Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

wtorek, 11 września 2018

Zakichani anieli. "Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marta Kisiel


Jeśli macie na Facebooku polubioną Martę Kisiel, prawdopodobnie Wasz feed zaspamowany jest ogłoszeniami, recenzjami i zachwytami nad Małym Lichem. To pierwsza książka autorki napisana w szczególności dla dzieci. Jeden z najbardziej lubianych bohaterów jej Kiśloversum wkracza do akcji jako opiekun małego chłopca. Premiera już za tydzień, 19 września. Jeśli jeszcze nie śledzicie autorki i nie czytaliście jej poprzednich pozycji, co tu jeszcze robicie? Proszę nadrabiać! Alleluja!

W porządku, nie wyganiam Was tak natychmiast. Żeby docenić tę cienką książeczkę pełną drobiazgowych, uroczych rysunków Pauliny Wyrt wcale nie trzeba znać Dożywocia i Siły niższej, choć to opowiadanie osadzone po wydarzeniach z tej drugiej, z niemalże całą „obsadą” znaną z obu. Znając poprzednie książki, dorosły fan i czytelnik może tylko rozsiąść się wygodnie na kanapie i wybierać nawiązania, smaczki i szczególiki jak wisienki z tortu. Każdy inny zaś, w tym dziecko, zachwyci się barwnym, ciepłym światem udomowionej fantastycznej menażerii. 

Książeczka napisana jest przejrzystym, ale i charakterystycznie frywolnym i ozdobnym językiem dobrze znanym czytelnikom autorki. Zdania jeżą się od soczystych, uroczych porównań, zgryźliwych komentarzy i intrygujących sformułować. Ot, przytoczmy: „ wielomodułowa stacja kosmiczna”, „krzyczenie, kłócenie i bulgotanie” czy niemieckie wykrzykniki mają swój niezaprzeczalny urok. Duże litery ułatwiają wchłanianie treści przez małego czytelnika, a piękne ilustracje zmuszają do dłuższego zapatrzenia i przyglądania się najdrobniejszym detalom.  


W domu zamieszkanym przez wujka Turu, wujka Konrada, dwa anioły, dwa krakeny i całe mnóstwo innych przedziwnych stworzeń, wychowuje się Niebożątko razem z mamą. Niebożątko z czasem wyrasta z beztroskiego berbecia w najlepsze bawiącego się ze swoim ulubionym aniołem stróżem, Lichem, w prawie dorosłego, idącego do szkoły chłopaka. Problem tkwi w tym, że wcale nie ma siedmiu lat, a już dziewięć, a mama nie chciała go posłać do szkoły wcześniej, bo jest specjalny. Zdarzają mu się pewne... epizody. I trzeba go strzec. Ale trzeba też, żeby chłopak poznał świat, znalazł przyjaciół, odnalazł się na zewnątrz.

Gdy Bożek trafia wreszcie między inne dzieci, nie wie, czym są Minionki, ale wie, kim był Minotaur. Z czasem zaczyna wracać do domu coraz bardziej zły. Sfrustrowany. Wyobcowany. A Licho zrobi wszystko, by pocieszyć Bożka. Tylko że anioł o mentalności małego dziecka niewiele może pomóc chłopcu...

Niesamowicie podoba mi się to, że mamy tu męskiego protagonistę, który uczy się radzić ze swoimi emocjami. Wprost zostaje powiedziane, że złość jest potrzebna. Ale też nie można przesadzać, złość odreagowana na niewinnej osobie to złe zachowanie. Tak samo opiekun się uczy: powinien dać dziecku trochę przestrzeni, by dostosować się do nowej sytuacji, wyrzucić z siebie złe emocje. Ale z czasem następuje ten moment, gdy należy wkroczyć i wciągnąć kochające ramiona. Proste i ważne. W tej książce mały chłopiec nie walczy wyjątkowymi mocami czy siłą, a emocjami i zrozumieniem: poznaje lepiej swoich bliskich, uczy się godzić ich ze światem zewnętrznym, odkrywa tolerancję dla siebie i dla innych, zaczyna się akceptować.


Male Licho to książka, która jest jak gorące kakao i ciepłe bamboszki. Podczas czytania robi się coraz cieplej i wygodniej, a po zakończeniu można zasnąć z uśmiechem i spokojem. Trochę balsam na duszę, szczególnie potrzebny na początek roku szkolnego i wizję ponurej jesieni nadchodzącej coraz większymi krokami.

Dla dorosłego czytelnika wielką frajdą jest też tropienie nawiązań czy to do dość oczywistych polskich klasyków jak Deszcze jesienny, czy do Mickiewicza, czy Króla olch Goethego, która to ballada odgrywa bardzo ważną rolę podczas kulminacji powieści. Szalenie podobało mi się też rozwiązanie tajemnicy, jaką było samo Bożątko i płynne wplecenie jego historii w fabułę domu fantastycznych stworzeń Konrada Romańczuka. Niemniej jednak obserwowany oczami chłopca świat na pewno przypadnie do gustu dzieciakom, a obrazowe przedstawienie dzieciństwa poprzez zabawy, zachowania i obserwacje małego człowieka brzmi naprawdę przekonująco i kolorowo.

Małe Licho to ujmująca książeczka, którą musicie sobie jak najszybciej zamówić dla siebie i dla swoich lub znajomych dzieci. Tylko uważajcie na wszędobylski brokat i anieli puch. Alleluja!


Małe Licho i tajemnica Niebożątka 

Marta Kisiel

Wilga, premiera 19 września 2018
Ilustracje: Paulina Wyrt
304 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!



sobota, 8 września 2018

Helenka dogryza z offu. "Moja Jane Eyre" Cynthii Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows


Żeby w ogóle zacząć się bawić przy Mojej Jane Eyre, należało najpierw wyłączyć wewnętrzną anglistkę i perfekcjonistkę. Zapomnieć, że monologi Jane z oryginału potrafią wzruszyć do łez, że historia pamiętnego romansu nieugiętej guwernantki z zagubionym panem Rochesterem to osobista świętość. Zagrzebać gdzieś na dnie umysłu całą wiedzę na temat rodzeństwa Brontë i samej Charlotty, zapomnieć o najróżniejszych tajemnicach, spiskach i teoriach (jak te opisane tutaj). Odpuścić na moment ogólne zorientowanie o skomplikowanych obyczajach, tradycjach i generalnie życiu w dziewiętnastowiecznej Anglii. I przede wszystkim zagryźć zęby, czytając bardzo frywolne, młodzieżowe i czasem mocno naciągane postmodernistyczno-luzackie komentarze autorek do fabuły książki czy historii w ogóle. Niby odkrywcze, feministyczne, dogryzające pozycji kobiet ponad wiek temu, ale często zbyt oczywiste, prostackie, no, słabe.

W ten sposób należycie się do tejże przygody literackiej przygotowawszy, jest spora szansa na autentyczne czerpanie radości z tej beztroskiej, dowcipnej gry bez hamulców. Można się wciągnąć, ba, można się świetnie bawić mimo wywracania oczami na absurdy.

Autorki pozwoliły sobie na napisanie książki prostej, łatwo zrozumiałej, wciągającej i zdecydowanie przeznaczonej dla młodzieży na temat poważnego klasyka, jakim jest cośkolwiek przyciężkawa dla współczesnego czytelnika powieść wiktoriańska Jane Eyre. To przyznajmy, to nie jest Bridget Jones, która wchodzi jak złoto nawet niedzielnym czytelnikom; tu potrzeba odrobiny samozaparcia, ewentualnie wykształcenia pewnego smaku literackiego, albo i jednego, i drugiego. Szykując prześmiewczą, zabawną i lekką historyjkę o Jane, Charlotte i towarzystwie łapaczy duchów, opartą luźno o wydarzenia z książki i historię życia autorki, mają szansę zainteresować lekturą młode, płoche pokolenie technologii.

Przynajmniej takie było, jak mniemam, zamierzenie.


W tej wersji Jane i Charlotte zaprzyjaźniły się ze sobą, przebywając razem z szkole w Lowood. Instytucja ta znana jest z powieści jako miejsce straszne, wyniszczające, gdzie wychowanki chodziły głodne i wychłodzone, gdzie oszczędzano na wszystkim, a dyrektor utrzymywał swoją własną rodzinę w dostatku kosztem hipokryzji i drastycznych cięć budżetowych w szkole. W sumie nic dziwnego, że obok bohaterki powieści znajduje się tu autorka: w końcu dwie najstarsze siostry Brontë chodziły do bardzo podobnej szkoły dla córek duchownych w Cowan Bridge, gdzie w wieku jedenastu i dziesięciu lat zmarły na gruźlicę z powodu dramatycznych warunków życia.

To mrożące wspomnienie przekute zostaje w dziarską historię o otruciu parszywego dyrektora szkoły, którego duch panoszy się po szkole pełnej zjaw zmarłych wychowanek. 

I tu wkracza na scenę Towarzystwo do spraw Relokacji Dusz Zabłąkanych oraz pan Blackwood, agent towarzystwa, który podobnie jak Jane widzi duchy. Do jego zadań należy wyszukiwanie artefaktów, które spowodują złapanie ducha jak w Ghost Busters, ale o bardziej elegancko i bez dymu i iskier. Gdy Blackwood odgaduje, że Jane też widzi duchy, próbuje ją za wszelką cenę zrekrutować do Towarzystwa. Ta jednak jest uparta jak osiołek, robi po swojemu i zatrudnia się w Thornfield Hall jako guwernantka, po czym na zabój zakochuje w panu Rochesterze. W tle przewija się również książę Wellington (ten od Waterloo, jako patron i szara eminencja Towarzystwa), brat Charlotty, Branwell Brontë (nie jako pijak i nieudacznik, a zabawny comic relief), a także wszędobylski duch Heleny Burns (która zamiast być uduchowioną, wytrwałą i cichą dziewczyną z oryginału zachowuje się jak głupkowaty, naiwny i denerwujący trzpiot, komentujący wszystko na głos).

Jest niezobowiązująco, mało intelektualnie, Charlotte ślini się do gołej klaty jak już przystawi do oczu lorgnon i nie jest ślepa jak nietoperz, Jane ma nadnaturalne zdolności, a Helenka docina Rochesterowi za każdy debilny tekst z oryginału. Nie obywa się tez bez złośliwych przytyków do krępującej kobiety mody dziewiętnastowiecznej. Mimo gwałtu na oryginale i przedziwnego miszmaszu wychodzi z tego dość zabawny romans awanturniczo-fantastyczny. Jak już człowiek przełknie te wszystkie niestosowności, szaleństwa i frywolności, można się naprawdę wciągnąć. 


