Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 16 czerwca 2019

ANGLOFILIA #9: W obronie biednych, w pogoni za sensacją. Elizabeth Gaskell


Wczytując się z biografie takich angielskich pisarek stulecia gorsetu i krynoliny, jak Jane Austen czy siostry Brontë, napotykamy wiele samotności, odosobnienia, problemy finansowe, przedwczesną śmierć, zawody miłosne, niewiele kontaktu z wielkim światem i żadnego długiego związku małżeńskiego. Biografia Elizabeth Gaskell, przez współczesnych pieszczotliwie nazywana panią Gaskell, to zupełne przeciwieństwo takiego cichego życia na prowincji. Jej świat wypełniony był rodziną, podróżami po Europie i bywaniem na salonach, długie listy zapisane wylewnym, serdecznym, rozgadanym stylem, dom zawsze gwarny od gości. Po wieczorze w teatrze lubiła sobie podjeść, w listach do męża poplotkować, w domu utrzymywać wiejskie niemal obejście, ogródek i kury, a po długiej, wyczerpującej pracy nad książką – skoczyć do znajomych do Paryża czy odciąć się od krytyków na wakacjach we Włoszech.


Z jej historii, listów i powieści ukazuje się serdeczna, szczera, otwarta, wrażliwa i niezwykle przyjacielska osoba. Trochę próżna, bardzo uparta, z powołaniem. A przede wszystkim środkami, by pomimo wielu czasochłonnych obowiązków pani domu, które bardzo na niej ciążyły, wyrażać swoje opinie i zmieniać nastawienie publiczne w stosunku do biednych, uciemiężonych, odrzuconych.


Jej mąż dawał jej dużo swobody, tak że była praktycznie bardzo niezależna. Miała swoje pieniądze, swoje zachcianki, swoje podróże. Wspólne były ich zainteresowania, zarówno literackie, jak i światopoglądowe. Jej debiut był tak naprawdę debiutem wspólnym: razem z mężem opublikowali wiersz przedstawiający ubogich w stylu inspirowanym przez poetę Crabbe'a, którego oboje podziwiali. Wywodzili się ze starych rodzin unitariańskich, wyznających dość otwarte, zdroworozsądkowe zasady odłamujące się od Kościoła Anglikańskiego. On był pastorem i z czasem objął parafię w Manchesterze, miejscu, z którego Elizabeth bardzo często uciekała z powodu powietrza zanieczyszczonego dymami fabrycznymi. Jednak oboje zostali tam do końca, pochylając się nad smutnym losem uciskanych robotników.



W młodości podziwiana za urodę dorobiła się inspirowanego antykiem popiersia z pustym okiem, dostojnym licem i wyraźnie zaznaczonymi sutkami, a także portretu z frywolnymi lokami, spojrzeniem przez nagie ramię i wielkimi, błękitnymi oczami. Dopiero spoglądając na szkice starszej Gaskell, tej czterdziestoletniej, skupionej na pracy pani w węźle na karku, z ostro zarysowanym nosem, widzimy obraz pisarki. Swoją własną twórczość bowiem zaczęła w wieku dojrzałym, dopiero po urodzeniu gromadki dzieci, odchowaniu ich i straceniu małego synka. Jej pierwsza powieść została napisana właśnie w celu utulenia bólu po zmarłym chłopczyku.


Mary Barton, przygnębiająca, szeroko zakrojona powieść o wielu bohaterach, dramatycznych wydarzeniach, pościgach, morderstwach, gwałtownych chorobach i zbiegach okoliczności, choć nigdy nie była arcydziełem i cierpiała na zbytni sentymentalizm, wzbudziła potężne kontrowersje. Gaskell pokazywała w niej życie rodzin robotniczych z dużego miasta, dyskretnie zarysowywała pogłębiajace się ubóstwo, szybko przechodząc do skrajnej nędzy. Jej uczucia leżały po stronie Johna Bartona, ojca Mary, który od szczęśliwego człowieka z pierwszych stron książki, pełnego nadziei, gdy idzie do Londynu zanieść petycję Czartystów do parlamentu, przechodzi kolejne stadia rozczarowania światem, nie tylko z powodu prywatnych nieszczęść, ale przede wszystkim z powodu bezsilności wobec dziejącej się wokół krzywdy. Ostatecznie rozgoryczenie prowadzi go aż do zamachu na właściciela fabryki i właśnie to, że wymowa książki zmusza czytelnika do sympatyzowania z agresywnym robotnikiem, wywołała burzę wśród czytelników, niepomnych historii głównej bohaterki, Mary, uczciwej dziewczyny o krystalicznie czystym charakterze.


Autorka nie dawała za wygraną i kolejną powieścią Ruth wzbudziła jeszcze większe zamieszanie, do tego stopnia, że niektórzy wręcz uważali ją za niemoralną bezbożnicę i wyzywali od demoralizatorek. Tymczasem Gaskell, po udzieleniu pomocy upadłej dziewczynie i wysławszy ją do kolonii brytyjskiej, by mogła zacząć życie od nowa jako wdowa z dzieckiem, postanowiła opisać taki przypadek bezgranicznie dobrej, czystej, ale naiwnej i dlatego uwiedzionej dziewuszki. Ruth utożsamiana jest w powieści z siłami natury, tęskni za przyrodą, wpatruje się w kwieciste wzory na tapecie i zostaje ukroronowana wieńcem z białego kwiecia przez swojego wybranka. Co niepokoiło wielu czytelników, to fakt, że miłość i pożądanie przychodzi jej naturalnie i bezkrytycznie, nie postrzega bycia ze swoim ukochanym bez ślubu jako grzech. Jej charakter pozostaje idealnie czysty nawet po urodzeniu dziecka, gdy przygarnia ją pastor ze swoją siostrą, podając dziewczynę za swoją krewną, której mąż zmarł. Aktem ostatecznego odkupienia swoich win jest opieka nad zakaźnie chorymi na cholerę, jednak dla większości wiktoriańskich czytelników powieść wciąż była szokująco nie do przyjęcia.


Gdyby nie publikowane w międzyczasie opowiadania o miasteczku Cranford, a następnie ponowna, tym razem zdecydowanie lepsza próba zmierzenia się z tematem nędzy robotników w Północy i Południu, Gaskell nie byłaby zbyt opiewaną autorką. Obydwa przedsięwzięcia związane były ze współpracą z Karolem Dickensem, który zaprosił ją do publikowania w jego tygodniku „Household Words”. Współpraca o tyle trudna, bo zaczęła się od gorących zapewnień Dickensa, że on wszystko od niej przyjmie, a ona ma się absolutnie nie martwić długością rozdziałów. Z Cranford nie było zbytniego problemu, a czytelnicy uwielbiali urokliwe, ironiczne opowieści z miasteczka zamieszkanego przez starsze panie, tak przy Północy i południu Dickens zaczynał tracić cierpliwość i naciskać coraz bardziej na krótsze, bardziej zwarte rozdziały, a Gaskell była rozeźlona narzuconym tempem. Dickens czasem ingerował w jej pracę, by potem odpisać na jej protesty, by nic nie zmieniać, w ostatniej chwili, informując, że już za późno. W którymś momencie Dickens pisał w liście do znajomego, że gdyby był mężem Gaskell, prałby ją, ile wlazło, a Gaskell wyraziła swoje oburzenie w przedmowie do książkowego wydania powieści, w której dopisała dwa rozdziały i rozciągnęła ostatni do czterech.


Mimo tego, że ekranizacja Północy i Południa z 2004 doprowadziła wiele fanek do obsesji na punkcie pana Thorntona podobnej do zamieszania wywołanego morką koszulą Colina Firtha jako pana Darcy'ego z 1995 (więcej na ten temat w tym wpisie), chyba najbardziej znaną jej książką pozostaje Craford, posklejana z opowiadań o miasteczku amazonek. Gaskell wpisywała swoje wspomnienia z dzieciństwa w Knutsford, miejscu zamieszkanym przez ciotki i dalszą rodzinę, gdzie tragedią była koronka zjedzona przez kota, ukochana krowa potrafiła dostać piżamkę, a szczytem rozkoszy była partyjka w wista. Pod humorystyczną mozaiką historii ukrywa się uszczypliwa diagnoza małego społeczeństwa broniącego się przed nowościami, ale które nie potrafi przetrwać bez współpracy ze światem zewnętrznym pomimo ogromnej dawki sąsiedzkiej pomocy.



