Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 15 października 2017

Kniga Kinga, czyli o tym, jak film naprawił książkę. To


Ja sporo Kinga czytałam w życiu.

Czytałam i klasyki takie jak Lśnienie, Miasteczko Salem, Carrie, Misery; czytałam też średniaki w stylu Roku Wilkołaka, Oczu smoka czy Firestartera; ostatnio czytałam pierwszą część Mrocznej Wieży. Przeżyłam nawet ostre starcie z książką, którą pamiętam jako dość traumatyczną, czyli Regulatorów. Nawet sam King uznał ją za obciachową i wydał pod przykrywką jako Richard Bachman. No dobra, historia jest trochę inna, ale ja głęboko wierzę, że tak właśnie było. Przekonuje mnie absolutnie idiotyczna fabuła, która napędzała naprawdę niezłego stracha, ale wciąż była denną historią klasy D.


Regulatorzy i cała reszta jednak nie dorasta do pięt Temu, jeśli chodzi o emocje w trakcie czytania. To okazało się tą najboleśniejszą książką Kinga.


Może najpierw zarysuję krótko historię, jaką opowiada To dla tych, którzy jeszcze nie widzieli żadnej z ekranizacji ani nie czytali książki. Małe amerykańskie miasteczko Derry wielokrotnie mogło by być tematem zainteresowania krajowych mediów. Dość regularnie co około dwadzieścia siedem lat nasilają się niesłychane statystycznie w porównaniu do reszty Stanów krwawe mordy, katastrofy, zaginięcia. Nikt jednak o tym nie mówi, nikt się tym nie interesuje. W latach osiemdziesiątych znów zaczynają się dziwne zdarzenia. Zapomniany przyjaciel z dzieciństwa dzwoni do siódemki rozrzuconych po świecie, dorosłych już znajomych i prosi, żeby przyjechali i dopełnili młodzieńczej obietnicy, by skończyć to, co zaczęli. Ta fabuła nieustannie splata się z wspomnieniami z dzieciństwa całej siódemki, gdy prześladowani przez miejscowych łobuzów, na progu dojrzewania, zaczęli widzieć i doświadczać rzeczy przerażających i niesamowitych. Gdy jakaś osobliwa wewnętrzna siła sprawiła, że spotykają się, natychmiast tworząc zwartą paczkę. I postanawiają coś z "Tym" zrobić.

To dobry horror. Klimat jest absolutnie nieziemski, King fantastycznie buduje atmosferę niepokojącego, skrywającego przerażające tajemnice miasteczka w stanie - a jakże - Maine. On zna się na strachu. Co krok wyciąga z obrzeży umysłu coraz straszniejsze i obrzydliwsze wizje, potwory, zjawy, odzwierciedlające te z najbardziej typowych lęków ludzkich. Szczególnie warto docenić sprawną żonglerkę narracją, namacalność scen, dryg do dialogów. Jego proza, choć często absurdalnie podrzędna jeśli chodzi o pomysły, sprawia, że czytelnik wpada w nią jak w studnię. Trudno odłożyć jego książkę na bok, gdy strona za stroną wznosi kolejne kręgi lęku, zamurowuje wyjście na zewnątrz, zasłania źródło światła. Pomijając typowe monstra jak wilkołaki, mumie, klauny, głównym źródłem strachu i niepewności okazuje się najbliższe otoczenie, dom, szkoła, miejsce zabaw. Przemoc psychiczna i fizyczna w rodzinie, agresja na ulicach, traumy z dzieciństwa, nadopiekuńczość przemieniająca się w psychozę przerażają bardziej niż jakakolwiek forma Tego. Zostajemy sam na sam ze strachem, w krępującej ruchy, lepkiej, śmierdzącej wodzie, bezradni, słabi i przerażeni jak bohaterzy jego książek.

Trudno też nie wspomnieć o tym, że klaun Pennywise stał się szeroko rozpoznawalną, kultową figurą horroru (głównie z powodu adaptacji z Timem Curry'm, ale zawsze).

Czemu więc taka książka miała by być bolesna?


Mam wrażenie, że To było bodaj najdłuższą książką w ogóle jaką czytałam. A przynajmniej zdawała się nigdy nie kończyć, pomimo godzin czytania wciąż nawet nie byłam w jednej czwartej. Było to denerwujące, szczególnie że nie jestem pewna, czy ta długość jest w ogóle potrzebna. King potrafi napisać o wiele krótszą i równie mocną książkę. Wiadomo, skoro mamy tylu głównych bohaterów, nie licząc bohaterów drugoplanowych, którzy też dostają osobne, dość wnikliwe backstory (jak na przykład Patrick Hockstetter, członek gangu Henry'ego Bowersa - brrr!), a do tego jeszcze w dwóch liniach czasowych, jest o czym pisać. Wyszła z tego kniga monumentalna. Ale czy wszystko to jest warte opisania? Czy potrzebujemy opisu tego, jak Richie ucieka przed morderczą rzeźbą Paula Bunyana? Czy wielki ptak zadziobujący Mike'a i jego nieujawniony lęk przed ptakami jest naprawdę najlepszym pomysłem, na jaki Kinga stać? Momentami ma się wrażenie, że King uprawiał tu freewriting, zapisywał wszystko, co mu przyszło do głowy. I nikt, żaden redaktor, nie ośmielił się zasugerować, że nie wszystko dobrze wpisuje się w ogólny zamysł, że pewne rzeczy można wyrzucić, w zamian dodając subtelne nawiązania do czegoś, co naprawdę tę postać powinno przerażać.



