Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 19 lutego 2017

GRA: Zaraza. No i się skończyło. Wiedźmin 3: Dziki Gon i dodatki



Pamiętacie te czasy, gdy z Wiedźminem kryło się po kątach w gimnazjum, czytając z wypiekami jedno z pierwszych "dorosłych fantasy", z dużą ilością golizny, przekleństw i krwi? Geralt stawał się kimś bliskim, serce ściskało wzruszenie przy scenach z małą Ciri i jej przywiązaniem do zabójcy potworów, marzyło się o dzieciństwie spędzonym na zabawach i nauce fachu w Kaer Morhren (pal licho próbę traw i całe okrucieństwo wiedźmińskich mutacji), spacerach po Brokilonie i przyjaźniach z driadami, słuchaniu ballad Jaskra przy ognisku. Im dalej w sagę, tym bardziej mgliście pamiętam, co się działo, a z końcówki na sto procent pamiętam tylko to, że była wielkim rozczarowaniem. Dla mnie opowiadanie Coś się kończy, coś się zaczyna, wbrew wyraźnym zastrzeżeniom Sapkowskiego, było tym właściwym zakończeniem całej historii.

Ostatnia gra z serii Wiedźmin daje fanom alternatywne zakończenie, na które po cichu liczyło się od lat.

Zanim przejdę dalej, muszę zaznaczyć: jak wspominałam kiedyś chociażby o grach z cyklu Phoenix Wright (tu i tu), nie będę się rozwodzić nad gameplayem, wymaganiami sprzętowymi i innymi technicznymi sprawami. Będę pisać z perspektywy growego amatora, który może i grał w Mass Effecta, Dragon Age i poprzednie Wiedźminy, ale słabo zna się na rzeczy i skupia się zawsze bardziej na historii, postaciach, dialogach. I tak, gra na poziomach easy albo normal.

[Źródło]
Wersja podstawowa Dzikiego Gonu zaczyna się od poszukiwań Ciri. Podobno ją widziano, podobno idzie za nią zniszczenie, ściga ją Dziki Gon. Geralt depcze jej po piętach, szuka kolejnych śladów, próbuje odtworzyć jej historię. Pomaga mu w tym nie tylko Triss, która pojawiała się w poprzednich częściach, ale też Yennefer. A Geralt już wszystko pamięta; pamięta też Yennefer i to, że gdy stracił pamięć, Triss go oszukiwała, by mieć go dla siebie. Gracz, który czytał oryginalną książkę, poczuje głęboki ucisk w ośrodek tak zwanych feelsów, mogąc wybrać partnerkę tym razem zgodnie z sercem powieściowego Geralta, a do tego zobaczyć wreszcie wyrosłą na dojrzałą kobietę Ciri. Ci, co książek nie znają (większość graczy z zagranicznych rynków) mogą swobodnie uznać Yennefer za zimną sukę i trwać przy troskliwej Triss - i wszyscy zadowoleni.

Obojętnie, czy skupiamy się na głównej fabule, czy drobiazgowo przechodzimy każdy poboczny quest, ta gra jest napisana z takim smakiem, werwą i humorem, że czasem fabuła dosłownie przypomina świetnie napisany i wyreżyserowany wielowątkowy film. Z pomniejszych questów wyróżnia się chociażby wątek wyobcowanego myśliwego, którego Geralt podejrzewa o wilkołactwo, a okazuje się, że to jednak bardzo aktualna kwestia tolerancji. Historia z Krwawym Baronem w Velen to dosłownie majstersztyk, który pozwala dokładniej przyjrzeć się psychice ludzkiej okrutnego, porywczego wojskowego, który mimo wszystko na swój sposób kocha. Atmosfera podejrzliwości, konspiracji i grozy w przejętym przez ekstremistycznych przeciwników magii Novigradzie dosłownie potrafi przyprawić o ciarki na plecach. Absolutnie fantastyczne przygody czekają na odtworzonych w typowo wikińskim stylu Skellige, gdzie przyjdzie nam wmieszać się w politykę skłóconych, hardych rodów wyspiarskich wojów, a nawet doświadczyć uczty przypominającej zakończeniem tę z wyczynem Pavetty. Wiedźmińska popijawa w Kaer Morhen jest bodaj najzabawniejszym wątkiem w całej grze, to trzeba zobaczyć! Zachwycają też inne światy, do których mamy na chwilę się przenieść, głębsza historia Dzikiego Gonu i szczegółowe plany zebrania wszelkich sił do ostatecznego starcia; cieszy częściowe przeniesienie odgrywanego bohatera na Ciri. Jedyne, do czego można się przyczepić, to fakt, że największego przeciwnika, Eredina, pokonuje się zadziwiająco łatwo, łatwiej niż niektórych wcześniejszych bossów. Mimo wszystko jednak dobre zakończenie jest według mnie absolutnie satysfakcjonujące.

(Prawie) wszystkie kobiety Geralta. Wiadomo, wiedźmak na dziewki łasy. [Źródło]

Gra w Dziki Gon to nie tylko sama przyjemność ze względu na historię, ale też niesamowitą grafikę, która potrafi zaskoczyć zapierającym dech w piersiach krajobrazem. Urocze uliczki Oxenfurtu, urwiste klify i niebezpieczne górskie zbocza Skellige i baśniowe, południowe kolory górzystego Toussaint bardzo często kradną uwagę gracza, odciągając ją od fabuły i zmuszając do turystycznego zachwytu. W trzecim Wiedźminie studio CD Projekt RED przeszło samych siebie, stawiając na otwarty świat odtworzony z tak wspaniałą starannością o detal, że aż trudno uwierzyć. Można przemierzać niesamowite odległości na Płotce, od czasu do czasu będąc niepokojonym utopcami, wilkami czy zbójami, tylko i wyłącznie podziwiając widoki. Mam jednego znajomego, który do tego stopnia zakochał się w Toussaint, że czasem dopala sobie grę tylko po to, by się odprężyć w słońcu wiedźmińskiej krainy wina (btw, Rajesh, blogerskie pozdrowienia!).

Kolejna zdecydowanie warta grzechu jakość Dzikiego Gonu to muzyka. Folkowe zaśpiewy i dźwięki autentycznych dawnych instrumentów zespołu Percival Schuttenbach potrafią wywołać naprawdę niezapomniany, dziki, słowiański klimat. Sceny walki potrafią sprawić, że człowiek kołysze się do soundtracku, najlepiej kręciłby młynki jak Geralt z mieczem. Wyróżnia się tęskna melodia The Fields of Ard Skellig towarzysząca na wyspach, porywająca, przyprawiająca o ciarki bitewna nuta Lazare, ciągnąca się, przyjemna muzyka z pojedynków gwinta. Nie zabrakło odwołań do głównej melodii całej trylogii gier, melodii, której nie da się zapomnieć i która natychmiast wpada prosto do serca. Najbardziej chyba jednak zapada w pamięć i ucho wzruszająca, pięknie napisana ballada Priscilli, Wilcza zamieć. Polecam też według mnie najlepszy cover Malukah, która nauczyła się na słuch kawałka po polsku!


Bardzo dobrze Wiedźmina słucha się też w dialogach. Głos Jacka Rozenka stał się dla mnie tak rozpoznawalny i nierozłączny z Geraltem, że gdy znalazłam audiobook Idioty Dostojewskiego czytany przez właśnie tego aktora, dostałam dosłownie ślinotoku ze szczęścia. Dubbing jest swojski i trochę teatralny, ale nigdy w żaden sposób nie razi, dobrze wpasowuje się w klimat gry. Beata Jewiarz jako Yennefer według mnie pasuje głosem do Yennefer dziesięć razy lepiej niż sam wygląd (odrobinę inaczej widziałam ją w książkach: więcej bieli w tej bieli i czerni, niższą, o bujniejszych kształtach i rysach, autentycznej burzy loków). Anna Cieślak jako Ciri może i pasuje barwą głosu, ale czasem mówi zbyt powoli i dziecinnie. Miłogost Reczek jako Vesemir, Tomasz Dedek jako Baron i Andrzej Blumenfeld jako Dijkstra są za to fantastyczni. Bonusowo w dodatkach występują w małych rólkach trzy wielkie gwiazdy lektorskie. Żeby nie zepsuć zabawy, nie zdradzę kto, ale przyrzekam, cudowne zaskoczenie!

Koniecznie trzeba też wspomnieć o Gwincie. Zwyczajowo w Wiedźminach pojawiały się minigry i całe złożone questy oparte na tychże. Były to kości, bicie się po gębach, w pierwszej części nawet zbieranie przaśnych kart z gołymi babami, które Geralt zaliczył (khem), a w trzeciej części twórcy poczęstowali nas grą tak dobrą samą w sobie, że została wydana jako karcianka, różne talie można znaleźć dołączone do dodatków Dzikiego Gonu, a nawet ostatnio pojawił się w wersji online dla wielu graczy. Mówię rzecz jasna o Gwincie, karcianej grze kolekcjonerskiej o dość nieskomplikowanych zasadach, ale czasem wymagającej logistycznego główkowania. Czasem gracz ma ochotę zrezygnować zupełnie z podążania fabułą i usiąść tylko i wyłącznie do Gwinta. To dlatego w Krwi i winie, ostatnim dodatku, pojawia się postać, z którą można grać do woli, na dowolnym poziomie.