Gdy Gaskell poznała Charlottę Brontë, natychmiast ją pokochała – a dokładniej mówiąc, zauroczyła się w tajemniczym, odosobnionym życiu cenionej już wtedy autorki Jane Eyre. Gaskell przeczuwała jakąś tragedię i wielkie cierpienie, które ukształtowało chorobliwie nieśmiałą, ale pełną pasji kobietę ze wzgórz Yorkshire. Niestety, ich przyjaźń nie trwała długo, bo ledwie pięć lat. Na wieść o śmierci ostatniej córki Patricka Brontë, Gaskell wybrała się na parafię w Haworth i dostała pozwolenie na napisanie autoryzowanej biografii swojej przedwcześnie zmarłej przyjaciółki. Pisanie Życie Charlotte Brontë było niesamowicie czasochłonne i wymagające. Gaskell rozesłała prośby o listy od Charlotty, zaprzęgła swoje córki do kopiowania korespondencji, wybrała się nawet do Brukseli, by spotkać się z Hegerem, żonatym nauczycielem Charlotty, w którym ta zadurzyła się do tego stopnia, by napisać później awanturnicze uczucie łączące Jane Eyre i pana Rochestera. Przyjaciółka pisarki jednak wiedziała, że pewnych rzeczy wiktoriańskiemu czytelnikowi przekazać nie można, a jej biografia miała być pomnikiem pochwalnym, który miał unieśmiertelnić Charlottę. Temat Hegera jest pominięty, a dziki charakter powieści pisanych przez siostry z wrzosowisk został zrzucony na szkołę, opisaną w Jane Eyre jako Lowood, a także romans ich brata Branwella z podłą, żonatą damą, która go uwiodła, a potem pozostawiła, by popadł w alkoholizm i ostatecznie zmarł.


Biografia wydana ledwie dwa lata po śmierci jej bohaterki została odebrana z wielkim entuzjazmem, choć nie obyło się bez pozwów sądowych i utarczek między osobami i instytucjami, które Gaskell oczerniła. Kolejne edycje książki zawierają poprawki, stopniowo wprowadzane z powodu protestów. O dziwo, sam ojciec rodzeństwa, ekscentryczny, terroryzujący rodzinę rozbijaniem mebli, napadami złego humoru i zamykaniem się w samotności, przyjął opis swoich dziwactw z entuzjazmem i aprobatą.


Pisanie o Brontë wyczerpało Gaskell psychicznie. Autorka najpierw uciekła do Włoch na wakacje swojego życia, a potem zarzekła się, że już więcej żadnych biografii pisać nie będzie. Na kolejną powieść fani pani Gaskell musieli czekać aż sześć lat. Kochankowie Sylwii to książka osadzona podczas końcówki osiemnastego wieku, skupiająca się tylko na kilku bohaterach, w małym nadmorskim miasteczku na wschodnim wybrzeżu Anglii. Będąc w Whitby, usłyszała tam smutną historię o niespełnionych kochankach, rozdzielonych przez gangi wcielające przemocą cywilów do marynarki i postanowiła napisać równie przygnębiającą i romantyczną historię, w której każdy bohater pragnie kogoś, kto nie chce z nim być. Magia tej powieści historycznej tkwi w szczegółach, w doskonale odwzorowanym dialekcie, w opisach charakterów, w przypominającym grecką tragedię intrydze zasadzającej się na jednym kłamstwie, w klimatycznej, rozdzierającej serce ostatniej scenie.


Warto wspomnieć, że w pierwszych powieściach Gaskell uwieczniła wiele elementów dialektu Lancashire, a w Kochankach Sylwii – Yorkshire. Oboje z mężem interesowali się dialektami, on pisał wręcz na ten temat prace, ale to Gaskell została potem cytowana w słownikach dialektów brytyjskich.



Jej ostatnia powieść, uznawana obecnie za najlepszą w jej dorobku, jest niestety niedokończona. Brakuje jej ledwie końcówki ostatniego rozdziału. W trakcie pisania, w kwiecie wieku, podczas wizyty w długo planowanym, kupionym w tajemnicy przed mężem domu letnim (by zrobić mu niespodziankę!), otoczona dorosłymi córkami, zmarła podczas popołudniowej herbaty. Zasłabła w połowie zdania. Wielka szkoda nie tylko dla rodziny, ale też dla literatury. Żony i córki to powieść niespieszna, urokliwa, w której studium charakterów, analiza warstw społeczności małego angielskiego miasteczka i historia Molly, córki miejscowego lekarza, stawiają ją w równym rzędzie z najlepszymi powieściami zaliczanymi do wiktoriańskiej klasyki. Cała historia przedstawiona jest na zasadzie lustrzanych odbić: Molly, szczera, prostolinijna i żarliwa oraz jej przyszywana siostra Cynthia, zamotana w intrygi, zmanierowana przez modne towarzystwo, nie jest w stanie prawdziwie kochać; oddana, poświęcająca się żona i kochająca matka pani Hamley oraz pani Kirkpatrick, macocha Molly, kobieta płytka, egoistyczna, łasa na zbytki i nieświadomie idealnie hipokrytyczna; dumny, stary, hołdujący tradycjom, ale podupadający ród Hamleyów oraz modni, bajecznie bogaci Lady i Lord Cumnor. Miłość Molly i narzeczeństwa Cynthii to tylko powód, by pokazać niepisane zależności, mechanizm plotek czy bohaterów takich jak chociażby wzorowany na młodym Darwinie młody Roger Hamley.


Gaskell ma również na swoim koncie kilkadziesiąt opowiadań i kilka dłuższych nowelek, niektóre sielskie, smutne i piękne jak Kuzynka Phyllis, inne ocierające się o grozę i gotyk jak Szara kobieta, niektóre inspirowane ukochaną Walią jak Studnia z Pen-Morfa, a nawet jedna niesamowita historia w stylu Szkarłatnej litery, Wiedźma Lois. Przez większą część dwudziestego wieku Gaskell uważano za drugorzędną pisarkę, a dopiero w latach dziewięćdziesiątych została odkryta w świetle teorii feministycznej, a jej dorobek jest odczytywany na nowo jako głos kobiety w patriarchalnym, ograniczonym świecie dziewiętnastego wieku. Warto wspomnieć, że czuły wzajemne duchowe pokrewieństwo z George Eliot jeśli chodzi o niezłomność wartości, jakie wyznawały i ponoć można nawet powiedzieć, że Gaskell w jakimś stopniu wpłynęła na uształtowanie jednej z najlepszych pisarek tamtego okresu.


A co ja o niej sądzę? Mnie zależy, żebyście znali panią Gaskell. Pamiętali, że była taka matczyna, żywa, bojowa kobieta, która narobiła tyle szumu. A jak będziecie ciekawi jej twórczości, sięgnijcie przede wszystkim po Cranford, Żony i córki oraz Północ i południe. Jej pierwsze powieści są mocno męczące i przygnębiające, ale ciekawa jest sama historia stojąca za silnymi przekonaniami pani Gaskell. Dla spragnionych tej historii – gorąco polecam biografię Jenny Uglow. Palce lizać.


niedziela, 2 czerwca 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MAJ 2019



Tak się naobiecywałam, tak sobie postanawiałam, no i nic z tego nie wyszło. Bardzo Was przepraszam, ale w tym miesiącu znów nie napisałam o żadnej książce. Mam jakiś przestój, potrzebuję odpoczynku i naprawdę nie miałam ochoty ostatnio pisać. Po tylu latach regularnego pisania to nic dziwnego.

Może po prostu dajcie mi chwilę na odsapnięcie, kredyt zaufania, a ja wkrótce do Was wrócę z czymś naprawdę fajnym, ok?

Podsumowując maj czytelniczo, mogę się pochwalić, że skończyłam czytać aż osiem książek. Niektóre krótsze, inne szalenie długie, ale większość związana z autorką powieści, których tłumaczeniami zajmuję się naukowo. Zaliczyłam Sylvia's Lovers i Wives and Daughters Elizabeth Gaskell, i tym sposobem przeczytałam wszystkie powieści tej autorki. Teraz skupiam się na opowiadaniach. Przeczytałam też parę książek o autorce i jej twórczości, z których najlepszą była fenomenalna, ale ceglasta Elizabeth Gaskell: A Habit of Stories Jenny Uglow. Dla przyjemności zaś wciągnęłam Tokyo Lifestyle Book Aleksandry Janiec, marząc o wycieczce do Tokio, pośmiałam się przy Ostatniej arystokratce Evžena Bočka i troszkę zmęczyłam Cesarza Ośmiu Wysp Lian Hearn, który długo nie chciał mnie wciągnąć z powodu nadmiaru łatwo mylących się imion i nazw, ale ostatecznie okazał się dość przyjemnym fantasy osadzonym w samurajskiej Japonii.

A jeśli chodzi o popkulturę?


