Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 26 lipca 2020

Tajemny karzeł i skąd się wziął John Wick


Jak się spotykamy z moją znajomą poetką (pamiętacie ten wpis?), często opowiadamy sobie o książkach, które niedawno przeczytałyśmy. Nie każdy lubi, jak mu się streszcza fabułę jakiegoś losowego czytadła, ale my akurat lubimy sobie poplotkować o bohaterach z aktualnie czytanych powieści. A Ida umie opowiadać w naprawdę przekomiczny sposób. 

Dłuższy czas temu odwiedziłam ją, żeby obejrzeć jej nowo narodzonego pierworodnego. W którymś momencie, z dzieckiem na poduszce do karmienia, zaczęła w najlepsze opowiadać o bodaj najbardziej absurdalnej książce, jaką czytała. O jakimś facecie, który jest jednocześnie Jamesem Bondem i jakimś półbogiem o nadzwyczajnych zdolnościach, który żyje w zamku, a usługują mu egzotyczne, specjalnie tresowane i niesłychanie atrakcyjne kobiety, mające w sobie krew każdej rasy. I ten gość, kochanek nad kochanków, wojownik nad wojowników, wolny strzelec i uduchowiony inteligent pogardzający każdą nacją na świecie, łazi po jaskiniach i miesza się w jakieś międzynarodowe intrygi. A do tego pomaga mu niejaki Gnom, źródło informacji i tajemny karzeł. To znaczy: niskorosły facet, który ukrywa się pod przezwiskiem Gnom, ale nikt nigdy nie odkrył jego prawdziwej tożsamości, ergo, tajemny karzeł.

No przy tajemnym karle mnie miała.

Natychmiast pożyczone od niej Shibumi trochę odczekało na swoją kolej na mojej półce, ale obietnica tajemnego karła i tresowanych kurtyzan jasno tliła się na moim horyzoncie czytelniczym. Dla porządku, to amerykańska powieść z 1979 roku, produkt swoich czasów, co bardzo czuć chociażby jeśli chodzi o traktowanie kobiecych bohaterek. Dodatkowo, śmiem powiedzieć, albo wykwit megalomanii autora, albo na poważnie napisana parodia. Ta ostatnia ewentualność nasunęła mi się na myśl, bo główny bohater w którymś momencie pisze książkę, która w subtelny, zawoalowany sposób naśmiewa się z prostackich czytelników, którzy zachwycają się genialnymi posunięciami opisanymi w tejże książce, a tylko ktoś prawdziwie znający się na rzeczy dostrzeże błędy w rozumowaniu i zrozumie, że to farsa. Mam naprawdę szczerą, szczerą nadzieję, że to właśnie o to chodziło.

Bo jeśli nie, to naprawdę jedna z najbardziej rozdmuchanych, idiotycznych lektur, jakie dane mi było czytać. Śmiałam się z niedowierzaniem i czytałam całe ustępy ze szczerą uciechą na głos mojemu zniecierpliwionemu Rybie. Miał bardzo szybko dość. Dobrze, że mogłam zadzwonić czasem do Idy i się z nią podzielić moimi przeżyciami.

Shibumi zapowiada się jak łatwa, szybka i przyjemna powieść sensacyjna. Po ponad trzystu stronach wciąż szukałam tej z dawna wyczekiwanej sensacji, gdy nagle dostawałam na przykład pięćdziesiąt stron opisu chodzenia po jaskiniach (z mapką!). To podejście tłumaczy schemat gry, a raczej spis treści, który objawia, że tkanka powieści została specjalnie tak skonstruowana, by naśladować rozgrywkę w go. Z baardzo długą fazą wstępną, podczas której przedstawiany jest życiorys głównego bohatera. Zanim go poznamy w chwili obecnej dopiero jakoś w połowie książki...


Nicholai Aleksandrowicz Hel to kosmopolita ponad podziałami narodowymi. Japończycy nie są dla niego wystarczająco Japońscy, a Baskowie wystarczająco baskijscy, a każda inna nacja to niemal podludzie, dla których nie ma szacunku. Wychował się w Szanghaju jako syn rosyjskiej arystokratki, która tak naprawdę była Habsburżanką, więc nie ma w nim rosyjskiej krwi. Już jako dziecko mówi biegle w kilku językach, bo w jego domu „o miłości i innych błahych sprawach mówiło się po francusku, o tragediach  i nieszczęściach po rosyjsku, po niemiecku załatwiało się interesy, a do służby wypadało zwracać się po angielsku”. Do tego doszedł również chiński, japoński (jego przybranym ojcem został japoński generał) i baskijski. 

Gość nie tylko zaskakuje językowo. Jest nadzwyczaj bystry i inteligentny, piekielnie uzdolniony matematycznie, a jako trzynastolatek fantastycznie gra w go, choć uczył się wyłącznie z książek. Co więcej, okazuje się być naturalnym mistykiem, osiągającym stan duchowej nirwany na zawołanie, ma dar telepatii, dzięki której wyczuwa przestrzeń w jaskiniach i intencje otaczających go ludzi, a nawet wycelowane w siebie obiektywy czy lufy. Dla pieniędzy bywa genialnym łamaczem szyfrów, choć go to nie kręci. Wydaje się też być wiecznie młody mimo upływu lat. Aby zwieńczyć tę imponującą listę, należy wspomnieć o tym, że jest mistrzem specjalnej sztuki walki zwanej hoda karosu, z japońskiego „nago/zabijać”, dzięki czemu zawsze jest w stanie się obronić, bo dowolny przedmiot codziennego użytku staje się dla niego narzędziem walki, a także osiągnął czwarty stopień wtajemniczenia w sztuce miłosnej.

Dowiadujemy się tych wszystkich rewelacji, przypominam, przez pół książki, nie poznawszy jeszcze naszego bohatera w teraźniejszości. Ale już wiemy, że jest pół-bogiem, a za jego jedyne wady można uznać arogancję i bezwzględność.

Sam opis tychże miłosnych stopni to naprawdę wspaniała rozrywka. Stopień pierwszy jest „plebejski i monotonny”, ale „zdrowy i uczciwy”. Ponieważ nasz bohater „gardził amatorszczyzną we wszystkich postaciach”, szybko przeskoczył na „poziom trzeci, seksualne smakoszostwo”, najwyższy poziom, jaki udało się osiągnąć ludziom Zachodu i większości ludzi Wschodu. Jak mu się udało? „Profesjonalny trening taktyczny otrzymał na Cejlonie i w ekskluzywnych burdelach Madagaskaru, gdzie mieszkał przez cztery miesiące, pobierając lekcje od kobiet wszystkich ras i kultur”. Ocieram łzy wzruszenia.

„W przypadku Hany i Nicholaia gra wstępna miała w równym stopniu charakter mentalny, co fizyczny. Oboje byli wytrawnymi kochankami czwartego stopnia, ona – w wyniku doskonałego treningu, on – dzięki kontroli mentalnej, której nauczył się w dzieciństwie, i zmysłowi telepatii, który pozwalał mu odbierać odczucia partnerki i dokładnie wiedzieć, ile ją dzieliło od paroksyzmu kulminacji. (...) Grą, którą najbardziej lubił, wymyślił sam i nazwał <<seks kikashi>>. Można ją było prowadzić wyłącznie z partnerem czwartego stopnia, i to tylko wtedy, kiedy oboje byli w szczególnie dobrej formie. W małym pokoju, o powierzchni mniej więcej sześciu mat tatami, gracze wkładali odświętne kimona i klękali naprzeciwko siebie, opierając się plecami o przeciwległe ściany. Każdy z partnerów poprzez samą koncentrację miał dojść na krawędź ekstazy i trwać tak, jakby w zawieszeniu. (...) Celem ostatecznym było spowodowanie kulminacji u partnera przed własnym szczytowaniem; najlepiej się w nią grało podczas deszczu.” (s. 333-335)

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że te rzeczy nie są wyssane z palca, istnieje seks tantryczny i orgazm poprzez sam wysiłek mentalny, jasne, ale sam arogancki sposób opisania tych kolejnych stopni, ta pogarda i wymyślność mnie absolutnie zniszczyły. Czytam te kilka stron jeszcze raz i kwiczę ze śmiechu.


Dla pełni obrazu muszę jeszcze przytoczyć przypis od autora, który dla mnie udowadnia, że autor ma podobne podejście do świata, co jego bohater. Otóż przy opisie wcześniej wspomnianej sztuki walki mamy następującą notkę:

„W dalszym ciągu tej książki Nicholai Hel będzie się posługiwał taktyką hoda karosu, nie będzie ona jednak nigdzie szczegółowo opisana. (...) Najzwyklejsze poczucie społecznej odpowiedzialności nakazuje autorowi unikać dokładnych opisów takich sposobów działania, które mogą (...) przyczynić się do wyrządzenia szkody niewtajemniczonym (bądź przez niewtajemniczonych). | Z podobnych pobudek autor pozostawi w cieniu pewne wysoko rozwinięte techniki seksualne, ponieważ mogą być niebezpieczne, a z pewnością przykre dla nowicjuszy”. (s. 198)

Co ciekawe, autor pozwolił sobie jednak zachować opis czegoś, co nazywa „masażem brzytwy”, czyli techniką podniecania się poprzez muskanie ostrzem bardzo blisko ciała, ale nie dostajemy szczegółów nagiego zabijania oprócz wspomnienia ołówka czy karty magnetycznej jako narzędzi. Kiedy już książka przechodzi do właściwej akcji, przechodzi ona prawie niezauważona.

Ale jak to? Bo po drodze musimy się jeszcze dowiedzieć, jak wspaniałym gospodarzem jest nasz bohater, jak bardzo jest ponad wszystkimi, jak wyśmienicie zna się na winach (tak dobrze, że potrafi towarzysko poniżyć przeciwnika przy stole), jakim to nie jest smakoszem, ale jednak, wiecie, je tyle co ptaszek. Może i zamawia wykwintny posiłek składający się z iluś dań, ale i tak większość zje rodzina szefa kuchni, jakie to wspaniałomyślne z Nicholaia strony. Ach, no i oczywiście jego sama obecność to nagroda dla pań, które zniewala jego dżentelmeńska maniera niewybrednych żarcików i same mu się pchają do łóżka. Ba, jego największy przyjaciel, sam już zbyt schorowany na te rzeczy, prosi go o przysługę: Nicholai ma z zaskoczenia odwiedzić jego partnerkę w nocy i dostarczyć jej wybitnych przeżyć w ramach prezentu. Babka nie ma nic do gadania, bo przecież to jasne, że to będzie dla niej zaszczyt. Nie mówiąc już o całym wątku młodej Amerykanki Hannah, którą bohater „kara” poprzez doświadczenie nieziemskiej rozkoszy, by potem każde inne przeżycia seksualne nie mogły się do nich równać...