[Źródło]

Na koniec parę słów o dodatkach właśnie: Sercach z kamienia oraz Krwi i winie. REDzi przystąpili do nich z rozmysłem i rozmachem, dodając jedną olbrzymią krainę i pełnoprawne, długie historie razem z zadaniami pobocznymi, które zajmują naprawdę sporo czasu i uwagi, a są zrobione tak, że palce lizać. Serca z kamienia to dodatek odrobinę krótszy i momentami bardzo filmowy - Geralt wpada w tarapaty i znikąd pojawia się tajemnicza postać, która obiecuje szybką salwację z opresji w zamian za drobną przysługę. I od tego momentu zaczyna się niesamowicie polska fabuła, przypominająca wręcz podania ludowe, z całym mnóstwem odniesień do naszego dziedzictwa kulturowego, od Trylogii Sienkiewicza, przez Wesele Wyspiańskiego, Nad Niemnem, a nawet Vabank, po historię o Twardowskim. Mroczny Olgierd von Everec, lokalny watażka, mówi jak Olbrychski, wygląda i zachowuje się jak Kmicic, a niektóre zagrywki chyba zapożyczył od Bohuna. Byłam w nim absolutnie zakochana od pierwszego wejrzenia. Na brawa zasługuje też ciekawy i do końca nieoczywisty antagonista, zaplanowany z dużym wyprzedzeniem i wprowadzony początkowo jako osoba zupełnie niegroźna. Z czasem jednak ledwie słysząc jego wyśmienity motyw muzyczny, czujemy, że za tym gościem kryje się nic innego, jak czyste zło. Dostajemy w pewnym momencie nawet Geralta w ciekawej wersji polskiego kontusza i bawimy się na wiejskim weselisku z uszami osła na głowie; czasem wychwytujemy odniesienia do popkultury globalnej ("Jaki piękny dzień! Bracia, podziwiajcie mnie!"), a czasem lokalnej (jak szabelka Tradycja). Jak bardzo byłam zachwycona jednym z rozdziałów pierwszego Wiedźmina, gdzie znalazłam południce i odniesienie do Balladyny, tak w Sercach z kamienia znalazłam wszystko co, na co czekałam od tamtego czasu.

Serca z kamienia to typowa, mroczna historia z elementami szlacheckiej fantazji, w sam raz wpisująca się w polską duszę. Krew i wino z kolei zaspokaja gusta tych, dla których fantasy to rycerskie turnieje, cnoty, wyzwania i awanturnicze królowe. Jest tak baśniowo, jak tylko się da, nawiązując do spisanych przez Grimmów historii ludowych, francuskiej tradycji zalotów i honoru rycerskiego, hiszpańskich Don Kichotów. Dużo mówi to, że zaczynamy od lokacji o nazwie "Wiatrak Dulcynei". Do naszej dyspozycji dostajemy nową, sporą krainę ze zgrabnie napisaną intrygą, a Geralt niemalże na dzień dobry zostaje właścicielem ziemskim. Osobiście zamiast zajmować się tropieniem Bestii, którą kazała mi wytropić księżna, zajęłam się zbieraniem pieniędzy na odnowienie winnicy Corvo Bianco, ustawianiem zbroi i mieczy na pokaz i wyszukiwaniem obrazów na ściany. Fantastyczna zabawa! Poprzez ten dodatek REDzi chcieli się pożegnać, przez co całość sprawia wrażenie udanego, satysfakcjonującego epilogu z kilkoma przeuroczymi, żartobliwymi questami i easter eggami.

Mój jest ten Geralt i moja winnica!

Niektórzy Dziki Gon przeszli w 70 ,90 czy 130 godzin. Inny zachwycili się widokami i otwartym światem do tego stopnia, że mogą się poszczycić najwyższym poziomem wszystkiego i trzystoma godzinami rozgrywki. Ja nie mam pojęcia, ile grałam, ale zaczęłam jakoś we wrześniu, a skończyłam na początku lutego. Nie żałuję ani chwili.

Wiedźmin 3: Dziki Gon

CD Projekt RED, 2015
fabularna gra akcji z otwartym światem
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

poniedziałek, 13 lutego 2017

Krakowska panna Marple i obwarzanek złożony z samej dziurki. Tajemnica domu Helclów



Dopiero co opowiadałam o pisarzu, który podszywał się pod tłumacza (chodzi rzecz jasna o Waltera Moersa), a już pojawia się kolejne literackie szacher-macher w osobie Maryli Szymiczkowej. A raczej braku tejże osoby. Choć na okładce przeczytać możemy, że jest absolutną królową pischingera i Krakowianką w każdym calu, za zmyśloną autorką Tajemnicy domu Helclów kryją się tak naprawdę dwaj panowie: Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, którzy w doskonałym stylu i ze specyficznym, uszczypliwym humorem przedstawiają historię tajemniczych morderstw widzianą oczami krakowskiej mieszczki końca XIX wieku.

Profesorowa Szczupaczyńska to kobieta konkretna, ambitna, pewna siebie i doskonale świadoma społecznych niepisanych reguł, rządzących krakowskim światkiem. Może i pochodzi z prowincji, ale spycha to na spód świadomości, starając się być bardziej krakowska niż rodowici Krakowianie. W końcu poślubiła nie byle kogo, bo profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego! Ściubie każdy grosz, dla potencjalnych nowych pomocy przygotowuje przemyślane psychologiczne testy charakteru, a do tego bardzo skrzętnie pielęgnuje zawiść wobec swojej kuzynki. Wie, czego chce, na co może sobie pozwolić i jak pokierować niemrawego męża, by zapewnić sobie jak najdogodniejsze miejsce na świecie. Obecnie widzi przed sobą główny cel: zdobycie fantów na loterię w celu ratowania dzieci skrofulicznych (bo przecież "loteria bez fantów jest jak obwarzanek złożony z samej dziurki") - rzecz jak najdokładniej wykalkulowana, bo wszystko inne już zajęte, a tylko działalność charytatywna da jej poczesne miejsce wśród innych dam udzielających się społecznie i rzecz jasna godną wzmiankę w gazecie.

Rozdrapały wszystko te pazerne baby, rozdrapały do szczętu: Badeniowa ochronki, szpitaliki i dzieła charytatywne, Polanowska oświatę ludową, naukę gospodarstwa domowego, wychowanie dzieci i szkoły sług, a Marchwicka roboty ręczne, kursa pracy kobiet i bazary, a do tego jeszcze całą komisję stowarzyszeń kobiecych. Nienasycona! Messalina dobroczynności, Jezabel ruchu spółdzielczego.




Szczupaczyńska pomimo uprawianej lekką ręką hipokryzji i małostkowości natychmiast przypada do gustu. Choć prowadzi dom idealny w kamienicy "Pod Pawiem" na ulicy świętego Jana, obsesyjnie patrzy służącym na ręce, załatwia sobie babę, by pilnowała przed złodziejami przez noc udekorowanego nagrobka na Wszystkich Świętych, by móc się pokazać - mówiąc krótko, generalnie niewiele brakuje jej do Dulskiej, jej inteligentny, przenikliwy umysł czuje nieznośną nudę i pewną nerwowość, chęć czynu. Choć sama się do tego nie przyzna, dusi się w ciasnym gorsecie konwenansów, obłudy i społecznych gierek. Wieczorami zaczytuje się w Walterze Scottcie i Edgarze Alanie Poe, marząc o mrożących krew w żyłach przygodach. Dopiero gdy pewnego razu dogadując sprawy loterii w Domu Helclów słyszy o morderstwie, jej dusza odżywa i profesorowa natychmiast rozpoczyna zaskakująco sprytne prywatne śledztwo, by zdemaskować przestępcę i przede wszystkim stanąć między podejrzanymi niczym detektyw Poirot i powoli wykładać wszystkim, jak było naprawdę...

Mordowanie kucharek w czasach, kiedy tak trudno o służbę z prawdziwego zdarzenia, kiedy do pracy zgłaszają się same garkotłuki, nieumiejące odróżnić szparaga od sznurka, wydawało się Szczupaczyńskiej nie tylko zbrodnią, ale i aktem oburzającego marnotrawstwa.




Tajemnica domu Helclów to iskrzący się od ujmującego humoru, nawiązujący do klasyki gatunku i przede wszystkim naśmiewający się z czysto mieszczańskich przekonań, zgrabny kryminał w stylu retro. Pisany lekkim piórem, stylistycznie ze smakiem ocierający się o trącący myszką język à la Sienkiewicz, ale i wykorzystujący przestarzałe słowa w celu uzyskania przeuroczego efektu komicznego. To literacka zabawa formą i językiem, ugruntowana wyśmienitym przygotowaniem, która pozwala zanurzyć się w dziewiętnastowiecznym Krakowie klasy średniej z wielką przyjemnością.

...cnota dobroczynności jest piękna, lecz nie kiedy w rażący sposób sprzeciwia się cnocie skrzętności.




Więcej tu kryminału w stylu Chmielewskiej niż prawowitej historii w stylu Agathy Christie, bo choć mamy tu całkiem niezłą intrygę, zdecydowanie gra ona drugie skrzypce wobec humoru, języka, ciętych dialogów, barwnych osobowości i fantastycznego tła. Ewentualne mankamenty czy momentami lekkie rozmycie fabularne całkowicie schodzą z planu na rzecz idealnego odwzorowania mieszczańskiej mentalności w starciu z (któż to widział!) detektywistycznym zacięciem oraz (to nie przystoi!) przemyślnym sposobom na uzyskanie informacji i (czysta zgroza!) możliwym samodzielnym rozwiązaniem zagadki morderstw przez kobietę. Co prawda sposoby Szczupaczyńskiej czasem zmuszają do tak czasem absurdalnego komplikowania spraw, jak urządzanie proszonego obiadu na poczekaniu, tylko po to by usłyszeć wykład o działaniu trucizn, ale są jednocześnie powodem nieziemskiej uciechy dla czytającego.

W Krakowie „przebaczenie” było wyłącznie terminem teologicznym, bez praktycznego zastosowania w życiu codziennym.