Kruk (1994)


The Crow był na mojej liście filmów do obejrzenia już od dłuższego czasu. Tytułowy superbohater to depresyjne, metalowe wydanie słodkiego transwestyty z Rocky Horror Picture Show, spełnienie marzeń nastoletnich gotek z lat dziewięćdziesiątych i inspiracja makijażu Jokera Heatha Ledgera. Brandon Lee wcielił się w muzyka rockowego, zamordowanego wraz ze swoją narzeczoną przez lokalnych rzezimieszków, przywróconego do życia przez tajemniczego kruka. Zwierzę wyraźnie posiada nadnaturalne zdolności, obdarza wskrzeszonego mężczyznę siłą, nieśmiertelnością i zmysłem obserwacji z przestworzy, by ten mógł pomścić swoją ukochaną. Przesadna, kampowa, absolutnie piękna stylistyka adaptacji mrocznego komiksu wyszła naprawdę dobrze i do tej pory świetnie się ją ogląda. No i do tego ta ścieżka dźwiękowa. Cień na film rzuca fakt, że był to ostatni film Brandona. Aktor zmarł tragicznie podczas kręcenia filmu z powodu wadliwie przygotowanego naboju w pistolecie, ironicznie osamotniając swoją narzeczoną.


Kiss Kiss Bang Bang (2005)


W zeszłym miesiącu pisałam o Nice Guys, zabawnej, rozrywkowej czarnej komedii neo-noir. Dokładnie w tym samym stylu jest Kiss Kiss Bang Bang z Downeyem Juniorem, tylko że... jest dużo słabsze. Bardzo szybko zapomina się nie tylko fabułę, ale cały film, który usilnie próbuje być cool przez metatekstualne wstawki i komentarze zawodnego narratora. Główny bohater jak wielu snuje się po Los Angeles, marząc o karierze aktora. Spotyka tam swoją znajomą z dzieciństwa, z którą dzieli ten sam los, przy okazji mieszając się w całe mnóstwo dziwnych sytuacji z powodu śledztwa, w którym pomaga prywatnemu detektywowi, który (chyba) jest gejem. Całość jest tak podkręcona na maksa cool dialogami i cięciami, że trudno do końca się rozeznać, co się czasem dzieje. Ale chyba to nie o sens tu chodzi, tylko klasykę: strzelaniny i napięcie seksualne. Tylko że chyba coś tu nie wyszło. Ja podziękuję i wysiadam.


John Wick 3 (2019)


Yup, poszłam na nocny maraton wszystkich trzech Johnów Wicków, bo to tak dobra franczyza: beztroska zabawa typowymi kliszami filmów akcji klasy B, piękny Keanu z kamienną twarzą i coraz wymyślniejsze sceny walki. Trzeci Wick jedzie po bandzie. Jak jedynka była prostą jak drut fabułą skupiającą się na rosyjskiej mafii, a dwójka troszkę bardziej rozbudowywała świat, zaglądając za kulisy mafii włoskiej, tak w trójce spotykamy dużo więcej różnych organizacji przestępczych, zanurzamy się na maksa w świat płatnych zabójców, Najwyższej Rady, złotych monet, signum i hoteli Continental. Jest jeszcze więcej zwierzątek, jeszcze więcej bijatyk, pościgi na koniu, pokonywanie wrogów czym popadnie (nawet książką!), setki szklanych ścian rozbijających się w drobny mak... Dzieje się bardzo intensywnie, ale to wciąż świetna rozrywka, przy której można się mocno pośmiać.


Bogaci bankruci (2003- )

W maju królował u mnie na ekranie Arrested Developement, kolejny polecony przez mojego Rybę serial komediowy, do którego podchodziłam z dużym sceptycyzmem, a który ostatecznie wkupił się w moje łaski. Po ponad dwóch sezonach mogę z czystym sercem polecać każdemu. Specyficzny humor opowieści o dysfunkcyjnej rodzince bardzo złych ludzi, niegdyś bajecznie bogatych, teraz w tarapatach prawnych i finansowych, trzeba koniecznie wypróbować na własnej skórze. Kręcony z ręki sitcom z wszystkowiedzącym narratorem, przerywnikami na materiały archiwalne i innymi atrakcjami został anulowany po trzech sezonach, ale został przywrócił go niedawno Netflix, na którym można oglądać kolejne dwa sezony.


Żony i córki (1999)


W ramach czytania Gaskell, obowiązkowo zajrzałam też do ekranizacji jej powieści. Ślicznie zrobiony czteroodcinkowy serial BBC z niespodzianką w postaci Rosamund Pike w małej roli Lady Harriet to prawdziwy wyciskacz łez, a przynajmniej tak zadziałał na mnie. Sama książka niesamowicie mi przypadła do gustu i trafiła prosto do serca z fabułą mocno zahaczającą o historie Jane Austen, z ujmującym humorem, ostrym, ironicznym piórem i wprawnymi dialogami. Adaptacja filmowa została naprawdę zgrabnie poprowadzona, szczególnie jeśli chodzi o dobór aktorów. Dla każdego miłośnika kina kostiumowego, historii obyczajowych i brytyjskiej prowincji pozycja obowiązkowa!


Good Omens (2019)


W tym momencie jestem w trakcie bingowania ekranizacji Dobrego omenu, która wyszła wreszcie w ten piątek! Na Amazon Prime można sobie spokojnie założyć w tym celu darmowe konto na tydzień i lecieć oglądać już teraz. Zaraz. Natychmiast! JAKIE TO DOBRE! Nie zliczę, ile razy łapałam się za twarz z nadmiaru uczuć, bo Michael Sheen wcielający się w anioła Azirafaela jest zbyt uroczy i brytyjski, a David Tennant jako demon Crowley zbyt piękny i mroczny. Dobry omen to książkowa kooperacja Neila Gaimana i nieżyjącego już Terry'ego Pratchetta, którą się zachwycałam parę lat temu (tutaj przypominam wpis). Traktuje o końcu świata. Nic więcej nie trzeba wiedzieć, idźcie już oglądać!


Queer Eye (2018)


Jedenasty sezon RuPaula mi się kończy (#teamYvieOddly), i już zaczęłam się rozglądać na substytutem. W liceum oglądałam brytyjski pierwowzór netfliksowego wznowienia starego już dość Queer Eye for the Straight Guy, tłumaczonego po polsku jako Porady różowej brygady (brytyjskie i queer, musiałam oglądać). Czemu więc nie sprawdzić, jak seria sobie radzi współcześnie? Mam słabość do telewizji przebierankowej, sprzątaniowej i renowacyjnej, bardzo lubię oglądać ludzi, którym się urządza od nowa domy albo ubiera w sensowne ciuchy. Nie pytajcie, ja wiem, że to wszystko ustawiane, płytkie i na pokaz. Ale te odnowione i posprzątane mieszkania wyglądają tak pięknie! Yas, queen!


What Remains of Edith Finch (2017)


Czy macie ochotę pozwiedzać wypełniony książkami, sekretnymi przejściami i wszelakimi dziwactwami dom pewnej dziwnej, a możliwe, że przeklętej rodziny? Spokojna, klimatyczna, śliczna gra What Remains of Edith Finch zajmie Wam tylko jakieś dwie-trzy godziny, ale zostanie w Waszych sercach na dłużej. To piękna opowieść o dziewczynie wracającej po latach do szalonej, wznoszącej się na wiele frywolnych pięter posiadłości rodzinnej, by rozgryźć, czemu jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. I czemu tyle osób z jej rodziny zaginęło, zwariowało i zmarło. Czasem jest smutno, ale w przeważającej mierze zachwycająco: wiele tu historii o dziecięcej wyobraźni, uciekających przed lękami dorosłych, obsesjach i miłości. Minigierki, w których wciela się w śniącą niepokojące sny dziewczynkę, bawiącego się w kąpieli niemowlaka czy otępiałego od jednostajnej, okrutnej pracy faceta są naprawdę fantastyczne: niepokojące i symboliczne. To gra dla tych, którzy tak jak ja bardzo lubią rozgrywki w stylu Firewatch czy Life is Strange.



Sherlock Holmes: Detektyw doradczy


Na koniec wspomnę o jeszcze jednej grze, tym razem nie komputerowej. Tutaj dostaje się w swoje ręce mapę Londynu, książkę adresową, plik gazet z epoki i scenariusz, a następnie wciela się w pomocników Sherlocka Holmesa. Najpierw czytamy dwie-trzy strony wprowadzenia do historii, w której na pewno pojawi się trup, a potem decydujemy, jak prowadzimy nasze śledztwo. Idziemy do kostnicy, na policję czy do miejsca, gdzie ostatnio widziano zamordowanego? Celem jest rozwiązać zagadkę szybciej, niż Sherlock, choć to diabelnie trudne! To gra na dużo myślenia, czasem rozgryzanie szyfrów czy przedzieranie się przez dużą ilość artykułów, w których każde słowo może być wskazówką. W pudełku jest aż dziesięć scenariuszy, każdy na dłuższe, parogodzinne posiedzenie. Bawiłam się wyśmienicie, ale z trzech podejść tylko raz zbliżyłam się do wyniku Sherlocka.