Zdecydowanie niepotrzebna jest też rzecz jasna TA SCENA (tutaj możecie poczytać soczysty rantu Catusa Geekusa ze spojlerami). Jeśli znacie tę historię, wiecie o co chodzi. Jest niesmaczna, niewytłumaczalna, bez sensu, a przede wszystkim - całkowicie zbędna. Daje złe wyobrażenie na temat takiej akcji, nie uwzględnia realiów, według mnie bezsensownie wykorzystuje i wykrzywia bohaterkę. Nie służy żadnemu celowi, poza szokiem i perwersyjną przyjemnością autora.

Ale to nie koniec. Gdyby to była tylko książka o złu, które czai się w ludzkich duszach, uzewnętrznia w nadprzyrodzony sposób, o potworze będącym sumą niegodziwości miasteczka - w porządku. To świetna metafora. Ale w momencie, gdy potwór okazuje się mieć jakąś cielesną powłokę, ta powłoka jest po prostu... słaba. Idiotyczna. Ale potem jest jeszcze gorzej. Wchodzimy bowiem na poziom mityczno-mistyczny. King postanowił wpisać To w jego teorię swojego multiwersum, łącząc To i wiele innych powieści ze światem Mrocznej Wieży.

Uwaga, od tego momentu będą spojlery:

Dlatego w ostatecznym starciu przenosimy się do macroverse, gdzie spotykamy wielkiego żółwia o imieniu Maturin, który stworzył wszechświat z powodu niestrawności. I ten żółw nie może pokonać Tego mimo swej nieziemskiej siły i mądrości, więc to jego wolą te dzieciaki zostały zwołane w kanały pod Derry, żeby zmierzyć się z Tym w pojedynku na wolę. Co więcej, jest tam też drugi żółw, który użycza dzieciakom mocy, a To jest tak naprawdę bratem-adwersarzem Maturina...

Zaraz, co?

Na szumiące bory dziewicze, co tu się, za przeproszeniem odpieprza? Czy to przypadkiem nie za dużo? Czy to potrzebne? Gdyby dzieciaki walczyły z ucieleśnieniem zła mieszkańców Derry własnymi rękami, o ileż to byłoby lepsze! Po co mieszać w to jakieś mityczne stworzenia, mistyczne teorie i zewnętrzną wolę sterującą bohaterami niczym kukiełkami?

To już koniec spojlerów. Mam nadzieję, że udało mi się wytłumaczyć, co w tej książce nie działa. Wydaje mi się, że właśnie zabrakło osoby, która powiedziałaby Kingowi szczerze, że sporo z jego pomysłów jest poronionych i powinien usiąść do tej książki, przemyślawszy i połączywszy to wszystko jeszcze raz.

Tak, jak robią to twórcy nowej ekranizacji Tego, dopiero pierwszej części, ale jakiej dobrej!


Film opowiada historię dzieciaków i ich pierwszego starcia z Tym. Podtytuł obrazu to "rozdział pierwszy", a część druga planowana jest na 2019. Na fali popularności wyśmienitego Stranger Things, wydarzenia oryginalnie rozgrywające się w późnych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przeniesione zostały do lat osiemdziesiątych, co stwarza świetny klimat i jest wręcz naturalnym wyborem w momencie, gdy w kinie panuje nostalgia za latami takiego dzieciństwa, jak pokazywał E.T.. Wyszło to filmowi na dobre, w ogóle, według mnie, twórcy tej adaptacji naprawili wszystko to, co zgrzytało, męczyło i się nie zgrywało w Tym książkowym. Jednocześnie oddając hołd wszystkim szaleństwom, które napisał King. Jest żółw z Lego, jest pstrokata rzeźba Paula Bunyana, podczas ostatecznego starcia pojawiają się nawet deadlights... Ale jednocześnie ten film winduje To na wyższy poziom rozrywki, wycinając, gdzie trzeba, nadając sens temu, co powinno mieć sens, łącząc to, co powinno się łączyć.