Ja Tajemnicę Domu Helclów łykam jak młody pelikan, mrużąc oczy z uciechy. Uwielbiam takie książki, jak Przeklęta bariera Joanny Chmielewskiej czy Małgosia contra Małgosia Ewy Nowackiej, nie mówiąc już o klasyce i zwykłych powieściach historycznych, ale Dehnel i Tarczyński przysporzyli mi podwójnej niesamowitej radochy przy lekturze. Cudownie było czytać o dobrze znanych zakątkach Krakowa, wraz z bohaterką przemierzać rynki i uliczki, oceniać odległości, wyobrażając sobie korowód żałobników na pogrzebie Matejki, kolejkę fiakrów ustawiającą się pod Teatrem Słowackiego, pielgrzymki Długą na Nowy Kleparz do Domu Helclów. Jak mogliście zauważyć, na zdjęciach pokazałam, jak teraz wygląda kamienica "Pod Pawiem" - znajduje się tam teraz pracownia piwa Tap House, a na budynku widnieje pamiątkowa tablica wspominająca, że w piwnicach budynku znajdowała się niegdyś najstarsza w Polsce warzelnia piwa, naprzeciw kamienicy zaś wznosi się muzeum Czartoryskich. Wśród tłumu turystów mimo wszystko łatwo wyobrazić sobie długą suknię i charakterystyczny kapelusz z piórkiem, bo przecież...

...w starożytnym mieście Krakowie „sto lat temu” znaczyło tyleż, co „wczoraj przed południem”.

Zaopatrzyłam się już też w drugą, podobno nawet jeszcze lepszą niż pierwsza, powieść o perypetiach profesorowej Szczupaczyńskiej, mianowicie Rozdartą zasłonę. Miała premierę zaledwie ubiegłej jesieni. Nie będę zwlekać z czytaniem:)


Tajemnica Domu Helclów

  Maryla Szymiczkowa (właśc. Jacek Dehnel, Piotr Tarczyński) 

Znak literanova, 2015
288 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

________________________________

środa, 8 lutego 2017

Jak zostać pieprzonym czarodziejem. The Magicians


Gdy byłam dzieckiem, wyobrażałam sobie, że przeżywam wspaniałe przygody u boku nieustraszonego Piotrusia Pana, wymyślam sposoby na przechytrzenie Kapitana Haka, swawolę z syrenami. Potem odkryłam Tolkiena i marzyłam o elfich uszach, wieczorach przy kominku w Domu Elronda, przechadzkach po pięknym Lorien, wyciskającej łzy w oczach historii o walce ze złem i wielkim przeznaczeniu. Czytając o Hogwarcie, niczego bardziej nie pragnęłam, niż dostać list i pojechać pociągiem prosto do sekretnej szkoły czarodziejów, gdzie tiara przydziału zakrzyknie: "Ravenclaw!". Tego, by zdobywać punkty, zniewalać niebywałym talentem, dokonywać heroicznych czynów. Jasne, zawsze chciałam zostać Mary Sue w magicznej krainie. Każdy chyba choć jedną chwilę w życiu chciał.

Autor Czarodziejów, Lev Grossman, bierze się za te cudowne fantazje mojego pokolenia i dźga je bezlitośnie ostrym szpikulcem rzeczywistości.

Nastoletni Quentin Coldwater nigdy nie wyrósł z uwielbienia dla książek o magicznej krainie Fillory, znanej z baśniowego klimatu kilkotomowej historii dla dzieci (brzmi jak Narnia i to zdecydowanie celowe). Co prawda nie przyznałby się do tego przed swoimi przyjaciółmi, nie chce popełnić społecznego samobójstwa, choć jego życie towarzyskie jest bardzo bliskie zupełnej stagnacji. Quentin to pierwszy uczeń w szkole, inteligentny, bystry, żądny wiedzy, sceptyczny i zupełnie rozgoryczony życiem młody nowojorczyk. Mimo to gdy trafia znienacka do Brakebills, ukrytej przed "niemagicznymi" uczelni magii na poziome amerykańskich uniwersytetów z Ivy League, pierwsza rzecz, jaka mu przychodzi do głowy, to: jestem w Fillory.


Czarodzieje to nie jest ani druga Narnia, ani drugi Harry Potter, a dekonstrukcja obu tych konceptów. To bezlitosna zabawa z naiwnymi marzeniami. Bohaterowie Czarodziejów twardo stąpają po ziemi, wykorzystują magię dla własnej przyjemności, często bywają okrutni, ignoranccy, aroganccy i sarkastyczni. Dosadnie przeklinają, są wiecznie pijani, śpią z kim popadnie. Przede wszystkim zaś są pozbawieni jakichkolwiek złudzeń. Quentin uczy się naginania rzeczywistości do własnej woli bez zachwytu i zadziwienia, wykuwa na pamięć co trzeba, ćwiczy do oporu, podchodzi do kolejnych testów jak robot. Momentami przypomina ducha jak studenci na kierunkach, gdzie nie ma współpracy, jest tylko wyścig szczurów. 

He was going to sign the papers and he was going to be a motherfucking magician. Or what the hell else was he going to do with his life?

Nikt nie wie, co będzie po szkole. Tak naprawdę nie ma nic do zrobienia. Będąc magiem, ma się wszystko. O nic nie trzeba zabiegać, o nic nie trzeba dbać, wie się wszystko i może się wszystko. To wywołuje taką duchową pustkę, poczucie bezsensu i braku jakiegokolwiek celu, że nie wiadomo, po co żyć:

“You have to promise me we’ll never be like them, Quentin.” Their noses were almost touching. Her weight on top of him was arousing, but her face was angry and serious. “I know you think it’s going to be all quests and dragons and fighting evil and whatever, like in Fillory. I know that’s what you think. But it’s not. You don’t see it yet. There’s nothing out there.

W cyklu o Harrym każdy rok był celebrowaną, fantastyczną przygodą zakończoną heroicznym wyczynem, ukoronowanym honorami. W Czarodziejach nie skupiamy się na szczegółach, czas leci szybko, lata opisywane są pośpiesznie, wspomnienia zamazują się i mylą, za bardzo przypominając prawdziwe życie. Nikt nikogo nie celebruje, wszyscy harują w pocie czoła, chcąc zrobić swoje, z jedyną obawą, że wyleci się ze szkoły i nigdy nie zostanie prawdziwym czarodziejem. Jak można przeżyć taką porażkę? Życie poza magią wydaje się być koszmarem:

Most people are blind to magic. They move through a blank and empty world. They’re bored with their lives, and there’s nothing they can do about it. They’re eaten alive by longing, and they’re dead before they die.

Doskonale odczuwa to Julia, szczenięca miłość Quentina, która przystępuje do egzaminu w Brakebills, ale nie dostaje się do szkoły. Choć wymazano jej pamięć, wciąż jak przez mgłę pamięta istnienie magii. Mogła być Hermioną tej historii, zamiast tego zżera ją niepewność i rozpacz. Niegdyś piękna i radosna dziewczyna popada w głęboką depresję, pali papieros za papierosem, porzuca doskonale rysującą się karierę, oddala od bliskich, popada w odrętwienie; jedyna rzecz, która ją rozpala, to myśl o magii.


Czarodzieje to powieść o rozczarowaniu, odarciu z iluzji i pustce. O tym, że dorosłość i realizm potrafią przemienić nawet piękne marzenie w prozaiczną, ciężką do zniesienia rzeczywistość. To zasmucające urban fantasy, które można docenić, które można pokochać za te ciężkie tematy, sarkastyczny humor, cierpkie i zasadnicze podejście do magii jak do kolejnej działki nauki. Dla mnie dzieciaki z Brakebills nie dają się lubić. Choć autor serwuje nam naprawdę przemyślaną, ciekawą koncepcję i szeroki, szczegółowy magiczny świat rządzący się swoimi prawami, czasami nawet aż protekcjonalny wobec czytelnika. Ale chyba nie mam ochoty wrócić do tego depresyjnego nastroju historii Quentina.

Ten "Harry Potter dla dorosłych" przyciągnął już rzecz jasna producentów i powstaje serial na podstawie cyklu. Czarodzieje to dopiero pierwszy tom z trylogii, a pierwszy sezon serialu można zobaczyć na swoim telewizorze. Cytując mojego znajomego, który mocno się wkręcił w serię i polecam znajomym: "no jak dla mnie super, ale ludzie twierdzą, że dziwny". 

The Magicians

   Lev Grossman

Viking, 2009
428 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

________________________________

niedziela, 5 lutego 2017

NOWINY HADYNY: styczeń 2017


Znów w dobrej formie, gotowa do stawienia czoła jedenastu pozostałym miesiącom roku! Pięć książek - w tym dwie po angielsku - i jeden komiks przeczytane w styczniu dobrze wróżą wyzwaniu przeczytania 54 książek w roku (możecie śledzić moje postępy albo na Goodreads, z którym się mocno zaprzyjaźniłam ostatnio, albo tutaj na podstronie Przeczytane). Do tego jeszcze niniejszym po mniej więcej pół roku rozwleczonego grania skończyłam trzecią część Wiedźmina z oboma dodatkami, a ile filmów i seriali przerobiłam! Cóż, jak się ma chorobowe, można dużo obejrzeć. O Wiedźminie chyba napiszę osobny wpis, a co do reszty... czas na nowiny!