Jane Eyre to powieść tak działająca na wyobraźnię, że to nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy jakiś autor czerpie inspirację pełnymi garściami z pisarstwa Brontë. Jean Rhys dopisała historię zamkniętej na strychu Berthy i tym samym oddała głos milczącej i niezrozumianej „szalonej” żonie-Kreolce w Szerokim Morzu Sargassowym. The Eyre Affair Jaspera Fforde z kolei wykorzystuje zabieg dość podobny do Mojej Jane Eyre, tam również pojawia się retelling, jest dużo postmodernistycznej zabawy oraz tony absurdalnej fantastyki: główna bohaterka, agentka Thursday Next, tropi literackiego szantażystę i złodzieja poprzez fabuły powieści, w tym Jane Eyre. W ten sposób doprowadza do zmian w wydarzeniach alternatywnej powieści o Jane, przez co ta zaczyna pasować do tej wersji, którą tak dobrze znamy w naszym świecie. W Jane Slayre oprócz posiadania zajęcia w postaci pozycji guwernantki, Jane trudni się też tępieniem wampirów. I to są zaledwie te powieści, które ja czytałam, a na Wikipedii można znaleźć osobną podstronę dotyczącą wszelakich nawiązań do Jane Eyre (tutaj).

Nie można też zapominać o naszym rodzimym podwórku i Małgorzacie Musierowicz, która w Idzie Sierpniowej w następujący sposób opisuje stan czytelniczego opętania, które dobrze znam:

„Większa część nocy przeszła Idzie na czytaniu. (…) Leżąc w łóżku sięgnęła po prostu na półkę Gabrysi i trafiła na sczytany egzemplarz Dziwnych losów Jane Eyre. Zanim się obejrzała, była już w połowie tomu, a zegar wskazywał północ. (…) Książka pochłonęła ją do tego stopnia, że biedaczka zapomniała nawet o głodzie, który dokuczliwie szarpał jej żołądek. Na policzkach miała malinowe wypieki, w ustach paznokieć kciuka, a w wyobraźni szare blanki Thornfieid Hall, wronie gniazda na potężnych drzewach cierniowych i zmysłowy uśmiech pana Rochestera. O, biedna Jane! Jakże bardzo Ida jej współczuła! O trzeciej niepostrzeżenie zasnęła - przy zapalonej lampie, z czołem wspartym o stronicę 271. (…) Już chciała pędzić do sklepu, gdy pan Rochester wyjrzał do niej z kart książki i pociągnął ku sobie, jak magnes przyciąga opiłki. O drugiej po południu szlochała nad ostatnią stroną powieści. Była w stanie godnym pożałowania. Serce jej biło nierówno, nogi stały się sine i zimne, a w brzuchu znów się czaiła głodowa pustka.”

To właśnie Musierowicz sprawiła, że jako nastolatka zainteresowałam się angielską powieścią i między innymi sięgnęłam po Wichrowe wzgórzaJane Eyre została w mojej pamięci, dopóki nie podbiła mojego serca na studiach. Być może więc jest nadzieja dla powieści młodzieżowej, która promuje klasyki? Obojętnie, w jaki sposób?

My Plane Jane to druga powieść serii o słynnych Jane trzech Amerykanek piszących powieści young adult. Autorki nazywają się „ladyjanistkami”, a pierwszy tom z cyklu opowiada o Joannie Grey, tak zwanej dziewięciodniowej królowej angielskiej. Ciekawe, jaką kolejną Jane wezmą na celownik?

Tak czy siak, książki zdają się całkiem popularne i budzą wiele emocji na portalach społecznościowych. Trzymam więc kciuki za kolejne pokolenie zakochanych w panu Rochesterze (koniecznie tym z ekranizacji z 2006 roku!).


Moja Jane Eyre 

Cynthia Hand, Brodi Ashton, Jodi Meadows

Sine Qua Non, premiera sierpień 2018
512 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!



poniedziałek, 3 września 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: LIPIEC & SIERPIEŃ 2018



Z powodu wyjazdów i rozjazdów wakacyjnych zdecydowałam się odłożyć popkulturalne podsumowanie lipca na sierpień. I w ten sposób z początkiem września mogę na chwilę usiąść i zastanowić się nad ostatnimi dwoma miesiącami. Jak wiecie, miałam sporo osobistych wrażeń i emocji, przez co wyniki książkowe są następujące: w lipcu przeczytałam pięć pozycji, a w sierpniu tylko dwie. A czytałam głównie podczas urlopu na Cyprze, nad basenem czy na plaży, bo po powrocie do Krakowa zawsze miałam całą masę roboty.

Oto, co czytałam:

  • O A Little Life Hanyi Yanagihary pisałam jeszcze przed urlopem (link),
  • O bibliotece Umberto Eco jest zbyt króciutkie, żeby o nim się rozpisywać,
  • Nad Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia Piotra Milewskiego pastwiłam się w ostatnim tekście (link),
  • Nomen omen Marty Kisiel, fantastyczne, czeka w kolejce do recenzji,
  • Kocia kołyska Kurta Vonneguta będzie wymagała większego namysłu przed spisaniem tekstu,
  • Rozdarta zasłona Maryli Szymiczkowej, wyborna, będzie recenzowana,
  • Kirke Madeline Miller również doczeka się w swoim czasie opisania.
A co u mnie było słychać popkulturalnie?


Iniemamocni 2 (2018)


Mieliśmy z Rybem genialny pomysł na Cyprze. Wybraliśmy się mianowicie do kina w Pafos, gdzie obejrzeliśmy nowych Iniemamocnych bez dubbingu, w oryginale! Co prawda na dole przewijały się greckie napisy, a jakość dźwięku nie była aż tak dobra jak w polskich kinach, ale mimo wszystko to było coś, skoro w Polsce bylibyśmy skazani na dubbing.

Tak czy siak, animacja Pixara czekała aż czternaście lat na kontynuację. A według mnie to naprawdę kawał bardzo dobrze zrobionej rozrywki superbohaterskiej nie tylko dla dzieci. Tak naprawdę to najlepszy film o Fantastycznej Czwórce, na dodatek bez Fantastycznej Czwórki, a z przekomicznymi i uroczymi relacjami rodzinnymi. Iniemamocni 2 trzymają poziom, znajdują nowy konflikt, rozwijają postacie, wprowadzają element dość prostej, ale przekonującej podwójnej gry i przede wszystkim robią dużo dla postaci pani Iniemamocnej. Trudno nie być fanem Elastyny! Jeśli jeszcze nie widzieliście, na co czekacie?


Ant-Man i Osa (2018)


Drugi Antman z kolei to przyjemne superbohaterskie kino komediowe, ale do szybkiego zapomnienia. Było sporo prześmiesznych momentów, ale i dwa poważne wątki, które można było bardziej wyeksponować i pokazać więcej, podczas gdy zamiast tego dostaliśmy niepotrzebne nagromadzenie elementów humorystycznych związanych z dwoma ekipami z filmu. Osobiście wycięłabym połowę scen z Luisem, Davem i Kurtem i najlepiej całość z Sonnym Burchem na korzyść podbudowania postaci Ducha i pokazania przeżyć oryginalnej Osy w wymiarze kwantowym. Osobiście jestem szalenie zainteresowana takimi rzeczami, jak codzienność Michelle Pfeiffer pośród kwantów: co jadła, czym oddychała i skąd, do cholery, miała kosmetyki, żeby móc zrobić sobie nienaganny makijaż. No cóż, może dowiem się tego w następnym filmie. Póki co muszą mi wystarczyć sceny takie jak jazda pickupem w roli hulajnogi.


Wiecznie żywy (2013)


Faza na Zmierzch powoli chyba słabła, gdy Isaac Marion napisał paranormalny romans Warm bodies o miłości między chłopakiem zombie i ludzką dziewczyną. Oczywiście z przymrużeniem oka, bo zakładamy tu, że zombie nie mogą wiele powiedzieć prócz standardowego „mózgaaa”, ale najwyraźniej mają odrobinę bogatsze życie wewnętrzne wykraczające poza temat pożywienia. W 2013 powstała... hmmm... komedia romantyczna? Rodzaj satyry na Zmierzch z integralnym światem? Trudno powiedzieć, bo z jednej strony sporo tutaj czysto prześmiewczego humoru ze zjawiska zainteresowania romansami z istotami nieumarłymi, a z drugiej czasem robi się dość poważnie, choć zarys świata przedstawionego to raczej twór, któremu w prostocie i stereotypowości bliżej do konstrukcji cepa. Mimo to trudno nie zacząć autentycznie shipować bohaterów i trzymać mocno kciuki za ich miłość, nawet gdy sztampowo prowadzą dialog balkonowy, a po chwili papsióła głównej bohaterki stwierdza, że po odrobinie podkładu i różu gość jest całkiem przystojny. I do tego świetna ścieżka dźwiękowa! Jak dla mnie idealne guilty pleasure na samotny wieczór.


Twój Simon (2018)


Pisałam niedawno o Simonie książkowym (link) i orzekłam, że dobrze by było obejrzeć do tego film. Ekranizacja jest na swój sposób uroczym, ciepłym filmem w duchu książki, jednak cięcia i zmiany dokonane przez twórców filmu mocno uszczuplają szersze przesłanie filmu. Na dużym ekranie nie zobaczymy solidnych momentów rodzinnych, które zapewniała mocna relacja Simona z siostrami (tę starszą wycięto). Nie widzimy też za dużo dynamiki paczki przyjaciół głównego bohatera, nie poznajemy ich podczas wspólnego przesiadywania i nie dostajemy wypadu do gej baru, przez co nie rozumiemy starej przyjaźni z Leah i Nickiem aż tak dobrze ani nie widzimy, jak bardzo wspierają swojego kumpla. Wycięta została bezpretensjonalna biseksualność jednej z postaci, a także komentarz Simona przyrównujący domyślność heteroseksualnej orientacji do domyślności białego koloru skóry. Nie pomaga zamieszanie spowodowane dodaniem typowego trójkąta miłosnego tam, gdzie nie był potrzebny. Dostajemy też więcej typowo wielkich gestów i podniosłych scen, w szczególności przeniesienie końcówki na diabelskie koło. Całość nie jest aż tak przemawiająca jak książka, bo próbuje mieć ciastko, czyli poruszyć problematykę nastoletniego coming outu, i jednocześnie zjeść ciastko, to znaczy zminimalizować elementy nieprzystające do beztroskiego filmu dla nastolatków i trochę bardziej skupić się na parach hetero. No cóż.