A jak Wam minął maj?

niedziela, 5 maja 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: KWIECIEŃ 2019



Nie wiem, kiedy ten czas zleciał, ale chyba po raz pierwszy w historii bloga nie było wpisu... przez miesiąc. Skupiłam się na pisaniu pracy, świętach, urodzinach, Pyrkonie (też w tym roku bez relacji), aż tu nagle już maj. Przeczytałam tylko trzy książki, ale jestem w trakcie kilku innych, wszystkie albo napisane przez Elizabeth Gaskell, albo jej biografie czy analizy twórczości. Wszystko to związane z tematem mojego doktoratu. Planuję jeszcze wpis na ten temat, ale póki co wolę się poświecić więcej czasu na pracę niż na bloga, bo kiedyś się muszę wreszcie obronić!

A jeśli chodzi o popkulruralny kwiecień?


Nice Guys. Równi goście (2016)


Dla tych, którzy są zniechęceni jedną i tą samą twarzą Ryana Goslinga, w tym filmie wreszcie udowadnia, że potrafi być dobrym aktorem. Russella Crowe'a również zadziwiająco przyjemnie się tutaj ogląda, a obaj panowie mają świetną chemię. Nice Guys to dopracowany wizualnie kryminał w stylu neo-noir o poszukiwaniu zaginionej dziewczyny i śmierci pornogwiazdy Misty Mountains.  Żartobliwy, lekki i trochę szalony komediodramat o Los Angeles z lat siedemdziesiątych i dwóch prywatnych detektywach z wachlarzem przywar to strzał w dziesiątkę na leniwy, niewymagający wieczór.

Kupa śmiechu gwarantowana.


Sok z żuka (1988)


Beetlejuice zestarzał się brzydko głównie jeśli chodzi o wszelkie efekty na green screenie, a cała reszta wciąż nieźle wygląda. W szczególności, że to film do oglądania dla postaci, efektów, tańca przy stole i wygłupów, a nie dla fabuły. Bo szczerze mówiąc, im bliżej się człowiek przygląda temu światu i tej historii, tym więcej widać dziur. Ale co tam. Michael Keaton bawi się tutaj jak mało kto, a Winona Ryder nie mogła być bardziej przerysowaną, nieszczęśliwą nastolatką.

Shake, shake, shake seniora!


The Twilight Zone (2019-)


Nie wiem, czy słyszeliście, ale pojawiło się wznowienie Strefy mroku, specyficznego serialu fantastycznego z lat sześćdziesiątych. Jordan Peele, komik stojący za Uciekaj! i To my, wskrzesza starą antologię klasycznych historii niesamowitych z dreszczykiem, na których wzorowało się trochę Black Mirror. Widziałam pierwsze dwa odcinki. Są ciekawe i niepokojące, w klimacie Czarnego lustra, ale bez skupiania się na technologii i wizjach przyszłości. Warto obczaić.


Shazam! (2019)


Shazam! to chyba najbardziej udany jak do tej pory film superbohaterski od DC. Zdecydowanie familijny, choć nie dla najmłodszej widowni, wzruszający, zabawny i wyważony. Nastolatek z przeszłością dostaje supermocy, dorosłe ciało na zawołanie i zadanie obrony ludzkości przed złymi mocami. Zamykając przez lata niewyjaśniony wątek swojej matki, okrywa siłę rodziny zastępczej (w której chyba brakuje tylko Sliniaka) i przyłatanego rodzeństwa.

Ogląda się z niesamowitą frajdą.


Hellboy (2004)


W ramach smutkania tegoroczną, podobno bardzo słabą adaptacją historii o Hellboyu, obejrzeliśmy sobie starego, dobrego Hellboya Guillermo del Toro. Słowo daję, że oglądałam ten film wieki temu, ale w ogóle absolutnie nic z niego nie pamiętałam. I dopiero tym razem byłam w stanie docenić biegających na początku nazistów i Rasputina, menażerię z biura od spraw paranormalnych, uroczego Abe'a Sapiena i świetnego, cudownie przesadzonego czerwonego diabła o złotym sercu. Chyba powinnam zabrać się za komiksy!


Cztery lwy (2010)


Co ja obejrzałam. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, czy ten film mi się spodobał, czy głownie mnie oszołomił. Specyficzna, brytyjska komedia o niewyobrażalnie niekompetentnych zamachowcach, parodiująca ignorancję i głupotę ślepo podążających za ideałem mordujących niewiernych dżihadystów. Bombowcy bardzo starają się zostać męczennikami, ale nie wychodzi im to w absolutnie przepiękny sposób. To trzeba zobaczyć, przy okazji pamiętając, że aktorzy sami są muzułmanami i wciąż świetnie się bawią.


Rilakkuma and Kaoru (2019– )


Japońskie firmy od słodkich zwierzaczków idą za ciosem i po sukcesie Aggretsuko od Sanrio, San-X proponuje kolejny serial oparty o już istniejących bohaterów stworzonych głównie pod zabawki. Ponoć była ilustratorka San-X wymyśliła misia Rilakkumę, który gównie leży, leni się, śpi i je, w ramach terapii odstresowującej, gdy firma wymagała od pracowników wymyślania jednego uroczego stworka na zabawki miesięcznie. Podobnie w ślicznie zrobionym, poklatkowym serialu główny cel misiów żyjących u pracującej w biurze Kaoru to zapewnić jej wsparcie i relaks po pracy. Sama produkcja jest odprężająca i spokojna, ale do bólu japońska, przez co wydaje się za bardzo zen, a za mało zamkniętą, do końca wyjaśnioną historią. Co ma też swoje plusy!


Avengers: Koniec gry (2019)


(Oczywiście, że bez spojlerów, za kogo Wy mnie macie?)

Chyba nie trzeba powtarzać: ostatni film zwieńczający pierwszą ponad dekadę filmów z uniwersum filmowego Marvela zdecydowanie udźwignął presję i dostarczył potężną dawkę rozrywki, satysfakcjonując dużą część oczekiwań publiczności. Każdy bohater dostaje swoją chwilę, jest wzruszająco, jest zabawnie i jest niesamowicie epicko. Na seansie przedpremierowym klaskałam razem z widownią kilka razy, nie mówiąc o ronionych czasem dość głośno łzach i salwach śmiechu. Wiadomo, nie wszystkie rozwiązania fabularne wszystkim podeszły, ale ja na seansie bawiłam się doskonale. Dali radę!


A jak Wam podeszli Avengersi, Shazam i inne produkcje, które widzieliście w ubiegłym miesiącu?

środa, 3 kwietnia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MARZEC 2019



Wreszcie zrobiło się cieplej. Zachmurzone niebo i szybko zapadający zmrok ustąpiły miejsca słońcu i błękitowi nieba. Co prawda T.S. Eliot twierdził, że „najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”, ale mnie nie przetłumaczysz. Ja zawsze w kwietniu podszyta jestem radosną energią. Zbliżają się moje urodziny, święta, Pyrkon, majówka... jest na co czekać :)

W marcu zaś pobiłam jakiś osobisty czytelniczy rekord ostatnich lat. Aż siedem skończonych lektur!
  • Zmierzch Osamu Dazaia (recenzowany tutaj)
  • The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar (o syrence z rozczarowaniem pisałam tutaj)
  • tom czwarty Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza (tu pisałam o pierwszych dwóch tomach)
  • Oczy uroczne Marty Kisiel (recenzja tutaj)
  • Kwiat wiśni i czerwona fasola Duriana Sukegawy (recenzowana tutaj)
  • Dziewczyna z konbini Sayaki Muraty (pisałam o niej tu)
  • Zapach mężczyzny Agnety Pleijel

A popkulturalnie?


Kapitan Marvel (2019)


Spotkałam wiele opinii, których przewija się, że to spoko film, ale nic specjalnego. A dla mnie to właśnie coś bardzo specjalnego. I nie mówię o świetnej roli kota czy myjącym naczynia Samuelu L. Jacksonie. To film przełomowy.

Kapitan Marvel mianowicie uzmysłowiła mi, jak bardzo polegam na domyślności męskiego bohatera w filmie superbohaterskim. Że oglądam filmy przez szklaną ścianę męskiego doświadczenia, której do tej pory nie zauważałam, bo była zbyt oczywista. Nie dała mi tego Wonder Woman ani żadna bohaterka z Marvela. Oglądając Carol Danvers po raz pierwszy poczułam dysonans, który mnie zupełnie naelektryzował: oto superbohaterka z własną agendą, charakterem, ale i zwykła dziewczyna, spoko babka otoczona kobiecymi wsparciami, mentorką, przyjaciółką, córką przyjaciółki; którą wkurzają prośby losowych facetów, żeby się uśmiechnęła. Kobieta, z którą mogę się utożsamiać, bliska, jak koleżanka. Z którą czuję wspólnotę, nie tak jak z Dianą, księżniczką wychowaną przez odcięte od świata plemię, nie tak jak z Czarną Wdową skonstruowaną jako spełnienie marzeń dla męskiego spojrzenia i pełen stereotyp femme fatale.