Firefly (2002-2003)



W tym miesiącu powtarzaliśmy sobie po raz kolejny serial, który nieodmiennie ogląda się z przyjemnością podszytą bólem. Kto nie słyszał wcześniej o niszowej legendzie tej produkcji - to serial Jossa Whedona, który ucierpiał z powodu idiotycznych i ignoranckich decyzji stacji w sprawach nadawania i został przez to po jednym sezonie anulowany. W dodatku jeszcze według mnie naprawdę świetny półtoragodzinny pilot został odrzucony, kazano nakręcić nowy pierwszy odcinek, przez co w praktyce Firefly ma dwa początki, bo pilot został emitowany... na końcu serii. Jeśli zaś chodzi o sam serial, mamy tu czternaście trzymających wysoki poziom, niezapomnianych odcinków o pirato-kowbojach w kosmosie przyszłości. Załoga statku Serenity nie zawsze zajmuje się rzeczami do końca legalnymi, ale można zawsze zaufać kapitanowi, że zrobi to, co właściwe. Bohaterowie trafiają prosto do serca widza, a pomysł i świat potrafią szybko zwojować każdego. Bardzo, bardzo polecam! Dla zaintrygowanych, więcej o Firefly pisałam na Pulpozaurze.

Dirk Gently's Holistic Detective Agency (2016– )




Dirk... został mi polecony z kilku powodów: bo krótki i wygodny, osiem odcinków na Netflixie, rzecz na podstawie książek Douglasa Adamsa, tego od Autostopem przez galaktykę, a na dodatek jest Elijah Wood z corgim i czarnym kociątkiem. Przez pierwsze trzy-cztery odcinki widza atakuje rozbuchany, beztroski chaos, dzieje się wszystko wszędzie, pojawiają się hordy postaci i kolejnych frakcji, każda skupiona na własnej szalonej motywacji, a do tego jeszcze wszystko do przodu próbuje pchać detektyw, jak sam siebie nazywa, holistyczny, bo wyczuwający połączenia przypadkowych zdarzeń i podążający nie za logiką, a za eratyczną intuicją. Pod koniec o dziwo prawie wszystko zostaje wyjaśnione i układa się w zrozumiałą całość. Ciekawe.

Victoria (2016– )




Wspominałam w poprzednim wpisie, że zaczęłam oglądać pierwszy sezon, też ośmioodcinkowy, serialu o królowej Wiktorii. Na fali popularności Downton Abbey rozpleniły się bardzo produkcje o arystokracji brytyjskiej, to kolejna z nich. Zdecydowanie Wiktorię przyćmiła popularność The Crown o obecnie panującej Elżbiecie II, ale Wiktorię też ogląda się z wielką satysfakcją i zainteresowaniem. Pierwszy sezon w dużej mierze powiela to, co pokazał początek The Crown: wieść o śmierci monarchy, pierwsze kroki w roli królowej, potyczki z politykami, wewnętrzne niesnaski i intrygi, rozwijającą się przyjaźń z premierem, koronację, problemy małżeńskie. Poruszany jest nawet ten sam wątek czy królowa powinna przysięgać posłuszeństwo małżonkowi. Tutaj jednak bardziej skupiamy się na spontaniczności, niezależności i uczuciach monarchini. Czy warto? O, jak się lubi seriale kostiumowe, to koniecznie!

Paterson (2016)




Pamiętacie te wielkie mrozy na początku miesiąca? Minus dwadzieścia? Wtedy poszłam na Patersona. Wiadomo - bo Adam Driver i to u kogo! U Jarmusha! Już w kinie okazało się, że to klimatyczny film o osiadłym, udomowionym i sflegmatyczałym duchu beatników związanych z miastem Paterson - Williamie Carlosie Williamsie i Allenie Ginsbergu, odrodzonych w cichym kierowcy autobusu, który pisuje wiersze. Film niespieszny, satysfakcjonujący, poetyczny. To jednak bardzo subiektywna opinia, po głębsze przemyślenia możecie sięgnąć do recenzji na Dobry film, zły film.

La La Land (2016)




Do kina wybrałam się też na głośny teraz (szczególnie z powodu tych wszystkich Złotych Globów i nominacji oskarowych) musical La La Land. Magnetyczne nazwiska - Emma Stone i Ryan Gosling, tańczący i śpiewający, błagam, jak można tego nie zobaczyć - a do tego dobre recenzje skutecznie skusiły na seans. Niestety jednak nie jestem pod wrażeniem. Łez nie było, piosenki nie zapadły w pamięć. Tak, słuchałam jeszcze kilka razy, City of Stars ma przepiękną melodię, otwierające film Another Day of Sun jest chyba najlepsze, jazzowo film wywiązuje się na piątkę, ale to nie jest drugi Whiplash. Mam wrażenie, że jednak zabrakło pomysłu poza "chłopak poznaje dziewczynę, chłopak zdobywa dziewczynę, dziewczyna i chłopak mają wielkie marzenia"...

Kubo i dwie struny (2016)




Kubo... obserwowaliśmy z Rybą od dawna, bo to animacja poklatkowa, a w sieci krążyły imponujące filmiki z planu z modelem baśniowego szkieletu sięgającym niemal sufitu studia. Teraz trzymamy kciuki za piękny, mądry film ze świetnym pomysłem, zapierającym dech w piersiach wykonaniem i pociągającymi japońskimi inspiracjami - niech zwycięży w wyścigu do Oscara!

Zwierzogród (2016)




Co do innych oscarowych kandydatów w kategorii film animowany, tak, widzieliśmy też innego wyśmienitego kandydata, który jednak przegrywa z Kubo... z powodu finalnego numeru Shakiry. Disney potrafi robić postępowe, wrażliwe i aktualne filmy, ale bardziej reklamuje te bardziej tradycyjne o księżniczkach, bo wiadomo, sprzedają się i są bezpieczne. O Zwierzogrodzie świetnie pisała Catus Geekus, więc odsyłam tutaj.

Boska Florence (2016)




W temacie oscarowym, nie darowałam też kategorii nagrody dla najlepszej aktorki, gdzie zamiast Amy Adams w Arrivalu zobaczyłam pewniaka, Meryl Streep. Boską Florence miałam obejrzeć już od dawna, ekranizacja prawdziwej historii najgorszej śpiewaczki świata, która mimo braku talentu zdobyła popularność i z powodzeniem wydawała płyty, a także występowała na scenie, do tego z Meryl Streep i Hugh Grantem? Tak, bardzo lubię oglądać moich ulubionych aktorów, ale oburzył mnie brak nominacji dla Adams, więc postanowiłam sprawdzić, czy ...Florence faktycznie jest dobra. I tak, jest! To lekka, ciepła komedia, a Streep imponuje tym, że sama mistrzowsko odwzorowuje nie tylko zachowanie i ruchy Florence Foster Jenkins, ale też jej wyczyny wokalne. Innymi słowy, zmiękłam.

Dziewczyna z pociągu (2016)




Mając naprawdę dużo czasu w tym miesiącu, pozwoliłam sobie obczaić ekranizację Dziewczyny z pociągu, którą niedawno czytałam. Emily Blunt wpasowuje się w moje wyobrażenie bohaterki jak pięść do nosa, a sam film ciągnie się jak tortura. Klimat jest, nawet za dużo, wierność też spora, widać, że twórcy mocno się wysilali, żeby oddać w obrazach pierwszoosobową narrację, ale zdecydowanie nie ogląda się tak dobrze, jak czyta. Czas trochę zmarnowany.

Zanim się pojawiłeś (2016)




Nie darowałam sobie też drugiej adaptacji, o której niedawno pisałam. Emilia Clarke, czyli królowa od smoków, ma charakterystyczną urodę i idealnie wpisała się w rolę roztrzepanej, ekscentrycznej Lou, a Sam Claflin jest tu absolutnie uroczy i dobrze sobie radzi. Cały film wyszedł zgrabnie, odkroił co prawda niektóre wątki rodzinne i z przeszłości głównej bohaterki, ale wciąż tworzy niezłą całość z identycznym przesłaniem. Dobrze też widzieć prawdziwie normański zamek!

Nieracjonalny mężczyzna (2015)




Wielkie nadrabianie zaległości nie pominęło Woody'ego Allena z Emmą Stone i Joaquinem Phoenixem, film, który miałam zobaczyć już od... półtora roku? Ależ minęło. Phoenix w Onej był absolutnie przeuroczy, tutaj gra zdecydowanie mniej przyjemną postać, choć kto przepada za inteligentnymi, irracjonalnymi draniami, wpadnie od razu. Film o tyle zaskakuje, że reklamowano go jako romans studentki i profesora, co jednak okazuje się bardziej pobocznym wątkiem filmu. Zamiast tego żartobliwy obraz zmusza widza do zastanowienia się, jak wiele można usprawiedliwić erudycją, logiką i prestiżem.

Życie biurowe (1999)




Ryba chciał też obejrzeć ze mną film, o którym w życiu nie słyszałam, a którego powyższy kadr znam doskonale. Tak, to mem "That Would Be Great". Po Office Space jednocześnie widać nieubłagany upływ czasu (te komputery!), jak i to, jak niewiele się zmieniło. Akcja toczy się w korporacji, między ściankami działowymi, w ciaśniutkich boksach. Główny bohater każdy kolejny dzień w pracy odczuwa jako swój najgorszy dzień w życiu. A potem wszystko się zmienia. Wystarczyło zacząć wszystko zupełnie olewać, a awans - pomimo zagrożenia skutkami restrukturyzacji - sam się znalazł. O dziwo, to naprawdę zabawna komedia, którą każdy korpoludek i korposzef powinien zobaczyć.

Cast Away - poza światem (2000)




Przyznaję się. Nigdy wcześniej nie oglądałam Cast Away. To był pierwszy raz. I... dlaczego tak zwlekałam?! Z jakiegoś powodu zapowiedzi na TVNie i Polsacie bardziej mnie zniechęciły niż zaciekawiły i ubzdurałam sobie, że to jakiś nudny, długi film. Może i długi, ale fantastyczny! Jako dziecko uwielbiałam Robinsona Crusoe, a nie mówię tu o streszczeniach i adaptacjach, a pełny tekst powieści Defoe. Cast Away to taki Sherlock BBC dla Robinsona, tylko zrobiony dobrze i w formie jednego rzeczowego filmu. Uwspółcześniony Robinson trafił na listę moich ulubionych obrazów.