Ukryte działania (2016)


Skoro już poruszyłam kwestie rasowe, opowiem też trochę o nominowanym do Oskarów filmie o Afroamerykankach, które za kulisami przyczyniały się krok po kroku do amerykańskiego sukcesu w starciu z Rosją o tytuł pioniera kosmosu. Historia trzech naukowczyń, które z powodu trwającej segregacji, uprzedzeń i krzywdzących stereotypów traktowane są jako obywatele drugiej kategorii, jednak nie ustają w swoich wysiłkach, by dopiąć swego, zrobić karierę i wspomóc swój kraj. Film stara się dobitnie, ale jednocześnie lekko i z humorem pokazać codzienną dyskryminację, nieufność, wręcz obrzydzenie niektórych, że muszą pracować z ludźmi o innym kolorze skóry. Bolesne są też te fragmenty, w których jedyne kobiety w pomieszczeniu są pomijane na rzecz panów: po zarządzeniu, że wszyscy będą pracować do późna i mają zadzwonić do swoich żon i je powiadomić, to bardzo smutny widok patrzeć na samotną matkę, która wyciąga rękę po słuchawkę telefonu. Aktorki Taraji P. Henson, Octavia Spencer i Janelle Monáe tak namacalnie wcielają się w bohaterki, że trudno je potem oddzielić od roli, patrząc na prawdziwe zdjęcia pracownic NASA. Mimo wszystko jednak całość filmu jest zbyt gładka, zbyt idealnie płynąca do przodu, oparta na typowym przepisie na oscarowy scenariusz w stylu chociażby polskich Bogów. Przez tę kliszowatość i idealność film traci na wiarygodności, staje się trochę zbyt miałki, zbyt masowy, nastawiony na jak najszerszą widownię.  A szkoda.


Mission: Impossible (1996)


W związku z dobrymi recenzjami nowych misji niemożliwych, Ryba zarządził oglądanie pierwszego filmu z serii. Nie wiem, czy będziemy oglądać kolejne. Nie wiem nawet, czy wypada mi się przyznać, ale z jakiegoś powodu oglądając ten film tak totalnie nie łapałam, co się dzieje i jakie są tam ciągi przyczynowo-skutkowe, że to aż wstyd. Czy też tak macie, że czasem widzicie sceny, dzieje się jakaś intensywna, wartka akcja, ważą jakieś stawki, prowadzone są jakieś poważne, enigmatyczne dialogi, a Wy połowy nie rozumiecie? No więc tak właśnie miałam: jakiś na wpół zrozumiały bullshit na ekranie. Poddaję się. Ale za to technologia została pokazana prima sort. Najbardziej polecam sceny wysyłania mejli. Czysta fantastyka naukowa.


Człowiek, który zabił Don Kichota (2018)

Terry Gilliam, reżyser nietuzinkowy i charakterystyczny, znany między innymi jako animator czy smutny, wąsaty wiking z Latającego Cyrku Monty Pythona, po dwudziestu pięciu latach doprowadził swój wyśniony, ale pechowy projekt do końca. Na ekrany kin po wielu większych i mniejszych perypetiach trafiła surrealistyczna komedia z subiektywnie pięknym Adamem Driverem zamiast Johnny'ego Deppa (całe szczęście) i bezbłędnym Jonathanem Prycem, luźno oparta o historię Cervantesa. To ćwierćwiecze walczenia o film mocno odbiło się na samej fabule, w której widać szalone połączenie kilku wizji, z których przynajmniej na początku przeważa motyw zblazowania twórców filmowych i rozlazłości Hollywoodu. Później robi się dziwniej i dziwniej, typowo dla Gilliama trudno stwierdzić, gdzie kończy się jawa, a gdzie zaczyna sen wariata. Czasem jest kliszowato (szczególnie jeśli chodzi o stereotypowe postaci kobiece), czasem dzieje się zbyt dużo na raz, a czasem zupełnie nie wiadomo, o co chodzi i do czego to wszystko zmiesza. Końcówka jednak zgrabnie zapina ten cały chaos przesłaniem, które chyba przewodziło Gilliamowi od początku pomysłu na film: że Don Kichote nigdy nie zginie, bo każdy może go w sobie odkryć. Tylko tyle i aż tyle.


FTL: Faster Than Light (2012)


Na zakończenie dodam jeszcze, że ostatnio zaczęłam sobie grać od czasu do czasu w przyjemną strategiczną grę, w której kieruje się statkiem kosmicznym. Ale nie z perspektywy pilota, a kapitana. Załogę wysyła się w konkretne miejsca, decyduje o użyciu kolejnych podzespołów, dowodzi natarciem na statki piratów i rebeliantów, wskazując miejsca uderzenia, gasi pożary i rozbudowuje statek. Rozgrywka to kwestia jednego wieczoru, podczas którego przechodzi się niedługą mapkę aż do miejsca osaczonego w całości przez rebelię. Póki co nie udało mi się wygrać, ale to podobno trudne nawet na najłatwiejszym poziomie. Polecam na rozluźnienie, bo tu bitwy kosmiczne się stopuje i myśli nad najlepszych wykorzystaniem swoich zasobów i możliwości w trakcie natarcia. A wszystko przy relaksującej, miłej dla ucha w tle muzyce.


A jak przebiegły Wasze wakacje? Jakie seriale oglądacie, jakie filmy przykuły Waszą uwagę?

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Głodno przez świat. "Dzienniki japońskie" Piotra Milewskiego


Mnie można banalnie łatwo przekonać do książki. Jest takie słowo klucz: Japonia. Widząc coś o Japonii, od razu sięgnę, obmacam i poważnie się zastanowię, czy koniecznie nie potrzebuję tego na półce. Bruczkowski, Bator, pozycja naukowa o początkach mangi i anime w Polsce – obojętne, ja to namiętnie chcę.

Tak właśnie było z pamiętnikowymi zapiskami Piotra Milewskiego, kiedy przyuważyłam je na półce w krakowskiej Bonie na moim pierwszym Silent Reading Party. I wtedy bez wahania w ramach podzięki kupiłam tę książkę, by odwdzięczyć się lokalowi za przygarnięcie mojego wydarzenia.

Teraz, gdy wreszcie miałam okazję przeczytać tę książkę, obawiam się, że jednak popełniłam błąd w ogóle się na nią decydując...

Według hasła z tyłu okładki, autor „[w]ybrał najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Japonię poznawał samotnie, bez planu, pieniędzy, jeżdżąc autostopem i śpiąc pod gołym niebem”. W praktyce oznacza to, Milewski wybrał się do Kraju Kwitnącej Wiśni niemalże bez grosza przy duszy, a dokładniej z naprawdę za małym budżetem, przez większość czasu spał i jadł gdzie popadło albo żerował na dobrej woli Japończyków. Miał kilkoro znajomych, którzy nie do końca spodziewali się, że do nich wpadnie na parę dni, trochę zarabiał, a trochę kombinował jak na Polaka przystało, żeby znaleźć darmowe jedzenie, darmowy nocleg na ławce w parku i darmową podwózkę samochodem. Aż smutno się to czasem czytało.

Groszowy turysta dziękuje, że nie wspomógł gospodarki kraju, który zwiedził wzdłuż i wszerz.

Po pierwsze, z dość dużym zaskoczeniem stwierdziłam, że mimo wydania książki w 2015 roku, lwia część podróży autora wydarzyła się w roku 1999, w tytule zamaskowanym chińskim horoskopem jako rok królika. Łatwo zatem przekalkulować, że peregrynacje japońskich wysp, o których czytałam tego lata, wydarzyły się aż dziewiętnaście lat temu. Wyobraźmy sobie, jak aktualny byłby opis Polski i Polaków z końca lat dziewięćdziesiątych czytany teraz przez potencjalnego przyszłego turystę. No właśnie.

Po drugie, trudno stwierdzić, czym ta powieść/reportaż/wspomnienia właściwie są. Nie dostajemy tu jakiejś głębszej analizy charakteru Japończyków od strony socjologicznej, ale zamiast tego zostaniemy uraczeni dokładnym spisem, na której trasie kto podwoził polskiego autostopowicza i jak się przy tym zachowywał, na przykład czy zaprosił na nocleg albo ofiarował się nakarmić beztroskiego podróżnika bez dachu nad głową i kromki chleba w plecaku. Nie dowiadujemy się dużo o historii czy zabytkach, bo kolejne zwiedzane przez autora miejsca trochę się mieszają w pamięci, a przez te z grubsza proste, przewodnikowe opisy okraszone lekko poetyckimi spostrzeżeniami przebijają się głównie kolejne poszukiwania dogodnej ławki do rozwinięcia śpiwora, takiej niezajętej na noc przez bezdomnego, albo tęskne spoglądanie na bramki wejściowe do jakiegoś zamku czy muzeum, bo rzecz jasna na bilet już autora stać nie było. Jeśli chodzi o element powieściowo-pamiętnikarski, tutaj rozłazi się książka kompletnie, bo ani nie ma jakiejś sensownej fabuły, ani struktury, do niczego nie dąży i niewiele daje.

Początkowy opis tułania się po Tokio na piechotę, mieszkając za darmo w wynajmowanym od pewnej biednej wdowy mieszkanku bez klimatyzacji i ciepłej wody, to obietnica spójnej narracji. Autor krąży od dzielnicy do dzielnicy, wgryzając się w tokijską duszę i geografię, odkrywa powtarzalność pewnych struktur, zaprzyjaźnia się z lokalnymi, odwiedza łaźnię i nawiązuje współpracę ze szkołą angielskiego, daje korki młodej Japonce. Opowiada też o warunkach życia, standardach, typowych oczekiwaniach mieszkaniowych napływających z różnych części Japonii ludziach. Ten tokijski epizod i późniejsza chwila zastanowienia w Hiroszimie to chyba najlepsze momenty tych zapisków.


Potem robi się najzwyczajniej nudno. Czasem również żenująco, gdy autor przyznaje się do odczuwanego non-stop głodu, opowiada o nakrywających go o siódmej rano na ławce w parku sprzątających emerytach, wzdycha do na wpół obnażonych ud wyżymającej sukienkę z deszczu nastolatki czy ucieka z miejsca, gdzie przechadzają się ponętne młode kobiety, bo za bardzo ściska go chuć, a nie, przepraszam, „samotność”.

Żeby jakoś zapanować nad kolejnymi miastami, zabytkami i autostradami, można próbować śledzić drogę autora na załączonej na początku książki mapce. Szkoda, że nie można było dołączyć więcej zdjęć z kolejnych chramów, zameczków i świątyń obrazując kolejne etapy gęstej, pospiesznej podróży autostopem, a zamiast tego czytelnik musi zadowolić się w większości wyglądającymi jak stockowe zdjęciami głównie miejskich widoczków i paroma facjatami przyjaciół z podróży. Na dodatek sekcje ze zdjęciami są tylko dwie, w osobnych pliczkach błyszczącego papieru, w oderwaniu do narracji, przez co trudno je przypisać do konkretnych etapów podróży.