No po prostu wysiadam.


Uwierzcie mi, ja bym mogła jeszcze o tej książce długo rozprawiać, bo nawet nie wgryzłam się ani we właściwą fabułę, ani w absolutną pogardę do każdej nacji (każda narodowość dostaje swoją łatkę, ale chyba najwięcej dostaje się Amerykanom i Arabom), ani tym bardziej nie wytłumaczyłam, czym jest ta tytułowa filozofia shibumi i dlaczego Nicholai do niej dąży. Chyba jednak już rozumiecie, czego można się po tej książce spodziewać. Według mnie, choć miejscami wybitnie rozrywkowa, jest absolutnie śmieciową lekturą, która nie ma najmniejszego szacunku do czytelnika.

Na zakończenie opowiem, czemu ta książka jednak przyłożyła się do tego, żeby świat stał się lepszym miejscem.

Otóż główną osią wydarzeń w Shibumi jest decyzja byłego wolnego strzelca, specjalnego agenta do zadań specjalnych, Nicholaia Hela, żeby przerwać swoją emeryturę i wziąć udział w jednej ostatniej akcji. Brzmi to dość podobnie do fabuły pierwszego Johna Wicka z Keanu Reevesem, prawda? Co więcej, zastanowiwszy się uważniej, John Wick też zabija wszystkim, co mu się nawinie na rękę, w tym podobno również ołówkami, co podobno było oryginalnie zainspirowane przez Shibumi właśnie. Jako wisienka na torcie, w jednej scenie z filmu widać faceta, który właśnie czyta tę powieść.

Johna Wicka, w przeciwieństwie do Shibumi, szalenie lubię i wszystkim z czystym sercem polecam.


Shibumi
Trevaninan
Albatros, 2014
510 strony
Odczucia: ★★/★★★★★

czwartek, 30 kwietnia 2020

Kup pan duszę. "Martwe dusze" Mikołaja Gogola


Pyza Wędrowniczka z Pierogów Pruskich i Naia z Literackich skarbów świata całego po raz drugi organizują Nabokoviadę, czyli wspólne czytanie klasyki i konfrontowanie jej z wykładami z literatury Nabokova. Tym razem zajmują się konkretnie literaturą rosyjską i zaczynają od Martwych dusz Gogola. A ja, skoro dziś skończyłam czytać zarówno Gogola, jak i Nabokova o Gogolu, też zamierzam się wypowiedzieć na doczepkę.

Z braku laku ściągnęłam sobie Martwe dusze z domeny publicznej w tłumaczeniu Zygmunta Wielhorskiego, dostępne na Wikiźródłach. Rzecz jest z 1876 roku, trzydzieści cztery lata po opublikowaniu oryginału, ale na wiele dłużej przed reformą ortograficzną, więc samo w sobie czytanie tego tekstu było przygodą pełną najrozkoszniejszych sformułowań z głębokiego XIX wieku. Z drugiej strony, po przeczytaniu cytującego w najlepsze Nabokova, mogłam sobie porównać to stare polskie tłumaczenie z tym używanym w wykładzie, a następnie dojść do wniosku, że ten stary przekład jakiś piękny i dokładny to nie jest. Wydaje się, że mogłam sporo stracić taką decyzją, bo na przykład końcowe odwracanie uwagi autora od tego, że bohater ucieka jak niepyszny, ale jednocześnie bez żadnej kary, jest chyba zupełnie z tłumaczenia Wielhorskiego wycięte.

Pięknie zaczynam od końca, nie zarysowawszy, o czym Martwe dusze w ogóle są. Ja sama przed lekturą głównie Gogola kojarzyłam z groteskowego Nosa, gotyckiego Wija  i historycznego Tarasa Bulby, tymczasem Rewizora znam tylko ze słyszenia, a o Martwych duszach nie wiedziałam nic. Otóż jest to pierwsza i ostatnia powieść z ostatecznie niedokończonego cyklu, opowiadająca o nader nijakim bohaterze, Cziczikowie. Cziczikow był „nie bardzo przystojny, ale i niebrzydkiéj powierzchowności, nie za nadto otyły, ale i niezbyt szczupły; właściwie nie stary, ale téż i nie za nadto młody. Przybycie jego nie sprawiło w mieście żadnego wrażenia i nie towarzyszyło mu nic szczególnego”. Nic szczególnego, oprócz strategicznego zaprzyjaźniania się z najbardziej wpływowymi obywatelami gubernialnego miasta N., a następnie równie zdeterminowanego poszukania właścicieli ziemskich, którzy byliby skłonni pozbyć się tak zwanych martwych dusz. Cziczikow skupuje i pozyskuje chłopów, którzy w świetle prawa wciąż figurują w rejestrze jako żywi i płaci się od nich podatki, a tymczasem już im się zmarło.



Mnie w tej opowieści najbardziej podoba się fantastyczna satyra na filisterstwo; różnorakie figury gospodarzy odmalowane są w tak rozrywkowy sposób, że trudno się nie roześmiać. Groteskowa Koroboczka sama nie wie, jak się ma, ale każdego zmarłego potrafi wyrecytować z pamięci. Mdły Maniłow jest obrazkiem idealnego pretensjonalnego paniczyka, który na gospodarstwie się nie zna, ale przed domem ustawił sobie świątynię dumania. Kwadratowy, potężny Sobakiewicz, który niesamowicie twardo stąpa po ziemi i mimo rozespania, obżarstwa i narzekanctwa potrafi się nadwyraz skutecznie i inteligentnie targować. Do tego jeszcze szalony Nozdrew, zapijaczony, kłamliwy utracjusz, żyjący od jarmarku do jarmarku oraz Pliuszkin, doprowadzające swoje gospodarstwo do upadku skąpiradło, składujące u siebie w domu wszystko, co mu się nawinie pod ręce. Same te portrety i ich rozmowy z Cziczikowem to wyśmienita zabawa.

Według Nabokova jednak to nie ta groteska jest siłą tej powieści. W swoim wykładzie opowiada o szeregu artych uwagi aspektów. Po pierwsze, sam bohater, „kreatura szczególnego Gogolowskiego chowu”, w którym Nabokov widzi nieudolnego wysłannika diabła, gnijącego od środka czerwia (więcej o tym pięknie pisze Pyza). Po drugie, paradoksalnie, wszyscy żywi bohaterowie zapełniający karty powieści to bardziej martwe dusze niż te kupowane przez Cziczikowa; tymczasem ci autentycznie martwi, gdy opowiada o nich Sobakiewicz lub wyobraża je sobie Cziczikow, chwilami wydają się bardziej od tych żywych pełnokrwiści. Po trzecie i chyba najważniejsze, Nabokov chwali kunszt Gogola jako pisarza. Mówi, że przed Puszkinem i Gogolem nikt tak nie odmalowywał kolorów; przed Gogolem trudno szukać tak wyśmienicie opisywanych drobnych wydarzeń, trzecioplanowch bohaterów, przejść od sceny do sceny czy wręcz wymyślonych na potrzeby metafory postaci czy całych grup, które zaczynają żyć własnym życiem wewnątrz tekstu.

Niewątpliwie czytanie wykładu Nabokova uwypukla pewne wartości, które trudno wyłapać, czytając archaiczne tłumaczenie z domeny publicznej. Dodatkowo bardzo dużo kontekstu, tylko zarysowanego we wstępie Zygmunta Kierdeja z mojego wydania, Nabokov dopowiada na temat autentycznej, tragicznej historii pisania drugiej części Martwych dusz. Ponoć Puszkin, zanim jeszcze cokolwiek Gogol wydał jako młodzieniec, już widział z nim wielkiego twórcę. Duża presja początkowo napędzała młodego Gogola, a jego płodna i różnorodna twórczość zachwycała rodaków.

Niestety jego największe dzieło, które z zamierzeniu miało być trzyczęściowe i nawiązywać do Dantego, skończyło się na świetnej pierwszej części, czyli właśnie tych tutaj opisanych Martwych duszach. Kolejne nigdy nie doszły do skutku. Talent zawiódł twórcę, wszelkie próby dalszego pisania wychodziły miałkie, bez tego samego wyrazu. Gogol miotał się po Europie w poszukiwaniu natchnienia, dziwaczał i pogrążał w fanatyzmie religijnym. Gloryfikował rolę pana jako boskiego pośrednika miedzy chłopami a Niebem, chociaż jego ostatnie dzieło wielu ludzi odczytało jako potępienie feudalnych stosunków pańszczyźnianych. Ostatecznie większość rękopisów drugiej części Gogol puścił z dymem i nic więcej wartego uwagi nie wydał oprócz dość wstecznych i mocno krytykowanych fragmentów listów. Z jednej strony, to szalenie ciekawa, ale z drugiej, mocno przygnębiająca historia literackiego geniuszu, który palił się niestety zbyt krótko.



Martwe dusze
Mikołaj Gogol
Redakcya Kuryera Poznańskiego, 1876
374 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★

sobota, 25 kwietnia 2020

Koniec języka za przewodnika. "Języczni" Jagody Ratajczak


Second Language Acquisition, czyli dział językoznawstwa poświęcony uczeniu się drugiego języka, był dla mnie jednym z nudniejszych zajęć na studiach. Prowadzenie absolutnie nie porywało, grupa była senna i zrezygnowana, trochę poirytowana tymi, którym autentycznie chciało się gadać – ale zazwyczaj nie o przedmiocie. Przedstawiane z bólem teorie nie mieściły mi się w głowie. Gramatyka uniwersalna? Że niby każdy język ma jakieś identyczne postawy gramatyki? Niby z której strony patrząc? Przyrząd do poznawania języka? Chyba chodzi o mózg? No bzdury totalne, panie Chomsky.