Uff, tak, trochę tego było. Powtarzam, miałam dużo czasu na zwolnieniu, wiec oglądałam ile wlezie. A Wy? Co ostatnio widzieliście? Co polecacie?

wtorek, 31 stycznia 2017

Od Marii Antoniny do Coco Chanel. W cieniu koronkowej parasolki


Pierwszy odcinek serialu Wiktoria brytyjskiej stacji ITV. Jenna Coleman, znana twarz z Doktora Who, pojawia się jako młodziutka królowa imperium, koronowana w 1838 roku. Tym razem, oglądając serial kostiumowy, nie tylko napawam się pięknymi sukniami, specyficznymi obyczajami i historycznym tłem, ale też pilnie wypatruję, jak wiele nauczyłam się z ...koronkowej parasolki. Zauważam: u pań nieśmiertelne anglezy lub warkocze zawijane pod uchem w tył, szeroki dekolt w łódkę, na to często koronkowa narzutka na dzień, krótki stanik, kończący się wydłużonym zakończeniem w szpic albo paskiem, charakterystyczne opadające, szerokie ramiona sukni, wielkie rękawy z bufami - chwileczkę, czy te bufki nie powinny być raczej od ramienia w dół w tej dekadzie?...

Nie znam się na modzie dziewiętnastowiecznej, nigdy się nie znałam. Mniej więcej kojarzyłam strój w tylu empire jak z ekranizacji Austen, potem skromność stroju guwernantki i warkocze z Jane Eyre, krynoliny w połowie wieku i kuprowate turniury pod koniec, a na przełomie i w epoce edwardiańskiej - coś pomiędzy Anią z Zielonego Wzgórza a Pokojem z widokiem. Na tym moja wiedza się kończyła. W cieniu koronkowej parasolki, po krótkim przejrzeniu, okazała się zgrabnym kompendium wiedzy dla amatora takiego, jak ja. Teraz jestem w stanie mniej więcej określić epokę po kroju sukni, a to już jest nie lada osiągnięcie!



Wiek dziewiętnasty potraktowany został przez autorki obyczajowo i historycznie - a więc nie zaczynamy od kalendarzowego początku wieku, a zahaczamy o sielankowość dworu Marii Antoniny oraz rewolucję francuską, by potem dojechać parowozem dziejów aż do początku pierwszej wojny światowej, gdy wreszcie mentalność poprzedniego wieku została brutalnie i gwałtownie zmieniona. Pierwsze dwa rozdziały nachodzące na wiek osiemnasty są podobno merytorycznie najsłabsze (więcej tutaj), ale nie przeszkadza to zanurzyć się w niesamowicie ciekawej i barwnie opisanej historii obyczajów, wynalazków i wydarzeń, które kształtowały takie, a nie inne trendy.

Całość podzielona jest na rozdziały, które w zamierzeniu miały opowiadać o kolejnych dekadach, ewentualnie skupiać się na modzie konkretnie np. męskiej. Mimo tego przekrojowego podejścia, płynnego i jasnego stylu, to jednak muszę przyznać, że momentami można się zgubić chronologicznie. Wszytko przez dość frywolnie dodawane ilustracje, które zamiast konsekwentnie skupiać się na konkretnym okresie, mieszają dekady, by zaprezentować konkretny detal, o którym wspominają autorki. Dla pełni szczęścia życzyłabym sobie osi czasu, na której moglibyśmy się w każdej epoce odnaleźć, razem z typowymi sylwetkami męskimi i damskimi z każdej dekady. Tymczasem, choć absolutnie piękne, bogate i szczegółowe ilustracje oryginalnych obrazów z epoki na dwie strony, kolejne rozdziały znaczone są jedynie ogólnym tytułem.


Olbrzymią zaletą tej pozycji są właśnie bardzo liczne i zachwycające ilustracje, które jednak nie stanowią głównej treści. Wyważenie między tekstem a zdjęciami wydaje się być w sam raz, a podpisy łącznie z datami i źródłami pozwalają się rozeznać, co dokładnie widzimy, z jakiego okresu, którego kraju i jak to się ma do całości epoki. Niektóre opisy są naprawdę długie, bo zawierają nawet cytaty!

Drugim elementem, który niezaprzeczalnie dodaje ikry tekstowi, który sam w sobie i tak dobrze się czyta, są ściśle wplecione całe fragmenty plotek i ploteczek z najróżniejszych kronik, pamiętników czy listów. Arystokratki w prywatnych zapiskach nie szczędziły między innymi cierpkich słów o pani Walewskiej - "ślicznej, ale nijakiej umysłowo", drugiej żonie Napoleona - "niezbyt hojnie uposażona przez naturę, Maria Ludwika pochwalić się mogła tylko piękną stopą", czy wreszcie samym cesarzu - "nigdy nie chciał nosić ubrań zbyt obcisłych lub choćby trochę krępujących ruchy, co miało ten skutek, że krawcy szyli mu fraki i surduty, jakby brali miarę, długość i szerokość, z budki strażniczej". Znajdziemy też ubolewania szlachcianki nad modą, która przemienia rodzinne wycieczki w Tatry w pełnym rynsztunku w postaci długich sukien, krynolin, gorsetów i cieniutkich bucików w koszmar. Znajdziemy też przekomiczne wyjątki z listów Słowackiego do matki donoszące o jego wielkiej dbałości o ubranie, a także wysiłkach, by udowodnić wielkiemu światowi, że polski poeta, w przeciwieństwie rzecz jasna do Mickiewicza, może się dobrze ubierać. Zygmunt Krasiński z kolei zwierzał się swojemu przyjacielowi w liście z wybitnie romantycznego (dosłownie!) pomysłu na prezent dla kochanki:

"[...] co myślisz o bransoletce, co by się składała z 2 krzyżów, z 2 wieńców cierniowych i z 2 gwoździ lub nożów, a u której zwarcia wisiałaby niby kamień grobowy ze szmaragdów, na którym napis: <<co w sercu moim na ręku Twoim>>"


Autorki przede wszystkim każde większe zmiany w sylwetce, fasonach czy kolorystyce osadzają na szybkim przypomnieniu tła politycznego, historycznego i obyczajowości. Ponura bransoletka Krasińskiego i obowiązkowe czarne toalety dam polskich związane są rzecz jasna z powstaniami i trudnymi losami podzielonego narodu; angielskie stroje są często bardziej wygodne, praktyczne i często dostosowane do końskiej jazdy, bo na wyspach na przykład jazda konna popularna była również wśród kobiet; po rewolucji francuskiej obowiązująca i pożądana stała się moda mieszczańska z dodatkami symbolicznymi, najlepiej trójkolorowe szarfy czy kokardy. Przede wszystkim jednak pokazują, jak bardzo zakorzenione były w społeczeństwie poglądy o podrzędności kobiety, o jej głównie estetycznej i umilającej roli opiekunki domowego ogniska, której sferą działalności jest ta wewnętrzna, domowa. Kobiety przywdziewające w połowie wieku amerykańską nowinkę - strój bloomerowski, czyli szerokie pantalony z sukienką do kolana - były wyśmiewane przede wszystkim przez inne kobiety, nikt nie brał takiej damulki na poważnie. Każde kolejne udziwnienie stroju, od olbrzymiej, rozbujanej krynoliny, przez futerałowate, krępujące ruchy suknie w stylu princess, aż po ciężkie, wymuszające nienaturalne, s-owate wygięcie sylwetki turniury, było ogłaszane jako ulepszenie zdrowsze i wygodniejsze do poprzedniego.

Podsumowując, być może ten album to nie najlepsza i najdokładniejsza pozycja na temat mody i obyczajów dziewiętnastego wieku, ale zdecydowanie nadaje się dla amatora, który tak jak ja lubuje się w serialach kostiumowych i angielskiej klasyce. Ponoć autorki powtarzają informacje znane z innych publikacji zawartych w bibliografii, mnie to zupełnie nie przeszkadza. Oglądałam i czytałam z szalonym zaciekawieniem, a na dodatek coś z tego wyniosłam i będę mogła oceniać kreacje trochę mniej ignoranckim okiem. A wszystko to - może pamiętacie? - dzięki kaprysowi pod wpływem chwili w Kawiarni Literackiej, o której pisałam jesienią:)


W cieniu koronkowej parasolki. O modzie i obyczajach w XIX wieku

Joanna Dobkowska i Joanna Wasilewska

Arkady, 2016
312 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

________________________________

niedziela, 29 stycznia 2017

KOMIKS#9: Studium w komiksie. Mangowy Sherlock i czwarty sezon

W oczekiwaniu na premiery kolejnych odcinków czwartego sezonu Sherlocka sięgnęłam po nabytek jeszcze z zeszłorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi. Imię najsłynniejszego i najbardziej pożądanego chyba detektywa na świecie pięknie się mieni srebrem na okładce, a sportretowanie Benedicta Cumberbatcha i Martina Freemana jest tak akuratne, że ręce aż samo się wyciągało na stoisku z mangami. Dla samych rysunków warto przejrzeć ten komiks, ale czy warto kupować kolejne tomy? To już zależy, jak wielkimi psychofanami serialu/Cumberbatcha jesteśmy.

Osobiście mogę się pochwalić wieloma drobiazgami sherlockowymi, kiedyś rozklejałam z sherlockistkami plakaty po Krakowie, wandalizowałam uniwersytet serialowymi wlepkami, dwa razy rozbijałam się po muzeum londyńskim na Baker Street, co roku dostaję od pewnego bardzo kochanego Anglika kalendarze z Sherlockiem, próbowałam swego czasu nawet porównywać odcinki z oryginalnymi opowiadaniami, którymi były zainspirowane, ale na jednym wpisie poprzestałam. Manga jest tylko kolejnym fantem do kolekcji. Szkoda tylko, że czwarty sezon tak zawiódł... Ale wróćmy do komiksu.