Carol Danvers to dla mnie pierwsza superbohaterka stworzona głównie z myślą o kobietach. Byłam tak tym odkryciem zaskoczona, że długo nie mogłam tego dobrze wyrazić i do tej pory czuję dziwne wzruszenie po tym uczuciu po wyjściu z kina. To dla mnie niespodziewanie naprawdę ważne, że wreszcie ktoś ze studia filmowego otwarcie zauważa moją obecność w kinie i zaprasza na seans. I że mogę zauważyć, że tak naprawdę do tej pory byłam traktowana jak duch. Obywatel drugiej kategorii, od którego chętnie się przyjmuje pieniądze za seans, ale głośno nie mówi, że chodzi do kina.

Do tej pory mnie boli, że dopiero po dwudziestu (!) filmach twórcy stwierdzili, że czas na film skierowany do kobiecej części publiczności...


Bumblebee (2018)

Czy jest możliwe, żeby film o transformersach miał sensowną, jasną fabułę, trójwymiarowych, ludzkich bohaterów, dobry montaż, od którego nie boli głowa i który pomaga zrozumieć bez problemu oglądany film? A, no i design postaci na tyle przyjemny dla oka i nieskomplikowany, żeby można było bez problemu podążać za każdym ruchem robotów ? Otóż, SZOK, jest to możliwe. Po Bayu pałeczkę franczyzy przejął Travis Knight, reżyser między innymi poklatkowego filmu Kubo i dwie struny. Człowiek, który autentycznie lubi i rozumie transformersy, umie poruszać lalkam i figurkami w przekonujący sposób, a na początek stworzył opowieść bliską Stalowemu gigantowi. Tylko z lekkim podtekstem w stronę Kształtu wody. Mnie się bardzo podobało!


Snowpiercer: Arka przyszłości (2013)

Sporym odkryciem była dla mnie niespodziewana postapokaliptyczna perełka, jaką jest Snowpiercer. To nie jest film dla każdego i wiem, że wielu osobom mógłby się nie spodobać, ale mnie wizja rozpędzonego przez martwy, zlodowaciały krajobraz pociągu ma w sobie coś zachwycającego. Każdy wagon pociągu przedstawia inny poziom społeczeństwa, inne wartości, tworząc metaforę smutnej, ale prawdziwej ludzkiej zbiorowości antyutopii. Determinacja i wytrwałość głównego bohatera (granego przez Chrisa Evansa!) sprawiają, że oglądanie tej podróży wgłąb siebie staje się pasjonującą przygodą. Zdecydowanie warto obczaić.


Żona (2017)

Fenomenalny popis aktorski Glenn Close autentycznie wycisnął mi z oczu łzy. Niestety siódma nominacja do Oskara wciąż nie doprowadziła ją do nagrody i choć Olivia Coleman była fantastyczna w Faworycie, tak szkoda, że aktorka pokroju Glenn Close wciąż nie została uhonorowana. Żona to film dość kameralny, rozgrywający się głównie między żoną a mężem. Mąż został właśnie nagrodzony nagrodą Nobla, więc oboje wybierają się do Sztokholmu na ceremonię. W międzyczasie dowiadujemy się coraz więcej o ich związku i o cichej, wiecznie uroczo uśmiechniętej kobiecie, która na każdym kroku asystuje swojemu zajętemu „wyższymi sprawami” mężczyźnie. Dla każdego, kto lubi oglądać filmy o literaturze, serdecznie polecam.


To my (2019)

Odkąd zauważył to mój Ryba, trudno mi przestawić się na inne myślenie o tytule tego filmu: angielskie „us” może nie tylko oznaczać „nas”, ale i „U.S.”, czyli Stany Zjednoczone. Jordan Peele po świetnym Uciekaj! znów bierze się za opisywanie swoich krajan poprzez zgrabnie pomyślany horror psychologiczny. W nowym filmie zastanawia się nad dualizmem natury ludzkiej, ale i natury Amerykanów, a także nad tym, jak fundamenty i historia kraju wpłynęły na współczesną Amerykę. Jest ciekawie, choć jak tylko głębiej zastanowić się nad pomysłem, tym bardziej podstawy filmu się kruszą. Co nie zmienia faktu, że przynajmniej możemy polegać na archetypie bliźniaka, by snuć kolejne odczytania i odgadywać wielorakie metafory.


Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977)


Znany klasyk Spielberga bardzo brzydko się zestarzał. Zamiast metafizyki, czuje się nudę. Kosmici mają idiotyczne pomysły na komunikację z ludźmi: przelatują nocą w kilku miejscach, powodując poparzenia słoneczne, jakimś sposobem uczą niektórych pewnej melodii, innym wbijają w głowę wizję jakiejś góry. Na koniec zaś urządzają elektroniczny koncert z pokazem świetlnym. Wygląd przybyszów z kosmosu rozczarowuje, końcówka wiele nie wnosi, bohaterów trudno polubić, a wszystko jest powolne i niezbyt ciekawe. Cóż. Dobrze, że Lucas nakręcił Gwiezdne wojny, bo inaczej kino nowej przygody nie byłoby warte specjalnej uwagi po latach.


Lekarstwo na miłość (1966)

Kalina Jędrusik, wraz z jej trzpiotowatą manierą, dziecinnym głosikiem, opadającymi zniewalająco powiekami podmalowanymi kocią kreską i lekko rozchylonymi, pełnymi wargami to idealna słodka idiotka. Dzięki oryginalnej historii Joanny Chmielewskiej z jej debiutanckiego Klinu, całe szczęście filmowa Joanna wielokrotnie, pomimo roztrzepania i zakochania, wykazuje się całkiem sporym rozsądkiem i błyskotliwością w rozpracowywaniu szajki przestępczej. O dziwo, jak na tak stary film, wciąż ogląda się to świetnie, wciąż można się szczerze pośmiać i pozachwycać piękną Jędrusik. Mimo to muszę przyznać jak na snobistycznego mola książkowego przystało: książka była lepsza!


Kedi - sekretne życie kotów (2016)

Zapomniałam w ubiegłym miesiącu wspomnieć o filmie, który obejrzałam z okazji międzynarodowego dnia kota. A wspomnieć trzeba koniecznie, bo to jeden z najlepszych filmów na świecie. To dokument w zupełności opowiadający o kotkach w Stambule. Przez cały seans rozpływałam się z zachwytu: były dzielne kocie mamy, małe kotki, zaborcze kocie urwisy, kocie herszty na dzielni, koci wygodnisie, spryciule i głodne biedaczki. Byli też ludzie na co dzień opiekujący się bezdomnymi kotami będącymi stałym elementem krajobrazu, opowiadający o swoich relacjach z kotami, czasem boskim połączeniem, czasem mechanizmem psychicznym, a czasem po prostu zwykłym przywiązaniem. Wzruszające historie, piękne krajobrazy i piękne koty. Proszę oglądać.


Co robimy w ukryciu (2019– )


A na koniec honorowe wspomnienie o świeżo wypuszczonym pierwszym odcinku serialu telewizyjnego, tworzonego przez Jemaine'a Clementa i Taikę Waititiego. Nikomu, kto zna film, nie będzie trzeba tłumaczyć, że to trzeba oglądać. Niepowtarzalna atmosfera mockumentu o wampirzych współlokatorach powraca, tym razem w historii o krwiopijcach z Ameryki. Uśmiałam się jak dzika i nie przegapię ani jednego odcinka.

niedziela, 24 marca 2019

Mały renesans japoński. "Zmierzch" Dazaia, "Kwiat wiśni i czerwona fasola" Duriana Sukegawy i "Dziewczyna z konbini" Sayaki Muraty


Nie jestem ekspertem, ale jako nałogowy czytelnik z zapędami japonofilskimi, mam wrażenie, że ostatnio polepszyła się na polskim rynku jeśli chodzi o przekłady z japońskiego. W liceum, kiedy odkryłam mangę, anime i Murakamiego, myszkowałam po dostępnych bibliotekach w poszukiwaniu innych powieści japońskich i znalazłam kilka: Ring Kojiego Suzukiego, Tsugumi Banany Yohimoto, Sprawę osobistą Kenzaburō Ōe. Na studiach odkryłam świetnego Kazuo Ishiguro, ale jednak to Japończyk wychowany w Wielkiej Brytanii i piszący po angielsku, więc trudno go zaliczyć do literatury japońskiej.