Najbardziej kuriozalne jest dla mnie dołączenie całkowicie niepotrzebnego, dopisanego na doczepkę roku konia (czyli 2002). Tuż pod koniec książki nagle przygoda się urywa, autor kończy zapiski i wraca do Polski. A tu znienacka dodatkowa krótka, autostopowa przygoda na północ wyspy Honsiu, by urwać się nagle tuż przy promie na Hokkaido, gdzie ponoć czekali na autora przyszli teściowie. Ni przypiął, ni wypiął, bo na przykład dowiadujemy się o niezwykle oddanym, pędzącym na złamanie karku kierowcy, próbującym za wszelką cenę dowieźć Milewskiego na prom o konkretnej godzinie, a nigdy nie dowiadujemy się, jakie są stawki ani jak ta podróż do rodziców narzeczonej się skończyła.

To stylistycznie, strukturalnie i fabularnie nierówna książka, która tak rozłazi się na boki, że trudno ją zdefiniować. Zapiski bardziej skupiają się na fizycznych przeżyciach autora, o których niekoniecznie chcemy słuchać, a cała reszta jest mało ciekawa, pobieżna, rzadko porywająca, a częściej krępująca. Jeśli kogoś ciągnie do surowych przeżyć ekstremalnej podróży, są lepsze książki, jak chociażby Dzika droga Cheryl Strayed. Szczerze mówiąc, nic mi ta lektura nie dała i chyba więcej bym zyskała, czytając jakiś zwykły przewodnik po Japonii...



Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia 

Piotr Milewski

Znak Literanova, 2015
384 strony
Odczucia: ★★/★★★★★



środa, 22 sierpnia 2018

W (czuły) punkt. "Cmętarz zwieżąt" Stephena Kinga


King w oryginale to w ogóle inna półka.

Inaczej się go czyta, inaczej trawi. To już trzeci, jakiego czytam po angielsku, zaraz po Tym (recenzowany tutaj) oraz pierwszym tomie Mrocznej Wieży (pisałam o nim tu). Do króla amerykańskiej grozy zawsze miałam taki zarzut, że jego proza szalenie męczy przez ten do bólu amerykański, specyficzny język, który kłuje w oczy nawet przez polskie tłumaczenie. A może bardziej: szczególne przez polskie tłumaczenie. Teraz, kiedy czytam po angielsku, King jest w domu ze swoim stylem, przekleństwami, lokalnymi manierami w dialogach, tą niewygodną w polskich ustach gadką jak z lektora na Polsacie. I teraz wreszcie mogę odetchnąć z ulgą, nie potrzebowałabym nawet tych wcześniej obowiązkowych przerw między jedną jego książką a kolejną.

Dla samego pisarza Cmętarz zwieżąt, jak sam przyznaje we wstępie do książki, to najbardziej przerażająca powieść. Jest tak z powodów zdecydowanie osobistych, pomysł na dużą część fabuły bowiem został zaczerpnięty prosto z życia Kinga. Kiedyś sam się przeprowadził, jak bohater książki, w pobliże śmiercionośnej drogi, którą pędziły potężne ciężarówki, gdzie ginęło dużo zwierząt. Zginął na niej najukochańszy kot jego córki, a pochowali go na pobliskim cmentarzysku podpisanym ręką dziecka, z błędami. Pisarz na własne oczy widział autentyczne groby zwierzęcych pupili z nagrobkami wykonanymi przez dzieciaki. I przeżył moment prawdziwej grozy, gdy jego dwuletni synek postanowił znienacka puścić się biegiem w stronę niebezpiecznej drogi. King złapał go w ostatniej chwili i przysięga, że słyszał już nadciągającą ciężarówkę. Te wszystkie motywy, które znalazły się w powieści, ocierały się zbyt blisko o sprawy bliskie sercu. Wyrażały najskrytsze lęki o rodzinę, zadawały niewypowiedziane pytania, rozważały kwestie, o których bojący się Boga człowiek nigdy nie powinien pomyśleć.

King po napisaniu tej książki tak się przestraszył, że schował ją do szuflady i nie chciał jej nigdy w życiu wydawać.

Całe szczęście jego żona popchnęła go do tego, żeby jednak przekazać wydawnictwu, któremu i tak był winny jeszcze jeden maszynopis po zakończeniu współpracy, te spisane czarno na białym największe lęki Kinga z tamtego okresu.


Przez tę prawdziwość powieści jej groza jest tym bardziej przejmująca. Co z tego, że przez dłuższy czas na początku powieści tak naprawdę nic niezwykłego się nie dzieje. Co z tego, że szybki umysł czytelnika skacze do głównych wydarzeń zdecydowanie szybciej, niż wolno rozwijająca się fabuła. Cegiełki wiążące głównego bohatera ze śmiercią, z tajemnicami mieściny, do której się przeprowadził, z historiami strzeżonymi przez przemiłego, starszego sąsiada z naprzeciwka układane się starannie, z wprawą. I w miarę czytania nagle orientujemy się, że jesteśmy w środku zbudowanej z tych wytrwale stawianych cegiełek katakumby, a przerażające pytania przemykające wcześniej gdzieś z tyłu głowy są rzucane wprost w nas. A my się dusimy z niepokoju i trwogi opętanego paranoją mózgu. Szukamy żywej, ciepłej ręki najbliższej osoby. Wypatrujemy z lekką paniką naszego kota o zagadkowym spojrzeniu.

Pomijając motywy indiańskich wierzeń, nadnaturalnych stworzeń i bytów, wskrzeszania martwych i przenikania złośliwych demonów do świata żywych, ta powieść przede wszystkim opiera się na najbardziej podstawowym, najbardziej dotkliwym lęku każdego człowieka: śmierci. I to nawet nie własnej śmierci, a śmierci bliskich. Nieodwracalnej, przytłaczającej, trudnej do pogodzenia śmierci, o której strach nawet myśleć.

King spisał jednak nie tylko te wszystkie okropne myśli, ale poszedł też o krok dalej i zadał pytanie: a co, jeśli? Jeśli faktycznie się tak stanie? Jak się zachowam? Co byłbym w stanie zrobić? Czy popisałbym cyrograf z diabłem? Czy zaprzedałbym własną duszę, by temu zapobiec, by to odwrócić?

Jestem naprawdę zadowolona z tej książki. Jak ostatnio czytane To i Rewolwerowiec mnie rozczarowały (To wręcz wnerwiło i  obrzydziło), tak Pet Sematary to King, jakiego chcę czytać. To King, jakiego pamiętam z Lśnienia, Carrie, Miasteczka Salem i Misery. Bez przekombinowania, w punkt. Dokładniej: w czuły punkt.


Podziękowania dla *khem khem* mojego męża *khem khem* za trafiony prezent!

Pet Sematary

Stephen King

Hodder & Stoughton, 2011
465 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


niedziela, 19 sierpnia 2018

Z powrotem w pociągu do Hogwartu. Ilustrowany "Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K. Rowling


Ponad dwadzieścia lat od pierwszego wydania powieści w oryginale, zanurzam się w świat magii po raz kolejny. Proza Rowling daje się odczuć niczym w wygodny, rozchodzony but. Czuję się jak w domu, ale wszystko jest trochę inne. Krótsze. Bardziej brytyjskie. Inaczej rozmieszczone. Rozmarzone zachwycającymi ilustracjami, ale i wybijające z rytmu pytaniami natury praktycznej.

Już wiele razy dałam się poznać jako fanka Harry'ego, którą nostalgia czasami zaślepia. Ale nigdy dotychczas na blogu nie opowiadałam o jednym z największych obok Tolkiena przeżyć czytelniczych mojego wczesnego nastolęctwa. Wspominałam o tym na Facebooku w dniu dwudziestej rocznicy wydania książki, ale chyba czas na pełniejszą historię. 

Pierwszy tom przyniosła mi mama z biblioteki, w piątek, mówiąc, że to podobno modne ostatnio wśród dzieciarni. Byłam chora, leżałam w łóżku rozpalona gorączką. Książkę udało mi się jednak pochłonąć w ciągu kilku godzin. Przeniesiona bujną fantazją prosto do Hogwartu, spędziłam noc rozpamiętując powieść w malignie, wyobrażając sobie siebie jako rasową Mary Sue w samym środku wydarzeń, zaprzyjaźniając się w pociągu z Harrym, Ronem i Hermioną, ucierając nosa Draco, przejmując część heroicznych czynów z najeżonej trudnościami końcówce. Wszystko było zbyt realne, zbyt podniecające, zbyt fantastyczne. 


Następnego dnia, w sobotę, błagałam mamę, żeby poszła dla mnie do księgarni i kupiła drugi tom. Prawie płakałam, tak bardzo chciałam czytać dalej. Ale mama nie miała czasu ani pieniędzy, żeby wydawać je na czytelnicze zachcianki. Zresztą, w poniedziałek mogła wstąpić bez problemu do biblioteki i przynieść dla mnie drugi tom.

Ledwie wytrzymałam te dwa dni.

Potem nie było już tak łatwo. To była skomplikowana relacja, Harry bowiem był na ustach wielu jako dzieło szatana, zachęcające do okultyzmu i ciemnych sztuczek niewinne dziatki. Babcia zobaczyła kiedyś Pollyannę Eleanor H. Porter, którą dostałam w prezencie na urodziny i zaczęła histeryzować, że to Potter i mam się natychmiast pozbyć tej książki. Dostałam oficjalny zakaz posiadania książek Rowling. W ten sposób aż do niedawna nigdy nie miałam swojego własnego Harry'ego na półce. 

Co ciekawe jednak, mogłam Harry'ego pożyczać i czytać, mogłam chodzić do kina na ekranizacje i trzymać w pokoju plakaty filmowe. Ten przedziwny kompromis został ukuty przez mamę, która sama przeczytała pierwszy tom, nie zobaczyła w nim niczego diabelskiego, ale wskazała, co jej się nie podoba: że Harry jest egocentryczny; że gloryfikuje się łamanie reguł szkolnych; że Harry zawsze wie lepiej i ma gdzieś autorytety; że nikt nie mówi o duchowości, religii, nikt nie miałby nawet sposobności pójść do kościoła; uczniowie nie wychodzą na zewnątrz, nie wiedzą, co się dzieje na świecie, nie uczą się matematyki, fizyki, mugolskiej historii i całej reszty przecież użytecznych rzeczy, zamiast tego pozostając w beztroskiej ignorancji. Rozumiałam i wciąż rozumiem te argumenty, są słuszne. Rowling pewnych tematów nie dotyka, zamiast tego skupiając się na magicznej mrzonce. 


