Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Eliza Doolittle w rajstopach na pszczółkę. Zanim się pojawiłeś

 
Oh boy. Usmażmy sobie romans. Ale taki, wiecie, niezły. Lekkie, zgrabne czytadło, takie, które pomimo prostoty błyskawicznie wciąga i nie puszcza. Powieść, która oferuje ukojenie, obowiązkowe spięcie romantyczne, konflikt wewnętrzny, piękną historię miłosną. Według przepisu z Moulin Rouge, niech nie kończy się to dobrze, niech wyciśnie trochę łez. I dopakujmy szczelnie powtarzalnymi motywami i tropami, bez tego ani rusz. A na koniec kokardka z poważnym tematem, podróżą wgłąb , odkrywaniem siebie na nowo, wyzwalaniem.

W Zanim się pojawiłeś nie spodziewamy się tylko dylematu moralnego, na którym zasadzona jest fabuła.

Eutanazji.

Cytując główną bohaterkę:

I know this isn’t a conventional love story.

To nie jest wielka literatura, ale też nie do końca typowy, do bólu sztampowy romans. Jest trochę ambitniej, a czyta się wyśmienicie.

Louisa (Lou) Clark ma już dorosłe 26 lat na karku, ale daleko jej do ustatkowania. Straciła pracę w sielskiej kawiarence, coraz trudniej jej znaleźć wspólny język z chłopakiem-sportowcem amatorem, z którym jest, wydaje się, od zawsze. Nigdy nie myślała o przyszłości. Jej umysł podąża swojskimi, zaściankowymi dróżkami, brak jej wyrazu i pomysłu. Jedyna rzecz, która ją wyróżnia, to ekscentryczny styl ubierania - jej ulubioną częścią garderoby są rajstopy w czarno-żółte poprzeczne paski.

Przełom w jej cichym życiu następuje w momencie, gdy zostaje zatrudniona jako opiekunka, czy raczej dama do towarzystwa, pewnego faceta na wózku. Will Traynor nigdy by na nią nie spojrzał, gdyby nie stracił władzy w nogach i rękach; pochodzący z wyższych, a na pewno bogatszych sfer, Will niegdyś brylował w wielkim świecie, wspinał się na Kilimandżaro, skakał ze spadochronu, prowadził wykwintne i ekskluzywne życie Londynie, gardził plebsem, najprawdopodobniej też spałby na pieniądzach. Generalnie był szczęśliwym dupkiem. Wypadek skazał go na życie inwalidy, przez co stracił wszystko, co dla niego składało się na sens istnienia.


Lou szybko odkrywa, że Will generalnie chce się zabić, a najlepiej, żeby go wywieźli do Szwajcarii i załatwili sprawę szybko, legalnie i po cichu. Rodzina wywalcza sześć miesięcy; Lou postanawia w tym czasie pokazać Willowi, że jednak opłaca się żyć. Następuje więc walka z czasem, a na dodatek też rodzi się nieśmiałe uczucie...

Co mam do zarzucenia tej książce, to stek stereotypów, jakimi karmi czytelnika: sytuacja w stylu Pigmaliona (wykształcony, bogaty światowiec i erudyta uczy młodą ignorantkę, jak doceniać muzykę klasyczną, krytycznie czytać inteligentne książki, oglądać ZAGRANICZNE filmy Z NAPISAMI - cóż to ekscentryzm dla zalęgłej na prowincji Brytyjki! - nie brzmi jak Christian Grey i Anastasia Steele?), spełnienie mokrych snów o złym chłopcu (którego rzecz jasna można naprawić i najlepiej wyleczyć jak Colina Cravena z Tajemniczego ogrodu), stworzenie kolejnej pixie manic dream girl (poprzez pomieszanie niezgrabnej, beztroskiej i gadatliwej bohaterki Disneya z zaściankową, zwykłą dziewczyną z klasy niższej - brzmi jak Bridget Jones?).

W co jestem gotowa uwierzyć, to mechanizm, jaki pomaga Lou pokonać traumę, przez którą się zamknęła w swojej - wybaczcie modne słowo - strefie komfortu. Dziewczyna próbuje wyciągnąć ze skorupy bardziej zamkniętego w sobie gościa, niż ona sama. Podobnie jest z nieśmiałością: często można ją pokonać, pomagając osobie bardziej nieśmiałej niż my sami. Przyznam, że mimo wszystko te wszystkie elementy zbierają się w zgrabną całość. Zadowala też to, że relacja partner-uczeń nie jest jednostronna, każde z nich czegoś się uczy od tego drugiego.

Live boldly. Push yourself. Don't settle.

Co prawda bywają teksty, od których nie wiadomo, czy zacząć wyszywać makatkę z cytatem, czy próbować opanować mdłości od nadmiaru pozytywnej energii. Podsumowując jednak, choć to nie była najlepsza książka świata, jak na lekki romans faktycznie pozwala zastanowić się nad ważnymi rzeczami. Stawia czytelnika przed niemożliwym wyborem moralnym. Nie jest do końca oczywista. Chyba jeszcze kiedyś zajrzę do Jojo Moyes. A na pewno obejrzę przy okazji film z matką smoków, Emilią Clarke, w roli Lou.


Me Before You

Jojo Moyes 

Penguin Book, 2012
353 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★

________________________________

środa, 11 stycznia 2017

NERDOZJA #4: Wrzućcie mnie prosto do śmietnika. Powieść?! Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy


Uparłam się. Uparłam, zaparłam i przeczytałam. Dlaczego? Bo tak. Bo niektórzy śledzą newsy, przeczesują Wookiepedię, urządzają maratony starej trylogii, a ja jestem założycielką facebookowej sekretnej grupy uwielbienia Panicza [Kylo], doznaję ciężkiego uwstecznienia i ataku głupawki na widok rzeczy z epizodem siódmym związanych, mam raczkującą kolekcję gadżetów z pewnym mrocznym rycerzem Ren (koszulkę, mówiącego JEGO GŁOSEM pluszaka, breloczek, kubek, dwie książki, plakat, film na DVD), a do tego urządziłam dwa Kylony. Oglądałyśmy grupowo filmy z Driverem i Przebudzenie mocy jeszcze raz. Możecie mnie nazwać newfagiem jeśli chodzi o Stare Warsy, nie będę miała nikomu tego za złe, bo to szczera prawda (wcześniej byłam bardziej w stronę Trekkie i miałam wrażenie, że przecież Portman i Christensen tak się uroczo po tych łąkach tarzali). Możecie zacząć narzekać, lżyć i kląć na czarnego bohatera z nowego filmu (teraz nie licząc Łotra 1). Możecie powiedzieć, że jest jęczącym dupkiem, że nie jest godzien dziedzictwa, że co się może podobać w takim brzydactwie. Możecie w ogóle powiedzieć, że nowe filmy was grzębią (ni grzeją, ni ziębią) i po co to wszystko.

A ja powiem, że mam to gdzieś i jestem wesołym trash-fangirlem Kylo Rena, gdzie mój Tumblr i moje fiki, niechże się przytulę do maskotki, która powie JEGO GŁOSEM: Don't fight it. I know you can't. Hihi, jak dobrze mnie zna.

Tak, to miało brzmieć krypnie.

Teraz mogę już zacząć jeździć po powieściowej wersji Przebudzenia mocy? Mogę?