W ciągu ostatnich lat pojawia się jednak coraz więcej ciekawych głosów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydawnictwo Literackie szumnie wydało Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby, o których pisałam, a także ściągnęło pisarkę do Polski na Big Booka. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego od 2016 wypuściło Serię z Żurawiem z literaturą z różnych stron, w tym już aż trzy powieści z Japonii: Kot, który spadł z nieba Takashiego Hiraidego (pisałam o nim tutaj), Kwiat wiśni i czerwona fasola Duriana Sukegawy i najświeższą pozycję, cieszącą się międzynarodowym rozgłosem Dziewczyna z konbini Sayaki Muraty. Wreszcie pojawiło się wydawnictwo Tajfuny – możecie pamiętać, jak się podniecałam w niedawnym wpisie – które poprawiło, opatrzyło wstępem i wznowiło Zmierzch Osamu Dazaia, zapowiadając kolejne wydania azjatyckiej literatury. 

Tym trzem ostatnim pozycjom zamierzam przyjrzeć się bliżej, by spróbować uchwycić ducha wydawanych teraz powieści japońskich. Wszystkie są bardzo krótkie, lekkie i oszczędne, ale czego może oczekiwać zwykły czytelnik i po którą sięgnąć?


Ci, którzy chcą liznąć trochę kultury, poznać klasykę powieści japońskiej i osadzić ją w sytuacji polityczno-społecznej, a także zanurzyć się w powojennym marazmie, smutku i nihilizmie, niech koniecznie zapoznają się z debiutem wydawnictwa Tajfuny.

Trzymając w ręce staranne, piękne wydanie Zmierzchu Dazaia: minimalistyczną okładkę ze złotymi wstawkami, wstęp Karoliny Bednarz odznaczający się od samej powieści szarawym papierem, dopasowany wzór we wnętrzu skrzydełek, wygodną czcionkę i obfitość przypisów, widać jak na dłoni całą pasję i uczucie włożone w stworzenie tej książki. Założycielka Tajfunów, japonistka i autorka reportażu Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet postarała się, by odpowiednio wprowadzić czytelnika w powieść, jaką ma właśnie napocząć:

„I w tym momencie, w 1946 roku – z cesarzem, który zrzekł się swojej boskości, w kraju okupowanym przez amerykańskie wojska, z Tokio w gruzach, z szalejącą inflacją, z tysiącami kobiet sprzedającymi swoje ciała amerykańskim oficerom i kalekami na ulicach – zaczyna się akcja Zmierzchu.”

Druzgocząca klęska Japonii w drugiej wojnie światowej i nagłe postawienie się dumnego, zamkniętego na obcych narodu w postawie służalczej wprowadziło tracących oparcie Japończyków w otępienie. Dotychczasowy porządek rzeczy legł w gruzach: po wojnie zniesiono ostatecznie pozycję uprzywilejowanej arystokracji i nagle przyzwyczajone do życia na poziomie rodziny szlacheckie znalazły się na poziomie wyprzedających swój cały dobytek biedaków. Odrętwienie, rozczarowanie, rozpacz stały się typowymi reakcjami na nową rzeczywistość.

I tu pojawia się Kazuko, dziewczyna z niegdyś bogatej rodziny, rozwiedziona (rzecz w tamtych czasach niesłychana), musi się wyprowadzić z domu rodzinnego, sprzedać swoje najlepsze ubrania i biżuterię, oby tylko starczyło na życie dla niej i załamanej, niknącej w oczach matki, powoli umierającej na suchoty. Brat Kazuko to obracający się wśród artystycznej bohemy nihilista i narkoman, a mężczyzna, którego pokochała, to żonaty alkoholik. Pomimo absolutnego pomysłu na to, jak się odnaleźć, Kazuko ma swój plan. Plan wywrotowy, absolutnie sprzeczny z oczekiwaniami społecznymi i dobrym wychowaniem. Nie mając innego sensownego wyjścia, stawia na swoim, próbując ustalić nowe reguły rzeczywistości według głosu własnego serca.

Jej brat, w dużej mierze inspirowany autorem, nie ma takiego planu ani determinacji. Sam Dazai prowadził awanturnicze życie, cierpiał na depresję i uzależnienia, kilka razy próbował wspólnego samobójstwa razem z kolejnymi kochankami. Udało mu się dopiero za piątym razem.

Zmierzch

Osamu Dazai

Tajfuny, 2019
151 stron
tłumaczenie Mikołaj Melanowicz
Odczucia: ★★★★/★★★★★





Ci, których interesują japońskie słodkości, relacje międzyludzkie, porozumienie między pokoleniami i niesprawiedliwość idiotycznych decyzji japońskiego rządu, niech sięgną po Duriana Sukegawę.

Na podstawie Kwiatu wiśni i czerwonej fasoli nakręcono znany film, uznawany przez niektórych za dużo lepszy niż pierwowzór, jednak sama powieść to cenny i taktowny głos w sprawie chorych na trąd. Wydawać by się mogło, że Japonia to taki nowoczesny, postępowy kraj, jednak głównie technologicznie. Jeśli chodzi o takie kwestie jak równouprawnienie czy tolerancja, jest znacznie gorzej niż w Stanach Zjednoczonych i Europie. Świetne wprowadzenie do tematu od strony społecznej daje wspomniana już Karolina Bednarz w reportażu Kwiaty w pudełku, wspominając też o wykluczaniu imigrantów, dzieci spoza małżeństwa i sytuacji kobiet, ale trochę miejsca również poświęca obozom dla trędowatych. Przez 89 lat chorzy na trąd byli obowiązkowo izolowani, wywożeni do specjalnych, zamkniętych miasteczek i zamykani bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym. Pomimo tego, że dostępny już był odpowiedni lek, a wyleczeni z choroby już nie zarażali, dopiero w 1996 roku (!) zniesiono ten nakaz. I dopiero wtedy niekiedy staruszkowie mogli wyjść na zewnątrz.

Kwiat wiśni to historia skupiająca się na Sentarō, zadłużonym, posępnym facetem z mroczną przeszłością, który z przymusu sprzedaje dorayaki, słodkie ciasteczka z nadzieniem z czerwonej fasoli. Pewnego dnia do jego budki zagląda starsza pani z powykręcanymi rękami i proponuje pomoc w przyrządzaniu pasty z fasoli. Wkrótce okazuje się, że kobieta jest mistrzynią jeśli chodzi o nadzienie do dorayaki, a przekomarzanie się z klientami sprawia jej niesamowitą przyjemność. Jednak wreszcie wychodzi na jaw, że Tokue w młodości przeszła trąd, a spora część społeczeństwa nie jest gotowa zapomnieć o takim stygmacie.

Wszystko to w oszczędnej formie okraszonej obserwacją przyrody podczas zmieniających się pór roku, a w szczególności pewnego drzewka  wiśniowego, podobnie jak w już wspomnianym Kocie, który spadł z nieba. Japońska estetyka umiaru, oszczędności i duchowości nieodmiennie związanej z upływającym czasem i przemianami w przyrodzie wyciska swoje piętno na niemal każdej japońskiej powieści, skutkując (według mnie) nieco oziębłym, surowym stylem.

Powieść w nieinwazyjny, cichy i refleksyjny sposób przygląda się relacjom Sentarō, Tokue i nastoletniej Wakany z problemami w domu, ich rozwijającej się powoli przyjaźni, otwieraniu się na drugą osobę i stopniowej akceptacji. Autor zabiera nawet czytelnika na spacer po byłym obozie dla trędowatych, gdzie wciąż mieszkają odrzuceni przez społeczeństwo staruszkowie. Co prawda czasem za dużo tu niespełnionych planów i rozterek Sentarō, a za mało o wiele ciekawszych, a zdecydowanie cichszych Wakany i Tokue, dlatego nastawiam się na oglądanie filmu. Podobno reżyserka poprawiła ten balans – bardzo pomocną analizą jest recenzja z Między sklejonymi kartkami.


Kwiat wiśni i czerwona fasola

Durian Sukegawa

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018
174 stron
tłumaczenie Dariusz Latoś
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki





Na tych, którzy spragnieni są współczesnej, eksperymentującej prozy w stronę humorystycznego Kafki czy Gombrowicza, czeka wydana w 2016 roku Konbini ningen. Nowość, która odbiła się echem na całym świecie. 

Przedziwna, ekscentryczna historia skupia się na trzydziestosześcioletniej Keiko, która prawie nic nie czuje. Od dziecka brakowało jej empatii i nigdy nie rozumiała zasad społecznych, wymagań i poprawności. Osobiście uważam, że Keiko to po prostu psychopatka, która próbuje się wtopić w tłum, nie zwracać uwagi swoje niedopasowanie, jakoś przeżyć. Tymczasem dla niej niemowlę siostry to irytujący tłumoczek, a nie drogi siostrzeniec; najlepszym rozwiązaniem to ucieszenie pchnięciem noża. 