I znów będą spojlery, bo chcę pokazać przykłady tego, o co mi chodzi:

1) Bardzo podoba mi się, że Richie boi się klaunów, bo to wyjaśnia w ogóle powtarzający się motyw klauna. W oryginale To tłumaczy, że staje się klaunem, by przywabiać małe dzieci. Ale dlaczego pojawia się w takim razie jako klaun też w innych momentach? Teraz wątek się łączy z jednym z głównych bohaterów i to działa.

2) Przyklaskuję temu, że Mike widzi pożar i duszących się w dymie, wzywających pomocy ludzi za zamkniętymi drzwiami. Nie tylko dlatego, że to lepsze z punktu widzenia medium wizualnego, ale przede wszystkim dlatego, że to łączy historię książkowego ojca Mike'a z podpaleniem murzyńskiej knajpy i silnymi rasistowskimi nastrojami w Derry z młodszym pokoleniem. Czyż nie lepiej, żeby ciężarem i lękiem Mike'a była przeszłość, która rzutuje na teraźniejszość, związana z jego kolorem skóry, niż dość groteskowy wielki ptak, który próbuje go zadziobać?

3) Ben zostaje tym, który szpera w historii miasteczka. Przecież on się do tego nadaje! Jako dzieciak przesiaduje w bibliotece, fascynują go książki, ma dużo wolnego czasu i żadnych przyjaciół. Uważam, że to właśnie on powinien być tym, który zostanie w bibliotece w Derry, zamiast robić z niego architektonicznego geniusza. Jak czytanie książek ma się wiązać ze smykałką i magicznym niemal zmysłem do budowy, skoro dzieciak nic chyba nigdy nie budował, a przynajmniej nie ma o tym mowy w książce? Do tej pory nie rozumiem, czemu to Mike został.

4) Wątek Bev został świetnie poprowadzony, dodając do zwykłej grozy wątek strachu przed dojrzewaniem, przed kobiecością, miesiączkowaniem, z czym świetnie się łączy ojciec-potwór. Scena w łazience, z krwią i włosami, została podkręcona dokładnie tak, że aż powiedziałam sobie: genialne! Tak właśnie powinien to napisać King!

5) Strach Stana związany jest z figurą surowego ojca i inicjacją religijną. Jestem na tak, bo to logicznie łączy się z jego pochodzeniem i realnymi problemami, a przede wszystkim chroni nas przed idiotyczną sceną z wykrzykiwaniem nazw jaskółek, wróbli i innych skrzydlatych, razem z trzymaniem atlasu ptaków niczym tarczy, by pokonać To.

6) Końcówka - unoszące się na powietrzu ciała nadają wreszcie powtarzanemu do znudzenia tekstowi: we all float down here; you will float too. Super!

7) Dzieciaki same, wszystkie razem, przezwyciężając strach, zatłukły potwora. O to właśnie chodziło! Czemu kombinować, komplikować, jak można zakończyć prosto i wymownie.

8) Nie ma TEJ SCENY. Nie przeszłaby. I bardzo dobrze. Zamiast tego dostajemy zbiorowego przytulasa, który działa zdecydowanie lepiej.

Koniec spojlerów. Jedyna rzecz, która mnie trochę rozczarowała to to, że dzieciaki nie przesiadywały w lasku, tudzież ziemi jałowej, czyli po tyloktoć wspominanych w książce Barrens. Ale to nie przeszkadza. A Bill Skarsgård, brat aktora wcielającego się we Flokiego z Wikingów, jest absolutnie fantastyczny jako Pennywise.

Podsumowując: idźcie do kina. I możecie sobie odpuścić książkę, chyba że bardzo chcecie sprawdzić To na własnej skórze.


It

Stephen King

Scribner, 2016
1478 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★



środa, 4 października 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: WRZESIEŃ 2017



Dość niespodziewanie prosto z włoskiego słońca trafiłam na poranne mrozy polskiej zimy i już leżę z zapasem chusteczek i pastylek na gardło. Średni początek miesiąca, ale cóż poradzić. Wenecja była przepiękna, Werona magiczna, Padwa zaskakująca, czas w Treviso upłynął pod znakiem zmęczenia ostatniego dnia i wałęsania się bez celu tuż przed wylotem. To był naprawdę udany urlop. Może więc w ramach nowin najpierw uraczę Was kilkoma zdjęciami z mojej wycieczki? Błękitne niebo dobrze Wam zrobi na tę październikową pogodę.









Wrzesień upłynął bardziej komiksowo niż książkowo z powodu MFKiG w Łodzi w połowie września, o którym dopiero co pisałam. Przede wszystkim przeczytałam Tam, gdzie rosły mirabelki Jana Mazura i Jeże Dema, a na półce leży napoczęty trzeci tom Alias, czyli Jessiki Jones według Briana Michaela Bendisa oraz Michaela Gaydosa. W całości przeczytałam w ubiegłym miesiącu Reaper Mana, czyli Kosiarza Terry'ego Pratchetta i The Secret Diary of Lizzie Bennet Berniego Su oraz Kate Rorick, świetne rzeczy, będę o nich jeszcze pisać. Przeczytałam też połowę It Stephena Kinga, co według mnie powinno się liczyć jako co najmniej jedna książka. Mam wrażenie, że to najdłuższa powieść, jaką w życiu czytałam. Błagam, 1200 stron? Znacie coś dłuższego? Oprócz Biblii, rzecz jasna.