Nie wystawałam więc w stroju wiedźmy przed drzwiami księgarni, czekając na premierę kolejnego tomu o północy. Zamiast tego czekałam, aż moja najlepsza przyjaciółka zza płotu skończy czytać swój nowiutki egzemplarz, a potem mogłam pożyczyć i sama przeczytać. Emocjonowałyśmy się obie na równi, a jej książki stały się punktem wyjściowym do naszych twórczych dyskusji i komentarzy do lektury. Pisałyśmy po tych tomach ołówkiem. Wpisywałyśmy datę za każdym razem, gdy czytałyśmy po raz kolejny. Rysowałyśmy miniaturowe komiksy albo wyobrażenia niektórych scen, żarciki słowne. Hagrida z rękami z prawdziwych śmietnikowych klap. Voldemorta za kubłem śmieci. Dopisywałyśmy przemyślenia, pytania, nieścisłości, głupkowate komentarze. W niektórych miejscach tworzyła się lista dyskusyjna z całymi dialogami rozszerzanymi z każdym nowym czytaniem. 

Ostatnie tomy czytałam zazwyczaj siedząc przy łóżku, na kolanach na podłodze, obgryzając paznokcie, zapominając o włączeniu światła, gdy za oknem zapadał zmierzch.

Z czasem wpadłyśmy z koleżankami na fajną zabawę w kalambury z Harry'ego. Brałyśmy zamkniętą książkę do ręki i jedna przejeżdżała palcem po brzegach kartek, a druga mówiła stop; wybrane w ten sposób losowe sceny pokazywałyśmy na migi. Znałyśmy te książki na pamięć, a z czasem wytworzyłyśmy migowy język pokazujący szybko kolejne postaci: Harry to błyskawica na czole, Hermiona to burza włosów, Ron to piegi. Potem zaczęłyśmy nawet rysować komiks o Harrze Patter, bardzo prymitywny pod względem żartów i kreski, ale wspólny i pamiętny. Do tej pory słyszę w głowie moją udającą matkę Harry'ego koleżankę: „Tylko nie Hari!” Miałyśmy z tego kupę śmiechu.


W liceum fascynacja Harrym wróciła, ale w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Zaczęłam się zaczytywać w fanfiction, po polsku i po angielsku, ucząc się przy okazji naprawdę wielu nowych słów. Do tej pory z rozrzewnieniem wspominam forum Mirriel, przestrzegające zasad żelazną ręką, bezlitosne wobec grafomanii, ale oblewające miłością i zachwytami tych piszących naprawdę dobrze. Trochę wtedy tłumaczyłam, trochę pisałam, dużo czytałam. Między innymi Harry mi pomógł świetnie zdać maturę i trafić na anglistykę. Zaszczepił też we mnie brytofilię. I choć epilog całej sagi na końcu ostatniego tomu brzmiał jak bardzo nieprzyjemny zgrzyt, to tysiące fantazji i marzeń, pięknych snów i pragnień, które wywołał ten magiczny świat i niezapomniani bohaterowie tkwią we mnie głęboko, ciesząc każdym wspomnieniem.

A z czasem uświadomiłam sobie, że wcale bym nie pasowała do Gryffindoru czy Slytherinu. Tiara przydziału na pewno by mnie wysłała tam, gdzie moje miejsce: do Ravenclaw. 

Czytanie pierwszego tomu Harry'ego po wielu, wielu latach to było kolejne niesamowite przeżycie. Z jednej strony fala nostalgii zalewała mi oczy mgiełką, z drugiej absolutnie zachwycające ilustracje Jima Kaya kazały zatrzymywać się na każdej stronie odrobinę zbyt długo. To taka radość mieć to wydanie na półce, choć ciężko mi wyobrazić sobie kolejne, opasłe przecież tomy w podobnym, nieporęcznym i ciężkim formacie.

Trudno jednak nie zauważyć na wstępie, jak bardzo jest to książka dla dzieci. Prosta, naiwna, z wartką akcją i szybkimi dialogami, bez zagłębiania się w szczegóły i roztrząsania pewnych problemów. Pierwszy tom brzmi trochę jak baśń pisana z charakterem i humorem. Rozdział o wujostwie Harry'ego to klasyczny opis okrutnego traktowania pasierbów przez macochy z klechd domowych. Trudno jednak zrozumieć, jak nikt się nie zainteresował, nie wezwał służb, że jedno z dwójki dzieci jest wychudzone, zaniedbane i mieszka w komórce pod schodami. Hogwart sam w sobie jest szalenie niebezpiecznym miejscem, z nagle przesuwającymi się schodami, siejącym chaos poltergeistem, zdradzieckimi zakamarkami i zdradliwą magią. Aż dziwne, że nikt tam co roku nie ginie z tych pierwszorocznych. No i jeszcze kwestia znęcającego się nad uczniami profesora od eliksirów... Któż chciałby wysłać swoje jedenastoletnie dziecko do takiej szkoły z internatem?


Harry natomiast ma w sobie naprawdę ogromny potencjał na Gary'ego Sue. Wszystko mu niemal wychodzi od pierwszego razu, lata na miotle jak natchniony i dla niego jedynego McGonagall robi wyjątek, jeśli chodzi o drużynę. Dostaje pelerynę niewidkę, która pozwala mu biegać po zamku  w nocy i łamać jeszcze więcej zasad. Ludzie go uwielbiają, ściskają ręce na ulicy, płacząc ze wzruszenia, bo jest sławny. Przygody same się za niego rozwiązują. Ale szczerze mówiąc, sam w sobie jest mocno nieciekawą postacią.

Końcówka zaś, trzymająca w napięciu i ciekawa, jest tak brawurowa, że aż się prosi o ekranizację, jakby ją pisano pod film. Mnie natomiast wkurza, jak źle prowadzona jest ta szkoła, jak słabo ukrywane są sekrety, jakie mizerne są w niej zabezpieczenia, skoro trójka pierwszorocznych przeszła przez każde wyzwanie. No i to, że nikt Harry'emu nie wierzy, więc sam bierze sprawę w swoje ręce, zaczyna jego małą paranoję, która będzie się pogłębiać w kolejnych tomach. Strach przed wtajemniczeniem dorosłych w swoje poważne podejrzenia zawsze mnie w Harrym irytował.

Ale to wszystko, co kiedyś tak bardzo porywało, wciąż tu jest. Fantastyczny humor, jeszcze lepszy w oryginale, ciepło bijące od bohaterów, niepowtarzalne miejsca i postacie, skrzące się od żartów, lekkie i autentyczne dialogi, autentyczna magia tworzona słowami.

Ja moim dzieciom Harry'ego zabraniać nie będę. Bardzo chętnie jednak będę dyskutować o wszystkim, co można i czego nie można w nim znaleźć.

A jaka była Wasza historia z Harrym?


Harry Potter and the Philosopher's Stone

J.K. Rowling

Bloomsbury, 2015
Ilustracje: Jim Kay
256 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


czwartek, 16 sierpnia 2018

Simonów dwóch. "Nie poddawaj się" Rainbow Rowell i "Simon oraz inni homo sapiens" Becky Albertalli


Niestety, moje uroczyste przysięganie, że knuję nową notkę w weekend, nie dało należytych rezultatów. Ślubno-wakacyjny wir wciągnął mnie na tyle, że trudno było się dostosować z powrotem do pracy, a co dopiero prowadzenia bloga. Po ponad miesiącu ciszy powracam jednak z zapasem świeżych sił i chęci, a na dodatek z podwójną porcją recenzencką!

Pierwszy z Simonów, o których będzie mowa, to Simon Snow. Z tych dwóch Simonów bliższy memu sercu, bo bardziej zachwycił, bardziej osobiście przemówił, choć obaj zapewnili solidną dawkę fantastycznych czytelniczych emocji.

Dla tych, którzy nie znają albo nie pamiętają, krótkie przypomnienie: autorka Carry On, Rainbow Rowell, napisała kilka powieść dla nastolatków, z których o dość neutralnej Eleanor i Park mogliście u mnie przeczytać tutaj, a o drugiej, znacznie bardziej specyficznej Fangirl, tutaj. Fangirl to małe objawienie, chyba pierwsza poważniejsza powieść, która podbiła szturmem rynek, tycząca historii dziewczyny piszącej fan fiction. I to z franczyzy niepokojąco podobnej do Harry'ego Pottera. Ta niszowa tematyka długo nie czekała na mały boom young adultów na temat dziewczyn-geeków, jednak póki co Fangirl to dla mnie osobna półka, tuż obok Greena. A Carry On wzięło się stąd, że tak właśnie nazywała się fanowska powieść, którą pisała Magicath w Fangirl.

Kto nie zna Fangirl, będzie postrzegał Nie poddawaj się za jakąś dziwną wariację na temat sagi Rowling z domieszką Zmierzchu (bo przecie przystojny wampir!) i osobliwą, słodziaśną gejozą. Tymczasem dla fanów Fangirl to przedłużenie poprzedniej powieści, w której między fabułą o siostrach bliźniaczkach o przeciwstawnych charakterach próbujących oswoić samodzielność w college'u pojawiają się fragmenty fanficka pisanego przez Magicath. Te urywki były swoistą zabawą dla wtajemniczonych, satyrą na Harry'ego i grą z piszącymi swoje utwory fanami. I właśnie to jest wspaniałe w Carry On, że Rowell wypływa na szerokie wody gry literackiej niższych lotów, pisząc przede wszystkim dla czytelników fandomowych, ale jednocześnie wychodząc poza szarą strefę fan ficka. Nie ona pierwsza, na naszym domowym poletku chociażby Ewa Białołęcka wydała swoje utwory o Hogwarcie pod różową przykrywką okładki Róży z Selerbergu.

Simon Snow, czarodziej pokroju Harry'ego, zaczyna ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Występny i na wskroś zły Szarobur znowu postawi kolejny krok, próbując zagrozić życiu Simona i całego magicznego światka. Osobisty mentor i dyrektor szkoły, wielki Mag, nie ma dla Simona czasu. Dziewczyna się oddaliła, milczy na temat drażliwego wydarzenia sprzed wakacji. A obsesja na punkcie Baza (taki Draco połączony ze Snapem), mrocznego współlokatora Simona, sięga niebezpiecznych wyżyn paranoi. Nic czego nie znamy z Harry'ego.

Tymczasem jednak powieść, wykorzystując ulubione motywy snujących swoje fantazje o Hogwarcie dziewcząt na całym świecie, na bazie tych dość topornie ciosanych pomysłów, tworzy własny świat (razem z mapą), zniuansowanego czarnego bohatera, który okazuje się czymś zupełnie innym, niż ktokolwiek by oczekiwał, bardzo ludzkie i chaotyczne walki rodzin magicznych, przepychanki polityczne i zgrzyty rasowe, których Rowling bała się dotykać. A na koniec zwieńcza to typowym slashowym romansem, pięknie napisanym, aż motylki się miotają w brzuchu podczas pisania. Ciężko się oderwać, choć są miejsca pisane słabiej, w szczególności przy niepotrzebnych, czasem tendencyjnych zmianach perspektyw.

To nie jest jakieś wiekopomne dzieło i Ci, którzy nie są w temacie, raczej nie będą zainteresowani. Ale dla wtajemniczonych... to kamień milowy. Wspaniała uczta. Święty Graal.