Caption: BRAZZERS


Co to w ogóle jest za twór? Mówiąc wprost, to dokładna do bólu adaptacja pierwszego odcinka Sherlocka. Dlatego wśród autorów, oprócz japońskiego rysownika podpisującego się imieniem Jay, znajdziemy scenarzystów Stevena Moffata i Marka Gatissa. Innymi słowy, to po prostu doujinshi, któremu dano zielone światło i zostało wydane jako oficjalny kawałek sherlockowej franczyzy. Komiks jest dosłownie przekalkowaniem serialu niemal kadr po kadrze, czytamy dobrze znane dialogi bez żadnych zmian, widzimy sceny ze Studium w różu przeniesione na inne medium. Mam wrażenie, że to jednocześnie największy plus i minus tej pozycji - z jednej strony, to komiks fanowski tak dobry i tak grzeczny, że stał się kanonem, z drugiej zaś - po prostu nudny i trochę bez sensu. Przecież ten tomik nie daje nam niestety nic, czego nie dostalibyśmy oglądając sobie pierwszy odcinek Sherlocka jeszcze raz.

W porównaniu z powieściową adaptacją Przebudzenia mocy, o której niedawno pisałam, przynajmniej tutaj czyta się z przyjemnością. Kreska jest absolutnie fantastyczna, postaci zostały bardzo wiernie odwzorowane, każda z nich - no, może oprócz Lestrada - świetnie uchwycona, łącznie z drobną mimiką twarzy. Twarze bywają chwilami minimalnie nienaturalne, ale częściej zaskakują podobieństwem do aktorów. Wnętrza pozwalają zachwycać się detalem rysunku, w przeciwieństwie do wielu mang, które często tła sobie darują. Kadrowanie w dużej mierze oddaje klimat i zmiany nastroju, tylko na początku można się trochę potknąć podczas jednoczesnego przedstawienia konferencji prasowej i śmierci kolejnych samobójców. Tak samo jak w serialu widzimy dodatkowe informacje - czy to myśli Sherlocka, czy smsy - poza zwykłymi dialogami.


Niewiele można powiedzieć o tej mandze, bo i niewiele ona daje. Szczerze mówiąc, warto się jej przyjrzeć głównie ze względu na świetne rysunki. Hardkorowy fan czy fanka pewnie uzbiera sobie całą kolekcję, bo rzecz jasna wychodzą kolejne części. To dopiero pierwszy tomik.

A tymczasem skorzystam z okazji i posmęcę trochę o czwartym sezonie. Postaram się bez spojlerów.

Pierwszy odcinek, The Six Thatchers, boleśnie przypomniał, że czekaliśmy trzy lata, żeby dostać wydmuszkę w postaci pięknie wykonanego, zachwycająco wiktoriańskiego i żałosnego fabularnie odcinka specjalnego The Abominable Bride, by wrócić do przekombinowania, które mnie osobiście rozczarowało w ostatnim odcinku trzeciego sezonu. Co prawda zagadka nawiązująca do tytułu odcinka akurat okazała się zmyślna i ciekawa, ale zajęła Sherlockowi jakieś dwadzieścia minut, a im dalej, tym gorzej. Są momenty, w których dialogi są niepotrzebne powtarzane albo całe długie sceny - w szczególności mówię tu o montażu podróży - które okazują się niepotrzebne po zaledwie kilku sekundach. Twórcy próbowali złapać zbyt wiele srok za jeden ogon, wątków narobiło się trochę za dużo, a co do ostatniej sceny... brak słów. Raz, że niewiarygodnie, dwa, że sztampowo, trzy, że wykorzystuje się kobiecą bohaterkę, by dodać dramatyzmu, rozwinąć postacie męskie i popchnąć fabułę do przodu. Wielkie rozczarowanie.

Drugi odcinek, The Lying Detective, to zdecydowanie powrót Sherlocka, na którego wszyscy czekali. Szkoda, że takim kosztem, ale przynajmniej wszyscy bohaterowie mają swoje motywy i mogą próbować się pozbierać do kupy. Fabuła wodzi widza za nos, trochę pozwalając widzowi zgadnąć, co się dzieje, żeby potem pokazać środkowy palec i wyśmiać domorosłego detektywa przed telewizorem. Jest emocjonująco, jest zabawnie, jest fantastyczna pani Hudson, jest nowy czarny charakter, jest mocny twist na koniec, a przede wszystkim sugestie powrotu nemesis Sherlocka rozwiały się niby sen złoty. Powiedzmy sobie szczerze, jak Moriarty miałby przeżyć kulkę w gardło?

A potem, w połowie stycznia, wyszedł The Final Problem. Pomimo bycia wielką fanką Sherlocka mam szczerą nadzieję, że to faktycznie ostatni odcinek i więcej Sherlocka nie będzie. Niech nie kopią truchła. Jaki sens dawać widzom jeden fajny odcinek, by dokopać dwoma, czy licząc The Abominable Bride, trzema? Tak, ja też mam problem z tym, co pokazali nam twórcy serialu. Pomimo tego, że dostajemy pewne wyjaśnienia, jednocześnie zostaje zaserwowana gigantyczna dawka psychologicznego bullshitu, by potem dopchać na dokładkę bullshitem z nieprawdopodobnym i szybko zamiecionym pod dywan wybuchem, błyskawiczną akcją piracką z przebierankami, "magiczną" mocną intelektu, idiotycznym torem przeszkód, łatwymi zagrywkami na emocjach i szacher-macher z samolotem. Końcówka dodaje wykończenie z pięknego bullshitu z zagubioną duszyczką, którą można naprawić przyciśnięciem do serca. Przede wszystkim zaś - gdzie jakakolwiek aluzja do tytułowego opowiadania Doyla?...

Tak się nie robi. 

Jak ktoś dość wulgarnie, ale poniekąd słusznie zauważył: Gatiss wszedł sobie z zachwytu tak głęboko w pośladki, że zniknął. Albo, jak skwitował Ryba, the game is off.

Jeśli ktoś chce polemizować albo posmęcić ze mną - zapraszam!


Sherlock, tom 1: Studium w różu

Mark Gatiss, Steven Moffat, Jay

Studio JG, 2016
przekład: Paulina Ślusarczyk-Bryła
212 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

czwartek, 26 stycznia 2017

Anagramatyczna orgia, smoczy pisarz i raj mola książkowego. Miasto Śniących Książek



Ten pan, którego nazwisko widnieje na okładce - Walter Moers - wcale nie napisał tej książki. Jest tylko tłumaczem i ilustratorem, a jego wysiłki w niczym się nie równają mistrzowskiemu oryginałowi Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, szanowanego mieszkańca Twierdzy Smoków, podróżnika, awanturnika i wielkiego twórcy. Tłumacz, choć wybitny znawca literatury camońskiej, jak sam wyjaśnia w posłowiu, podjął się przełożenia jedynie dwóch pierwszych rozdziałów Wspomnień z podróży sentymentalnego dinozaura, które w oryginale zostały wydane w dwudziestu pięciu tomach. Te i tak zostały streszczone - w ten sposób powstało Miasto Śniących Książek. Czy jest to filologicznie etyczne zachowanie? Czy tłumacz ma prawo dowolnie wycinać oryginał, nadawać mu nowy tytuł, obdzierać ze słownej finezji jednego z największych smoczych pisarzy? Z drugiej strony, gdyby zaniechał swych wysiłków, pozbawiłby nas wyśmienitej, jedynej w swoim rodzaju lektury...

Zostawmy jednak te pytania na inną dyskusję. Przyjrzyjmy się samemu światu, który przybliża nam Hildegunst. To niezwykłe, magiczne miejsce, gdzie książki są najważniejszą treścią życia. Tak, nie mylicie się. Camonia to kraina, w której pisarze stają się prawdziwymi celebrytami, rzadkie egzemplarze są poszukiwane przez nieustraszonych łowców książek, znajomość najważniejszych twórców to podstawowa edukacja, a wydawnictwa, księgarnie i antykwariaty to najbardziej dochodowe interesy, jakie można prowadzić. Książki mogą nie tylko poruszyć, zachwycić, zakląć, ale też zatruć czy nawet zabić. Księgogród zaś to prawdziwa mekka bibliofila. Sami posłuchajcie:

"W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba, latających" handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorkach i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie. W Księgogrodzie istniało ponad sześćset wydawnictw, pięćdziesiąt pięć drukarni, tuzin młynów papierniczych oraz stale rosnąca liczba zakładów zajmujących się wytwarzaniem ołowianych liter drukarskich i czernidła drukarskiego. Były też sklepy oferujące tysiące różnorodnych zakładek do książek i naklejek z nazwiskiem właściciela, kamieniarze specjalizujący się w podpórkach do książek, zakłady stolarskie i meblarskie pełne pulpitów i regałów książkowych. Byli też optycy wytwarzający okulary do czytania i lupy, a na każdym rogu kawiarenki, zwykle z kominkiem i odczytami poetyckimi przez całą dobę."



Młody, aspirujący pisarz Hildegunst wybiera się właśnie do Księgogrodu, by odkryć tajemnicę przekazaną przez jego ojca poetyckiego, Dancelota Tokarza Sylab - autorstwo anonimowego opowiadania napisanego z tak niedoścignionym mistrzostwem, że Dancelot zaprzestał pisać z jego powodu. Hildegunst, jak to często bywa, jest naiwnym smokiem, zadziwionym cudami wielkiego świata, szybko wpada w łapy sprytnego Fistomefela Szmejka i pakuje się prosto w porządne kłopoty. Nieświadomie podąża śladami Kolofonusa Deszczblaska, największego bohatera Księgogrodu, który zginął w podziemiach miasta, trafia do siedziby owianych złą sławą buchlingów, by wreszcie uczyć się kunsztu pisarskiego od samego straszliwego Humunkolosa. Katakumby to prawdziwa kuźnia, w której powstaje pisarz tak wielki, by któregoś dnia być może dostąpić samego Orma...