Do tej pory pamiętam smętne zakuwanie do egzaminu w ciągu dwóch czy trzech nieznośnie długich i żmudnych dni czerwcowych. Po zdaniu natychmiast wszystko mi z głowy wymiotło.

Ach, gdyby tylko te zajęcia prowadziła Jagoda Ratajczak tak, jak pisze o tym temacie w swojej książce!


Autorka książki Języczni, tak samo jak ja, mój mąż oraz spora grupa moich znajomych, ukończyła filologię angielską. Jednocześnie jej udało się podążyć ścieżką zawodu tłumacza, z której ja ostatecznie zrezygnowałam. Do tego angielski to nie jej jedyny język: zna również niemiecki i w mniejszym stopniu niderlandzki. Prowadzi też bloga Językowo. Nie wiem, czy kontynuuje studia i na przykład myśli też o doktoracie, ale póki co wybrała popularyzowanie psycholingwistyki wśród narodu poprzez książkę, jak pisze, „z ludzką twarzą”, o której myślała latami. Jak dla mnie – strzał w dziesiątkę.

Języczni to szalenie sympatyczna, zgrabnie napisana pozycja opowiadająca ze swadą i lekkością o wielu zagadnieniach, które są niesamowicie bliskie każdemu filologowi. Z jednej strony prowadzi czytelnika przez pewne oczywistości, nad którymi człowiek jednojęzyczny zapewne nigdy się nie zastanawiał. Z drugiej, sięga również głębiej, opisuje ciekawostki, badania, procesy i teorie, które zaciekawią nawet bardziej zaawansowanych wielojęzykowców.

Osobiście szalenie się ucieszyłam na widok znajomego nazwiska pani profesor Bałuk-Ulewiczowej, która uczyła mnie na studiach. I na dodatek jej praca, o której była mowa, nie jest mi znana, a jednocześnie okazuje się fascynująca. Otóż okazuje się, że języka można się uczyć nie tylko z miłości do kultury czy brzmienia, ale również z nienawiści. Tak, nie przesłyszeliście się. Z pracy wspomnianej wyżej pani profesor można było się dowiedzieć o historii esesmana, który doskonale władał językiem polskim, ale używał go głównie po to, by udowadniać, jakim podłym narodem są Polacy. Autorka z kolei wspomina o jej byłym nauczycielu języka niemieckiego, Polaku, który z kolei nauczył się perfekt niemieckiego, by działać niczym kret i mścić się za cierpienia zdane przez Niemców...


Autorka zna się na tym, o czym pisze, jednak nie można wyczuć w jej słowach ani grama zadęcia. Krótkie rozdziały zajmują się konkretnymi zagadnieniami, przedstawionymi w formie pytań, które autentycznie nurtują. Dla mnie najbliższe są rozważania na temat tego, czy można poznać kogoś naprawdę, nie mówiąc mu o sobie w swoim ojczystym języku.

Gdy byłam na Erasmusie, stwierdziłam, że nie mam ochoty się wyprowadzać z Polski właśnie z tego powodu, że znajomość z obcokrajowcami wydawała mi się rozpaczliwie płaska i powierzchowna. Często zamęczałam moich angielskojęzycznych znajomków dokładnym tłumaczeniem, dlaczego takie a nie inne skojarzenie dla mnie oznacza wycieczkę w krainę dzieciństwa i co to dokładnie oznacza. Albo jak sheepskin coat jest ubogi, bo nie przywodzi na myśl peerelowskiego, zgrabnego kożucha mojej babci. Albo co to jest Wieczorynka. Albo jak wspaniały i ważny dla polskiej kultury jest Sienkiewicz, a poza tym fabuła Trylogii jest porywająca, tylko że żadne tłumaczenie na angielski nie jest zbyt dobre, więc może opowiem pokrótce...

No właśnie, dla mnie to problem. Jednak ileż jest par, które nie znają swoich ojczystych języków i porozumiewają się za pomocą drugiego.

Albo czy mówiąc w innym języku, stajemy się trochę kimś innym? Bo człowiek czuje się trochę inaczej, inaczej się wyraża, nawet rejestr głosu się podnosi, mówiąc w innym języku niż ojczysty.

No i jak to jest z tym, że ojczyste słowa na uczucia wydają się milion razy wyrazistsze, a przekleństwa bardziej siarczyste?


Języczni starają się na te i wiele innych pytań odpowiedzieć, a przy okazji uwrażliwić, wyjaśnić i zaciekawić. To ożywczy zastrzyk zadziwienia światem języków dla tych, którzy się języka uczą, a także dla tych, którzy go nauczają. Filolog rozsmakuje się w szczegółach, a nie-filolog otworzy oczy na zjawiska, które wyczuwamy intuicyjnie, że zachodzą, ale tak naprawdę rzadko można usłyszeć, jak ktoś o tym mówi.

Na uwagę też zasługuje jak zwykle piękne wydanie. Karakter zawsze stara się, by ich książki zachwycały i tak jest też z tą drobną, soczyście pomarańczową pozycją. Uwielbiam, jak ten kolor pięknie odznacza się na tle fioletu wewnętrznej strony okładki, a także szorstki dotyk materiału, z którego jest zrobiona. Wnętrze jest równie dopracowane i cieszące oko. Całość dopełniają złote strony oddzielające rozdziały i złoto-czarne, minimalistyczne rysunki Oli Niepsuj. Takie książki aż chce się w kółko wąchać, trzymać w ręce i przeglądać.

Jedyny minus, jaki tu znajduję, to to, że było za krótko. Poproszę więcej!


Języczni
Jagoda Ratajczak
Karakter, 2020
207 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 19 kwietnia 2020

Czego nie ma w "Nie ma". "Gottland" i "Nie ma" Mariusza Szczygła


Wiecie dobrze, że nie siedzę w reportażach. Rzadko po nie sięgam, zdecydowanie wolę fikcję. Nie czuję się znawcą tego gatunku, więc miałam spore opory przed bezpardonowym opisywaniem moich reakcji na Nie ma, ostatnią książkę Mariusza Szczygła. A reakcje te były nie do końca przychylne.

Nie ma czytałam świeżo po zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie, a dokładniej podczas wycieczki do Bratysławy. Co z perspektywy pandemicznego zamknięcia wydaje się wiekami świetlnymi temu... Po drodze przeczytałam jeszcze Gottland, żeby bardziej utwierdzić się w moich odczuciach na temat wcześniejszego stylu Szczygła, który pamiętam jeszcze z czytania Niedzieli, która zdarzyła się w środę. Ta ostatnia książka była debiutem z 1996, Gottland wyszedł dziesięć lat później, a Nie ma ponad kolejną dekadę później. Co się w tym czasie zmieniło?


Zarówno Gottland, jak i Niedziela... pisane są, jak pisze większy znawca tematu, Rafał Hetman, według tak zwanej polskiej szkoły reportażu. To styl zbliżony do publicystycznego, zwięzły, ale jednocześnie ekspresyjny i dobitny, z dodatkiem pewnej dozy swobody literackiej. Niemniej jednak trudno się pomylić, jak taki reportaż wygląda: to często dłuższy tekst opowiadający jakaś historię czy podążający za jakimś bohaterem, przytaczający rozmowy, pisma, fakty.

Nie ma w niektórych tekstach od tego stylu niefrasobliwie odchodzi, pozwalając sobie na odpłynięcie w eseistykę czy eksperyment, taki jak przytaczanie całej tabeli z arkuszu kalkulacyjnego, jak w Bilansie Ewy, jednozdaniowe rozdziały metatekstowo-poetyckie, jak Najkrótszy wykład o Nie ma Hanny Krall czy Reportaż, wywiad, który składa się z samych odpowiedzi (Przeczucie), a wreszcie rozdział, który zawiera więcej wyimków niż samego tekstu (Rzeka). Znajdziemy tu też teksty o ojcu pisarza czy o samym pisarzu. Teksty o tym, jak pisze tę książkę, jak rozmawia o niej z innymi. To wszystko przetykane jest pełnokrwistymi Nieznajomy wróg jakiś, Czytanie ścian, Gwiazda wszystkich willi. No i Śliczny i posłuszny z 2013 roku, ale do niego zaraz wrócimy.

I nie, to nie jest tak, że mnie się nie podoba to frywolne odejście od typowego schematu polskiego reportażu, literacka zabawa formą, poszukiwania różnych ujęć tytułowej absencji, braku, ubytku. Ja czuję się rozczarowana tym, że te typowe reportaże, które mnie osobiście najlepiej się czyta, są poprzetykane tą eseistyczną, eksperymentalną prozą, którą... gorzej się czyta. Po prostu jedno i drugie mi nie pasuje jak pięść do nosa, a o tego w tych nowych kombinacjach można znaleźć trochę słabszych fragmentów.

 
A jeszcze do tego dochodzi rozpoetyzowanie, wzniosłe sentencje i generalne lekkie odpłynięcie w stronę klimatów Coelho. Przed czym przestrzega go wprost cytowana Hanna Krall...

„Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.
(Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej?”

Mnie to nie leży.

Nie leży mi też to, że najlepszy, najmocniejszy tekst z całości jest jednocześnie odgrzewanym kotletem, który jest jednocześnie dość problematyczny. Bo Śliczny i posłuszny już dawno wybrzmiał, zrobił swoje, zaszkodził kobiecie, o której opowiada, a która już swoją zbrodnię odpokutowała. W 1982 została skazana na 15 lat więzienia, tekst wyszedł w 2013. Czytelnicy szturmem ruszyli na polowanie, odebrali ten tekst jako wezwanie do interwencji. I trzy lata później ten sam tekst zostaje wpisany w książkę, którą odbieram bardziej jako patchwork dłuższych, typowych reportaży i nowych, słabszych tekstów, wydaje się, jakby dopisanych pod wspólny temat.