Carry On

Rainbow Rowell

St. Martin's Press, 2017
522 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★





Drugi Simon jest równie uroczy, interpretowany po angielsku trochę mechanicznym, a trochę zmanierowanym głosem Michaela Croucha. Z czasem do lektora idzie się przyzwyczaić, a nawet odkryć, że darzy się go ciepłymi uczuciami. 

Simon i inni homo sapiens ucierpieli w tłumaczeniu, bo „homoseksualna agenda” to frazes na tyle zbanalizowany, że stał się hasłem w bezlitosnym Cards Aganst Humanity, a tytuł oryginalny książki to właśnie beztroska zabawa tymże frazesem. Becky Albertalli jak na debiut napisała świetną młodzieżówkę, lekką, a jednak poruszającą drażliwe tematy (choć bez większych dramatów), wykorzystując ograne motywy pączkującego przez mejle uczucia dwóch nieznajomych. W pierwszych zdaniach powieści dowiadujemy się, że główny bohater został dość niezdarnie zaszantażowany przez kolegę. Jeśli nie pomoże mu zbliżyć się do swojej koleżanki, w której Martin się buja, gość roztrąbi na całą szkołę, że Simon jest gejem. A jeszcze nikt, absolutnie nikt z otoczenia Simona o tym nie wie. I publiczne przyznanie swojej orientacji seksualnej rodzinie, najbliższym i dalszym znajomym to nie jest decyzja, którą można oddać jakiemuś byle matołkowi ze szkoły.
 
Simon musi dorosnąć na tyle, by móc wziąć na swoje barki odpowiedzialność coming-outu, nauczyć się żyć i zwalczać nietolerancję i ignorancję, a także zrozumieć, że nie jest pępkiem świata i uruchomić empatię wobec przyjaciół. Jest zabawnie, jest uroczo, a przede wszystkim jest słodziutko od przekonująco rozpisanych, podszytych młodzieńczym pożądaniem mejli między Simonem a tajemniczym nieznajomym. Rodzina Simona może i zbyt szybko i dobrodusznie przyjmuje z takim niepokojem tajoną wieść, a przyjaciele okazują się dojrzałymi, rozumnymi i kochającymi ludźmi, przez co obywa się bez większych scen, nienawiści i agresji, jednak aż miło czyta się o tych wszystkich ludziach, bohaterach zarysowanych jednocześnie realistycznie i sympatycznie.

Znowuż jednak mamy tu romans gejowski pisany ręką kobiety, a co za tym idzie, to raczej kobieca fantazja, bańka mydlana z marzeniem o mądrym, wrażliwym, popełniającym błędy, ale ostatecznie odnajdującym swoją drogę i miłość chłopaku. Co prawda iluzja literacka zmusza nas do przyznania, jak ludzka i realistyczna jest ta książka przez gromadę fajnych postaci i naładowane energią, przekonujące dialogi, jednak nie można zapominać, że to nie jest żaden głos pokolenia, a pisana ręką początkującej pisarki przyjemna powieść young adult.

Od której jednak, co tu dużo mówić, podczas czytania robi się ciepło na sercu. A ja wciąż nie obejrzałam filmu!
 

Simon vs. the Homo Sapiens Agenda

Becky Albertalli

HarperCollins, 2015
audiobook czytał Michael Crouch
6 godzin 45 minut
Odczucia: ★★★★/★★★★★


Powiedzcie mi zatem, jak to jest, że dwie pisarki młodzieżowe z Ameryki zdecydowały się na gejowskie romanse z chłopakiem o imieniu Simon w roli głównej?

środa, 11 lipca 2018

Wszystko, co jest nie tak z „Małym życiem” Hanyi Yanagihary w 9 punktach



Odnosząc się do wymieniającego wady filmów kanału na YouTubie CinemaSins, postaram się spisać wszystko, co uważam za mankament sensacji wydawniczej, imponująco rozdmuchanego w Polsce amerykańskiego bestsellera Hanyi Yanagihary „Małe życie”, który został nominowany do anglojęzycznego Bookera i według niektórych recenzji „przywraca wiarę w moc literatury”.


Dzyń!


Streszczenia! Wszystkie recenzje próbujące opisać tę książkę wprowadzają w błąd opisem czwórki przyjaciół w Nowym Jorku. Ale to nie kolejna komedyjka, w której znajomi z uczelni mają perypetie w codziennym życiu i próbują osiągnąć sukces w rytm: „I’ll be there for you” zespołu The Rembrandts. To wbijająca się prosto w serce monumentalna drzazga, która zostawia po sobie głęboką traumę, nie dając nic w zamian.

Dzyń!


Forma! Dobry redaktor usiadłby z autorką i według mnie mógłby wyciąć bez żadnej szkody z tej książki jakiąś jedną trzecią słownej waty. Ta książka jest męcząco długa i zawiera zdecydowanie zbyt wiele zbędnych opisów i wątków. Co więcej, taki redaktor może podpowiedziałby, jak naprawić zaburzone proporcje całości: pierwsze sto stron przedstawia czterech bohaterów, z których dwóch w dalszym ciągu znika gdzieś w scenerii i poświeca się im minimalną ilość uwagi (Malcolm i J.B.), podczas gdy znikąd i bez zagruntowania pojawiają się nowi (chociażby Andy), ważniejsi dla fabuły. Do tego można by wykreślić irytującą ilość powtarzanego raz po raz słowa „przepraszam”.

Dzyń!


Język! Prawie cała narracja „Małego życia” prowadzona jest monotonnym, beznamiętnym głosem trzecioosobowego narratora wszechwiedzącego (pomijając kilka dezorientujących i zbędnych zabiegów w postaci wyznań jednego z bohaterów po zakończeniu głównych wydarzeń). Może i ten denerwujący, nudny ton nie równa się nudzie pamiętnika subiekta z „Lalki”, ale wciąż mógłby być żywszy, ciekawszy. Jeśli chodzi zaś o dialogi, bardzo często pobrzmiewa w nich drętwy schematyzm, te same, wyświechtane frazy powtarzane po tysiąckroć w serialach, filmach i książkach. Ogólnie warstwa językowa była męcząca, a łącząc to z watą słowną, duża część pierwszej połowy książki płynęła jak powolna, mulista rzeka.


Dzyń!


Ekstrema! Yanagihara zażyczyła sobie, by na okładce oryginalnego wydania „Małego życia” pojawiła się fotografia autorstwa zmarłego podczas amerykańskiej fali AIDS z lat osiemdziesiątych Petera Hujara, przedstawiająca twarz twarz mężczyzny podczas masturbacji. Można pomyśleć, że to z powodu analizowania różnych aspektów męskości (pojawia się tylko jedna ważniejsza postać kobieca, Julia). Według mnie jednak dodatkowo chodzi jeszcze o dwie strony medalu: ekstremalny sukces i uczucie, a także ekstremalne cierpienie. Jedno i drugie może się kryć za obliczem wykrzywionego mężczyzny z okładki, przyjemność i ból. Jedno i drugie przejawia się w powieści.

Wszyscy bohaterowie z wiekiem osiągają bajeczny szczyt ich możliwości: początkujący aktor trafia na bilbordy jako hollywoodzka gwiazda, biedny jak mysz kościelna student prawa wygrywa procesy w prestiżowej kancelarii, tworzący słabe konstrukcje z włosów artysta zostaje poważanym malarzem dzięki swoim portretom tych samych osób z jego otoczenia, klejący miniatury domów marzyciel staje się wziętym architektem, sierota zostaje adoptowany przez bogatą parę profesorską jako dorosły mężczyzna. Przyglądając się miłości, jaką się darzą bohaterowie, przebaczenia, jakie muszą sobie dawać, poświęcenia, z jakim się traktują – te uczucia również są tytaniczne, perfekcyjne, boskie. Mało tu miejsca na zwątpienie, odrzucenie, ludzkie słabości. Każdy z tych przypadków, olbrzymie pieniądze, kariera, przywiązanie i oddanie bliskich, jakimi karmi bohaterów koło fortuny zawsze przekręcone na ich korzyść, jest nierealistyczny, zbyt idealny.

Tak samo wygląda kwestia bólu i cierpienia; jedno i drugie doświadcza głównego bohatera bez litości, do przesady, jak tani, przesadzony melodramat. Ledwie dowiadujemy się jednego okropnego doświadczenia z dzieciństwa, już goni za nim kolejne, jeszcze straszniejsze. Z czasem dowiadujemy się, jak od jednego pedofila bohater trafiał na następnego, jak zapadał na kolejne choroby weneryczne, jak jego ciało znosiło baty, gwałty, wychłodzenie, przemęczenie. Brniemy przez długie opisy nienawiści do samego siebie, samookaleczenia, głodzenia, zaprzeczenia na każdym poziomie; zbliżenia na żyletkę tnącą ciało, gnijące rany, zapalenia kości, zakażenia, odmawiające pracy nogi. Yanagihara chciała pokazać człowieka, któremu nigdy się nie polepsza, który, przepełniony wstrętem do samego siebie i nigdy nieleczoną traumą, nieustannie przechodzi na coraz wyższe poziomy męczeństwa niczym chrześcijański święty, z tą różnicą, że zmierza ku autodestrukcji zamiast zbawienia. Czytając to wszystko, czułam się fizycznie niedobrze, miałam mdłości, długo odchorowywałam też psychicznie po tym, co przytrafiło się bohaterowi w dzieciństwie. Aż przypomniała mi się druga dobra książka, która dla mnie przesadziła z sadyzmem: „Pianistka” Elfride Jelinek, jednak z tej dwójki to „Yanagihara ociera się o tanie szokowanie.

Dzyń!


Powieść gejowska! Niektórzy twierdzą, że Yanagihara kierowała się wytycznymi gejowskiej estetyki przesady, martyrologii usankcjonowanej przez twórzość dotyczącą społeczności homoseksualnej. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej bohaterom, trzech jest heteroseksualnych, jeden biseksualny, trzeci aseksualny. I tylko jeden otwarcie przyznaje się do homoseksualizmu. W dodatku najważniejsza relacja w książce to nie typowa miłość romantyczna, a przyjaźń tak głęboka i bezinteresowna, że przechodząca w agape, będąca w stanie zrezygnować z erosa. Orientacja seksualna w ogóle jest tu na dalszym planie, zupełnie nieważna, ważniejsze jest to, jak się czuje wobec tej jednej konkretnej osoby. Według mnie „Małe życie” to nie powieść gejowska, choć niewątpliwie może być bardziej celebrowana przez homoseksualistów, a powieść o innym rodzaju przyjaźni niż ten w stylu „Przyjaciół” czy „Seksu w wielkim mieście”, o przyjaźni będącej alternatywnym stylem życia do małżeństwa.