No to jedziemy. Nie ma sensu czytać tej książki, lepiej obejrzeć film po raz setny, a jeszcze lepiej nie wyrzucać pieniędzy w błoto. Nie słucham cię, Rybie, nie słucham żadnego: "A nie mówiłem!", lalalalala... Przyznaję, jak kogoś ciekawi, jakie są różnice między powieścią a filmem, równie dobrze można sobie poszukać pierwszego lepszego artykułu w internetach na temat scen wyciętych i dać sobie spokój. Pan, który to popełnił, dostał pewnie okrągłą sumkę, a oprócz tego zaadaptował też w formie książki Transformersy i Obcych. Wyobrażam sobie, że rzucono w niego wstępnym scenariuszem jeszcze przed nakręceniem pierwszych scen i powiedzieli: pisz pan, będą hajsy! No i napisał. A ja kupiłam. He he.

Powieść może poszczycić się wybitnie drewnianym językiem i drętwymi dialogami, które w ustach aktorów brzmią o niebo lepiej, ckliwymi scenami, które w filmie jakoś nie rażą cukierkowatą naiwnością, opisami akcji, które dłużą się i ciągną, i męczą, i człowiek zastanawia się, jakim cudem z filmu akcji wyszła taka męcząca książka? Wszystko jest opisywane z drobiazgową upierdliwością, tłumaczone jak debilowi, łącznie z uczuciami i przeczuciami bohaterów (jak dobrze, że uświadczymy ich na ekranie), a najgorsze chyba są dokładne opisy, jak kto jest ubrany, w jaki kolor kurtki/kamizelki/spodni. Brzmi to jak mierne fanfiction.

Jedyne, co można z tego dzieła wyciągnąć, to te zmiany w scenariuszu. Znajdziemy takie wycięte pomysły, jak rozpoczęcie od przemyśleń generał Organy, wysłanie jej asystentki do Senatu, co źle się skończyło, wyrywanie ręki Unkarowi Pluttowi u Maz czy ucieczkę Poego z Jakku. Opłacało się? Średnio. Ale, jak wspominałam, uwzięłam się, zawzięłam i sobie przeczytałam, bo kto mi zabroni. Lalalala.

Macie na do widzenia kotka i niech moc będzie z Wami. Skoro dotrwałam do czwartego sezonu Sherlocka, dotrwam z palcem w nosie do kontynuacji Przebudzenia mocy. Z nerwicą i szaleństwem w oku, ale dotrwam.

Hasztag PIĘKNA ŁAPKA

Star Wars. Przebudzenie Mocy

Alan Dean Foster 

Uroboros / GW Foksal, 2016
tłumaczenie: Anna Hikiert
334 strony
Odczucia: ★/★★★★★

________________________________

niedziela, 8 stycznia 2017

A co to to, co to to, kto to tak pcha? Taki sobie bestseller. Dziewczyna z pociągu


Znacie takie książki. Słyszycie o nich od znajomych: "podobno to teraz wszyscy czytają". Pytają, czy Wy też już znacie. Bo oni mogą opowiedzieć. Nic szczególnego, takie szybkie czytadło, ale jak wciąga! W sam raz w podróż. A Wy już czytaliście? Nie, nie mogą pożyczyć, po sami pożyczyli...

Gorzej, jak pojawiają się reklamy. Widzicie tę okładkę na bilbordach, na przystankach. Jadąc do pracy, codziennie. Krzyczy na Was tytuł. Wszyscy już przeczytali, a Ty nie. Potem wychodzi film. I znów: "książka lepsza od ekranizacji". "Nie oglądaj, najpierw przeczytaj jeśli już". Bo przeczytać by wypadało. Jeśli lubicie być na bieżąco i oddziałuje na Was presja otoczenia, jesteście zgubieni. Aż świerzbi. Przecież dobrze jest mieć własne zdanie...

Rzecz jasna, niektórzy są na tyle przekorni i nieugięci, że w takiej sytuacji nie sięgną po tę książkę, nawet jeśli by była naprawdę dobra. Bo nie i już. Za dużo szumu. Zbyt modna się zrobiła. Ja mam tak, że jednak lubię sprawdzić, o co się rozchodzi. I w końcu w ten sposób Dziewczyna z pociągu zwyciężyła. Przeczytałam.

Czy żałuję? Nie, czytało się faktycznie szybko i sprawnie. Czy to dobra książka? Raczej taka sobie. Czy takie powieści powinny piąć się na listach bestsellerów? Niekoniecznie, chociaż...

Zacznijmy od początku.


Rachel można najczęściej spotkać w pociągu: porannym o 8:04, którym dojeżdża do Londynu, a następnie wraca wieczornym o 17:56. Wydawałoby się, ot, kolejna osoba spędzająca godziny w drodze do pracy w stolicy. W plastikowej siatce zazwyczaj ma wino albo zapuszkowany gin z tonikiem. W piątki nie musi się nawet wstydzić, że pije już w pociągu.

Za każdym razem pociąg zatrzymuje się na chwilę w jednym miejscu, mijając od tyłu domy na ulicy, którą Rachel zna akurat aż za dobrze. Nie może znieść patrzenia na numer 23, gdzie teraz jej miejsce u boku Toma zajmuje Anna z dzieckiem. Zamiast tego patrzy więc na lustrzane odbicie - dom numer 15. Widzi młodą, piękną parę, zajętą własnymi sprawami. Rachel oddaje się marzeniom, śledząc zapełnione jej własnymi rojeniami życie tej dwójki. Dopóki nie nadchodzi dzień, gdy Megan spod piętnastki zostaje uznana za zaginioną, a Rachel nie może sobie przypomnieć, co robiła w poprzednią noc...

Dziewczyna w pociągu z jedną rzeczą radzi sobie wyśmienicie: pokazuje obraz kobiety na skraju, uzależnionej od alkoholu, pozbawionej jakiegokolwiek oparcia, z kończącymi się środkami do życia, pogrążonej w beznadziei. O krok od stracenia dachu nad głową, gdzie może co wieczór pić. Jej życie składa się z kaca, rauszu, wymiocin, bielizny śmierdzącej uryną. Rachel nie można ufać, bo sama sobie zaufać nie może - nie pamięta fragmentów swojego życia, nęka nową rodzinę byłego męża, nienawidzi się za to, co robi w pijackim amoku. Próbując rozgryźć, co się stało z zaginioną, robi się niepokojąca, staje się harpią, uciążliwą stalkerką. Chorobliwie podąża wszystkimi tropami, na jakie wpadnie, byle tylko dowiedzieć się, co stało się z Megan. Z punku widzenia narracji taka główna bohaterka to odważne posunięcie. A do tego to ostrzeżenie: kobiety też mogą popaść w alkoholizm. Też mogą spadać bez trzymanki aż na samo dno. Mogą być tak osamotnione, że nie będą w stanie tego znieść.



Możemy też skupić się na tym, że to modny thriller psychologiczny o traceniu pamięci z pytaniami: "kto zabił? co się tak właściwie stało?" jako centrum intrygi. Trzy kobiece narracje plączą się ze sobą, porozrzucane bez ładu chronologicznego. Trudno rozróżnić te głosy, z powodu braków warsztatowych każda z bohaterek brzmi tak samo. Sprawcy możemy się domyślić w połowie powieści, całkowitego rozwiązania - na pewno przed końcem powieści. Pomimo przewidywalności, książka naprawdę wciąga, bo Hawkins potrafi jednak umiejętnie zbudować napięcie, szczególnie w drugiej części rozpędzającej się z wolna jak maszyna na szynach powieści.

Dziewczyna z pociągu przedstawiająca świat szary, brudny, nikt nie jest całkowicie niewinny, nikt nie jest święty. Wszyscy w mniejszym czy większym stopniu są umaczani w brudzie, a rozwiązanie zagadki nie napawa optymizmem. Trudno znaleźć jakąkolwiek postać, która da się lubić. Ze świecą szukać też w miarę udanego związku - wszędzie czai się śliskie kłamstwo, izolowanie, prześladowanie, manipulacja, strach. Psychika każdej z przedstawionych kobiet jest albo już wykrzywiona, albo wkrótce będzie; żadnemu mężczyźnie nie można zaufać, na żadnym nie można w pełni polegać.