Natomiast Gottland czyta się fantastycznie. Być może to częściowo zasługa tego, że to wydanie trzecie, podszlifowane w porównaniu z oryginałem. Mimo to historie o Czechach ubiegłego stulecia są niesamowicie barwne, ale i wymowne: zaczynając od szalonego, dyktatorskiego imperium Baty, przez tragedie artystek zniszczonych przez historię i politykę, takich jak Lída Baarová i Marta Kubišová, fenomenalną, tragiczną opowieść przemilczanego pomnika Stalina w Pradze, po analizę prawdziwej twarzy pewnego pisarza, któremu częściowo się udało zabłysnąć podczas komunizmu. 

Z tych niełatwych, przygnębiających, często nieprawdopodobnych historii wyłania się zarys specyficznego społeczeństwa, które musiało się dostosować, żeby przeżyć. Historia ludzi sprzecznych, wizjonerów, ale i oportunistów; pełnych ambicji, ale i chowających głowę w piasek. Dla Polaka: częściowo powtórka z rozrywki, częściowo kosmos. Dla Czechów: zbyt bliskie spojrzenie na problematyczne miejsca, odgrzebywanie starych brudów.

Nic dziwnego, że to klasyka gatunku.

A czego mnie osobiście zabrakło w Nie ma? Gottlandu.


Nie ma
Mariusz Szczygieł
Dowody na Istnienie, 2018
335 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

Gottland
Mariusz Szczygieł
Czarne, 2016
251 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 22 marca 2020

Co zatruwa kobiece życie i jak się z tego uwolnić. "Obsesja piękna" Renee Engeln


Książka, do której dotarłam przez najcieplejszą osobę na świecie, Asię prowadzącą bloga Drobiazgi. (Jeśli brakuje Wam w życiu zachwytu rzeczami małymi, optymizmu i głębokiego, duchowego zastanowienia nad sobą, bardzo polecam obserwowanie jej Facebooka albo Instagrama.) Najpierw czytałam jej wpis o Obsesji piękna Engeln, a potem natknęłam się na nią buszując w stosikach i półkach z książkami w jej mieszkaniu. Ostatecznie skończyło się pożyczeniem i czytaniem w amoku bodaj do pierwszej w nocy. Bo to wszystko prawda. Bolesna, codzienna, wgrana na stałe w mózg i społeczeństwo prawda.

Są osoby, które czują się jak ryba w wodzie jeśli chodzi o stereotypy, wymagania i postrzeganie damskich ciał. Kobiety, które uwielbiają być podziwiane, wystrojone od stóp do głów i z efektownym makijażem, nawet w domu we frywolnych pantoflach na zgrabnej platformie i z puszkiem na górze stopy, w zwiewnym kimonie, ułożonych włosach. Zazwyczaj jednak obsesja piękna wyrządza więcej szkód niż daje korzyści jakakolwiek gratyfikacja z powodu wyglądu, nawet autentycznie szczera.

Czym jest obsesja piękna i skąd się bierze? To stan, w którym „energia emocjonalna kobiety jest tak silnie związana z wyglądem, że trudno jej dostrzec pozostałe aspekty życia. (...) Obsesję piękna napędza kultura, która koncentruje się na wyglądzie kobiet bardziej niż na ich słowach, czynach i osobowości. Wzmacnia ją sposób, w jaki przedstawia się kobiety i język, jakim posługujemy się, opisując siebie i inne panie. Przyczyniają się do niej osoby, które zawstydzają kobiety z powodu ich wyglądu – ale także te, chwalą dziewczynki i kobiety jedynie za urodę” (s. 21-22).  


Renee Engeln ma doktorat z psychologii społecznej, wykłada na amerykańskim Uniwersytecie Northwestern i naukowo zajmuje się teorią uprzedmiatawiania, „fat talk”, czyli niemal rytualnego narzekaniami na wagę oraz wpływem wyidealizowanych wizerunków kobiet w mediach na psychikę. Wynikiem jej analiz, wywiadów i poszukiwań jest właśnie ta książka, napisana w przyjemny, popularnonaukowy sposób, ale poparta solidną bibliografią i wynikami badań – zarówno jej własnych, jak i innych w tej dziedzinie. W ramach wprowadzenia można obejrzeć jej TED Talk, ale książka o wiele lepiej i głębiej przedstawia problem, od definicji, przez skutki i przyczyny, po rozwiązania: te nietrafione i te autentycznie działające. Spróbuję streścić tutaj pewne najważniejsze punkty, nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć, co tu można znaleźć.

Zarys

Bardzo trudno znaleźć nastolatkę czy dorosłą kobietę, która choćby w cichości serca nie ma kompleksów, uwag odnośnie swojego ciała, wewnętrznych komentarzy: ach, gdybym miała szczuplejsze uda, płaski brzuch, piękne włosy, pełne krągłości, większe oczy, mniejszy nos... Już bardzo małe dziewczynki instynktownie wyczuwają, że bycie nazwanym brzydką to największa potwarz. Czasem można sobie pomyśleć, że po co komu ten cały feminizm, skoro większa część kobiet cichcem podmieniłaby swoje prawa i wywalczony szacunek na poprawę wyglądu.

„Stworzyliśmy kulturę, która wmawia kobietom, że najważniejsze to być piękną. Narzucamy im nieosiągalne kanony piękna, a później, kiedy się nimi przejmują – oskarżamy o próżność albo, co gorsza, zbywamy pełnymi troski słowami: <<Każdy jest piękny na swój sposób>> i upominamy, że powinny akceptować siebie takimi, jakie są” (s. 13).  

Przyczyny

Mechanizm psychiczny, który tak mocno wypacza już kobiety od najmłodszych lat, to przedmiotowe traktowanie ciała. Kiedy świat traktuje twoje i inne damskie ciała jako poddawany nieustannej ocenie przedmiot, istniejący tylko po to, by sprawiać innym przyjemność; gdy wygląd to aspekt ważniejszy niż posiadanie sprawnego umysłu, życia wewnętrznego, uczuć, marzeń i aspiracji, trudno nie utracić części swojej podmiotowości, poczucia własnej wartości. Kiedy jesteś chwalona za to, że jesteś taka śliczna, gdy wszyscy martwią się o to, żebyś nie pomięła swojej najlepszej sukienki, kiedy najładniejsza dziewczynka dostaje nagrodę miss, kiedy dorosłe kobiety wokół ciebie nieustannie martwią się o swój wygląd, kiedy obcy ludzie na ulicy cię proszą o uśmiech albo wyzywająco komentują twoją sylwetkę, kiedy każdy portal plotkarski pozwala sobie na swobodne komentowanie i obcinanie wyglądu gwiazd, kiedy kobietom się płaci za to, by stały obok towaru i ładnie wyglądały, przyjmujesz jasny przekaz. Nie liczysz się ty, tylko twoje ciało. A twoje ciało jest sprawą wszystkich. Jest sprawą publiczną. A ty stajesz się przedmiotem. W oczach innych i w oczach samej siebie.

Jesteś uprzedmiotowiana. I skupiając się na wyglądzie w odpowiedzi na bombardujące cię komunikaty, dokonujesz samouprzedmiotowienia.

„Samouprzedmiotowienie ma miejsce, kiedy, choć fizycznie odchodzisz od lustra, pozostaje ono obecne w twoich myślach. Kiedy spacerujesz, siedzisz lub uczestniczysz w spotkaniu, cząstka twojej świadomości nieustannie monitoruje twój wygląd. Kiedy wygłaszasz prezentację przed grupą, cząstka ciebie siedzi w pierwszym rzędzie i sprawdza, czy dobrze wyglądasz. Temat wystąpienia jest nieważny. Czy spódnica nie opina cię zbyt mocno?” (s. 85)
 

Skutki

Opisane powyżej zjawisko narzuca nam skupienie się na zewnętrznej kontroli swojego ciała, przez co zatracamy tak zwaną świadomość introspektywnej, czyli wrodzonej zdolności do wyczuwania potrzeb swojego ciała od wewnątrz. Pracoholiczki, perfekcjonistki, bulimiczki, anorektyczki i wiele innych kobiet, które zabiło w sobie naturalne zwracanie uwagi na sygnały wysyłane przez ciało, są przykładami na to, jakie spustoszenie w ciele i psychice może zrobić ignorowanie poczucia głodu, sytości, zmęczenia czy tętna.

Wewnętrzny policjant skupiony na ciele odbiera też część mocy przerobowych umysłu. Przekierowując część ze swoich zasobów poznawczych na monitorowanie swojego wyglądu, narażamy się większe ryzyko zaburzeń myślenia i uwagi, tracimy część koncentracji, a do tego obniżamy swoją motywację i samoskuteczność.

Cierpi również asertywność, również seksualna. Nie czujemy, że mamy prawo mówić z szacunkiem o swoim ciele, więc tym bardziej nie wyrażamy swoich pragnień związanych z seksem. Skoro nasze ciało jest przedmiotem, nie zasługuje na prawo odmowy czegoś, na co nie mamy ochoty. Jeśli celem naszego istnienia jest sprawianie innym przyjemności swoim ciałem, dlaczego miałybyśmy się nie poddać presji.

Kobiece ubrania są skrojone z troską o atrakcyjność, a nie praktyczność. Damskie ubrania są krępujące, brakuje im kieszeni, są mocniej wydekoltowane, rękawy są krótsze, materiały cieńsze; wysokie obcasy zniekształcają stopy i obniżają komfort życia; zabiegi upiększające i makijaż zabiera nam czas i pieniądze.

Nie postrzegamy swojego ciała jako jedynej w swoim rodzaju biologicznej maszyny, która niesie nas przez świat i daje miliony możliwości. Nie myślimy, że nasze ramiona są użyteczne, bo można nimi przytulić najbliższą osobę, że nasze nogi pozwalają chodzić po górach i brodzić stopami w morzu, że nasze włosy zapewniają ciepło czaszce, włoski na ciele spełniają różne ważne funkcje, brzuch dostarcza energii i składników odżywczych przez trawienie. Nie ćwiczymy, żeby być zdrowymi, żeby mieć lepszą kondycję, żeby zestarzeć się z ukochaną osobą. Nie myślimy praktycznie.

Co nie pomaga

Krytykowanie wagi i body shaming nie motywują do przerzucenia się na zdrowe nawyki. Jeśli sprawimy, że ktoś znienawidzi własne ciało, czy będzie miał ochotę o nie dbać? Zamiast tego takie zachowania mogą wepchnąć kogoś w poczucie wstydu, kompleksy, skupienie na wyglądzie, a następnie popchnąć do źle umotywowanej i źle poprowadzonej diety, ćwiczeń czy zabiegów chirurgicznych, a nawet wpędzić w chorobę psychiczną.

