pomysł, jak i wykonanie. To powieść do rozkładania na części pierwsze i akademickiej analizy. Ale po przejściu do pozycji całkowitego postmodernistycznego dystansu bohaterowie stają się papierowi i brakuje tej iskry, która sprawia, że przy Tessie tak bardzo płakałam, Jane Eyre porusza mnie za każdym razem, a Jane Austen rozpala wyobraźnię. Ale ważniejsze są dla mnie jako czytelnika emocje bardziej niż kunszt. I tak właśnie się czuję po przeczytaniu Kochanicy francuza: zadowolona, ale nie zachwycona.

Obowiązkowo obejrzałam też film z 1981 roku napisany przez Harolda Pintera z Meryl Streep i Jeremym Ironsem w rolach głównych. Ogląda się go magicznie, choć mocno się postarzał. I myślę, że filmowcy świetnie poradzili sobie z tematem, rezygnując z głosu narratora i przedstawiając film historyczny przez soczewkę współczesnej historii z planu filmu. Streep i Iron jednocześnie grają Karola i Sarę, a także aktorów ich grających i ich romans w świecie rzeczywistym, dzięki czemu można pokazać dwa zakończenia naraz w jednej opowieści. Bardzo pomysłowo i świeżo. 

Dla fanów angielskich produkcji, literatury angielskiej i brytofilów w ogóle zarówno film, jak i książka to pozycja obowiązkowa obok Opętania A.S. Byatt. Bardzo dziękuję Idzie (o której kiedyś pisałam na blogu) za cudowny prezent i uciążliwe dopytywanie, czy już przeczytałam. Opłacało się, bo Kochanica francuza to powieść, której nie mogłam nie poznać. Ale to na pewno nie miłość od pierwszego wejrzenia.


Kochania Francuza

John Fowles

Rebis, 2013
Przekład: Wacława Komarnicka
536 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 1 listopada 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: PAŹDZIERNIK 2017



Kilka dni temu widziałam za oknem pierwszy śnieg. Co prawda był dość mizerny i zmieszany z deszczem, a po chwili znów wyszło słońce, to jednak w powietrzu czuć już zimę. Jak szybko lecą te miesiące!

W październiku ruszyłam z kopyta z rzeczami uczelnianymi, nawet napisałam już kilka stron (ale nie zapeszajmy, chwalić się będę jak skończę, a skończę... miejmy nadzieję, że skończę...). Książkowo miesiąc upłynął zdecydowanie satysfakcjonująco. Skończyłam czytać To Kinga (tu o Tym pisałam), przeczytałam też cztery inne powieści: Kota, który spadł z nieba Takashiego Hiraidego, Kochanicę francuza Johna Fowlesa, Nocne zwierzęta Patrycji Pustowiak i wczoraj skończyłam Turtles All the Way Down Johna Greena. Z tych wszystkich najsłabiej wypadają Nocne zwierzęta, a najlepiej Kochanica francuza na równi z nowym Greenem, a o wszystkich zamierzam wkrótce napisać. Zamówiłam też tonę książek na temat studiów fanowskich (do pracy naukowej) i dokonałam niezwykle udanych zakupów targowych (chwalę się poniżej), w sumie przybyło mi na półkach czternaście książek, a ubyło tylko trzy.


To dlatego zrobiłam remanent i ułożyłam wszystkie nieprzeczytane książki na innych półkach niż te przeczytane i zamierzam patrzeć na te rzędy wstydu, póki nie przeczytam z połowy.

A popkulturalnie?



To (2017)


O strasznym klaunie, czyli pierwszej części rozbitej na dwa filmy ekranizacji fatalnie długiej i fatalnie zwieńczonej, acz strasznej i kultowej powieści Kinga, pisałam już dość szeroko we wpisie o książce. Nie będę więc wnikać, a kto ma ochotę na spojlerowe porównanie, zapraszam tutaj. Film wskoczył na wózek nostalgii w stylu Stranger Things i uwspółcześnij powieść, przerzucając linię czasową z lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych. Według mnie to przełożenie książki na język kamery wyszło zdecydowanie dobrze: wiele rzeczy problematycznych czy słabych zostało poprawionych, połączonych i podkręconych w sposób, któremu stanowczo przyklaskuję. Ogląda się bez podskakiwania na fotelu od tanich jump scare'ów, ale z emocjami, napięciem i przyjemnością. Dzieciaki aktorsko dają radę, a Bill Skarsgård jako nowy Pennywise wyszedł przekonująco. Świetna rozrywka, warto iść do kina!



Stranger Things (2016-)


W zeszłym roku zachwycałam się pierwszym sezonem Stranger Things. W tym roku drugi sezon wziął mnie trochę z zaskoczenia, bo żyłam cały tydzień myślami o Festiwalu Conrada i Targach Książki, a tu nagle w piątek sobie uświadomiłam, że historia o dzieciakach i świecie "Do góry nogami" jak z Kinga wróciła. Zaczęliśmy oglądać. I wciągnęło, wsysnęło jak w ciemną studnię. Świata nie widziałam. Te cliffhangery! Musiałam dalej oglądać. Musiałam. I jak skończyłam w niedzielę rano, dopiero wyszłam z domu na targi. Wiem, że nie mówię nic nowego, sezon drugi trzyma poziom, zaskakując dodatkowym wątkiem rodem z X-menów. Mike znowu przeżywa ciężkie chwile, Dustin chwali się ząbkami i udaje tygrysa, Eleven podrosła i uczy się słów, a do tego pojawia się nowa dziewczyna i jej starszy brat jak z okładki harlequina. Fantastycznie znowu widzieć wszystkich bohaterów, fantastycznie znów zanurzyć się w tę atmosferę, słuchać tej cudownej ścieżki dźwiękowej, czuć raz po raz okrutne ciary na całym ciele. Jeśli jeszcze nie widzieliście, nadróbcie koniecznie.