Trudno ominąć też porównań z Zaginioną dziewczyną. Ja się wstrzymam, bo widziałam tylko ekranizację, nie czytałam powieści Gillian Flynn. Zastanawiam się też, czy chcę tracić czas na film z Emily Blunt. Dla samej aktorki byłabym skłonna, ale podobno wyszedł smutny gniot.

Na koniec pytanie do dyskusji: czemu ciągle  dorosłe kobiety są nazywane dziewczynami? Była dziewczyna ze smoczym tatuażem, była dziewczyna zaginiona, jakaś niedawno była z daleka, teraz mówię o takiej z pociągu. Was też męczy ta moda na infantylizację?

A co sądzi panicz Jayne na temat tejże książki? Chyba woli sam podglądać przez okno...

The Girl on the Train

Paula Hawkins

Penguin Random House UK, 2016
408 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

________________________________

piątek, 6 stycznia 2017

WYZWANIE CZYTELNICZE! W 2017 będę czytać po angielsku



Podsumowanie wyzwań

Dwa lata temu zaproponowałam Wam dwa wyzwania - jedno polegające na czytaniu literatury angielskiej i drugie - czytania po angielsku. W ubiegłym roku trochę zmieniłam zasady, ale wciąż trzymałam się formatu dwóch wyzwań dla anglofilów. Tym razem stwierdzam, że czas skupić się na tym najbardziej potrzebnym i popularnym, a także przenieść się częściowo na Facebooka, by mogli dołączać się nie tylko blogerzy - bez spin, bez ścisłych zasad. 

Chciałabym, by czytanie po angielsku w tym roku la tych, którzy chcą zapisywać swoje postępy na bieżąco, zostawili swój ślad w komentarzu pod tym wpisem - miejsce, do którego mogę wrócić za rok i policzyć lektury, a potem zapisać w podsumowaniu. A ci, którzy nie chcą - niech dołączą do wydarzenia na Facebooku. W razie potrzeby, od czasu do czasu, też mogą tam się chwalić swoimi osiągnięciami. Najważniejsze - to promować czytanie!

A przechodząc do podsumowania 2016 roku, szczególne brawa należą się Tarninie z Czytam to i owo, a także po raz kolejny Agnieszce z Si no leo, desespero! Gratuluję też wszystkim uczestnikom! WSZYSTKIM! Dzięki za wspólną zabawę:)




Podsumowanie wyzwania "Czytam literaturę angielską" 2016



Tarnina z Czytam to i owo - 9

Ja - 8

Zażyczka z Ksiązka to okno na świat - 3

Podsumowanie wyzwania "I read in English" 2016


Tarnina z Czytam to i owo - 13

Ja - 12

Agnieszka z Si no leo, desespero - 10

Małgośka Ekruda 1 



Wyzwanie "W 2017 będę czytać po angielsku"






Celem wyzwania jest przeczytanie jak największej ilości literatury pięknej czy popularnej, a jeśli wola, to także ambitnych artykułów w oryginale, napisanych w języku angielskim.

  • wyzwanie trwa od 1 stycznia do 31 grudnia 2017 roku,
  • dołączyć do niego może każdy bez wyjątku, w dowolnym czasie,
  • jeśli uczestnik posiada swojego bloga, konto na serwisie książkowym, konto na Facebooku - byłoby miło, gdyby umieścił gdzieś powyższy banner z linkiem do tego posta (kod do wklejenia obrazka w okienku powyżej), może też dołączyć do wydarzenia na Facebooku i pochwalić się tym wśród znajomych!
  • oczywiście książki czytane w ramach tego wyzwania można uwzględniać w innych wyzwaniach,
  • będę wdzięczna za umieszczenie podlinkowanego bannerka na swojej stronie/blogu/koncie/pod recenzjami, ale to nieobowiązkowe,
  • jeśli chcesz być zaliczony do podsumowania za rok, dodaj komentarz pod poniższym postem, podając adres bloga/strony konta/linku(postu, strony z wyzwaniami itp.)/spisu przeczytanych tytułów, żebym mogła śledzić tytuły książek czytanych w ramach wyzwania na bieżąco!
Zapraszam do zabawy i powodzenia!

niedziela, 1 stycznia 2017

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2016



40/52 + 7


Witam wszystkim w nowym roku! Miejmy nadzieję, że 2017 będzie lepszy i miłosierniejszy niż 2016, który uderzył w nas wieloma przykrymi wydarzeniami. Zbieram siły, by od poniedziałku z nową energią wkroczyć w nowy rok:) Podobnie jak w poprzednich latach (2013, 2014, 2015), czas na małe podsumowanie i rozkminowe nagrody ubiegłego roku!

Pierwsza rzecz, do której muszę się przyznać, to słabe liczby. Wiadomo, statystyki nie są ważne, nie liczy się ilość, ale jakość. Ale fakt, że mam 40 książek przeczytanych w tym roku na koncie jednak mnie martwi. Do tej pory +/- cztery pozycje udawało mi się dociągnąć do tych gloryfikowanych 52 książek w roku. To moje zwyczajne tempo. Tymczasem w tym roku miałam na głowie mocno zniechęcające lektury obowiązkowe na uczelni, a do tego jeszcze... jakiś taki jesienny zastój. Jedną książkę podczytywałam kilka tygodni - z braku czasu, z braku ochoty, z innych obowiązków. Co prawda w grudniu podniosłam tempo i zamierzam się wziąć mocno za siebie, ale fakt pozostaje faktem. Nawet mimo cichych czytań (które naprawdę pomagają się zmotywować!), były świetne książki, które nie cieszyły. I których jeszcze nie doczytałam. Smutno.

Jedna dobra wiadomość - w tym roku czytałam więcej komiksów niż do tej pory, bo aż siedem. I to wyborne pozycje!

Blog 


Mam wrażenie, że w tym roku moje małe internetowe poletko było naprawdę przebojem jak na swoje możliwości. Czas na małe przechwałki, ale trzeba, bo tak mnie to cieszy! Posłuchajcie: dorobiłam się o prawie dwieście obserwujących na Facebooku, mam teraz razem 337 dobrych dusz, które chcą mnie czytać - prawie 60% przybyło w ciągu roku! Patrzę na te liczniki i serce mi rośnie. Na Blogspocie też liczby urosły - 181 osób, czyli o 62 więcej niż rok temu. Łącznie Rozkminy w tym roku wyświetlono o ponad połowę razy więcej  niż w zeszłym - łączna liczba to 101 127 od początku istnienia bloga. Ogólny wniosek - jestem na dobrej drodze! Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają!

Najczęściej czytane wpisy w tym roku?

  1. Gamespot#1: witamy w innym uniwersum. O najlepszymplanszówkowym miejscu na mapie Krakowa
  2. Ambiwalencja wcielona: model Kisiel kontra „Siła niższa”.Wywiad z autorką!
Oprócz tego w tym roku udało mi się z powodzeniem co miesiąc dostarczać Wam Nowiny Hadyny, czyli cykl okołopopkulturalny, pozaksiążkowy. To jest akurat dla mnie samej niesamowicie przydatne, bo mogę sprawdzić, kiedy coś robiłam, ocenić, że za mało się ukulturalniam i takie tam bzdety. Z ciekawostek blogowych, brałam udział w "Walentynkowej KSIĄŻKOMANII". Sporo też raportowałam na temat wydarzeń, targów, festiwali w serii "W terenie". Najwięcej mnie było widać na wiosennym Serialconie, gdzie uczestniczyłam w panelu "Fantazje historyczne, czyli period drama" razem ze współautorką zaprzyjaźnionego bloga Dobry film/Zły film, a także Zwierzem i Riennaherą, a także opowiadałam o tłumaczeniu audiowizuwalnym podczas własnej prelekcji. Na blogu pojawił się jeden wpis z cyklu "Bookspot" - o Kawiarni Literackiej i jeden "Gamespot" - o mojej ulubionej planszówkowej knajpie w Krakowie. Urządziłam też dwa konkursy - "Wiosenne porządki" i urodzinowy, a nawet udało się przeprowadzić i opublikować pierwszy wywiad z autorem! Mocno rozrósł mi się rozkminowy Instagram, o wiele rzadziej odwiedzam Tumblera, najczęściej jednak można mnie usłyszeć na Fejsie.