„Wstyd to skomplikowana emocja – obejmuje poczucie niepowodzenia i poddania swoich wad pod osąd innych. Jest powiązany z normami kulturowymi i oczekiwaniami społecznymi. Sprawia, że stajemy się zbyt niepewne i za bardzo wsłuchujemy się w cudze oceny. (...) Skoro podobanie się innym ma być naszym najważniejszym zadaniem – niepowodzenie na tym polu traktujemy naprawdę poważnie, a związany z nim wstyd może zniszczyć nawet najsilniejsze kobiety. (...) Wstyd różni się od poczucia winy. To ostatnie zwykle łączy się z określonym zachowaniem i sprawia, że człowiek chce przeprosić za swoje postępowanie –  a nie zniknąć z powierzchni ziemi. (...) Wstyd ma ogólniejszy charakter –  nie dotyczy tego, co zrobiłaś, ale tego, kim jesteś. Trudno się go pozbyć, a toruje drogę dla lęków, depresji i zaburzeń odżywiania” (s. 85).

Złą drogą jest zakrywanie obsesji piękna troską o zdrowie. Nie da się stwierdzić, czy ktoś jest zdrowy kierując się wyłącznie jego wagą.

Również nie pomoże komplementowanie kobiet. Mówienie im, że są piękne, ściąga ich uwagę na wygląd. Przypomni, że są oceniane.

Jeszcze gorsze jest to, jak skonstruowane są nasze media. Tutaj odwołuję za autorką do świetnie tłumaczących rzeczywistość filmików Jean Kilbourne z serii Killing Us Softly na temat wizerunków kobiet w reklamach. Przeglądanie mediów społecznościowych, w których kreujemy często zafałszowaną, ulepszoną wizję swojego życia i wyglądu, a dodatkowo bardziej skupiamy się na przeglądaniu zdjęć, czyli wyglądu, tym bardziej ciągnie nas w dół. Bycie pod nieustannym ostrzałem aparatów w telefonach komórkowych wprowadza nas w nieustanny niepokój.

Sama świadomość powyżej wymienionych mechanizmów wcale nie pomoże nam się uchronić przed obsesją piękna, bo każde skupianie się na wyglądzie, nawet w celu krytyki pogoni za pięknym ciałem, zmusza nas do myślenia o ciele. A tego chcemy uniknąć.


Co pomaga

  • Przeniesienie ciężaru z troski o wygląd na troskę o zdrowie, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne. Oddzielanie wyglądu od poczucia własnej wartości i utożsamianie go ze szczęściem. Nie trzeba być pięknym, żeby zasłużyć na miłość.
  • Traktowanie swoich oznak starzenia jako symbol dojrzałości, medalu za przebyte doświadczenia. Zdobywa się je, gdy się na nie zasłuży. Po co się ich wstydzić?
  • Nie komentuj cudzego wyglądu. Komplementuj tylko to, nad czym dana osoba ma kontrolę, a zatem zalety wnętrza. Jeśli będziesz komplementować np. spadek wagi, podkreślasz to, że przed schudnięciem ta osoba była gorsza.
  • Jeśli już wstawiamy zdjęcia na swoich profilach mediów społecznościowych, pokazujmy na nich, kim jesteśmy i co robimy, co możemy, co jest dla nas ważne.
  • Unikajmy wystawiania się na media, które skupiają się na ciele: czy media społecznościowe, czy tradycyjne. 
  • Koncentrujmy się na myśleniu o tym, co robimy. Co możemy dzięki niemu zrobić. Jak funkcjonalne, wygodne jest nasze ciało. Ile mamy energii, jak jesteśmy wytrzymałe. Do czego NAM służy. Jak wpływa na NASZE samopoczucie. Ćwicząc, ćwiczmy dla naszej przyjemności i samopoczucia, a nie dla osiągnięcia wymarzonej wagi.
  • Zrezygnuj z ubrań, które zmuszają cię do ciągłego monitorowania swojego wyglądu. Postaw na funkcjonalność, przydatność, wygodę. Głosuj portfelem na te marki, które wspomagają twoją wizję świata.
  • Przenieś swoją uwagę na te aspekty twojego ciała, które lubisz. Które sprawiają ci radość.
  • Nie postrzegaj siebie fragmentarycznie: brzuch mam taki, biust taki, włosy takie. Patrz na siebie jako na całość.
  • Myślmy o naszym wyglądzie jak najmniej. Zmieńmy naszą perspektywę.
  • Zmuśmy nasz umysł do wejścia w dysonans poznawczy. Uznając się za osobę, która oddziela się od obsesji piękna, będąc wystawionym na wyidealizowane wizerunki kobiet, będziemy odczuwać dysonans, co stanie się naszą zaporą. Obsesja nie opanuje naszego myślenia aż tak szybko.
  • Nie włączajmy się w rozmowy o ciele z narzekającymi kobietami. Nie komentujmy naszego wyglądu przy innych. Nie usprawiedliwiajmy swojej powierzchowności. Uważajmy na słowa, mają dużą moc.
  • Zdobądź się na współczucie sobie i innym. Zaangażuj się w pomoc innym.


„Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyłączyć części naszego mózgu, która wyczula nas na ludzkie piękno. Możemy ją jednak wyciszyć” (s. 266).




Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiet
dr Renee Engeln
tłum. Marta Komorowska
Wydawnictwo Buchmann, 2018
416 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

wtorek, 17 marca 2020

On jest królem węgla i on ten burdel kupuje. "Atlas: Doppelganger" Dominiki Słowik


Kiedy książka z jednej strony rozbawia do łez i zachwyca przaśnymi, prostymi postaciami snującymi swoje gawędy z ułańską fantazją i rozmachem, a z drugiej zmusza do śledzenia w niej kluczy do odczytania gęstej od ścieżek znaczeniowych i motywów, to wiesz, że wpadła ci w ręce perełka.

Lata dziewięćdziesiąte, Śląsk. Dziadek Anny, rozpierając się w wózku na środku pokoju, opowiada dwóm zapatrzonym w niego jak w obrazek dziewczynkom o swoich fantastycznych przygodach na pełnym morzu i w najegzotyczniejszych krajach. Kiedyś był marynarzem, jego tors rozsadzał koszulki i ledwie unosił się na dwóch cienkich, patykowatych nogach; kiedyś bił się w klatkach podwieszanych pod sufitem, lśniący od oliwy; kiedyś był sobie tak bogaty, że kupił sobie cały blok na własność i miał jedną sprzątaczkę, Estelitę, która mu ten cały blok, każde mieszkanie z osobna, w pocie czoła sprzątała. Ach, czego to on w młodości nie robił...

Narratorka powieści skrywa się jak duch pod dosłownym znaczeniem jej opowieści. Jest widmem, nie wiemy o niej nic konkretnego; głównymi bohaterami są jej koleżanka, Anna i dziadek Anny. Nade wszystko zaś w centrum historii objawia się osiedle bloków z czasów transformacji, mityczna kraina dzieciństwa, gdzie czas rozmywa się w tykaniu zegara, a przestrzeń nie ma początku i końca; osiedle z wielkiej płyty to cały mikrowszechświat, jakiego potrzebujemy, bo jednocześnie zawiera w sobie nieskończoną ilość lądów, mórz i oceanów. 


Klucz pierwszy: doppelganger.

W ramach wstępu do powieści czytelnik zostaje uraczony wnikliwym wytłumaczeniem naukowym, czym doppelganger jest, a czym nie jest, skąd się wziął i jak można go interpretować. Pierwszy trop zatem to „zjawisko amorficzne, wywołuje w nawiedzanym ciągły niepokój, nieokreślone pragnienia, melancholię, poczucie pustki, potrzebę nadzwyczajnej aktywności (...) przymus ciągłej podróży” (s. 7-8). Zarówno w dziadku, jak i później w Annie widać tego samego ducha zagubienia w realnym świecie, pobudzającego do nieustannego poszukiwania.

Dziadek najpierw szlajał się po świecie, przeżywając (jeśli mu wierzyć) najwymyślniejsze przygody niczym w kalejdoskopie, a następnie osiadł na wózku na śląskim blokowisku i tak zaczął stopniowo niknąć w oczach, aż jego męskie, marynarskie znamiona, tatuaże, dziury w czaszce po trepanacjach przeprowadzanych w ramach lekarstwa na nieziemskiego kaca bledną, przepadają, zanikają. Anna, jak odbicie lustrzane, pod wpływem imponującej persony dziadka najpierw popada w stan nerwowego poszukiwania, przegląda mapy, usiłuje dociec odpowiedzi, znaleźć trasę dziadkowych podróży, aż w końcu sama przepada gdzieś na gigancie, prawdopodobnie przeżywając jeszcze barwniejsze przygody niż dziadek, w poszukiwaniu swojego właściwego miejsca na świecie.

Narratorka też podróżuje, ale w czasie i wspomnieniach, pobudzona doppelgangerem melancholii. Jej historia jest spleciona z historią Sadowskiego: on szukał papierów, listów, tropił ślady ludzi w pustych, odrealnionych blokach jak ze snu; ona szuka sensu we wspomnieniach z dzieciństwa, próbuje je sobie przypomnieć i zapamiętać, a może najbardziej zrozumieć.

Typowe, według wstępu ponoć błędne odczytanie doppelgangera to kopie, bliźniacze czy lustrzane odbicia. Sama okładka podsuwa nam podglądanie kalejdoskopu przez idealnie symetryczne dziewczynki. Czy Anna i narratorka to dwie strony medalu? Yang, aktywna, wyglądająca w przyszłość i szukająca nowych miejsc Anna i yin, patrząca wstecz i w czas, analizująca narratorka? A może chodzi o dwie historie, dziadka i Sadowskiego; dwa blokowiska, jedno żywe, pulsujące, przywołane ze wspomnień dzieciństwa i drugie: porzucone, w rozkładzie, zapomniane? O życie z opowieści dziadka, nierealne, fantasmagoryczne, oraz życie blokowiska, namacalne, prawdziwe, choć czasem równie fantastyczne?