Wiem, że to mało bibliofilskie pojękiwanie, ale zadziwiająco mnie demotywuje siedzenie godzinę nad książką i przejście dopiero o jeden procent na czytniku. Może bym lepiej to znosiła mając w ręce tomiszcze i śledząc postęp w fizycznych stronach.

A teraz, przechodząc do filmu i serialu, co tam się działo we wrześniu?



Parks and Recreation (2009-2015)


To serial, który okazał się moim ostatnim największym odkryciem i miłością. Z początku podejrzliwa i niechętna, już po kilku pierwszych odcinkach zupełnie się wciągnęłam, a po jeszcze kilku stwierdziłam, że rzucam wszystko i oglądam Parks&Rec. Początkowo stylizowany na rządowe The Office mocumentary, ten serial wkrótce wznosi się na własnych skrzydłach absurdu, zgryźliwości, specyficznego humoru i ciepłej atmosfery. Wiem, że Ameryki nie odkrywam i że Ron Swanson jest ulubioną postacią wielu od dawna, ale pozwólcie mi na moje własne, opóźnione zachwyty. Czuję duchową więź z Leslie, chcę się zgubić w wąsie Rona, iść na koncert Andy'ego, podziwiam April, chcę chodzić z Donną na imprezy i zakupu, a do tego sekretnie aż za bardzo zachwycam się Benem (jest słodkim jeżykiem, który zasługuje na miłość!). Gorące podziękowania dla Ryby, który namówił i ogląda ze mną drugi raz.



Na pokuszenie (2017)


O nowym filmie Sofii Coppoli pisałam świeżo po wyjściu z kina na Facebooku, ale może szybko podsumuję już na chłodno. Mam taki problem z większością filmów tej reżyserki, że choć mają w sobie specyficzną, często wręcz magiczną atmosferę, olbrzymią dbałość o cieszące oko, eleganckie kadry i spójną, zachwycającą estetykę, czuję w nich pustkę. Zawsze im odrobinę brakuje do filmu naprawdę znaczącego, poruszającego ważne kwestie. Te filmy uwodzą, by na koniec zaskoczyć napisami końcowymi i wywołać nieskoordynowane ruchy rąk w stronę ekranu. Z Na pokuszenie jest podobnie. Uwielbiam Nicole Kidman mimo botoksu, lubię twarz Kirsten Dunst, Colin Farrell w przyodziewie secesyjnym wygląda powalająco. Niestety mimo bajecznych kadrów, cudownych kostiumów, klimatycznego wystroju, zgrabnie stopniowanego napięcia psychologicznego i dobrego aktorstwa, znowu czegoś brakuje. Według mnie ta historia jest niedopowiedziana, zbanalizowana, ukrócona. Gdyby sięgnąć gdzieś poza konflikt kobiecy świat vs świat męski, poza zazdrość, zło wojny niszczące niewinność, co wydaje się zbyt oczywiste. Można było ten film przemienić w perełkę, zamiast tego jest wydmuszka w postaci thrilleru psychologicznego.



Ścieżki (2013)


Tracks miałam na tapecie tylko i wyłącznie z powodu Adama Drivera. Wiecie, kiedyś miałam takie epizody, że oglądałam kilka filmów z tym samym aktorem pod rząd, wszystko, co mi się nawinęło pod rękę. Alan Rickman, Colin Firth, Hugh Grant, Jude Law... Od nowych Gwiezdnych Wojen miałam tak z Adamem Driverem. Obejrzałam Dziewczyny, Patersona, Słowo na M, Powiedzmy sobie wszystko... O Ścieżkach wiedziałam tylko tyle, że to coś o pustyni, a Driver jest fotografem w spodenkach pogromcy sawanny i okularach z lat siedemdziesiątych. Nie spodziewałam się tak klimatycznego, wytrwałego filmu drogi z jedną dwudziestosiedmiolatką, psem i czterema wielbłądami. W 1977 roku Robyn Davidson, grana przez Mię Wasikowską, naprawdę przeszła samodzielnie pustynną część Australii - ponad 2700 kilometrów. Do funduszów wyprawy zgodziło się dołożyć National Geographic pod warunkiem, że wyprawę dokumentował będzie ich człowiek, stąd pojawia się Driver. Film powstał na podstawie biograficznej książki Davidson, wydanej w naszym kraju jako Na zachód od Alice Springs. Czy warto obejrzeć? Dla kadrów i poznania samej historii tak. Ale Mia wygląda zbyt dobrodusznie, by wyszła z niej prawdziwa zatwardziałość i hardość, wędrówka staje się wkrótce monotonna, bohaterka przeżywa kolejne, kliszowe momenty, a jej wyprawa ukazywana jest zbyt artystycznie, transcendentalnie, nieskalanie. Podobno tak naprawdę z Davidson był kawał interesownej kobiety i nie wszystko wyglądało ta różowo.