Największym sukcesem jednak jest urządzenie comiesięcznego Silent Reading Party w księgarni Bona, na które przychodzą ludzie i czytają razem ze mną! Byłam nawet z tego powodu w radiu. To naprawdę fantastyczne! :)

Wyzwania





  1. The Girl on the Train, Paula Hawkins
  2. North and South Elizabeth Gaskell
  3. Rivers of London / Midnight Riot Ben Aaronovitch
  4. Batman: The Killing Joke Alan Moore, Brian Bolland
  5. Harry Potter and the Cursed Child J.K. Rowling, John Tiffany & Jack Thorne
  6. Good Omens: The Nice and Accurate Prophecies of Agnes Nutter, Witch Neil Gaiman & Terry Pratchett
  7. The Martian Andy Weir
  8. The Posthuman Rosi Braidotti
  9. For Whom the Bell Tolls Ernest Hemingway
  10. Absalom, Absalom William Faulkner
  11. The League of Extraordinary Gentlemen Alan Moore
  12. Odd i Lodowi Olbrzymi Neil Gaiman


Nie znalazłam żadnej zielonej sukienki w ty roku:(


4/12

  1. Ciemno, prawie noc Joanna Bator
  2. Miniaturzystka Jessie Burton
  3. Morfina Szczepan Twardoch
  4. Lewiatan Scott Westerfeld
  5. W poszukiwaniu straconego czasu. Tom 3. Strona Guermantes Marcela Proust
  6. Pan Lodowego Ogrodu. Tom 2 Jarosława Grzędowicza
  7. On Beauty Zadie Smith
  8. Śmierć pięknych saren. Jak spotkałem się z rybami Ota Pavela
  9. Jedenaście tysięcy pałek, czyli miłostki pewnego hospodara Guillaume'a Apollinaire'a
  10. Sońka Ignacego Karpowicza
  11. Kochanie, zabiłam nasze koty Doroty Masłowskiej
  12. Miasto śniących książek Waltera Moersa

Podsumowując - w tym roku wyzwania u mnie mocno kuleją, pomimo jak najlepszych chęci.



A teraz czas na Rozkminowe nagrody 2016!


1. Najgłębsze rozkminy



Chyba najwięcej nagimnastykowałam się przy czytaniu Gry w klasy Julio Cortázara. Ciekawe doświadczenie i tyle do odkrycia!

2. Największy kradziej czasu



Tytuł najbardziej wciągającej książki roku przypada Marsjaninowi Andy'ego Weira. Zabawne, lekki, inteligentne. Wchodzi jak złoto!

3. Największe zaskoczenie 


Na tym miejscu dwie pozycje ex aequo:


Drugi rok z rzędu to miejsce okupuje książka z wydawnictwa Sine Qua Non. Tym razem to Wigilijne psy Łukasza Orbitowskiego. Do tej pory pamiętam poszczególne opowiadania i czuję niepokój. Mocna rzecz.


Największym pozytywnym zaskoczeniem i powieścią, która została w mojej głowie na długo to Pani Furia Grażyny Plebanek. Dostałam ją jako niespodziankę, a okładka i opis natychmiast bardzo zniechęcił. Błąd! To świetna książka!

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Nikogo nie zaskoczy to, że to miejsce zajęła Marta Kisiel i jej Siła niższa:)

5. Największy gniot 




W tym roku udało mi się uchronić przed gwiazdami typu dla mnie legendarnego już Na szczycie, ale i tak znalazła się książka, która dla mnie nie miała absolutnie żadnej wartości. Bardzo się cieszę, że Najcenniejszy dar Richarda Paula Evansa znalazł inny dom niż mój podczas "Wiosennych porządków"...

6. Najlepszy komiks




W najwspanialszą podróż komiksową w tym roku zabrał mnie po raz kolejny Alan Moore - tym razem z pierwszym tomem Ligi niezwykłych dżentelmenów.

7. Serial roku




W tym roku wyszło genialne Stranger Things. Oglądałam też wyśmienitych Mad Menów, Stevena Universa, Gravity Falls, Orphan Black. Ale serial, który pokochałam całym sercem i do tej pory tęskni mi się do oglądania przygód jego bohaterów to bezapelacyjnie Star Trek: Deep Space Nine.

8. Film roku




Widziałam w tym roku tyle fantastycznych filmów: Cloverfield Lane 10, Deadpoola, Okuribito, What We Do in the Shadows, Sicario, Iris, Lost Highway, Skazanych na Shawshank... Ale to chyba najsilniej zareagowałam na Nowy początek. Zupełne zaskoczenie. Plus - film o filologu!



Wracając na koniec do mojego czytelniczego smutku. Co zamierzam zrobić, żeby wyjść z jesiennego dołka czytelniczego? Wiadomo, czytać. Ale też chcę zrezygnować w tym roku z wyzwań, a zamiast tego zrobić sobie pudełeczko z losami, zawierającymi tytuły wszystkich zalegających w domu książek, które tak bardzo chcę przeczytać. I będę sobie w ten sposób wybierać, a potem sumiennie czytać. Zresztą, trochę odpoczynku mocno mi się przyda, a czytanie to czysty relaks.

Postanowienie: bez stresu odnowić radość czytania.


Znakomitości w 2017!


piątek, 30 grudnia 2016

NOWINY HADYNY: grudzień 2016


Zanim wystartuję z podsumowaniami roku i innymi sztampowymi tekstami, chciałabym koniecznie opowiedzieć, co ciekawego działo się w grudniu! Było więcej czasu na nadrabianie, oglądanie, czytanie, nie mówiąc o podjadaniu ciast i podśpiewywaniu kolęd. Jedziemy!

Co czytałam? Midnight RiotKawaii Scotland i Muzę, o tym już mieliście okazję przeczytać na blogu. Przejrzałam Hamleta po klingońsku, którego podarował mi Mikołaj na imieniny, niestety jednak nie władam tym pięknym językiem na tyle, by wchłonąć i docenić w pełni tekst sztuki ;) Czytałam też Dziewczynę z pociągu, do której tak mnie ciągnęło od dawna. O niej będę pisać już niedługo. Jestem też w połowie nowelizacji Przebudzenia mocy (bo nostalgia i smutek po Carrie Fisher). Jak widzicie, ruszyłam z kopyta po jesiennym, co tu dużo mówić, czytelniczym przestoju.

A co tam panie w popkulturze?

Zauważcie, że jak Jyn podchodzi do K-2SO, od tyłu jest... człowiekiem! W filmie jest już poprawnie:)

Rogue One: A Star Wars Story (2016)


Według mnie najważniejsza premiera tego miesiąca. Jak już wspominałam, tęskni mi się za Przebudzeniem mocy, w szczególności zaś za pewnym chmurnym Paniczem, co częściowo nadrabia Łotr 1, ale nie do końca. Głosów na temat Rogue One było bodaj tyle, co widzów: jedni twierdzą, że lepszego filmu dotąd nie widzieli, inni w ogóle nie mają ochoty iść do kina, bo to nie to samo, co stare Gwiezdne Wojny. Osobiście uważam, że to świetny film wojenny, który doskonale się wpisuje w ten świat tuż przed Nową Nadzieją, może tylko odrobinę za bardzo mrugając do starych fanów. Wczoraj poszłam nawet drugi raz, bo pewna Ryba bardzo chciała - nie żałuję. Wciąż ogląda się super, K-2SO jest przeuroczy, a duet Chirrut i Baze totalnie wymiata.