Dzyń!


Momenty, gdy w książce przewijają się nawiązania do tytułu, przyprawiają o dreszcze swoją depresyjną naturą. Bohater, będąc nieletnią męską prostytutką, jest zachęcany, by pokazać swoim klientom „trochę życia” („a little life”). Nie może nic poradzić, tylko potem prowadzić swoje „małe życie”. Brrr.


Dzyń!


Ofiara! Główny bohater cierpi. Czuje się niegodny. Odmawia pomocy. Zamyka się w sobie. Pokazany jest jako ofiara, jak ktoś, kto nie ma na tyle kontroli nad swoim życiem, by odwrócić swój straceńczy los, swoje naznaczone przez autorkę fatum. Czytelnik powoli gotuje się z wściekłości na upartość, bezmyślność, bezwolność głównego bohatera, pokazanego w roli ofiary wszystkiego, co w życiu go doświadczyło. Ale choć udało mu się osiągnąć w życiu sukces, wydaje się, że jednak wszystko mu się przydarza, choć tak mocno pracuje i się stara, zaciska zęby i próbuje przetrwać albo trzyma żyletkę i się tnie, wciąż to jemu się przydarza, a nie on coś sprawia.

Dzyń!


Katharsis! Po tak gigantycznej ilości katastrof, jakie dotykają głównego bohatera, po tym całym cierpieniu, nakładanym nieubłaganie jak w greckiej tragedii, ja nie czuję żadnej ulgi. Jedynie pustkę, smutek, żal, złość. Chcę tę książkę komuś oddać. Nie mam ochoty trzymać jej na półce.

Dzyń!


Reklama! Yanagihara nigdy nawet w Polsce nie była, jednak intensywna kampania marketingowa, stała obecność w mediach i zachwycone peany pochwalne wielu blogerów doprowadziły do tego, że powieść sprzedała się w naszym kraju w 146 tysiącach egzemplarzy, podczas gdy w Ameryce tylko w 90 tysiącach (źródło). Na Lubimy Czytać czytelnicy wybrali ją na książkę roku w kategorii literatura piękna, popierając tym samym opinie krytyków z magazynu Książki, którzy umieścili „Małe życie” wśród najlepszych książek 2016 roku; podobnie na liście bestsellerów Empiku powieść wytrwale trzymała się w pierwszej dziesiątce. To wynik niesamowity, wręcz fenomenalny, szczególnie że to grubaśne, ciężkie do wchłonięcia i przetrawienia tomiszcze traktujące o tematach odległych lub źle widzianych nad Wisłą: o Nowym Jorku, spełnieniu amerykańskiego snu, bezpretensjonalnie poruszające temat różnych orientacji seksualnych i stylów życia. Przede wszystkim zaś opisujące strona po stronie przemyślne, bolesne tortury, jakim poddaje autorka swojego głównego bohatera, za co po kilkuset stronach ma się ochotę rzucić powieść w kąt i nigdy do niego nie wracać. Nie wolno jednak zapominać, że nachalną reklamę i szum medialny zapewnił Empik, który kilka lat temu kupił wydawnictwo W.A.B., a z kolei to ta instytucja zajmowała się wprowadzeniem książki na nasz rynek. Kampania promocyjna była na tyle głośna, że w pewnym momencie strach było otworzyć lodówkę, by tam nie natknąć się na „Małe życie”. Znam przynajmniej jedną osobę, która je kupiła i postawiła na półce, ale z powodu gabarytów do tej pory nie nabrała ochoty wreszcie się za nie zabrać. Jak wiele nieprzeczytanych egzemplarzy tej książki można znaleźć w polskich domach, kupionych na fali popularności i tkwiących na regale jak wyrzut sumienia?


Naliczanie zakończone. To wszystko.

Nie chcę Was jednak zostawić z poczuciem, że uważam „Małe życie” za książkę, w której widzę tylko i wyłącznie wady. To poruszająca, totalna, konsekwentna i przygniatająca wizja, wobec której trudno przejść obojętnie. Jedni ją kochają, inni pozostają z poczuciem zmęczenia i obrzydzenia. Należy jednak przyznać, że oferuje świeże spojrzenie na przyjaźń, której blisko miłości platonicznej i która trwa lata. Co więcej, pokazuje niuanse i nieoczywistość orientacji seksualnej i miłości, a także bez komentarza przedstawia model zamkniętej, wsobnej męskości ukrywającej uczucia, twardej, milczącej, zdanej tylko na siebie, która tak otwarcie prowadzi do destrukcji. Jednocześnie też gloryfikuje wyrażanie i okazywanie uczuć, emocji, otwartości, pokazuje idealne więzi męskie: mentor-uczeń, ojciec-syn, przyjaciel-przyjaciel, kochanek-kochanek. To jedno poczytuję za największy skarb w tym sadystycznym studium cierpienia Yanagihary: mocne potrząśnięcie stereotypem samowystarczalnego męskiego mężczyzny, który nigdy nie płacze ani nie mówi o swoich wewnętrznych demonach.


A Little Life

Hanya Yanagihara

Picador, 2015
720 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★


czwartek, 5 lipca 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: CZERWIEC 2018



Muszę przyznać, że nawet nie zauważyłam, kiedy ten czerwiec zleciał, a tu nagle już jest lipiec. I znów wyszło słońce, a na dodatek znowu pięknie przypieka i urlop już na horyzoncie. Może podsumujmy, co udało mi się przeczytać w ubiegłym miesiącu:

  • Genialną przyjaciółkę Eleny Ferrante przez Legimi w audiobooku, którą zdążyłam już zrecenzować w tym wpisie.
  • Pierwszy tom Harry’ego Pottera, wersję ilustrowaną i w oryginale, o którym muszę koniecznie napisać i podzielić się wrażeniami po powrocie po latach.
  • Trzymające w niepokojącym napięciu Pet Sematary Stephena Kinga.
  • Przeurocze Simon vs. the Homo Sapiens Agenda Becky Albertalli, również w wersji audio.
  • Trochę... nudne i niepotrzebne Baśnie braci Grimm przepisane od nowa przez Philipa Pullmana.
  • Bardzo męski i pobłażliwie absurdalny komiks Shirtless Bear-Fighter! Jody’ego LeHeupa.

Jeden komiks i sześć książek na koncie to całkiem niezły wynik jak na mnie, zdecydowanie powyżej średniej. W drugiej połowie lipca zamilknę na jakiś czas (wreszcie wyjeżdżam sobie odpocząć!), ale dopóki mam jeszcze czas, będę Was jak zwykle kapryśnie uraczać moimi przydługimi recenzjami, nie zwracając uwagi na złote reguły blogowania spisane podczas Big Booka (dla niezorientowanych szczegóły tutaj).

A teraz przeskoczmy do sedna: jakimiż to popkulturalnymi nowinami mogę się podzielić?


Professor Marston and the Wonder Women (2017)


Jeśli ten film pojawił się w polskich kinach, to zrobił to chyłkiem i bardzo szybko się schował. A szkoda, bo pokazuje arcyciekawą historię powstania i dość kontrowersyjnych motywów stojących za pierwszymi komiksami o Wonder Woman. I wbrew wyobrażeniom niektórych, to również nie jest przede wszystkim fragment biografii twórcy tej postaci, doktora Williama Moultona Marstona, a romantyczne wyobrażenie reżyserki, Angeli Robinson, o autentycznej relacji między żoną Marstona, samym profesorem a ich studentką, Olive Byrne. Wnuczka Marstona wypowiadała się bardzo negatywnie na temat filmu zaraz po premierze, wytykając mu kreowanie fikcyjnego i kłamliwego obrazu, jednak trudno kłócić się o to, żeby film fabularny udawał reportaż. A historia tego trójkąta, burzy emocji między dwoma kobietami i mężczyzną, wynalezienie sposobu działania wykrywacza kłamstw, wreszcie odrzucenie przez społeczeństwo, niekonwencjonalne życie i przede wszystkim pokrętne rozumowanie stojące za ikoniczną Wonder Woman – aż się proszą o fantazjowanie z użyciem fetyszy. Produkcję ogląda się z zaangażowaniem, choć bez fajerwerków, raczej dla samej historii i aktorów.


Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015)

Tak, zrobiłam to. W przypływie straceńczego wigoru postanowiłam wykorzystać wolny wieczór na oglądanie pierwszego filmu o Greyu. Przy okazji przypomnę, co sądzę o tej książce – wszystko można znaleźć w moim starym już, zbulwersowanym wpisie „Pięćdziesiąt twarzy żenady”. Do tej pory uważam, że E.L. James spisała chorą, toksyczną fantazję, która nie powinna wyjść poza bardzo mały skrawek internetu, a tymczasem dokłada swoją cegiełkę w kulturę gwałtu, w stereotypizację męskości i kobiecości, w gloryfikowanie zaburzonych, opartych na agresji, zastraszeniu, izolacji, i presji psychicznej przemocowych relacji. Do tej pory jest mi przykro z powodu zaburzonej inicjacji seksualnej Any i manipulacji psychicznej, jaką serwuje jej doświadczony facet; źle mi się robi na myśl o krzywdzącym, kontrolującym, papierowym Greyu wchodzącego w rolę wymarzonego amanta; serce krwawi przypominając sobie, jak słabo ta książka jest napisana i przetłumaczona („O święty Barnabo!”, niespójne teksty o wewnętrznej bogini, porównanie orgazmu do programu wirowania w pralce). Stwierdziłam, że z pozycji dystansu po kilku latach od przeczytania i bulwersu, mogę sprawdzić, co zrobił z tym materiałem film. Chyba jestem jakąś sadystką, żeby sobie takie coś zrobić.

To prawda, ekranizacja jest mdła, byle jaka, w miarę wierna; ma ładne zdjęcia i naprawdę świetną muzykę. Co mnie cieszy, wycięła co gorsze elementy książki (warstwę słowną), a nawet niektóre bardziej krzywdzące sceny (mam wrażenie, że w którymś momencie Grey włamał się do Anastazji, zbił ją po tyłku, a potem wybiegł, zostawiając zapłakaną – tu zostało to zamienione w scenę miłosnego, sado-maso uwodzenia; poprawcie mnie, jeśli źle pamiętam). Pozytywnie zaskoczyło mnie zakończenie, o którym zapomniałam: *SPOJLER* Ana idzie po rozum do głowy i ostatecznie odrzuca Christiana. Ach, gdybyż ta seria nie była serią i to była finalna pointa całości.