Miasto Śniących Książek równie dobrze może być niesamowitą przygodą dla dzieci, jak i wyśmienitą zabawą dla człowieka oczytanego. To tętniąca życiem metafikcja, z wielką erudycją i dystansem igrająca ze światem literackim. Świat Moersa aż tryska od nawiązań do rynku książki, puszcza oczka do wydawców czy krytyków, bawi oryginalnymi neologizmami i anagramami nazwisk prawdziwych pisarzy. Przykład: Orca de Wils nie był w stanie "powiedzieć czegoś przypadkowego czy banalnego, każde z jego zdań było oszlifowanym aforyzm", a Perla la Gadeon potrafi wiele nauczyć " na temat konstrukcji krótkich, niesamowitych opowieści grozy"...


Zachwyca nie tylko treść, ale też przepiękne wydanie. Spora książka w twardej oprawie z obwolutą została przygotowana z dbałością o szczegóły; papier przypomina fakturą stare księgi, numery rozdziałów zapisane są ozdobnymi cyframi camońskimi, a cała historia okraszona jest olbrzymią ilością zabawnych, drobiazgowych ilustracji. Sam Moers jest odpowiedzialny za te specyficzne rysunki, dodające powieści specyficznego smaczku. Do tego jeszcze mamy żółtą zakładkę z materiału, przytwierdzoną do grzbietu, stronę, która zapisana jest w całości drobnym maczkiem jednym tylko zdaniem, albo inną, obrazują utratę przytomności przez pokrycie w całości czarnym tuszem. To książka, która bawi się byciem książką!

Należy też koniecznie wspomnieć o świetnym przekładzie. Nie byłabym w stanie docenić oryginału, tak jak mogę docenić według mnie bardzo trafione wybory tłumaczeniowe. Buchlingi i buchemicy zostali pozostawieni z oryginalnym brzmieniem pierwszej sylaby z niemieckiego, ale można łatwo zgadnąć, do czego nawiązują. Imiona i nazwiska postaci fikcyjnych mają niezłe brzmienie, szczególnie smocze nazwiska, które brzmią szumnie, a jednocześnie pasują. Na końcu zaś dostajemy notkę nie tylko od Moersa, ale również polskiej tłumaczki. Dla mnie bomba.

Czy mogę się do czegoś przyczepić? Może tylko do tego, że miejscami jednak fabuła nuży. Osobiście jestem zdania, że to raczej powieść dla dzieci, choć trudno mi się nie zachwycić pomysłem i wykonaniem. Nieporęczny format i waga książki nie pozwoliła mi też cieszyć się nią na co dzień, przez co czytałam ją zdecydowanie za długo. Zostawiam ten trzeci tom całego cyklu o Camonii na półce, by czytać go kiedyś moim dzieciom.


Miasto Śniących Książek

Walter Moers

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006
przekład: Katarzyne Bena
464 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

________________________________

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Eliza Doolittle w rajstopach na pszczółkę. Zanim się pojawiłeś

 
Oh boy. Usmażmy sobie romans. Ale taki, wiecie, niezły. Lekkie, zgrabne czytadło, takie, które pomimo prostoty błyskawicznie wciąga i nie puszcza. Powieść, która oferuje ukojenie, obowiązkowe spięcie romantyczne, konflikt wewnętrzny, piękną historię miłosną. Według przepisu z Moulin Rouge, niech nie kończy się to dobrze, niech wyciśnie trochę łez. I dopakujmy szczelnie powtarzalnymi motywami i tropami, bez tego ani rusz. A na koniec kokardka z poważnym tematem, podróżą wgłąb , odkrywaniem siebie na nowo, wyzwalaniem.

W Zanim się pojawiłeś nie spodziewamy się tylko dylematu moralnego, na którym zasadzona jest fabuła.

Eutanazji.

Cytując główną bohaterkę:

I know this isn’t a conventional love story.

To nie jest wielka literatura, ale też nie do końca typowy, do bólu sztampowy romans. Jest trochę ambitniej, a czyta się wyśmienicie.

Louisa (Lou) Clark ma już dorosłe 26 lat na karku, ale daleko jej do ustatkowania. Straciła pracę w sielskiej kawiarence, coraz trudniej jej znaleźć wspólny język z chłopakiem-sportowcem amatorem, z którym jest, wydaje się, od zawsze. Nigdy nie myślała o przyszłości. Jej umysł podąża swojskimi, zaściankowymi dróżkami, brak jej wyrazu i pomysłu. Jedyna rzecz, która ją wyróżnia, to ekscentryczny styl ubierania - jej ulubioną częścią garderoby są rajstopy w czarno-żółte poprzeczne paski.

Przełom w jej cichym życiu następuje w momencie, gdy zostaje zatrudniona jako opiekunka, czy raczej dama do towarzystwa, pewnego faceta na wózku. Will Traynor nigdy by na nią nie spojrzał, gdyby nie stracił władzy w nogach i rękach; pochodzący z wyższych, a na pewno bogatszych sfer, Will niegdyś brylował w wielkim świecie, wspinał się na Kilimandżaro, skakał ze spadochronu, prowadził wykwintne i ekskluzywne życie Londynie, gardził plebsem, najprawdopodobniej też spałby na pieniądzach. Generalnie był szczęśliwym dupkiem. Wypadek skazał go na życie inwalidy, przez co stracił wszystko, co dla niego składało się na sens istnienia.


Lou szybko odkrywa, że Will generalnie chce się zabić, a najlepiej, żeby go wywieźli do Szwajcarii i załatwili sprawę szybko, legalnie i po cichu. Rodzina wywalcza sześć miesięcy; Lou postanawia w tym czasie pokazać Willowi, że jednak opłaca się żyć. Następuje więc walka z czasem, a na dodatek też rodzi się nieśmiałe uczucie...

Co mam do zarzucenia tej książce, to stek stereotypów, jakimi karmi czytelnika: sytuacja w stylu Pigmaliona (wykształcony, bogaty światowiec i erudyta uczy młodą ignorantkę, jak doceniać muzykę klasyczną, krytycznie czytać inteligentne książki, oglądać ZAGRANICZNE filmy Z NAPISAMI - cóż to ekscentryzm dla zalęgłej na prowincji Brytyjki! - nie brzmi jak Christian Grey i Anastasia Steele?), spełnienie mokrych snów o złym chłopcu (którego rzecz jasna można naprawić i najlepiej wyleczyć jak Colina Cravena z Tajemniczego ogrodu), stworzenie kolejnej pixie manic dream girl (poprzez pomieszanie niezgrabnej, beztroskiej i gadatliwej bohaterki Disneya z zaściankową, zwykłą dziewczyną z klasy niższej - brzmi jak Bridget Jones?).

W co jestem gotowa uwierzyć, to mechanizm, jaki pomaga Lou pokonać traumę, przez którą się zamknęła w swojej - wybaczcie modne słowo - strefie komfortu. Dziewczyna próbuje wyciągnąć ze skorupy bardziej zamkniętego w sobie gościa, niż ona sama. Podobnie jest z nieśmiałością: często można ją pokonać, pomagając osobie bardziej nieśmiałej niż my sami. Przyznam, że mimo wszystko te wszystkie elementy zbierają się w zgrabną całość. Zadowala też to, że relacja partner-uczeń nie jest jednostronna, każde z nich czegoś się uczy od tego drugiego.

Live boldly. Push yourself. Don't settle.

Co prawda bywają teksty, od których nie wiadomo, czy zacząć wyszywać makatkę z cytatem, czy próbować opanować mdłości od nadmiaru pozytywnej energii. Podsumowując jednak, choć to nie była najlepsza książka świata, jak na lekki romans faktycznie pozwala zastanowić się nad ważnymi rzeczami. Stawia czytelnika przed niemożliwym wyborem moralnym. Nie jest do końca oczywista. Chyba jeszcze kiedyś zajrzę do Jojo Moyes. A na pewno obejrzę przy okazji film z matką smoków, Emilią Clarke, w roli Lou.


Me Before You

Jojo Moyes 

Penguin Book, 2012
353 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★

________________________________

środa, 11 stycznia 2017

NERDOZJA #4: Wrzućcie mnie prosto do śmietnika. Powieść?! Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy


Uparłam się. Uparłam, zaparłam i przeczytałam. Dlaczego? Bo tak. Bo niektórzy śledzą newsy, przeczesują Wookiepedię, urządzają maratony starej trylogii, a ja jestem założycielką facebookowej sekretnej grupy uwielbienia Panicza [Kylo], doznaję ciężkiego uwstecznienia i ataku głupawki na widok rzeczy z epizodem siódmym związanych, mam raczkującą kolekcję gadżetów z pewnym mrocznym rycerzem Ren (koszulkę, mówiącego JEGO GŁOSEM pluszaka, breloczek, kubek, dwie książki, plakat, film na DVD), a do tego urządziłam dwa Kylony. Oglądałyśmy grupowo filmy z Driverem i Przebudzenie mocy jeszcze raz. Możecie mnie nazwać newfagiem jeśli chodzi o Stare Warsy, nie będę miała nikomu tego za złe, bo to szczera prawda (wcześniej byłam bardziej w stronę Trekkie i miałam wrażenie, że przecież Portman i Christensen tak się uroczo po tych łąkach tarzali). Możecie zacząć narzekać, lżyć i kląć na czarnego bohatera z nowego filmu (teraz nie licząc Łotra 1). Możecie powiedzieć, że jest jęczącym dupkiem, że nie jest godzien dziedzictwa, że co się może podobać w takim brzydactwie. Możecie w ogóle powiedzieć, że nowe filmy was grzębią (ni grzeją, ni ziębią) i po co to wszystko.