Keiko nie czuje potrzeby bycia przydatną społeczeństwu, nie chce partnera ani rodziny. Jedyny obowiązek czuje wobec swoich rodziców i siostry, dlatego w wieku osiemnastu lat postanowiła znaleźć pracę, skoro „tak trzeba”. Szybko okazało się, że podręcznik dla ekspedienta, filmiki uczące odpowiedniej mimiki, tonu głosu i postawy ciała to idealny kurs bycia normalnym dla Keiko. Praca tak bardzo jej się podoba, że przez kolejne osiemnaście lat pracuje niezmiennie dorywczo w sieciówkowym spożywczaku, czyli właśnie tytułowym konbini. Z czasem zaczyna utożsamiać się ze sklepem, słyszeć jego głos w głowie. Jedyne miejsce, dla którego żyje i w którym odpoczywa, to właśnie kobini. (Co ciekawe, autorka sama pracuje w takim sklepie!)

Po trzydzieste zaczynają się kolejne pytania: o męża, dzieci, lepszą pracę. Keiko znów musi szukać maski, by udawać normalność, a dotychczasowe wymówki przestają działać. A na horyzoncie pojawia się mężczyzna równie niedopasowany, co ona: bez pracy, bez mieszkania, bez motywacji, z długami i wielkim incelowym fochem na świat, że wszystko nie jest podane jak na talerzu.

Całość bardziej przypomina przypowieść, parabolę. Mniej psychologiczny portret osobowości psychopatycznej, a właśnie obrazek z życia człowieka do odczytywania metaforycznego. To i lekki, cierpki humor najbardziej mi się tu podobają.

Co mnie z kolei niebywale irytuje, to fakt, że powieść o tytule dosłownie znaczącym „człowiek, dla którego najważniejsze jest konbini” został przetłumaczony na angielski jako „kobieta z konbini”, a na polski „dziewczyna z konbini”. Brak mi słów. 

Zauważcie, że bohaterka nie odczuwa pociągu seksualnego, jest aseksualna, bycie kobietą jest dla niej obojętne, jest w dojrzałym wieku. Co więcej, czuje się bardziej stworzeniem, przedmiotem, czymś innym. Na końcu nawet słyszy, że nie jest człowiekiem. Tymczasem w tłumaczeniu musimy mieć „dziewczynę”...

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019
142 stron
tłumaczenie Dariusz Latoś
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki





Zauważcie, że wszystkie trzy z tych powieści traktują o odrzutkach. Osobach w jakiś sposób niedopasowanych do reszty społeczeństwa. Wszyscy ci bohaterowie szukają swojego miejsca, swojej drogi. A tymczasem japońskie społeczeństwo kojarzy się właśnie z mrowiskiem ludzkim, z trybikami w maszynie: każdy ma swoje miejsce, zna swoją rolę, sztywno dopasowuje się do standardów, w milczeniu znosi swój los. Liczy się konformizm, pochylona głowa, idealny ukłon.

Ten indywidualizm wpasowany w różne przemiany społeczne, od drugiej wojny światowej aż po czasy współczesne, wpisuje się w filary powieści japońskiej. Profesor uniwersytecki i krytyk literacki Ichikawa Makoto jako pierwszy z trzech nurtów w nowoczesnym pisarstwie swojego kraju wyróżnił ortodoksyjnych moralistów, którzy zajmują się kwestią konfliktu między człowiekiem a państwem, zaangażowanych społecznie w określanie miejsca Japonii w świecie i krytykowania materializmu, duchowej pustki i ślepemu naśladownictwu kultury amerykańskiej. Do tej tematyki wliczają się motywy starcia z opresyjnym, z góry określającym sztywne przepisy zachowania społeczeństwem a indywidualną jednostką. Brzmi znajomo, prawda? 

Przedstawicielem takiej literatury jest wspomniany na początku Kenzaburō Ōe, który w swoim przemówieniu podczas przyjmowania nagrody Nobla w 1994 opisywał Japonię jako państwo rozdarte, zagubione, wręcz chore. Z jednej strony po dotkliwej porażce podczas wojny i fatalnej sytuacji zaraz po, jak obserwujemy z Zmierzchu, Japończycy zwrócili oczy ku zwycięskim Stanom Zjednoczonym i zaczęli powielać wzorce zza oceanu, zalewając swój język pożyczkami z angielskiego, a życie amerykańską kulturą (to Disney był pierwszą inspiracją do dzisiejszego stylu anime). Z drugiej wkrótce to nastawienie doprowadziło do izolacji od reszty Azji i zapomnieniu, a nawet wstydliwym odrzuceniu własnej tradycji i wartości. 

W efekcie widzimy Japonię taką jak w Kwiecie wiśni: z trudnością łatającą rozsypujące się związki międzyludzkie, odkrywającą szpetne sekrety społeczeństwa odwracającego oczy od odmieńców; czy taką jak w Dziewczynie z konbini: powierzchowną, sztucznie ugrzecznioną, wykrzywiającą jednostkę, szukającą wzorców do naśladowania i kosztem indywidualności wcielającą  je w życie.




Do napisania powyższego tekstu korzystałam z artykułu Beaty Kubiak Ho-Chi pt. Współczesna literatura japońska 1980-2010. Pisarze, nurty, tendencje.

sobota, 16 marca 2019

Daj się zauroczyć. "Oczy uroczne" Marty Kisiel


Co z tego, że dom kupiony na Allegro pod wpływem impulsu. Postawiony błyskawicznie w ciągu jednego lata, otoczony lasem, bez podłączonego prądu czy nawet zasięgu komórkowego. Uroczy, drewniany domek zasypał śnieg, a właścicielka beztrosko napawa się słodkim lenistwem i spokojem przytulnej chatki. W koszu pełnym kocyków zagrzebał się przyjazny, młodociany czort z wadą wymowy oraz trójnogi pies. Nic więcej do szczęścia nie trzeba.

No, chyba że Marta Kisiel ma coś tutaj do powiedzenia. Zaczynają się dziać niepokojące rzeczy, w życzliwej lekarce Odzie budzi się gniewna natura wiły, czort Bazyl wyraźnie coś kombinuje, Roch niewytłumaczalnie zaczyna się boczyć, a w okolicy pojawiają się diabelnie groźne, przerażające stwory, wzmocnione magicznym czasem równonocy zimowej.

Oczy uroczne to trzeci tom serii po Dożywociu i Sile niższej, który powstał w ramach kontynuacji nagrodzonego Zajdlem opowiadania Szaławiła. Czy ktoś, kto nie czytał poprzednich części może się skusić na urok w oczach wiły? Jak najbardziej, bo jedynym elementem łączącym poprzednie części z Oczami urocznymi jest miejsce: chatka Ody została postawiona tam, gdzie niegdyś stała Lichotka, choć można doczytać Szaławiłę jako wstęp. Czy w takim razie wytrwali fani będą rozczarowani? Bynajmniej! Znajdą tu wszystko to, za co kocha się Kisiel. Kisiel krzepi, co tu dużo mówić; już wielokrotnie wspominałam o tym, jak bardzo uwielbiam tę niewymuszenie domową, cudowną atmosferę i niepowtarzalny humor.


Nowa bohaterka to czterdziestoletnia kobieta, której trudno nie lubić. Oda Kręciszewska nosi różowe glany, lubi się zaszyć w domowym zaciszu, ale potrafi wysiedzieć na nadgodzinach w poradni rodzinnej, gdy trzeba. A do tego jest wiłą, tylko że dowiedziała się o tym całkiem niedawno i do tej pory jeszcze nie zdążyła na dobre rozgryźć, co to dokładnie oznacza. Czasem wpada do niej Roch, słowiański demon pogody, milczący, ale pomocny facet. W jej piwnicy kryje się przejście do piekieł, wywędrował z niego zabawny, przyjazny czort, a czasem przypomina o sobie jego tatuś, zdecydowanie mniej przyjaźnie nastawiony. Wszystko jednak układało by się całkiem dobrze, gdyby nie słowiańskie demony i antyszczepionkowcy.

Pomimo wszechobecnego humoru i lekko zarysowanego trójkąta miłosnego, tak naprawdę to głównie opowieść o Odzie, która próbuje się odnaleźć w życiu, zarówno na poziomie fantastycznym, jak i zupełnie ludzkim. Z jednej strony to lekarka postawiona przed faktem powrotu odry i krztuśca, chorób dawno wyeliminowanych; profesjonalistka napotykająca fakcję ludzi nawołujących do odrzucenia szczepień. Budzi to w niej złość, frustrację i zniechęcenie, ale musi to przetrawić i znaleźć inne rozwiązanie niż gniew i krzyk. Z drugiej strony Oda to kobieta, która dowiedziała się całkiem niedawno, że wcale nie jest człowiekiem i że biologicznie niewiele ją łączy z własną rodziną. Jej wręcz nienaturalnie narastająca wściekłość, nie do końca uświadomione zdolności, brak wiedzy w zakresie istot mitologicznych i pogubienie uczuciowe czynią ją bardziej podatną na ataki bytów nadnaturalnych. A tymczasem do odkrycia czekają też tajemnice jej własnego pochodzenia...