Ale dla mnie epizod siódmy zajmuje szczególne miejsce w serduszku. I koniec.



The Crown (2016)


Podczas świąt kompletnie mnie wciągnął oryginalny serial Netflixa o obecnej królowej brytyjskiej, Elżbiecie II. Po sukcesie Downton Abbey producentom telewizyjnym objawił się nagle potencjał produkcji kostiumowych, więc ktoś rzucił bajeczną sumą pieniędzy i kazał zrobić coś o jeszcze wyższych sferach. Bo wszyscy przecież uwielbiają wyspiarską arystokrację z ich uniesionymi wysoko brodami i sztywną wargą *khe, khe, straszna kalka, wiem*, a rodzina królewska i ich nieludzkie podejście, oderwanie od świata i oddanie tradycji to idealny temat na eksplorację na ekranie. I tak w dziesięciu odcinkach dostajemy obrazki z życia ich królewskich mości: chorobę i śmierć Jerzego VI (tego, którego próbował oduczyć jąkania Geoffrey Rush w The King's Speech, ale w The Crown nie gra go Colin Firth, a Jared Harris, czyli ten Anglik z Mad Menów), pierwsze dni na stanowisku i koronację jego córki, Elżbiety (z przeuroczym, ulizanym w stylu epoki Mattem Smithem w roli królewskiego małżonka Filipa u boku), frywolne wybryki osiemdziesięcioletniego Winstona Churchilla (fenomenalny pomysł, według mnie odcinki skupiające się na stetryczałym premierze Wielkiej Brytanii są wręcz wybitne). Ogólnie? Serial wolno się rozkręca i nie uniknął lekkich dłużyzn, ale dla mnie bomba!



Orphan Black (2013)


Skończyliśmy oglądać czwarty sezon Orphan Black, więc jesteśmy na bieżąco i możemy w spokoju poczekać na sezon piąty. To dobry serial, ogląda się go jak złoto, wciąga od samego początku i nie chce puścić, a prawie każda z głównych postaci jest ciekawa, intrygująca i niezapomniana. Jak wspominałam wcześniej, zmusza też do zadawania sobie trudnych etycznie pytań na temat posthumanizmu, granic ludzkich możliwości i moralności, a oprócz tego jest kawałkiem świetnej rozrywki. Nie ma to jak cudowna, oderwana od rzeczywistości Helena, zdeterminowana Sarah, przeurocza, inteligentna Cosima i żyjąca w swoim własnym świecie Alison. Niestety jednak twórcy mogliby sobie darować niektóre wątki i nie rozwlekać całości. Tatiana Maslany odwaliła kawał dobrej roboty! Wydaje się, że serialowi dobrze by zrobiło skrócenie trochę już zbyt komplikującej się fabuły i zamknięcie całości w czterech sezonach.


Young Justice (2010-2013)


Przyznaję bez bicia: na DC się za bardzo nie znam. Słyszę to i owo, wiem tylko, że wychodzą seriale, nie oglądałam żadnego z tych filmów o Supermanie i Batflecku w całości. Widziałam moment, w którym Clark Kent włazi z butami do wanny, w której moczy się Lois Lane. Czytałam trochę skandalicznych faktów i inspirującą wizję świata związaną z powstawaniem postaci Wonder Woman. Widziałam Suicide Squad i parę odcinków animowanego Batmana. Innymi słowy, mocna się w tym temacie nie czuję. Gdy usłyszałam więc, że będą reanimować po zakończoną po dwóch sezonach serię o młodocianych sidekickach, wzruszyłam ramionami. Ale jest jeden osobnik, który uważnie dba o moją edukację popkulturalną. Stwierdził, że oglądamy. No to oglądamy! Póki co nie porywa tak, jak X-men Ewolucja w gimnazjum, ale ponoć potem robi się lepsze. Mam szczerą nadzieję, że Marsjanka szybko przestanie wołać: "Hello, Megan!" jak debilka, a Superboy porzuci ten wkurzający angst.


Good Bye Lenin! (2003)


Ponieważ chodzę od tego semestru do Instytutu Goethego i próbuję jakoś podnieść tragiczny poziom mojego dukającego, nieśmiałego niemieckiego, wypożyczyłam sobie film po niemiecku. A co! Oglądałam z napisami i choć dwóch trzecich dialogów nie zrozumiałam, to jednak film jak najbardziej ogarnęłam, a scena z szybującym ku matce bohatera Lenin z wyciągniętą wymownie ręką skradła moje serce. Ten film to już klasyka, aż wstyd, że dopiero teraz do niego dotarłam. Dla tych, co nie wiedzą, o co chodzi: matka z Berlińczyka z NRD zapada w śpiączkę i budzi się po upadku muru. Jako że kobieta mocno się udzielała w partii, a lekarz zakazał ciężkich szoków, syn postanawia wprowadzić w życie karkołomny plan utrzymywania rodzicielki w przekonaniu, że komuna dalej trwa w najlepsze. To ciepła, przejmująca komedia, która próbuje uchwycić uczucia wobec "zgniłego zachodu" i komunizmu w kraju za żelazną kurtyną.


National Lampoon's Christmas Vacation (1989)


Drugiego dnia świąt zgodziłam się ze zrezygnowaniem na oglądanie filmu, który po polsku nazywa się dokładnie: W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju. Czemu? Bo gra tam Chevy Chase, a tak wyszło, że ostatnio też Ryba ogląda Community i zachwyca się do tego stopnia, że czasem mnie nawet namówi na oglądanie przygodnego odcinka i jakoś tak wyszło w praniu, że nazwisko Griswold nic mi nie mówi. Bo nigdy nie miałam telewizora w pokoju, nie oglądałam wszystkiego jak leci, jestem brytofilem, a USA mnie nie podnieca. Akurat było na Netflixie, więc oglądamy.

Szczerze? Mnie taki typ humoru męczy, drażni i fizycznie boli. Może i zaśmiałam się na Shitters full, ale w ogólnym rozrachunku wolałabym przypomnieć sobie Love Actually i sprawdzić, czy naprawdę jest aż tak fatalne i szowinistyczne, jak ostatnio wyczytałam w jednym artykule.

To by było na tyle, jeśli chodzi o grudniowe ekstrawagancje. Już wkrótce podsumowanie 2017, wyglądajcie!

wtorek, 27 grudnia 2016

Wzorzysty kobierzec modnych wątków. Muza


Justa i Rufina były siostrami z Sewilli, żyły w trzecim wieku naszej ery, trudniły się garncarstwem. Pochodziły z głęboko wierzącej, katolickiej rodziny, żyjącej w pogańskim jeszcze świecie. Zginęły za swoją wiarę, za swoje przekonania - nie chciały, by ich towary służyły przy niechrześcijańskim święcie. Skazano je na okrutną śmierć - Justa umarła jeszcze w więzieniu, z głodu; jej ciało zostało wrzucone do studni. Rufina nie ugięła się po śmierci siostry, więc dla zabawy została wypuszczona do amfiteatru razem z lewem, który miał ją pożreć. Według legendy, zwierzę na jej widok stało się łagodne jak baranek. W gniewie, władze kazały ją udusić i ściąć głowę.