Planeta Małp (1968)


W poprzednich Nowinach sierpniowych opowiadałam o Wojnie o planetę małp, a przy okazji również co nieco o dwóch pierwszych częściach tej nowej trylogii. Wtedy też przyznałam się, że nie widziałam poprzednich filmów. Dlatego we wrześniu stwierdziłam: czas nadrobić klasykę! I tak obejrzałam pierwszy film o małpach, mocno leciwy, zdecydowanie trącący myszką, ale mimo to uniwersalny w wymowie, z silnym przesłaniem i zmuszający do rozkmin i dyskusji na temat ewolucji, polityki, religii, obyczajów, moralności. Warto zobaczyć choćby dla ostatniej sceny, która trafiła już dawno do klasyki kina (God Damn You All To Hell!), ale jeszcze bardziej warto obejrzeć całość, jeśli się tej sceny nie zna i nie wie się, jaki twist na koniec szykuje nam film. Planeta małp długo się rozkręca, na początku trochę nuży marszem przez pustynię, rozwlekłymi dialogami i Star Trekowym wystrojem statku. Wraz z pojawieniem się małp film robi się naprawdę angażujący i choć rodzi tysiące pytań, ostatecznie wszystko się wyjaśnia. A nowe filmy całkiem przyzwoicie nawiązują do oryginału. Dobra robota!



Rambo: Pierwsza krew (1982)


Idąc za ciosem, po małpiej klasyce zostałam oświecona inną, czyli pierwszą częścią Rambo, która absolutnie nie była tym, czego się spodziewałam. Nigdy nie oglądałam w całości żadnego z filmów z tej serii, a jedyne, co mi się kojarzyło, to umorusany i upocony do granic Sylvester Stallone w podkoszulku i opasce na włosach, serwujący z męskim wrzaskiem serię z karabinu. Czego absolutnie się nie spodziewałam, to filmu z głębszym przesłaniem, poruszającego ważny problem społeczny, na swój sposób wzruszającego i autentycznie wymagającego przemyślenia. Co prawda opaska, karabin i umorusanie wciąż były obecne, ale tak naprawdę nie chodziło o akcję, a o problem weteranów wojennych, którzy nie potrafią się dopasować do rzeczywistości zwykłego życia cywilów ani znaleźć własnego miejsca. Co więcej, również problem upartych osłów na wysokich stanowiskach, którzy podejmują złe decyzje mimo dobrych rad doświadczonych ludzi czy armii, która tworzy chodzące maszyny do zabijania, pogardzające życiem innym niż wojskowe. Z ręką na sercu przyznam, że zostałam bardzo przyjemnie zachwycona, a młody Stallone miał aboslutnie urocze spojrzenie bezdomnego psiaka.



Kingsman: Złoty krąg (2017)


A na koniec zostało kilka słów do powiedzenia na temat sequela świetnego Kingsman: Tajne służby z 2014. Pierwszy film to było dla mnie totalne zaskoczenie: od pierwszych scen byłam oczarowana, bawiłam się absolutnie fantastycznie, choć poszłam do kina bez żadnych oczekiwań. Świetna dobra rozrywka na bazie szpiegowsko-bondowskich stereotypów, satyryczna, otwarcie absurdalna, bezczelna. Druga część, choć też dostarcza sporo zabawy z tej samej półki, nie jest aż tak dobra, jak jedynka. Główny zły (Julianne Moore) siedzi w swoim zamku na odludziu i tylko grozi na odległość, gościnny występ Eltona Johna zamienił się w paradę pod tytułem zbyt dużo Eltona, cała oś fabuły zasadza się na dość głupim założeniu, Colin Firth przez pół filmu gra postać, której nie chcemy oglądać, a początkowy zabieg dotyczący wszystkich siedzib Kingsmana wygląda jakby scenarzyści nie mieli tak właściwie nic do powiedzenia na temat organizacji, którą chcielibyśmy poznać bliżej. Sam pomysł z paralelną instytucją amerykańską jest niezły, klimatycznie, muzycznie i estetycznie - zasługuje na oklaski, ale całość nie porusza aż tak jak mogłaby. Cóż.


Dodatkowo trzeba wspomnieć, że widziałam też pierwszy odcinek Outlandera, serialu kostiumowego na kanwie książek Diany Gabaldon, ale może napiszę o nim coś więcej, jak obejrzę na przykład pełen pierwszy sezon i wyrobię sobie zdanie.