Nienachalny, uroczy wątek romansowy wplata się idealnie w dwie ścieżki Ody, ludzką i mitologiczną. Po jednej stronie stoi Krzyś z przychodni, człowiek o wielkim sercu, słabych nerwach i słabości do słodyczy, a po drugiej chmurny płanetnik, chroniący ją bez słowa magicznymi zabezpieczeniami, występujący w pojedynkę przeciw wszelkim ciemnym mocom, piekący dodatkowe pierniki na święta, by zawieźć je do samotnej wiły. Oda zaś meandruje między tymi dwoma światami, próbując rozgryźć, która strona ją bardziej przyciąga i pomału dojrzewa do zrozumienia samej siebie.

Pisząc o Oczach urocznych, ciężko nie wspomnieć o Bazylu, który jest głównym elementem humorystycznym powieści. Przeciwwaga do niepowtarzalnego Licha z poprzednich części, mały czort z tyłozgryzem w skupieniu zajmuje się swoimi sprawami: pożera placki ziemniaczane w ilości przesadnej, zaprzyjaźnia się z ciamajdowatym Michałko, by grać z nim na komputerze i kręcić szemrane interesy, a przede wszystkim martwi się o jego kochaną „Odżinkę”. Większość jego wypowiedzi to czyste złoto.

Zastanawiając się głębiej, naprawdę nie mam żadnych negatywnych uwag co do tej powieści. To odtrutka na rzeczywistość i wszelkie smutki. Wciągająca, kojąca, prześmieszna. Wyśmienite połączenie mitologii słowiańskiej i komentarza na temat współczesnych problemów, doprawione solidną dawką humoru, ciepła i werwy. Mroczne starcie finałowe jest satysfakcjonujące, pełne napięcia i dobrze przemyślane. Czysta przyjemność czytania. Dajcie się zauroczyć.


Oczy uroczne

Marta Kisiel

Uroboros, 2019
352 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki


sobota, 9 marca 2019

Piękna, ale pusta muszla. "Syrena i pani Hancock" Imogen Hermes Gowar

 
Pod zniewalającą, intrygującą okładką kryją się dwie syreny, wypiękniony, stylizowany język, czasem wręcz dickensowscy bohaterowie i szum fal z pustej muszli. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak wielu osobom podoba się debiut absolwentki mojego erasmusowego uniwerku.

Imogen Hermes Gowar zaczęła snuć swoją powieść w muzeach, fantazjując na temat eksponatów takich jak sztuczne, zasuszone syreny. Studiowała archeologię, antropologię i historię sztuki, ale ostatecznie wylądowała na magisterce z kreatywnego pisania. To tam Syrena i pani Hancock przybrała ostateczny kształt i powab.

Syreny to temat na tyle fascynujący, że mało kto nie zatrzyma się nad piękną książką z obietnicą tego fantastycznego stworzenia na okładce. Romantycznie wyobrażane panny wodne (nie mylić z syrenami z mitologii greckiej) o falujących pod wodą, wzburzonych włosach i lśniących łuskach. Każdy, kogo przyciągnie do tej lektury właśnie z powodu chętki na takie tematy, mocno się rozczaruje. Syreny to tylko pretekst, wątek poboczny. Nie warte dogłębniejszego opisu czy zastanowienia.

Rozwijająca się powoli historia skupia się na średnio zamożnym, dość nijakim, acz niewątpliwie trochę samotnym kupcu, panu Hancocku, a także urodziwej, kokieteryjnej i lekkomyślnej kurtyzanie, Angelice Neal. Pan Hancock dowiaduje się, że jego kapitan wraca z kilkuletniej wyprawy po towary bez statku, ale za to z małą zasuszoną syreną, pół brzydkim, zębatym dzieckiem, pół rybą. Angelice umiera bogaty utrzymanek i musi jakoś wrócić do towarzystwa, w którym niegdyś brylowała; pieniądze się kończą, skóra nie młodnieje, a była burdelmama ma zakusy, by znów ją usidlić w swoim przybytku dla bogatego towarzystwa. Losy tej dwójki łączą się ze sobą poprzez syreny właśnie, by obrodzić niespodziewanym uczuciem.


Najbardziej tutaj cierpi tempo akcji. Pierwsza połowa książki wydaje się meandrować bez celu, zapowiadając wiele ciekawych wątków, ale druga połowa ostatecznie zawodzi. Dla przykładu Polly, czarnoskóra kurtyzana z wykwintnego domu uciech pani Chappell, jest traktowana ze specjalną uwagą, dostaje ciekawy, intrygujący epizod, zakończony psującą podbudowaną mocno historię, rozczarowującą scenę. I to koniec, Polly już więcej nie wraca. Podobnie potraktowana jest Sukie, z początku narrator poświęca jej dużo czasu, by na koniec potraktować po macoszemu i porzucić dla końcowego wątku. Najchętniej wzięłabym nożyczki, igłę i nitkę i przearanżowała tę powieść, by zacząć od najlepszego fragmentu: gdy Angelica rzuca mimochodem do pana Hancocka, że będzie jego, jeśli podaruje jej syrenę. Od tego „krokodyla daj mi luby” przeszłabym do lepszego przedstawienia ostatniego, najciekawszego wątku w duchu prawdziwego realizmu fantastycznego, a wyrzuciłabym spokojnie do kosza większą część przerażająco wolno rozwijającego się początku.

I przede wszystkim wywaliłabym przez okno te wszystkie głupie sceny jak z sitcomu! Jak do opowieści o syrenach pasuje obrazek upadającej na tyłek, pięknej Angeliki, nad którą rechoczą oficerowie? Ciągłe przekomarzania o pieniądze między kurtyzaną a jej samozwańczą gospodynią-przyjaciółką? Nieustanne wizyty pani Chappell i jej przybocznych prostytutek? A już najbardziej trudno mi przystawić do całości rozbuchaną scenę erotycznego przedstawienia i późniejszej orgii, przyozdobionych w muszle i wodorosty nagich tancerzy i tancerki z zafarbowanymi na zielono włosami łonowymi włącznie, co brzmi trochę jak wymysł producenta serialu HBO. Mimo całej tej wymyślnej historii, która ma doprowadzić pana Hancocka do szalonego uczucia do Angeliki, wciąż nie widzę tutaj szczególnej logiki ani nie czuję między nimi żadnej chemii.  


Sami bohaterowie nie są też szalenie przekonujący. W rolach głównych nudny jak flaki z olejem pan Hancock, denerwująca, trzpiotowata i egoistyczna Angelica, z którą chyba mamy się utożsamiać. Natępnie plejada często zupełnie niewykorzystanych postaci: czarnoskórego służącego z domu rozpusty, służącej pana Hancocka, prostytutki z domu pani Chapell, Sukie i jej siostry, kolegów z kantorka i najlepszego kapitan floty pana Hancocka, sąsiadek państwa Hancocków. Z czasem zaczyna się robić tłoczno, a tak naprawdę nikomu nie zostaje poświęcone wystarczająco czasu, by ktoś miał szansę znacząco zaistnieć. Wyjątkiem jest napisana z humorystycznym polotem pani Chappell, ekskluzywna burdelmama o wyglądzie przysadzistego fotela i smykałce do biznesu, a także sprytnie podkręcona zarządczyni i pokojowa Angeliki, której intryga zbacza w stronę mojej ukochanej prozy Sary Waters.

Wymieniając te wszystkie postacie, okazuje się, że osiemnastowieczny Londyn Gowar to przede wszystkim świat kobiet. Natykamy się też na ledwo zarysowane rozważania na temat pozycji kobiety w społeczeństwie: jak blisko jest od prostytucji do małżeństwa, jak działa na kobiety ciągła zależność, brak własnych pieniędzy, własności, możliwości. Niestety jednak nie pojawia się tutaj żadne zdefiniowane zdanie na ten temat, jakiś wyraźny głos. Podobnie jest z wątkiem czarnoskórych w na wskroś białym Londynie, który ostatecznie wykoleja się wraz z nieprowadzącą do niczego historią Polly. Tak jakby autorka chciała bardzo dodać te motywy do powieści, ale nie miała na ich temat za dużo do powiedzenia.
  

Realizm magiczny budzi się tutaj last minute. Naprawdę ciekawa historia, tęskna, nieodgadniona i z prawdziwym potencjałem zaczyna się zbyt późno i kończy zbyt wcześnie. Nie ma szansy należycie wybrzmieć, zagłuszona niepotrzebnym tłem. Zwodniczym szumem w pustej muszli przystawionej do policzka.

The Mermaid and Mrs Hancock

Imogen Hermes Gowar

Harper, 2018
496 stron
Odczucia: ★★/★★★★★