Co jest grane, Davis? (2013)


W ramach nadrabiania filmów z Adamem Driverem obejrzałam też od dawna czekający w kolejce Inside Llewyn Davis braci Coen. To kameralny, nasiąknięty cichym smutkiem i pięknymi melodiami film z Oscarem Isaackiem wcielającym się w sfrustrowanego, niepewnego jutra muzyka folkowego. Są lata sześćdziesiąte, Llewyn gra sam, choć kiedyś miał partnera do duetu. Przechodzi z mieszkania do mieszkania, od jednej cudzej historii do drugiej, skupiony na sobie, jak odbijana z miejsca na miejsce piłeczka. Liczy się tylko jego muzyka, ale nie może z niej żyć. Jest salonowym ozdobnikiem, kłopotem, utrapieniem, przekleństwem. Żyje z dnia na dzień, przemierzając nowojorską zimę z gitarą w futerale, zagubionym kotem pod pachą i długami na karku. Przyjemnie się oglądało, choć przygnębiająco i nostalgicznie. Kudosy dla Justina Timberlake'a i Adama Drivera w studiu muzycznym, a także Johna Goodmana, grającego idealnie wpieniający wrzód na tyłku.



Łowca androidów (1982)


Ta pozycja chyba mało kogo dziwi - wielu ludzi miało ochotę najpierw sobie odświeżyć starego Blade Runnera zanim pójdzie się do kina na kolejną część historii o ponurym świecie przyszłości skąpanym w świetle tanich neonów, świecie jeszcze tańszych rozrywek i wszędobylskich androidów. Czy dowiadujemy się, czy śnią one o elektrycznych owcach? Niestety nie, o tym traktuje książka Filipa K. Dicka, ale stary Blade Runner Ridleya Scotta (oczywiście w wersji reżyserskiej) to prawdziwy klasyk. Z perspektywy lat film okazał się krótszy niż pamiętałam, choć wciąż długie ujęcia w deszczu sprawiały wrażenie przeciągających się w nieskończoność. Okazał się też bardziej mizoginistyczny (ta scena z wymuszaniem wyznana miłosnego...) i bardziej dwuznaczny niż pamiętałam (końcówka z origami). Wciąż robi wrażenie.



Blade Runner 2049 (2017)


Kontynuacja starego klasyka przez Ridleya Scotta była, wiadomo, mocno kontrowersyjna. Po co kontynuować dobry film z lat osiemdziesiątych? W szczególności bez oryginalnego reżysera? Jednak Harrison Ford zgodził się zagrać i o dziwno, stara się! Ryan Gosling też pokazuje, na co go stać, jedynie Jared Leto nie wiadomo do końca, co tam robi i po co go widzimy w tych intensywnych, ale w sumie niepotrzebnych scenach. Co prawda film nie daje nam czegoś na miarę dziwacznej, niepokojącej pogoni Roya Batty'ego za Deckardem, nie daje też Rutgera Hauera z niezapomnianym monologiem na dachu. Dostajemy za to wątek hologramów ze sztuczną inteligencją, które też chcą kochać, a także moralną zagwozdkę anroidyczną, śledztwo z prawdziwego zdarzenia, odkrycie podziemi tego zepsutego świata i obietnicę zmiany na lepsze w postaci ostatniego, szalonego twistu. Tak, podobało mi się. I trochę mi się oczy spociły.



Thor: Ragnarok (2017)


Na koniec kilka słów o trzecim filmie o Thorze. Taika Waititi jest absolutnie uroczy i chcę, żeby więcej ludzi dawało mu kupę kasy na kolorowe komedie z fajerwerkami. Limit męskiego piękna został osiągnięty i wybuchł na końcu skali (Cumberbatch i Hiddleston w jednym filmie!), humor był bezbłędny i obłędny, Cate Blanchett bawiła się doskonale grając przerysowaną, seksowną czarną bohaterkę z dzikimi rogami na głowie, w Asgardzie zabawiają się w przedstawianie rzewnych scenek rodzajowych o braterskiej miłości, a Hulk miał szansę pobyć Hulkiem trochę za długo i był absolutnie przekomiczny. I Korg skradł mi serce. Podobno od dawna noszono się z pomysłem pokazania w Marvelowym cinematic universe czegoś z Planet Hulk i wreszcie się udało. Nowy Thor, mimo dość mdłych dwóch poprzednich części, o dziwo daje więcej uciechy niż druga część Strażników Galaktyki. Nie żałuję ani chwili w kinie.


To by było na tyle. Serialowo na tapecie wciąż Battlestar Galactica (Parks & Recreation wkradło się w środek oglądania drugiego sezonu i kazało dooglądać do końca), a nie oglądam nic na boku. Nie mam czasu, czytam o teorii fanowskiej. A co u Was? :)