Klucz drugi: atlas.

Dziadek atlas świata ma na ciele w formie plam, wybrzuszeń, tatuaży, blizn. Na szafie trzyma swoje nieuporządkowane, pozwijane mapy, na których odbite kółka po herbacie i rozlana kawa tworzą nowe lądy. Jego opowieści są fragmentaryczne, nieporządne, układające się w kalejdoskopowy, wariacki atlas życia.

Labirynt mieszkań to prawdziwa pułapka, czasem łatwiej uciec wybitą szybą niż szukać wyjścia. Labirynt osiedla jest jeszcze gorszy, trzeba umieć się zorientować w tej przestrzeni. Labirynt piwnic miesza się z labiryntem kopalni, rekiny węglowej finansjery mają własne wejścia do kopalni z piwnicy swojego mieszkania i sprzedają ukradziony węgiel na lewo, a pijane dresiki przestawiają bloki, żeby kraść schowane w piwnicach nowe, komunijne rowery. Linia graniczna w postaci autostrady i wysypiska oraz ostra linia bloków wystająca ponad trawy niczym okręt na przestworze oceanów to swoisty mikrokosmos, w którym zamyka się atlas świata. Przez to jedno śląskie osiedle przebija uniwersalizm: to miejsce to wszędzie.

Klucz trzeci, łączący dwa pierwsze: podróże w czasie, w pamięci, w przestrzeni.


„[c]zuła głęboko, że jego słowa, mimo że tak fascynujące i tworzące oś jej całego świata, były jednocześnie granicą, która od dziadka ją oddzielała i trzymała uwięzioną między fotelem a meblościanką.” (s. 334) 

Klucz czwarty: opowieść.

Powieść pisana jest wyłącznie małymi literami, często bardzo potocznym językiem zwykłych ludzi, to prawie gawęda, kultura słowa mówionego przeniesiona na kartki papieru. Siarczyste przekleństwa mieszają się z zachwycająco literackimi opisami blokowiska. Podsłuchane, podejrzane historie, plotki przemieniające się w legendy, żarty wyolbrzymione w mity przeplatają się z absurdalną, niespójną opowieścią dziadka. Zagubione wątki, nielogiczne przeskoki, historie opowiadane setny raz, a za każdym razem z innymi detalami, zlewają się w jedno. Labirynt blokowiska odzwierciedla ustnie przekazywane historie. Oswojone i dobrze znane ścieżki opowiadań, ale do końca niepoznawalne, ulotne, przepoczwarzające się z każdym kolejnym słowem, nie pozwalają znaleźć wyjścia z ograniczonego przecież świata blokowiska.

Kto to wie, czy to dziadek opowiadał o Sadowskim, czy Sadowski opowiadał o dziadku, czy narratorka o nich obu, czy każdy o sobie samym, a może to się tylko wszystko przyśniło...

Klucz piąty: nostalgia.

Idylliczne śląskie blokowisko prześwietlone jest wspomnieniami słonecznych, upalnych wakacji i bożonarodzeniowych kłótni. Kraina dzieciństwa pozostaje w sferze bez czasu, z rozmytymi krawędziami, oniryczna i trudna do uchwycenia, ale rozumiana jak przez skórę, instynktownie. Blokowisko z powieści to polskie odrealnione Macondo, wyrwane ze wspomnień niczym z kontekstu i przedziwne jak opowiadania Schultza. Współczesne pokoleniu trzydziestolatków dzieciństwo w latach dziewięćdziesiątych zostaje przemienione w ludową gawędę i literacki ołtarzyk. Pamiętacie, jak to się wodę lało bez opamiętania, jak nikogo nie obchodziło środowisko czy los zwierząt, jak dzieciaki na obiad do domu wołały matki przez balkon... Świat był prostszy, teraz więcej rozumiemy, ale i gubimy się w stopniu skomplikowania i relatywizmie każdego tematu, który próbujemy zgłębić.

Rzucona w przeszłość przez ducha nostalgii i melancholii narratorka stara się dotrzeć do swoich wspomnień, poczuć namacalnie swoje dzieciństwo jeszcze raz. Nietrwała pamięć rozmywa wątki, nie powala się w pełni zrozumieć ani zapisać.


Klucz szósty: humor.

Och, humor aż palce lizać.

„dopiero parę lat później okazało się, że znaleziony przez annę medal to order robotniczy za dwadzieścia pięć lat pracy, a dziadek, kiedy go dostał, to tak się uchlał z kolegami w knajpie na mieście, że zaczął rzucać medalem niczym dyskobol. można sobie tylko wyobrażać, jakie spustoszenie wywołał lecący przez knajpę półkilowy kawałek metalu ciskany z rozmachem pijacką ręką dziadka.
kiedy później wracał taksówką, pod domem oświadczył kierowcy, że jest królem węgla, i koniecznie chciał mu zapłacić za kurs swoim orderem, twierdząc, że to szczerozłota moneta.
– panie, nie chcę tego gówna, dawaj pieniądze – bronił się taksówkarz.
– to jest kurwa waluta, to nie jest jakiś tam rubel czy złotówka, nawet dolar przy tym to nic nie jest! – krzyczał dziadek. – panie, to jest taka waluta, że pan sobie pół województwa wykupisz!
taksówkarz, zdenerwowany, widząc, że nic nie wskóra, zapytał dziadka niewinnie:
– a to pan szanowny, skoro ma taką walutę przy sobie, to może ją sobie ulokuje w nieruchomościach? to strach takie pieniądze w tych czasach przy sobie mieć przecież.
– panie, dobrze pan gadasz... – zamyślił się dziadek i przycisnął medal do piersi.
– widzisz pan, panie szanowny, tak się składa, że ja mam akurat znajomego, który chce lokal sprzedać, hotel właściwie, w samym centrum. ale wiesz pan, on tam dużo kupców ma, bo oferta nie byle jaka, trzeba by to szybko załatwiać.
– no to na co czekamy, wieź mnie pan tam!!! – krzyknął wyraźnie podekscytowany dziadek.
następnego dnia babcia otrzymała telefon z informacją, że ma się zgłosić po swojego małżonka na miejską izbę wytrzeźwień. powiadomiono ją także, że wzmiankowany obywatel wkroczył na ową izbę o trzeciej nad ranem, w galowym mundurze, i wymachując medalem, oświadczył, że jest królem węgla i on ten burdel kupuje.” (s. 20-21) 


Debiut świetny, szalenie zadowalający, choć nie sycący. Powieść jest trochę nierówna: na początku genialna, potem trochę traci swojej mocy. Przekleństwa przeciążają narrację, czasem idealnie pasują, czasem okazują się niepotrzebne i nużą. Mimo drobnych wad, to bardzo dobra powieść.

Nie mogę się doczekać Zimowli.



Atlas: Doppelganger
Dominika Słowik
Znak, 2015
352 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

wtorek, 10 marca 2020

No i skończyło się płaczem. "Płacz" Marty Kisiel


Ostatni tom tak zwanego Cyklu Wrocławskiego, który zaczął się przezabawnym, fantastycznym Nomen Omen i uderzył w zdecydowanie bardziej ponure tony w Toń, właśnie kończy się w Płacz. Już jutro, 11 marca w waszych księgarniach, na Rozkminach dzisiaj, przedpremierowo.

O Marcie Kisiel pisałam na Rozkminach nie jeden raz, dotychczas jednak zazwyczaj pławiłam się ciepłem i humorem jej powieści; najlepszy komplet to kakao, bamboszki i nowa Kisiel. Płacz to chyba najbardziej poważna pozycja na jej koncie, przypominająca ocierające się o horror ostatnie opowiadania z antologii Pierwsze słowo i zgrabnie dopasowująca się do momentami mrożącej krew w żyłach Toni. Tutaj jednak jest też bardzo smutno, bo tragedia dotyka bardzo blisko, a zakończenie sprawia, że bamboszki leżą rzucone w kąt, a kakao nam stygnie w zapomnianym kubku. I to nie tylko dlatego, że książka tak wciąga.


Eleonora, tudzież psychobibliotekarka, jak ją oryginalnie nazwałam, oraz Dżusi, czyli miniaturowa seksbomba, potrzebują czasu, żeby pogodzić się z tym, czego dowiedziały się o swojej rodzinie. Oddalają się od ciotki Klary, uciekają z zasnutego widmami przeszłości mieszkania i szukają własnej drogi. Tak jak w poprzednim tomie odkrywały swoją przeszłość, tym razem można powiedzieć, że zaglądają w swoją przyszłość. 

Na tapecie pojawiają się tematy, które wymagają dojrzałości i nagle okazuje się, że obie Sternówny mają w sobie więcej siły psychicznej, niż zrozpaczona, otępiała Klara czy przytulający butelkę, zaniedbany Gerd. Dziewczyny pakują się w tarapaty i rzucają na głęboką wodę, ale dzięki problemom otwierają się na pomoc z zewnątrz, utrzymują głowę na powierzchni i nawet, wydaje się, ciągną za sobą resztę ferajny, która wybiera się odkrywać tajemnice w Górach Sowich.

Szkoda, że plejada barwnych postaci z pierwszego tomu cyklu miała już swój moment, ale w końcu to nie ich historia. W centrum zainteresowania zostają panny Stern i ich świta, czyli postacie głównie z tomu drugiego, całość zaś splata obecność fantastycznie napisanych sióstr Bolesnych. Ponieważ pierwsza połowa książki poświęca więcej uwagi Eleonorze i powoli wyjaśniającej się sytuacji, w jakiej się znalazła, wydawałoby się, że to ona będzie główną bohaterką. Okazuje się jednak, że gdy ekipa ratunkowa wyrusza na pomoc, centralna pozycja Eleonory gaśnie, a jej miejsce kradnie Dżusi i jej narzeczony, Karolek. 

Oboje z raczej humorystycznych, mniej ważnych postaci przeobrażają się w uroczych, kochanych bohaterów niemal tak namacalnych, jak ci z pierwszych tomów Jeżycjady Musierowicz. Ich osobowości, przekomarzania, problemy i docieranie się jako para są tak naturalne i rzeczywiste, że trudno nie kibicować głównie im. Ale co tu dużo mówić, wiadomo, u Kisiel siłą napędową powieści są barwne postaci i cudownie humorystyczne, choć wciąż najzupełniej naturalne dialogi.