Jessie Burton tka na kanwie starego hiszpańskiego podania o świętych wczesnych czasów chrześcijaństwa. Tworzy kobierzec łącząc w paralele kawałki z legend, w natchnieniu malowane obrazy ręką młodej dziewczyny, Oliwii Schloss, w Andaluzji na skraju wojny domowej, historię czarnoskórej, początkującej pisarki z Trynidadu, próbującej swych sił w Londynie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Nici losów tych kobiet przeplatają się ze sobą, tworząc spójną, frapującą intrygę; szyte bez rozmachu, intymne, wykradnięte fragmenty rzeczywistości sprzed lat formują przed naszymi oczami zgrabną fabułę, zręczny temat, modne wątki, przemyślane, zbyt proste do uchwycenia treści dla masowego czytelnika, który po przeczytaniu powinien czuć, jakby otarł się o artyzm, głębię i mistrzostwo.

Ja jednak mam trochę goryczy na języku i wciąż czuję niedosyt; obiłam się o odbijające piękne obrazy lustro. Powieść nie oferuje wiele poza solidnym przygotowaniem, zapleczem, planem i wykalkulowanym targetem, który oczekuje konkretnych punktów w przepisie na bestseller. Pisała o tym Naia z Literackich skarbów, nie będę się zbytnio powtarzać, jednak dołożę też swoje trzy grosze. Oprócz zastosowania mile widzianych ostatnimi czasy tematów dyskryminacji, kolonializmu, feminizmu, kobiecych autorek - niemalże według podręcznika, a gwarantujących posłuch sukces powieści, faktycznie brakuje tu iskry.


Nie porwała mnie historia ani jednej, ani drugiej z obu mdlo przedstawionych bohaterek, dialogi zamiast poruszać akcję, wydają się momentami jeszcze bardziej ją zwalniać i nużyć drętwym językiem, banalnymi sformułowaniami, brakiem polotu. Szczerze mówiąc, pomimo dawkowanej z odpowiednim suspensem intrygi, do końca nie wciągnęłam się w tę książkę tak, jak bym chciała, albo jak wciągnęła mnie chociażby Miniaturzystka. Podoba mi się sam pomysł, historia obrazów, romantyzm ukrywającej się twórczyni, niepokojów w kraju, motyw pracującej jako stenotypistka w galerii sztuki czarnoskórej bohaterki, ale wszystko to w którymś momencie przestaje fascynować, przyćmione nieciekawymi postaciami drugoplanowymi, pseudotajemniczymi rozmowami, romansami bez chemii.

Miniaturzystka świetnie się sprzedała, była dobrze wypromowana, rzucili się na nią w amoku wydawcy z całego świata. Mnie czytało się dobrze, przyjemnie, przy końcu coraz zgrzytliwiej - nie było to arcydzieło. Zrzucało się to na karb wyrabiającej się dopiero, debiutującej w końcu autorki. Wobec Muzy oczekiwania były już zdecydowanie inne, osobiście miałam nadzieję na dojrzalszą, porywającą powieść. Może i była dojrzalsza, ale przez to bardziej wyrachowana, na pewno jednak nie porwała aż tak, jak historia Petronelli w Amsterdamie drugiej połowy XVII wieku.

Brawa jednak dla Wydawnictwa Literackiego - kampania marketingowa, przepiękne wydanie, wytrwałe promowanie urzekało nowatorskimi  pomysłami. Na facebooku pojawiały się piękne zdjęcia z malowania okładki na płótnie, do blogerów wysyłano tubkę farby, prosząc o namalowanie swoich wrażeń z lektury, w mojej skrzynce mejlowej pojawiło się kilka kolejnych informacji i przypomnień o powieści. Poskutkowało.



Muza

Jessie Burton

Wydawnictwo Literackie, 2016
480 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

________________________________

środa, 21 grudnia 2016

KOMIKS#8: Szkockie uczucie jak tsunami yaoistycznej lawy. Czy senpai zauważy?



Wystarczył mi jeden rzut okiem na długonogiego, frywolnego Szkocika na okładce, dwa rzutu oka na mocno stuknięty opis komiksu, pół rzutu oka na komentarze pod postem Gindie o nowym produkcie Kobiety-Ślimaka (znanej też podobno jako Ilona Myszkowska, podobno jest też prawdziwym człowiekiem, ale ja w to nie wierzę, dla mnie jest to bohater i dusza ślimaczych komiksów) i jej dwóch koleżanek: Katarzyny „Dranki” Stasiowskie i Janiny „Niny” Grzegorzek.

W ten oto błyskawiczny sposób polska manga o japońskich Szkotach trafiła prosto do koszyka na stronie wydawnictwa, by w ciągu kilku dni powędrować do moich spragnionych materiału kwikogennego łapek.

Musicie wiedzieć, że to produkcja dla bardzo specyficznego, dość wąskiego, ale jakże zabawowego i
fantastycznego grona osób. Tych, które kupują historię o Szkotlandzie, w którym w imię walki z równouprawnieniem i potworem Gender stworzono świat męskiej Seksmisji, z całym dobrodziejstwem inwentarza i odnogami w postaci puchatych kłodą do męskiego rzucania. Co więcej, manga skierowana jest do tych fanów i amatorów mangi, którzy pływają w yaoistycznym sosie jako szczupak, król wód. Do tych wybrańców, którzy widząc parodystyczne nawiązania i sadystyczną ilość kawaii overload, fangirle i fanboye oddane swoim wychuchanym egzemplarzom shojo, weeaboo i zapaleńcy, którzy nie boją się mówić desu desu, fujoshi zaczytujące się w doujinach. Ale nie tylko.

W sumie każda osoba, która choć raz zetknęła się z mangą i ma trochę dystansu do świata, może się doskonale bawić czytając o szkoto-kotach, słodkim jak cukierek Ukechan i po heathcliffowsku dostojnym Semesenpaiu, który nie chce zauważyć.


A najważniejsze przecie, by Senpai noticował, duh.

Kawaii Scotland to twór wynaturzony, przeuroczy i absolutnie przezabawny. Komiks z lekkością, absurdalnym humorem i znajomością rzeczy wyśmiewa wszystkie tropy i zagrywki znane z mang typowo dla dziewczyn. Główny bohater zaśpi jak nieśmiertelna beksa Usagi Tsukino, niezręcznie wywróci idealnie przygotowane bento na obiekt swoich uczuć, rozpłacze się i schowa pod kołderkę: to połączenie dwóch klisz: niezdarnej, ale uroczej chłopczycy i delikatnej, bezradnej dziewczynki. Tylko że jest Szkotem i nazywa się Ukechan, żeby nie było niedomówień, rzecz jasna.

Co jeszcze? Główny bohater męski, za którym rzecz jasna wzdycha cała klasa, a najlepiej szkoła, to typ idealnego, bogatego, dobrego we wszystkim, ale powalająco tajemniczego chłopaka - zaliczone. Kreska - fantastycznie dopasowana, supersłodka i wiernie kopiująca każdy kadr, który oczy czytelnika mang widziały po tysiąc razy w dziesiątkach innych komiksów - zaliczona. Nagłe kwiatowe wstawki, gdy przedstawiany jest bohater, ocieranie łez, przejście do chibi, zbliżenia na zakładaną niczym rasowa magical girl garderobę, chwyt za pierś i pełne mocy spojrzenie w przestrzeń - zaliczone. Wymienienie grupy krwi każdego z bohaterów - zaliczone! TAK! TO WSZYSTKO TU JEST!

I JESZCZE WIĘCEJ!