A ja powiem, że mam to gdzieś i jestem wesołym trash-fangirlem Kylo Rena, gdzie mój Tumblr i moje fiki, niechże się przytulę do maskotki, która powie JEGO GŁOSEM: Don't fight it. I know you can't. Hihi, jak dobrze mnie zna.

Tak, to miało brzmieć krypnie.

Teraz mogę już zacząć jeździć po powieściowej wersji Przebudzenia mocy? Mogę?


No to jedziemy. Nie ma sensu czytać tej książki, lepiej obejrzeć film po raz setny, a jeszcze lepiej nie wyrzucać pieniędzy w błoto. Nie słucham cię, Rybie, nie słucham żadnego: "A nie mówiłem!", lalalalala... Przyznaję, jak kogoś ciekawi, jakie są różnice między powieścią a filmem, równie dobrze można sobie poszukać pierwszego lepszego artykułu w internetach na temat scen wyciętych i dać sobie spokój. Pan, który to popełnił, dostał pewnie okrągłą sumkę, a oprócz tego zaadaptował też w formie książki Transformersy i Obcych. Wyobrażam sobie, że rzucono w niego wstępnym scenariuszem jeszcze przed nakręceniem pierwszych scen i powiedzieli: pisz pan, będą hajsy! No i napisał. A ja kupiłam. He he.

Powieść może poszczycić się wybitnie drewnianym językiem i drętwymi dialogami, które w ustach aktorów brzmią o niebo lepiej, ckliwymi scenami, które w filmie jakoś nie rażą cukierkowatą naiwnością, opisami akcji, które dłużą się i ciągną, i męczą, i człowiek zastanawia się, jakim cudem z filmu akcji wyszła taka męcząca książka? Wszystko jest opisywane z drobiazgową upierdliwością, tłumaczone jak debilowi, łącznie z uczuciami i przeczuciami bohaterów (jak dobrze, że uświadczymy ich na ekranie), a najgorsze chyba są dokładne opisy, jak kto jest ubrany, w jaki kolor kurtki/kamizelki/spodni. Brzmi to jak mierne fanfiction.

Jedyne, co można z tego dzieła wyciągnąć, to te zmiany w scenariuszu. Znajdziemy takie wycięte pomysły, jak rozpoczęcie od przemyśleń generał Organy, wysłanie jej asystentki do Senatu, co źle się skończyło, wyrywanie ręki Unkarowi Pluttowi u Maz czy ucieczkę Poego z Jakku. Opłacało się? Średnio. Ale, jak wspominałam, uwzięłam się, zawzięłam i sobie przeczytałam, bo kto mi zabroni. Lalalala.

Macie na do widzenia kotka i niech moc będzie z Wami. Skoro dotrwałam do czwartego sezonu Sherlocka, dotrwam z palcem w nosie do kontynuacji Przebudzenia mocy. Z nerwicą i szaleństwem w oku, ale dotrwam.

Hasztag PIĘKNA ŁAPKA

Star Wars. Przebudzenie Mocy

Alan Dean Foster 

Uroboros / GW Foksal, 2016
tłumaczenie: Anna Hikiert
334 strony
Odczucia: ★/★★★★★

________________________________

niedziela, 8 stycznia 2017

A co to to, co to to, kto to tak pcha? Taki sobie bestseller. Dziewczyna z pociągu


Znacie takie książki. Słyszycie o nich od znajomych: "podobno to teraz wszyscy czytają". Pytają, czy Wy też już znacie. Bo oni mogą opowiedzieć. Nic szczególnego, takie szybkie czytadło, ale jak wciąga! W sam raz w podróż. A Wy już czytaliście? Nie, nie mogą pożyczyć, po sami pożyczyli...

Gorzej, jak pojawiają się reklamy. Widzicie tę okładkę na bilbordach, na przystankach. Jadąc do pracy, codziennie. Krzyczy na Was tytuł. Wszyscy już przeczytali, a Ty nie. Potem wychodzi film. I znów: "książka lepsza od ekranizacji". "Nie oglądaj, najpierw przeczytaj jeśli już". Bo przeczytać by wypadało. Jeśli lubicie być na bieżąco i oddziałuje na Was presja otoczenia, jesteście zgubieni. Aż świerzbi. Przecież dobrze jest mieć własne zdanie...

Rzecz jasna, niektórzy są na tyle przekorni i nieugięci, że w takiej sytuacji nie sięgną po tę książkę, nawet jeśli by była naprawdę dobra. Bo nie i już. Za dużo szumu. Zbyt modna się zrobiła. Ja mam tak, że jednak lubię sprawdzić, o co się rozchodzi. I w końcu w ten sposób Dziewczyna z pociągu zwyciężyła. Przeczytałam.

Czy żałuję? Nie, czytało się faktycznie szybko i sprawnie. Czy to dobra książka? Raczej taka sobie. Czy takie powieści powinny piąć się na listach bestsellerów? Niekoniecznie, chociaż...

Zacznijmy od początku.


Rachel można najczęściej spotkać w pociągu: porannym o 8:04, którym dojeżdża do Londynu, a następnie wraca wieczornym o 17:56. Wydawałoby się, ot, kolejna osoba spędzająca godziny w drodze do pracy w stolicy. W plastikowej siatce zazwyczaj ma wino albo zapuszkowany gin z tonikiem. W piątki nie musi się nawet wstydzić, że pije już w pociągu.

Za każdym razem pociąg zatrzymuje się na chwilę w jednym miejscu, mijając od tyłu domy na ulicy, którą Rachel zna akurat aż za dobrze. Nie może znieść patrzenia na numer 23, gdzie teraz jej miejsce u boku Toma zajmuje Anna z dzieckiem. Zamiast tego patrzy więc na lustrzane odbicie - dom numer 15. Widzi młodą, piękną parę, zajętą własnymi sprawami. Rachel oddaje się marzeniom, śledząc zapełnione jej własnymi rojeniami życie tej dwójki. Dopóki nie nadchodzi dzień, gdy Megan spod piętnastki zostaje uznana za zaginioną, a Rachel nie może sobie przypomnieć, co robiła w poprzednią noc...

Dziewczyna w pociągu z jedną rzeczą radzi sobie wyśmienicie: pokazuje obraz kobiety na skraju, uzależnionej od alkoholu, pozbawionej jakiegokolwiek oparcia, z kończącymi się środkami do życia, pogrążonej w beznadziei. O krok od stracenia dachu nad głową, gdzie może co wieczór pić. Jej życie składa się z kaca, rauszu, wymiocin, bielizny śmierdzącej uryną. Rachel nie można ufać, bo sama sobie zaufać nie może - nie pamięta fragmentów swojego życia, nęka nową rodzinę byłego męża, nienawidzi się za to, co robi w pijackim amoku. Próbując rozgryźć, co się stało z zaginioną, robi się niepokojąca, staje się harpią, uciążliwą stalkerką. Chorobliwie podąża wszystkimi tropami, na jakie wpadnie, byle tylko dowiedzieć się, co stało się z Megan. Z punku widzenia narracji taka główna bohaterka to odważne posunięcie. A do tego to ostrzeżenie: kobiety też mogą popaść w alkoholizm. Też mogą spadać bez trzymanki aż na samo dno. Mogą być tak osamotnione, że nie będą w stanie tego znieść.



Możemy też skupić się na tym, że to modny thriller psychologiczny o traceniu pamięci z pytaniami: "kto zabił? co się tak właściwie stało?" jako centrum intrygi. Trzy kobiece narracje plączą się ze sobą, porozrzucane bez ładu chronologicznego. Trudno rozróżnić te głosy, z powodu braków warsztatowych każda z bohaterek brzmi tak samo. Sprawcy możemy się domyślić w połowie powieści, całkowitego rozwiązania - na pewno przed końcem powieści. Pomimo przewidywalności, książka naprawdę wciąga, bo Hawkins potrafi jednak umiejętnie zbudować napięcie, szczególnie w drugiej części rozpędzającej się z wolna jak maszyna na szynach powieści.

Dziewczyna z pociągu przedstawiająca świat szary, brudny, nikt nie jest całkowicie niewinny, nikt nie jest święty. Wszyscy w mniejszym czy większym stopniu są umaczani w brudzie, a rozwiązanie zagadki nie napawa optymizmem. Trudno znaleźć jakąkolwiek postać, która da się lubić. Ze świecą szukać też w miarę udanego związku - wszędzie czai się śliskie kłamstwo, izolowanie, prześladowanie, manipulacja, strach. Psychika każdej z przedstawionych kobiet jest albo już wykrzywiona, albo wkrótce będzie; żadnemu mężczyźnie nie można zaufać, na żadnym nie można w pełni polegać.

Trudno ominąć też porównań z Zaginioną dziewczyną. Ja się wstrzymam, bo widziałam tylko ekranizację, nie czytałam powieści Gillian Flynn. Zastanawiam się też, czy chcę tracić czas na film z Emily Blunt. Dla samej aktorki byłabym skłonna, ale podobno wyszedł smutny gniot.

Na koniec pytanie do dyskusji: czemu ciągle  dorosłe kobiety są nazywane dziewczynami? Była dziewczyna ze smoczym tatuażem, była dziewczyna zaginiona, jakaś niedawno była z daleka, teraz mówię o takiej z pociągu. Was też męczy ta moda na infantylizację?

A co sądzi panicz Jayne na temat tejże książki? Chyba woli sam podglądać przez okno...

The Girl on the Train

Paula Hawkins

Penguin Random House UK, 2016
408 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

________________________________