Trzeba jednak przyznać, że równie fascynujące są tutaj prawdziwe historie z rejonu Dolnego Śląska, które przenikają tkankę Płacz. Tak jak w Toń, podczas wędrówek w czasie zanurzaliśmy się w mroczny okres oblężenia Wrocławia podczas II wojny światowej, tak w Płacz poznajemy całą siatkę tragicznych wydarzeń i teorii na temat Gór Sowich, zaczynając od XIX wieku, a na 1949 kończąc. Historia porcelanowego pałacu „śląskiego Rockefellera” z Jedlinki, kompleks Reise, budowany jako olbrzymi, połączony podziemnymi tunelami schron dla Hitlera, obozy pracy, z których brano więźniów do budowy tegoż kompleksu... Okazuje się, że historia Gór Sowich jest równie przerażająca, co fascynująca. I że w ogóle jej nie znam!

Samo wykorzystanie autentycznych wątków to nie wszystko, do tego dochodzi jeszcze rozłożona w czasie szalona intryga ze srebrną łyżeczką w roli głównej, a także duchami, anomaliami czasowymi i kolejnymi w bestiarium Kisiel fantastycznymi istotami, zdecydowanie mniej przyjaznymi niż taki Krakers...

Generalnie Płacz jednocześnie pozwala się poczuć jak podczas czytania Studni przodków Chmielewskiej, książek o panu Samochodziku i Jeżycjady, a do tego jest rdzenną fantastyką osadzoną we współczesnym sztafażu zaprawioną sporą dawką historii regionalnej. W Toni miało się wrażenie, że to bardziej urban fantasy, tutaj powiedziałabym, że to... local road trip fantasy? Jakkolwiek tego nie nazwać, czyta się przednio.

I tak kończy się Cykl Wrocławski. Płaczem. Bo zakończenie jest jak na Ałtorkę (pisownia zamierzona) zaskakujące, bo nie jest szczęśliwe. Bardzo dobrze splata wszystkie trzy książki i żegna się z postaciami, zostawiając zadrę w serduszku. No i to zimne kakao.


Płacz
Marta Kisiel
Uroboros, 2020
315 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 1 stycznia 2020

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2019


Witam Was wszystkich w nowym, 2020 roku!

Dobrze wiecie, że pierwszego stycznia co roku uraczam Was rozkminami na temat ubiegłego roku (20132014201520162017 i 2018). Tak jest, czas na podsumowanie i rozkminowe tytuły honorowe! A na powyższym zdjęciu znajdują się bilety i ulotki ze wszystkich wydarzeń i filmów, na których byłam.

Czytanie


Zacznijmy od statystyk!



W ubiegłym roku postawiłam sobie za cel przeczytać jak najwięcej książek Gaskell, bo to w końcu autorka powieści, którą analizuję w mojej pracy doktorskiej. Dodatkowo chciałam powtórzyć sagę o wiedźminie, bo chciałam się przygotować do serialu. Została mi jeszcze Pani Jeziora.

Jeśli chodzi o ilość przeczytanych książek, to ten wynik zdecydowanie mieści się w mojej normie. Za to nieprzeciętna jest ilość przeczytanych komiksów. Po raz pierwszy w życiu przeczytałam ich więcej niż kilkanaście! To wszystko przez to, że zaopatrzyliśmy się z moją Rybą w tablet specjalnie do czytania komiksów :)


Jeśli chodzi o książki, panuje tu duża różnorodność. Przeważa szeroko rozumiana literatura piękna, sporo jest fantastyki, literatury naukowej (do pracy) i trochę klasyki. W porównaniu z zeszłym rokiem... jestem dość zdziwiona tylko jedną powieścią s-f (Fundacja Asimova).


Postanowienie, które wreszcie udało mi się spełnić, to parytety czytelnicze :) Pisarki zawsze były u mnie w mniejszości, więc yay me!


Zdecydowanie spadły moje wyniki czytelnicze jeśli chodzi o audio- i e-booki. W 2018 ponad jedna czwartą książek przesłuchałam, a w tym... zepsuło mi się gniazdo na słuchawki w telefonie. Muszę to szybko naprawić!

Generalnie, jak co roku, nie jest źle jeśli chodzi o czytanie ;)

Blog


W ostatnim wpisie całkiem sporo się napodsumowałam, jeśli chodzi o bloga, więc dzisiaj zaserwuję tylko listę najpopularniejszych wpisów z tego roku:


Rozkminowe nagrody 2019!


1. Najgłębsze rozkminy



Najbardziej pobudzającą intelektualnie książką tego oku była dla mnie Americanah Chimamanda Ngozi Adichie. Więcej możecie o niej poczytać tutaj. Szczerze polecam! A na drugim miejscu dodam tutaj Jazz Toni Morrison.

2. Największy kradziej czasu



Po przeczytaniu polecenia After the Fire Willa Hilla w magazynie Książki poczułam, że to coś, co może mi się spodobać. Wpadłam jak śliwka w kompot i nie widziałam świata, póki nie skończyłam czytać.

3. Największe zaskoczenie 



Zupełnie się nie spodziewałam, że leżącą dość długo na półce i dorwana przypadkiem na wymianie Biurwa Sylwii Kubryńskiej będzie tak zabawna, dobrze napisana i życiowa. Bardzo dobrze mi się czytało i z każdą stroną byłam coraz bardziej zaskoczona!

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Oj, tutaj będzie ciężko rozstrzygnąć jeden tytuł, czytałam dużo prześmiesznych rzeczy w tym roku. O dziwo, Faraon Prusa był szalenie zabawny momentami, nie wspominając o Epoce hipokryzji Janickiego.... Książki Marty Kisiel, Seans w domu egipskim Szymiczkowej, Ostatnia arystokratka Bočka, Pratchett, wszystko wyśmienite... Malcolm XD jednak wygrywa.

5. Największy gniot 



W tej kategorii przeglądam książki, którym dałam najniższe noty w tym roku: The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar, Jesień pod muchomorem Poli Styx... jednak dzięki najbardziej cringe'owemu cytatowi („– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie”) wygrywa Purezento Joanny Bator.

6. Najlepszy komiks



Z 42 przeczytanych w tym roku komiksów, wiele z nich było naprawdę dobrych. Mocno uśmiałam się na The Way of the Househusband Oono, nie przegapiłam żadnego tomiku Wotakoi: miłość jest trudna dla otaku Fujity, zachwycałam się klimatem Draculi Mignoli, bardzo doceniłam Brom Odyi, świetnym komiksem okazała się manga Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością Nagaty... Jednak tytuł najlepszego komiksu tego roku dostają trzy tomy Harleen Stjepana Šejića.

7. Serial roku



Ostatnie pół roku żyję Star Trekiem: The Next Generation, jednak wydaje mi się, że największe wrażenie zrobił na mnie Dobry omen. To jest tak dobry miniserial, proszę czytać oryginał i oglądać!

Dodatkowo wyróżniam serial Co robimy w ukryciu za najlepszą bekę z wampirów :)

8. Film roku



Za najlepszy film, jaki obejrzałam w tym roku, uznaję Faworytę. Wyróżnienia należą się też świetnemu Na noże oraz Parasite.

Znakomitości w 2020!

niedziela, 15 grudnia 2019

Sześć lat Rozkmin. I co dalej?


Sześć lat temu, w 2013 roku, opublikowałam pierwszy wpis na Rozkminach Hadyny. 

Podobnie jak dwa lata temu, gdy zastanawiałam się, czy warto, dzisiaj również zamiast konkursu postanowiłam, że czas na przemyślenia. 

Na czwarte urodziny bloga życzyłam sobie, cytując, „Dlatego od teraz przechodzę bardziej na rytm slow. Bez wymuszenia, bez wyrzutów sumienia, bez rozczarowań, bez presji”. Co więcej, rok temu po spotkaniu blogerów podczas Literackiej Stolicy miałam przemyślenia odnośnie przejścia z ilości na jakość, przestawienia się na slow bookblogging, zastanawiania się nad zjawiskami, nad motywami, kontekstami. Patrzeniu szerzej. Pisaniu tekstów dalekich od typowych recenzji.

Czy mi to wyszło? I czy wyszło na dobre?

Na pewno zauważyliście, że w tym roku pisałam bardzo rzadko, czasem raz na miesiąc. Jednak starałam się, żeby każdy nowy wpis był dopracowany na miarę moich możliwości i zasobów czasu. Oprócz zwykłych wpisów o jednej książce, pojawiły się teksty przekrojowe, dotyczące autorów albo łączące kilka utworów. Takie wpisy były bardziej czasochłonne, ale pojawiały się tylko wtedy, kiedy naprawdę miałam ochotę coś napisać. Zerwałam z myśleniem, ile minęło od ostatniego wpisu.

Z jednej strony takie ambitniejsze podejście bardziej satysfakcjonuje, z drugiej, rzadsze publikowanie zdecydowanie odbija się na tym, że media społecznościowe Rozmin są bardziej popularne niż blog z dłuższymi tekstami. Trochę mam wyrzuty sumienia z tego powodu, trochę mi smutno, że zrobiło się tu tak cicho, ale trochę mi ulżyło. Nawet od kilku miesięcy przestałam pisać comiesięczne podsumowania popkulturalne. Przeniosłam się z tym na bieżąco na Facebooka, na Instagramie dzielę się okruchami życia na Stories.  

Jednak cały czas mam w głowie myśl, że ta minimalna hibernacja, która tu się zadziała, to rzecz tymczasowa. Cały czas mam nadzieję, że jak napiszę pracę i się obronię, będę się mogła bardziej skupić na Rozkminach. I mam nawet różne dziwne pomysły chodzące mi po głowie... Wynurzenia o najświeższych lekturach w formie filmików na Stories, może podcast we współpracy z pewną interesującą osobą... 