A co słychać u Was?

niedziela, 1 października 2017

W TERENIE#13: MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL KOMIKSU I GIER W ŁODZI 2017


Mam sporo wpisów do nadrobienia, nie tylko o książkach, ale też chcę się z Wami podzielić wrześniowymi Nowinami. Jest jednak jeszcze jedno wydarzenie, którym chcę się z Wami podzielić, a o którym jeszcze nie napisałam. Tuż przed wyruszeniem na moją włoską wyprawę w drugiej połowie września, pomiędzy 15 a 17 września wybrałam się jak zwykle do Łodzi na MFKiG, czyli Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier. Robiłam też zdjęcia (tylko merchu, bo w tym rok nie po drodze było mi ze spotkaniami, na jednym zapomniałam o zdjęciach, na drugim zostałam przedwcześnie wywołana), co roku robię fotorelację (tutaj wpisy z 20162015 i 2014), więc trudno się nie podzielić choć kilkoma spostrzeżeniami i z tej edycji pomimo urlopowego opóźnienia.  

Przede wszystkim w tym roku dla mnie na Atlas Arenie królowały koty. Pośród wystawców można było znaleźć aż dwóch kocich miłośników, na których stołach można było znaleźć kubeczki, zakładki i inne kocie gadżety. Zobaczcie sami!


Pierwsze stoisko to Kotter - fantastyczne torby, kubki, magnesy i przede wszystkim ta słodka zakładka. Najlepszość.


Koty od Akuma-Inn podbiły moje serce - kupiłam sobie i kubeczek, i zakładkę. Będę ich obserwować!



W kocich tematach pozostając, widziałam też takie koszulki z kosmicznym kotem. Nie chciałam wydawać za dużo pieniędzy, więc ostatecznie się na nią nie skusiłam... Może następnym razem?



Jeśli kiedyś wyhoduję sobie latorośl, koniecznie będę ją przywdziewać w takie właśnie koszulki z Wisienkowa.


Kubków, tak jak koszulek, było wręcz za dużo. Czy już wspominałam, że moje powoli przestają się mieścić na półce?



Pośród wszelakiego dobra można też było spotkać Tony'ego Starka w wystrzałowym przyodziewie z nowego Spider-Mana. Och!



Nie obyło się też bez stosów komiksów - bardzo mnie nęci ta Róża Wersalu...


To wydanie Sandmana! Co prawda zbieram na półce kolejne tomy po polsku, ale ręka aż się sama wyciąga.


Rzecz jasna na festiwalu można było zaopatrzyć się nie tylko w komiksy, ale też w książki i gry. Na przykład pan na stoisku wydawnictwa CzyTAM był naprawdę niesamowicie przekonujący, gdy zaczął opowiadać, o czy jest Zły Jednorożec!


Pośród stoisk znalazły się i materiały dla rysowników - nie wiem, jak Wy, ale ja lubię podpatrywać przez ramię, jak ktoś rysuje.


O, a na koniec fotorelacji - zdjęcie mojego ulubionego stanowiska Gindie. To u nich wydają się Kobieta Ślimak, Odmęty Absurdu, Kiciputek, Koko, Lisie Sprawy, a w zeszłym roku - polska manga Kawaii Scotland. Podobno wraz z nowym rokiem pojawi się drugi tom! Przy okazji, pozdrowienia dla załogi:)

Zdecydowanie trzeba pochwalić pojawienie się food trucków na terenie festiwalu, dzięki czemu nie trzeba było się martwić polowaniem na pożywienie. Co więcej, tuż przed dolnym wejściem zaparkował mobilny bankomat, co było świetnym rozwiązaniem. Muszę się też pochwalić, że wraz z moją ekipą zaklepaliśmy sobie naprawdę świetne, olbrzymie mieszkanie na weekend przez Airbnb.

Co na nie? Konferansjerka na konkursie cosplayowym znów leżała i kwiczała, zabrakło tak bogatej co roku osobnej strefy Star Wars. Chyba z powodu pogody niewiele osób się przebrało, choć jeden cosplay totalnie mnie rozwalił (tu zdjęcie z 707 na dowód). Afterparty tak rozczarowywało w zeszłych latach, że tym razem postawiliśmy na własne.

I jeszcze zdobycze: różowy królik, sztuk jeden; nowy, trzeci tom Alias (ten komiks o Jessice Jones); pierwszy tom Nieśmiertelnego Iron FistaJeże Dema (co za bardziej niż zwykle zryta rzecz!); świetne Tam, gdzie rosły mirabelki Jana Mazura (muszę o nich napisać); Do kroćset! Olgi Wróbel i, tak, właśnie tak, breloczek z Gudetamą.

To tak w skrócie. Wkrótce nowiny i recenzje!