BoJack Horseman (2014– )


Jeśli chodzi o seriale, oprócz nadrabiania kolejnych sezonów RuPaula i Dragon Balla, a także napoczęcia drugiego sezonu Jessiki Jones, zabrałam się też za kreskówkę na poziomie, choć trochę doroślejszą, Ricka i Morty’ego. BoJack jest konioczłowiekiem w świecie zamieszkałym przez ludzi i zwierzeco-ludzkie hybrydy. W latach dziewięćdziesiątych zdobył sławę jako gwiazda w sitcomie w rodzaju Rodziny Zastępczej, teraz na wpół zapomniany i przez wielu szczerze znienawidzony, próbuje spisać swoje wspomnienia, by wrócić na nagłówki gazet. Trudny w obyciu, chamski, egoistyczny i bez wyczucia, pogrąża się w nałogach, śpi z kim popadnie i utrudnia życie swojemu współlokatorowi z przypadku, agentce i dziewczynie jednocześnie, aż na jego horyzoncie pojawia się inteligentna, wrażliwa ghostwrighterka z głosem podkładanym przez Alison Brie. To rzecz brutalnie zabawna i zabawnie brutalna, pełna obrzydliwości, smutku, pustki i nic nieznaczących słów, przerzucanych przez gnających za sensacją i pieniędzmi mieszkańców Hollywoodu. Z początku ogląda się z bólem zębów, ale z czasem polepsza się zarówno jakość serialu, jak i dostrojenie do specyfiki tej czarnej komedii.

A co Wy ostatnio oglądaliście?

środa, 27 czerwca 2018

Ta zakompleksiona i ta nieznośna. "Genialna przyjaciółka" Eleny Ferrante


Jedna Włoszka drugiej Włoszce prędzej oczy wydrapie niż będzie żyć w zgodzie, zaufaniu i przyjaźni. A przynajmniej tak się wydaje czytając Genialną przyjaciółkę. Jak kilkuletnia Lila Cerullo nie wyrzuci lalki Leny Greco przez małe okienko do ciemnej, nieużywanej piwnicy pełnej gratów, to podstarzała już Lena zrobi na złość Lili i choć ta zniknęła, pracowicie zacierając po sobie każdy ślad, Lena zapisze każdy detal życia przyjaciółki w swoich wspomnieniach. Na przekór, żeby sobie tamta nie myślała, że może robić, co chce.

Lila zawsze była bystrym, psotnym, pokrętnym dzieckiem. Mała i ciemna, wyszczekana i czasem przewrotna, w szkole zawsze była najlepsza. Pierwsza czytała, łacinę łapała w mig, czytała w szalonym tempie, a gdy usłyszała, że Lena w liceum uczyła się greki, czym prędzej zaczęła się uczyć samodzielnie, bo przecież to nic trudnego, każdy by złapał szybciej niż Lena. Lena z kolei zawsze była przykładna, powolna, cielesna, ale czujnie obserwowała. Szybko dostrzegła, że na całym podwórku nikt nie może się mierzyć z Lilą i dlatego się do niej przyczepiła. Chciała, by przyjaźń z Lilą ją nobilitowała, wyniosła ponad biedę, prymitywne obyczaje i nieobycie mieszkańców ich obskurnej neapolitańskiej dzielnicy. I choć cięta rywalizacja, przyjaźń oparta na egoizmie, półsłówkach, gierkach i zazdrości, trwała w najlepsze, Lila rzuciła szkołę po podstawówce i skupiła się na dobrach materialnych. Zamarzyła jej się fabryka butów zamiast mizernego zakładu szewskiego, najbogatszy chłopak w okolicy, góry pieniędzy i dobry samochód. Lena nigdy jej nie zrozumiała, choć zawsze wracała po więcej jej inteligencji, jej umiejętności żonglowania słowem, jej przenikliwych obserwacji. I na zawsze w swoim wyobrażeniu pozostała w jej cieniu.

Dla mnie to nie była historia pięknej, dziecięcej, a potem młodzieńczej przyjaźni kobiecej, a opowieść o toksycznym związku dwóch na swój sposób naiwnych i znękanych dusznym środowiskiem dziewczyn. Zamiast współpracować, wspierać się i uczyć od siebie, zamykają się i duszą w swoich własnych głowach próbując za wszelką cenę prześcignąć na każdym froncie: od edukacji, przez język i literaturę, przez dojrzewanie, podboje miłosne i wtajemniczenie seksualne, aż po pozycję społeczną. Ich chora ambicja napędzana jest właśnie niezdrową zazdrością, a patriarchalne, agresywne, ignoranckie społeczeństwo dzielnicy jeszcze bardziej podsyca ich brak szczerej komunikacji, nieufność i skrywaną zawiść. Rzecz jasna między tymi negatywnymi uczuciami tli się przyjaźń, porozumienie dusz i radość z wzajemnego towarzystwa, ale ten pozytywny płomień pojawia się zrywami i szybko przygasa. Relacja tak fascynująca, jak drażniąca i trudna do wyobrażenia.

Dobrze się to czyta ze względu na niepowtarzalny lokalny koloryt Neapolu lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dzielnica bohaterek to miejsce zamieszkana biedoty, frustracji i agresji. Z jednej strony ludzie wciąż mają do siebie żale i oskarżenia polityczne pozostałe po latach czterdziestych, z drugiej na ślepo próbują zapomnieć i zbudować coś nowego, wyrwać się z ubóstwa. Ogrom nędzy, którą opisuje Elena, można poznać czytając ten artykuł – Neapol cierpiał biedę jeszcze przed wojną, został dotkliwie niszczony podczas drugiej wojny światowej, a sytuacja po była prawdopodobnie gorsza niż gdziekolwiek indziej we Włoszech. Jak widać to po koleżankach i kolegach z klasy Eleny, mało który rodzic decydował się łożyć na edukację dziecka ponad szkołę podstawową. Zaraz potem szło się do pracy, by pomóc wykarmić resztę rodziny. Te warunki zrodziły szczególną, szorstką mentalność.

Niestety zdjęcia komórki nie wyszły najlepiej, więc posiłkuję się fotografią uliczną Neapolu z lat 50.
Źródło: Pinterest

Do tego jeśli chodzi kult familii, honoru i vendetty. Mężczyźnie we Włoszech uchodziło więcej niż kobiecie, co obserwuje Elena dojrzewając. Już jako dziewczynka widzi pozorną niewinność zamężnego faceta, który uwodzi i doprowadza do szaleństwa sąsiadkę, a później powraca w roli erudyty i autorytetu, by po ciuchu skrzywdzić i ją samą. Dorastając, bez zdziwienia przyjmuje obyczaje panujące w dzielnicy: niebezpieczną rywalizację chłopaków sięgających nawet po broń palną, zachowanie braci wobec nieproszonych konkurentów sióstr, wszędobylską przemoc w rodzinie, wyrzucanie dzieci przez okno, swoją własną trudną relację z matką.

Ze wszystkich motywów w Genialnej przyjaciółce najbardziej podobało mi się trwale przewijająca się waga języka w świecie Lili i Eleny. Granica między gwarą a językiem literackim była jak skok przez przepaść, dla niektórych nieosiągalna. Zdolność wyrażenia się w czystej włoszczyźnie pozwalała się wybić ponad swoje prostackie otoczenie, chwilowe przeskoczenie w rozmowie na wyższy poziom mogło pokazać komuś wyższość i upokorzyć, a skazanie na gwarę pokazane zostało jak pozostanie na drugim skraju urwiska. Lena przywiązuje do języka niesamowitą wagę, a jej największe marzenie jawi się jako kariera pisarska albo dziennikarska. Niestety Lila ciągnie ją w dół poczuciem niższości; choć nie poszła do gimnazjum i liceum, nie poświęciła tylu lat na mozolną naukę, posługiwanie się językiem literackim i pisanie pięknych listów przychodzi jej szybko i lekko, nie tak, jak Lenie. Mimo to w momencie rozpoczęcia powieści to właśnie Lena postanawia zrobić Lili na złość i opisać ją na papierze.

Na koniec trudno nie wspomnieć paru słów na temat samej Ferrante, podsycającej wyobraźnię czytelników i badaczy niczym Pynchon. Nieuchwytna, nieznana, zasłania się pseudonimem i milczącym na jej temat wydawnictwem. Są różne teorie na temat jej tożsamości, jedni typują mężczyznę jako prawdziwego autora (jednak zbyt dobrze są tu opisane elementy kobiecego dojrzewania i chociażby pierwszej miesiączki, ja jestem za kobietą), inni widzą w tetralogii neapolitańskiej, której Genialna przyjaciółka jest pierwszą częścią, dzieło kilku pisarzy. Całkiem niedawno śledztwo pewnego włoskiego dziennikarza wskazało na tłumaczkę z języka niemieckiego, Anitę Raję, związaną wydawnictwem Ferrente, a także żonę Dominico Starnone, pisarza, którego styl niektórych nakierowywał na podejrzewanie go o ukrywanie się pod pseudonimem Ferrante. Kim naprawdę jest pisarka, nie wie nikt poza garścią współpracujących z nią redaktorów.

Po ukazaniu się cyklu neapolitańskiego, Ferrante została okrzyknięta jedną z najlepszych współczesnych pisarek. BBC wrzuciło ją do listy dwudziestu najlepszych książek naszego wieku, w 2015 roku TIME ogłosiło ją jedną ze 100 najbardziej wpływowych ludzi świata. Olbrzymia rzesza fanów i sympatyków zachwala jej pióro, a szum i tajemnica jeszcze bardziej napędzają zainteresowanie. Choć ten pierwszym tom przeczytałam z zainteresowaniem, śledząc urywaną czasem, mozaikową, nieśpieszną narrację o kobiecym dojrzewaniu w brutalnym miejscu, nie czuję się porwana niesamowitym talentem literackim. Czegoś brakuje do wybitności. Choć historia skomplikowanej przyjaźni zdecydowanie wpisuje się w uniwersalność na tle nietypowej lokalności, to jednak nie zachwyca wielkością, nie rzuca na kolana językiem, nie zmusza do większych przemyśleń poza relacje bohaterek, a szkoda. Gdyby to, co można poczytać o historii Neapolu, zawierało się w książce, może lepiej rozumiałabym tę społeczność, może historyczność przedstawiona szybciej wpisała się w historię Europy i poruszyła wyobraźnię na kolejnych poziomach. A może nie powinnam oceniać tylko na podstawie pierwszego tomu?

Słuchałam audiobooka i muszę przyznać, że lektorka odwaliła kawał fantastycznej roboty. Jej lekko łamiący się głos z przyjemną modulacją, cudownym, czasem cichym wahaniem w głosie podczas dialogów, prowadził tę powieść tak, że czytanie uchem było czystą przyjemnością mimo mordu w oczach, który rodziła Lila. Bardzo polecam tę formę poznawania twórczości Ferrante.


Genialna przyjaciółka

Elena Ferrante

Tłumaczenie: Alina Pawłowska-Zampino
Lektor: Laura Breszka
Sonia Draga, 2014
Czas: 11 godz. 35 min 
Odczucia: ★★★★/★★★★★