Mam sporo zapału, ale na razie staram się przekierowywać moje starania na codzienną pracę nad pracą doktorską i pracę zawodową. Z jednej strony mam przed sobą cel obrony w ciągu roku, z drugiej w tym roku dość dużo działo się w moim korpo. W czerwcu wysłano mnie na dłuższą podróż służbową, a tej jesieni udało mi się wspiąć po kilku szczebelkach kariery i dostać odpowiedzialniejszą pracę z lepszymi perspektywami, a do tego związaną z pisaniem i dopieszczaniem tekstów. Generalnie dużo się u mnie dzieje, ale żyję przekonaniem, że się wszystko ustatkuje, zamknie i uwolni mój czas.

I będzie więcej czytania, więcej pisania, więcej publikowania. I również przyjdzie czas na nowe.

Trzymajcie kciuki. Życzę sobie, żeby się udało.

A teraz wchodzicie Wy. Będę bardzo wdzięczna za wszelkie komentarze. Chcę usłyszeć Waszą opinię, co sądzicie o kierunku, w jakim idą Rozkminy, porady, życzenia i krytykę!

niedziela, 8 grudnia 2019

ANGLOFILIA #10: Umoralniająca papka dla młodych. Cała prawda o "Małych kobietkach" Louisy May Alcott


Małe kobietki twardo zajmują pierwsze miejsce w kanonie powieści amerykańskiej dla dziewcząt. Choć cykl o rudowłosej Ani autorstwa Montgomery jest w Polsce zdecydowanie bardziej popularny, to Alcott była pierwsza. To ona wyznaczyła pewne standardy pouczającej, ale zabawnej powieści, opowiadającej o losach dość zwyczajnych nastolatek. Co więcej, Małe kobietki zostały wydane w środku dziewiętnastego wieku, w 1868 roku, a Ania z Zielonego Wzgórza już w wieku dwudziestym. Być może również dlatego powieść Alcott to trochę antyczna ramotka, z kolejnymi rozdziałami zwieńczanymi umoralniającymi kazaniami ze strony Marmisi, matki czterech dziewczynek, od których robi się człowiekowi słabo. Powieści Montgomery za to do tej pory świetnie się czyta.

O Małych kobietkach pisano dużo. Dla niektórych to jedna z najulubieńszych powieści dzieciństwa, czytana raz po raz na osłodę życia. Ci z niecierpliwością wyglądają zbliżającej się wielkimi krokami kolejnej ekranizacji. Inni, jak ja, przeczytali kiedyś i szybko zapomnieli. Inni w ogóle nie pojmują fenomenu i tytuł, szczególnie polski, odstręcza. Jednak nieliczni zdają sobie sprawę z drugiego dna.

Z tego, że Alcott niecierpiała Małych kobietek i napisała je głownie dla pieniędzy.


Cała ta sprawa jest szalenie przewrotna i ironiczna w kontekście fabuły powieści, w szczególności biorąc pod uwagę obie części powieści (i nie mówię tutaj o tworzących trylogię Dobrych żonach i Chłopcach Jo, a o pełnej, dwuczęściowej wersji Małych kobietek, w których ślub Meg to dopiero środek historii). Sama fabuła, dla porządku, śledzi losy zubożałej rodziny, opuszczonej przez ojca, który zgłosił się na front. Cztery siostry, najstarsza Meg, chłopczca Jo, posłuszna i cicha Beth oraz trochę rozpieszczona i zadzierająca nosa Amy, pod opieką matki i wiernej służącej, próbują przetrwać ciężkie czasy, zarabiając na siebie, oszczędzając, a przede wszystkim walcząc ze swoimi słabościami. Dziewczynki obserwujemy od wczesnego wieku nastoletniego aż do dorosłości. A żeby w pełni wyjaśnić, co takiego ironicznego tkwi w tym zarysie, cofnę się do biografii autorki.

Otóż Alcott była drugą z czwórki sióstr, równie chłopczycowatą, co Jo. Wydaje się, że żyła nie tylko w skrajnym ubóstwie, ale też czymś w rodzaju sekty. Jej ojciec, Bronson Alcott, prawdopodobnie w jakimś stopniu niezrównoważony i opętany fanatyzmem religijnym, nie pozwalał rodzinie jeść produktów odzwierzęcych ani ubierać się w cokolwiek innego niż len. Jako socjalista, odmawiał pracy za wynagrodzenie. W 1840 roku brał udział w organizacji utopijnego stowarzyszenia Fruitlands, w którym warzywa korzeniowe były przez jakiś czas zabronione, bo... rosły w kierunku piekła. Rodzina musiała otrzymywać się z datków i ofiar, a sama Alcott podejmowała się różnych prac: szwaczki, praczki, służącej czy guwernantki.

Również podobnie jak w powieści, jedna z jej sióstr zaraziła się szkarlatyną, pomagając uboższej rodzinie z sąsiedztwa, i umarła przedwcześnie. Choć śmierć Beth w Małych kobietkach przedstawiona jest enigmatycznie, ale bardzo spokojnie czy wręcz idyllicznie, bo cała rodzina jest pogodzona, a Beth wręcz wyczekuje śmierci z uśmiechem, tak Lizzie zmarła w wieku dwudziestu dwóch lat po przewlekłym okresie bolesnego podupadania na zdrowiu. We współczesnych analizach podejrzewa się, że mogła cierpieć na jakieś schorzenie psychiczne, takie jak depresję czy anoreksję.

Można też wspomnieć, że ślub Meg został opisany tak, jak wyglądała ceremonia najstarszej siostry, a Amy to anagram najmłodszej May, która osiadła w Europie, by malować. May tak naprawdę żyła takim życiem, o jakim Louise'a prawdopodobnie marzyła: niezależnym, wyemancypowanym i artystycznym.



Choć Alcott dorastała w kręgu amerykańskich transcendentalistów takich jak Ralph Waldo Emerson i Henry David Thoreau, dla których pisarstwo było czymś wzniosłym, bieda i nędza popchnęły ją w stronę pisarstwa brukowego. Tak samo jak Jo, zaczęła publikować w gazetach poczytne i przynoszące wymierną zapłatę powieści sensacyjne pełne brutalnych morderstw i opiumowych pieczar. W przeciwieństwie jednak do bohaterki, której starszy mężczyzna i przyszły mąż w porę zwraca uwagę, że to zajęcie niegodne kobiety, a w szczególności młodej dziewczyny, której niewinność może zostać bezpowrotnie zbrukana tak niegodnym zajęciem, Alcott pisała ile wlezie. I dzięki temu mogła wspomóc rodzinę, gdy tymczasem nieudolny ojciec uważał, że jedynie nauczanie i rąbanie drewna to zajęcia nieuwłaczające mu moralnie.

Podczas gdy czytelnicy Alcott kibicowali, żeby Jo skończyła szczęśliwie z Lauriem, Alcott brutalnie niszczy to pragnienie i prawdopodobnie wkłada dziewczynie w usta swoje własne myśli na temat małżeństwa. Autorka nigdy nie wyszła za mąż i cieszyła się swoją niezależną pozycją starej panny-literatki. W swoim dzienniku napisała, że fanki proszą o mężów dla małych kobietek, tak jakby jednym celem w życiu kobiety było małżeństwo, a tymczasem ona nie pozwoli Jo wyjść za Lauriego tylko po to, by kogokolwiek zadowolić. Niestety z powodu silnych nacisków, ostatecznie Jo znalazła parę, jednak był to wybór niepopularny i zaskakujący: mężczyzna starszy, niezamożny, a w dodatku świetny kompan dla dzieci. Niektórzy badacze zakładają jednak, że Alcott najchętniej pozostawiłaby Jo bez mężczyzny u boku, ale dziewiętnastowieczni czytelnicy nie byli na to gotowi.

Alcott napisała też w swoim dzienniku, że nigdy nie lubiła dziewczyn ani się z nimi nie zadawała. Jedynym wyjątkiem były jej siostry. Pisanie trzech tomów o tej "Rodzinie Żałosnych", jak zresztą mówiła też o swoich bliskich, było zajęciem niewdzięcznym i wymuszonym. Wydawca zaproponował jej napisanie powieści dla dziewcząt, nad czym się zastanawiała przez dłuższy czas. Gdy wyszło na jaw, że gra na zwłokę, wydawca przewrotnie zwrócił się do ojca, proponując mu wyczekiwany kontrakt na książkę, pod warunkiem, że jego córka napisze zamówioną powieść dla młodszych. Louise'a musiała ustąpić.

Pisała dziesięć tygodni, dniami i nocami, czasem bez snu i jedzenia. Twórczy trans, w jaki wpadała, został opisany na przykładzie Jo, która też zapominała o bożym świecie podczas pisania. Po czterech miesiącach od rozpoczęcia pracy, pierwsza część Małych kobietek pojawiła się w księgarniach. Natychmiast stała się też bestsellerem, przez co Alcott została uwiązana do serii na dłuższy czas. Nie tylko napisała drugą część, ale też drugi i trzeci tom. Ponoć oparła się pokusie, żeby zakończyć całą historię trzęsieniem ziemi, które pochłonęłoby wszystkich bohaterów raz na zawsze, tak bardzo miała ich dość.

Później mówiła, że książki pokroju ...kobietek to "umoralniająca papka dla młodych".



Wydaje się, że nowa adaptacja może dużo czerpać ze współczesnych feministycznych odczytań powieści oraz z podobieństw do biografii autorki. W końcu Alcott była niezależną nonkonformistką, wyprzedzającą swój czas wolnomyślicielką i feministką. Najwyższy czas, by ujawnić zakopaną pod ramotą prawdę. W zwiastunie filmu widzimy, jak Jo wykłóca się z wydawcą, który nakazuje jej zakończyć powieść ślubem. Wydaje się, że taka scena mogła przydarzyć się samej Alcott. Nie mówiąc już o tym, jak ciotka March komentuje, że nie musi wychodzić za mąż, bo ma pieniądze. Po napisaniu Małych kobietek, Alcott wreszcie mogła uzyskać niezależność.

Little Women
Louisa May Alcott
Penguin Classics, 1989
478 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

Podczas pisania tekstu czerpałam z artykułów "The Lie of Little Women" Sopie Gilbert oraz "10 Things You Might Not Know About Little Women" Joy Lanzendorfer. Jeśli szukacie tekstów skupiających się na samej powieści, polecam wpisy z cyklu Pikniki z klasyką Pyzy oraz Tarniny.