środa, 13 września 2017

Zaglądając Murakamiemu do głowy. Zawód: powieściopisarz


Jaki Murakami jest, każdy widzi. Każdy, kto przeczytał co najmniej dwie jego książki. Już po dwóch bowiem można zacząć kojarzyć powtarzalne motywy, które przewijają się w jego twórczości. Dotychczas na blogu pisałam o Murakamim dwa razy, najpierw o Na południe od granicy, na wschód od słońca, a potem o Bezbarwnym Tsukuru Tazakim i latach jego pielgrzymstwa. Przy obu okazjach wspominałam o Bingu Murakamiego, na którym można zaznaczać, które spośród typowych tropów pisarza powtarzają się w danej powieści. Zawód: powieściopisarz jest pierwszą książką Murakamiego, w której nie sposób znaleźć żadnego z tych motywów.

A to dlatego, że to nie powieść, a zbiór esejów, pozwalających bezkarnie zajrzeć do głowy zdecydowanie najpopularniejszemu za granicami swojego kraju japońskiemu pisarzowi.

Zaglądanie do głowy w poszukiwaniu przemyśleń o swoim zawodzie jest w przypadku Murakamiego wysoce wskazane, przynajmniej w mojej opinii. To dlatego, że ten miły, kulturalny Japończyk, pomimo cichej prezencji i powieści bez specjalnych fajerwerków, to osoba kontrowersyjna. Co roku wraca na języki ludzi podczas przewidywań odnośnie laureatów nagrody Nobla. Rodacy lubią go szkalować, wytykać brak szacunku do tradycji literatury swojego kraju, zgryźliwie komentować jego anglicyzujący, oszczędny styl. Za granicą bywa albo uwielbiany, albo uważany mistrza autoplagiatu, piszącego bez pomysłu, w kółko to samo, bez żadnego przesłania. Jednych męczy, innych fascynuje. Przede wszystkim – jest znany i pisze bez wytchnienia już od ponad trzydziestu lat.

Co się kryje za tą stoicką twarzą?


Czytając te jedenaście esejów, pięć publikowanych szerokiej publiczności po raz pierwszy, przede wszystkim bez zaskoczenia stwierdzam, że Murakami jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam. Flegmatyczny, solidny, szczery, niezbyt utalentowany, wytrwały. Broniący swojego zdania, ale i japońsko umniejszający się na każdym kroku. Z pewną dozą wiary w siebie, ale bez brania siebie zbytnio na poważnie. Czytelniczo zanurzony w literaturze na własny użytek, ale słabo zorientowany jeśli chodzi o jakość. W pewnym miejscu stwierdza wprost, że nie chciałby zostać jurorem w konkursie literackim nie tylko z powodu odpowiedzialności, do której nie jest gotowy, idącego za tym wysiłku czy braku czasu, ale między innymi dlatego, że gdyby ocenił czyjś utwór negatywnie, ktoś inny mógłby zacząć krytykować jego. A on nie wiedziałby, co na to odpowiedzieć.

Murakami wydaje się też być prostym człowiekiem. Wstaje z rana, siada do pisania na cztery czy pięć godzin, w czasie wolnym biega czy pływa. Lubi regularność, lubi utrzymywać dobrą kondycję. Mówi, że silne ciało pozwala zachować bystry umysł. Trudno mu skupić się na dwóch rzeczach naraz, nie rozdrabnia się, nie przyjmuje innych zleceń, gdy pisze jeden określony tekst. Podczas pisania powieści ma dzienny limit stron, nie pisze ani więcej, ani mniej. 

Po napisaniu powieści daje jej chwilę odleżeć, potem poprawia. Trzy razy. Jego pierwszą czytelniczką jest zawsze jego żona, by mógł na niej wyładować pierwsze emocjonalne wybuchy i sprzeciwy wobec krytyki. Po jej czytaniu przychodzą dalsze poprawki. Dopiero potem odważa się pokazać maszynopis redaktorowi. I znów poprawia. Poprawia chyba dwa razy dłużej, niż trwało pisanie, często zupełnie przerabiając pewne fragmenty, wątki, rozdziały.

Zaglądanie w proces pisania żyjącego ze swojej twórczości artysty to naprawdę fascynująca rzecz. I po raz kolejny pojawia się obowiązkowa wytrwałość i regularność, jak u Sienkiewicza czy Dickensa. Ranne wstawanie, wytrwałe pisanie.


Przyjemnie też poczytać o tym, co Murakami tak naprawdę sądzi o nagrodach literackich (m.in. Noblu), o tym, jak zaczęła się jego przygoda z pisaniem i jak wyglądało tworzenie pierwszej książki. O tym, co myśli o japońskim systemie edukacji, nastawionym na zdobywanie jak największej ilości punktów na egzaminach, a nie praktycznej, użytecznej wiedzy. O tworzeniu postaci, o rozwoju sposobu narracji na przestrzeni kolejnych książek, o powtórnym debiucie – tym razem w Ameryce – i o spotkaniach tłumaczami własnych książek.