Nie wiem, czy znacie absolutnie rąbnięty, cudowny humor Kobiety-Ślimak? Wiecie, taki w stylu Chatolandii i Igrania z gruzem? Przenieście sobie go w świat yaoi i posypcie grubą warstwą lukru. To jest Kawaii Scotland. Jeśli czytacie do tego momentu i wciąż świecą Wam się oczy, do czytania, marsz! A przynajmniej do przeglądania radosnej twórczości przy powstawaniu drugiego tomu na fanpage'u Kawaii Scotland:)

Niech dźwięk dud, braterska miłość, owcze mleko i szukanie bogatego męża dla Waszej gromadki osieroconych McNeko będą z Wami!


Kawaii Scotland

Scenariusz: Ilona „Kobieta-Ślimak” Myszkowska, Janina „Nina” Grzegorzek
Rysunki: Katarzyna „Dranka” Stasiowska

Gindie, 2016
Odczucia: ★★★★/★★★★★

czwartek, 15 grudnia 2016

3 lata Rokmin, jakieś smętne ględzenie, minitorcik + wyniki konkursu-hu-huu!

Skąd się wzięły Rozkminy Hadyny?


W czerwcu 2011 roku założyłam na Facebooku folder z lekturami „And what have YOU read recently? A Ty co ostatnio przeczytałeś?”, by móc zamęczać znajomych minirecenzjami książek, które właśnie przeczytałam. Pisałam na świeżo komentarze na temat lektur albo po polsku, albo po angielsku - w zależności od języka przeczytanej książki. Przy okazji mogłam prowadzić statystykę, ile książek udało mi się przeczytać w ciągu roku. Po przekroczeniu 100 pozycji byłam zmuszona założyć drugi folder z kontynuacją, bo Facebook zaczął się przycinać.

Piętnastego grudnia 2013 roku opublikowałam pierwszy wpis po przenosinach na bloga, bo ile można tak męczyć znajomych. Wpis nawet nie był wprowadzeniem, nie tłumaczyłam, kim jestem, dlaczego, o co chodzi. Od razu z grubej rury rzuciłam opis Ofiarowanej, wspomnień siostrzenicy głowy scjentologów z jej lat spędzonych w sekcie i dilujcie z tym. Od tego czasu wciąż nie napisałam tego wstępu - zamiast tego pojawiła się podstrona Hadyna.

Wielu znajomych namawiało mnie wcześniej, żebym się przerzuciła na bloga, ale tak naprawdę ostateczną decyzję podjęłam z innych powodów. Mianowicie pracowałam przez jakiś czas w biurze prasowym jednego z większych wydawnictw. Wielokrotnie przeglądałam różne blogi i podejmowałam z nimi współpracę recenzencką. Robiąc zestawienia, przebierając w dziesiątkach blogów książkowych nieraz pomyślałam sobie: „ja zrobiłabym to lepiej”. Ostatnim pchnięciem było wymyślenie nazwy, którą zawdzięczam mojemu Rybie. Bez jego zachęty i wsparcia blog pozostałby tylko niespełnionym marzeniem.

Jak dziś wygląda moje życie z Rozkminami?


Prawdopodobnie widać, że nie poświęcam wiele czasu na bloga, bo jednocześnie pracuję i studiuję, a blog ma ostatnie miejsce na liście moich priorytetów. Nie jestem aktywna w blogosferze, nie śledzę na bieżąco trendów i nowości książkowych. A jednak znajduję czas, żeby się o Rozkminy troszczyć i je rozwijać, bo po prostu się nimi cieszę i jestem z nich dumna. Jak kiedyś stwierdziłam, nie zamierzam jednak  Rozkmin... przemieniać w dynamiczny, agresywny serwis, chcę dalej tworzyć raczej niszowy, specyficzny blog, który żyje swoim tempem. Bloguję przede wszystkim dla siebie.

Nie świętowałam też wcześniej urodzin bloga, bardziej już skłaniały do refleksji kolejne "Rozkminy roku, rok rozkmin", pisane na początku nowego roku. Wiem, że dużo się zmieniło i podchodzę teraz do blogowania trochę poważniej i profesjonalniej, niż na początku; dbam o wygląd, zdjęcia, wprowadzam nowe serie wpisów, nie ograniczam się do książek - co widać po kategoriach wyszczególnionych na górze bloga. Dużo do myślenia dało mi gorzkie-słodkie jedenaste miejsce w rankingu blogerów książkowych magazynu Press. Ufam, że wszystkie zmiany postrzegane są jako krok w przód - bardzo chętnie przyjmę wszelkie propozycje i przemyślenia na ten temat!

Bosz, jakie smęty, wiem


Chciałabym Wam wszystkim podziękować za te trzy lata. Za wsparcie, za komentarze, za cudownych, ciepłych, pozytywnych ludzi, których poznałam tylko i wyłącznie dzięki spotkaniom, targom, konwentom. Dziękuję też wszystkim tym, którzy tu zawędrowali, a nigdy mnie nie spotkali za żywo. Dziękuję stałym czytelnikom i przypadkowym, jednorazowym gościom. Prowadzenie tego miejsca daje mi naprawdę dużo satysfakcji. I nie popuszczę.

A teraz koniec ględzenia, bierzemy się za ogłaszanie wyników konkursu!

Mieliście zlicytować najdziwniejsze rzeczy, żeby wywalczyć sobie jedną z pięciu książek. Każda z nich znajdzie dziś swojego nowego właściciela.

NO TO JUŻ!


Okup - Danielle Steel


Książka trafi do: Gab rieli!

"Licytuję o "Okup" i proponuję coś wspaniałego, bo w zamian za daną mi książkę wypędzę z Twojej szafy wszystkie kalorie (takie małe, wredne stworzonka, które nocą łapią za igły oraz nici i przeszywają wszystkie ubrania, zmniejszając ich rozmiary, przez co później myślimy, że nam się przytyło :D). Gwarantuję, że moja praca będzie skuteczna - z mojej szafy wygoniłam każdą kalorię, co do jednej!"

Niewątpliwie się przyda!

Przejechał cyrk - Patrick Modiano

Książka trafi do: Justyny W.!

"Cześć, Hadynko (:
Ja to ja i obserwuję tam, gdzie można, ale najważniejsze, że konkretnie tutaj
i przyszłam rzucić Ci na stół - mam nadzieję, że nie jadłaś właśnie śniadania - cztery wielkie wory melanżu. ŁUP!
Byś już nigdy nie potrzebowała kremów na zmarszczki i byś była najbogatsza na świecie. Tym naszym. Za noblistę wymieniam. A co.
Uściski (;"

Melanż zawsze dobrze widziany, a pieniądz to już w ogóle, nic tylko bym leżała i czytała!


Stażystka - Mimi Alford


Książka trafi do: Jolanty!

"Licytuje wszystko, za wszystkie pinionse za las!!"

Wszelkie pomówienia o kolesiostwo i nepotyzm odpieram faktem, że nikt inny po kochankę Kennedy'ego się nie pokusił;)


Trębacz z Tembisy - Wojciech Jagielski


Książka trafi do: Magdaleny Zając!

"A książkę "trębacz z Tembisy" licytuję z tym, co mam najwspanialsze w życiu, czyli o cnoty, które posiadam i o które dbam, by nie przepadły, nie zmieniły się, a wręcz by wzrastały i stawały się coraz większe i większe. Zatem w licytacji jestem gotowa oddać część swojego dobra, część szczęścia, część chęci do zdobywania wiedzy, część wiary w marzenia, część miłości i cześć potrzeby pomagania."

To było głębsze niż słodkie wombaciki i ciotka, szanuję.

W Chinach jedzą księżyc - Miriam Collee


Książka trafi do: Sylvii Orzechowskiej!

"Licytuję o kota w worku"

Już mi ostatnio tych kotów w mieszkaniu wystarczy, ale niech będzie. W końcu kot jest zawsze takim kotem i kotkuje.



Dziękuję pięknie za uczciwą walkę i super pomysły! Do zwycięzców zgłoszę się wkrótce mejlowo z pytaniem o adres:)

Uściski!

PS Podziwiam tych, którzy dotrwają do końca :D

środa, 14 grudnia 2016

Zaczarowany policjant, zaczarowana policja, zaczarowany zgon. Rzeki Londynu



Weźmy Dobry Omen, Nigdziebądź, Amerykańskich bogów, Hot Fuzz i Harry'ego Pottera. Dobra kombinacja, prawda?

Takie są Rzeki Londynu.

Pierwszy tom z serii czterech powieści Bena Aaronovitcha nie miał mało szczęścia jeśli chodzi o wydania. Rivers of London pojawiły się w angielskich księgarniach z okładką, która może dla niektórych być wręcz spojlerem, bo zawiera spore odniesienie do fabuły. Mimo wszystko jednak przykuwa wzrok, zaciekawia, intryguje i faktycznie daje dobre wyobrażenie o tym, co znajdziemy w środku, a także jest charakterystyczna i unikatowa. A wersja amerykańska?... Cóż. Po pierwsze, tytuł został zmieniony na Midnight Riot, czyli mniej więcej Zamieszki o północy. Niby tak, znajdziemy w powieści fragment, w którym publiczność wychodzi z teatru na ulice i robi potężne zamieszanie, ale po co w ogóle zmieniać dobry tytuł? Ale na tym nie koniec, zmieniono też okładkę, przez co książka kojarzy się z kolejnym thrillerem, przechodzi się koło niej obojętnie. Dla porównania:


Całe szczęście mnie udało się położyć łapkę na co prawda amerykańskiej wersji, ale przynajmniej z efektowną okładką.
Gdy już wyjdziemy poza zamieszanie z okładkami i zajrzymy do środka, odkryjemy fantastyczne czytadło, które łączy elementy lekkiego, zabawnego policyjnego procedurala z miejską nadnaturalną fantastyką. W komplecie dostajemy coś w rodzaju londyńskiego półświatka, w pełnym pakiecie z zaklęciami, strzygami, duchami, bożkami rzecznymi, nimfami i policyjnym wydziałem od tuszowania spraw magicznych. Od razu dostajemy też zapewnienie, że wydział ten nie jest w żaden sposób podobny do Ministerstwa Magii, a nadkomisarz Thomas Nightingale nie jest czarodziejem takim, jak Harry Potter. Dlaczego? Bo, jak przyznaje sucho sam zainteresowany, nie jest przecież postacią fikcyjną. 

Głównym bohaterem jest policjant nieidealny, posterunkowy Peter Grant, oficer londyńskiej Metropolitalnej Służby Policyjnej. Zdecydowanie późno w jego życiu pojawia się Hagrid, em, to znaczy Nightingale, by powiedzieć: you're a wizard, Harry. Chwila, wróć: powiedzieć mu, że zostaje zatrudniony jako czarodziej praktykant u jego boku, by dbać o pokój na ulicach stolicy kraju jej królewskiej mości. Okazuje się też, że to wcale nie był nagły atak zaćmienia umysłowego, ukrytego szaleństwa czy omam wywołany deprywacją snu, Peter naprawdę rozmawiał z duchem pod arkadami Covent Garden, podczas gdy jego partnerka Leslie skoczyła na moment po kawę. Nie tylko też duchy są prawdziwe, ale i wampiry, bogowie, dosłownie upiorni seryjni mordercy i cała menażeria.

A jak się zna łacinę i poćwiczy kilka tygodni, można już próbować ogarniać pierwsze zaklęcia. Na przykład Lumos - um - sorry, znów nie ta seria - Lux.


Fanart by MinuetteTune

Jak się zapewne domyślacie, cała ta historia napisana jest z dużą dozą humoru i dystansu, zabawą konwencjami, żonglerką nawiązaniami. Aaronovitch zanużony jest w solidnej nerdozie po uszy, w latach osiemdziesiątych pracował nad Doktorem Who, przez co nie dziwią wtrącenia w stylu "nie chcę wywołać pęknięcia w kontinuum czasoprzestrzennym", heheszki z midichlorianów, rozmówki o Harrym Potterze, docinki na temat YouTube'a, mrugnięcia okiem do fanów Pratchetta, nie mówiąc o inspiracjach Gaimanem. Język jest jedną z jej najsilniejszych stron książki, czyta się z prawdziwą przyjemnością.

Fabuła nie poraża oryginalnością i to nie w niej bije serce powieści. Sama historia zakłada dość typową dla Agathy Christie tajemnicę w stylu: kto zabił. Zaczynamy od dziwnego morderstwa, bohater próbuje ją rozwiązać, a w międzyczasie szkoli się na czarodzieja i próbuje zażegnać konflikt między starym bogiem źródeł Tamizy i egzotyczną boginią delty i morza. Peter robi, co może, a może sporo, choć dość chaotycznie i niezdarnie. Bardzo podoba mi się nietypowe jak na bohatera tego typu powieści zacięcie naukowe Petera, niesamowitą ciekawość świata, umiejętność łączenia znajomości technologii z wiedzą magiczną zapisaną w rozsypujących się tomiszczach. Policjant zastanawia się, skąd bierze się energia potrzebna do stworzenia magii i  łamania podstawowych praw fizycznych, tworzy teorie i bada na podstawie eksperymentów, przez co Nightingale często dziwi się, skąd te zaawansowane pytania u swojego podopiecznego. Peter z jego niedoskonałym charakterem, mieszanką roztrzepania, nieudolności, umiejętności dyplomatycznych, dociekliwości i uroczej ironii tworzą doprawdy sympatycznego gościa, którego ma się ochotę zaprosić na piwo. Cieszy też fakt, że bohater nie jest biały, podobnie jak w Amerykańskich bogach, a inne postacie są też zróżnicowane etnicznie.

Świat magiczny ma swoje luki, fabuła momentami ma swoje niedociągnięcia. Czemu na przykład ciekawski Peter nie drąży kilka razy wspomnianego tematu przeszłości swojego mentora? I czemu jego zdolności magiczne i widzenie duchów pojawiają się dopiero w pewnym momencie życia, czemu Wallpenny był pierwszym spotkanym widziadłem? Sama teatralna intryga wydała mi się też lekko nużąca, w szczególności że nie znam się zbytnio na konkretnej konwencji, na której opiera się cala historia. Można jednak na to przymknąć oko dla samej wyśmienitej atmosfery niesamowitości, soczystej brytyjskości i doskonałego humoru. Zmitologizowani bogowie rzek, Papa Tamiza i Mama Tamiza, a także ich gromadka dzieci i wnuków, czyli rzeczek i rzeczułek, to naprawdę ciekawy pomysł, a scena pościgu przez czas poprzez kolejne wieki Londynu jest absolutnie czarująca. Najbardziej chyba zachwyca mnie jednak Folly (z angielskiego wariactwo), siedziba główna dwuosobowej jednostki magicznej ochrony policji, stary budynek z wieloma tajemnicami, a także enigmatyczna służąca Molly.


Fanart by MinuetteTune


Długo polowałam na Rzeki Londynu i miałam je przyjemność przeczytać dzięki nieocenionej koleżance z pracy (dzięki, Monika!), która często wpada do mnie pochwalić się jakąś książką. Ostatnio nawet wspominała, że urządziła sobie choinkę z piramidy książek i sznura światełek... ;) Z dziką chęcią przeczytam też w niedalekiej przyszłości drugą część, Moon over Soho, która podobno jest jeszcze lepsza.


Rivers of London / Midnight Riot

Ben Aaronovitch

Publisher: Gollancz (UK) / Del Rey (USA), 2011
400 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★
__________________________