Eseje czyta się szybko, choć niestety często nużą. Murakami się powtarza, zapętla, zastrzega po kilkakroć, że to tylko jego skromne zdanie i on nic tak naprawdę nie wie, ale chciałby, żeby nie było nieporozumień. Podkreśla, że ma silne przekonania, ale jednocześnie chowa się za murem słów zastrzegających, niepotrzebnie dookreślających nawiasów, usprawiedliwiania się z zapewnieniem, że to usprawiedliwienia nie są. Czasem robi się nudno, czasem denerwująco, ale wyniesione z lektury wrażenie o samym pisarzu wynagradza słabsze momenty.

Chciałam zajrzeć Murakamiemu do głowy. I, o dziwo, nie zwiodłam się.


Inne spojrzenia na książkę: Między sklejonymi kartkami, Co czyta Malita, Kronika Kota Nakręcacza.

Zawód: powieściopisarz

Haruki Murakami

MUZA SA, 2017
288 stron
przekład: Anna Zielińska-Elliott
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!



sobota, 9 września 2017

Wyrzucić bezużyteczne, nieodpowiednie, krępujące. Dan-Sha-Ri uczy porządku



Kiedy po raz pierwszy usłyszałam, że na polskim rynku książki pojawia się kolejna, jedyna w swoim rodzaju specjalistka od sprzątania z Japonii, parsknęłam śmiechem. Po co nam jeszcze jeden poradnik z rewolucyjnym pomysłem na zagospodarowanie przestrzeni tak, by otaczały nas wyłącznie potrzebne przedmioty? Zresztą, przecież dopiero co czytałam Magię sprzątania Marie Kondo (a tu o niej pisałam) i choć książka mnie zachęciła do ponownego przeglądu szafy i przegrupowania skarpetek, cały pomysł wyrzucania całego swojego dobytku w imię minimalizmu i duchowe odmiany wydał mi się absurdalny.

Okazuje się, że Hideko Yamashita ze swoją metodą Dan-Sha-Ri była pierwsza, a jej poradnik świetnie sprzedał się w Japonii, Chinach i na Tajwanie, ale to Marie Kondo potrafiła się lepiej sprzedać. Jej książka szturmem podbiła Stany i Europę Zachodnią, ma swoją stronę internetową, wpis na Wikipedii, a w internecie można znaleźć filmiki, jak młoda Japonka prezentuje swoją technikę składania ubrań. O Hideko Yamashita zachodni internet milczy. Wiemy tyle, ile możemy wyczytać z Dan-Sha-Ri: swoje pomysły zaczerpnęła z praktyk jogi i mnichów-ascetów. Jej książka została wydana po francuski, hiszpańsku, niemiecku, teraz po polsku. Ale wychodzi na to, że nie po angielsku. A to przecież klucz do sukcesu.

Sam koncept Dan-Sha-Ri, choć zdecydowanie obco brzmiący dla Polaków, zakorzeniony jest głęboko w kulturze japońskiej. Opiera się na czymś, co nazywa się wabi, a co mistrz Zen z przełomu XIX i XX wieku, Daisetsu T. Suzuki, definiował następująco: „Wabi to bycie w pełni usatysfakcjonowanym z małej chatki, pokoju wielkości dwóch czy trzech mat tatami... i talerzem warzyw zebranych z pobliskich pól, może słuchanie delikatnych uderzeń kropli wiosennego deszczu... Jest w prawdzie umiłowania ubóstwa - prawdopodobnie najbardziej stosownego dla takiego ubogiego kraju jak nasz” (źródło).

Przeczytawszy jedną i drugą książkę, szybko można dojść do wniosku, że jednak Dan-Sha-Ri to metoda bardziej wyrafinowana i sensowniejsza niż KonMari. Dlaczego? Zaraz wytłumaczę, najpierw jednak opowiem Wam, o co chodzi w tej pierwszej, jeśli jeszcze nie mieliście okazji o niej słyszeć.


Tajemniczo brzmiące słówko z tytułu książki to zbitka trzech znaków, za którymi kryją się trzy pojęcia. „Dan” oznacza sprzeciw wobec bezużytecznych przedmiotów w naszym życiu. „Sha” to wyrzucanie tego, co zagraca nasz dom. „Ri” to uwolnienie od przywiązania do rzeczy. Te koncepty wydają się logiczne: najpierw musimy się zdecydować, potem selekcjonować i wyrzucać, na koniec zaś ugruntować sytuację pewnego minimum przedmiotów w naszej przestrzeni; wprowadzić ją raz na zawsze w życie jak dietę.

Tego ostatniego elementu brakowało w mi metodzie KonMari. Czytając powtarzaną w kółko formułkę, że wystarczy posprzątać tylko raz, a potem już nigdy nie będziemy mieć bałaganu, trudno w to uwierzyć. Jeśli stoi za tym filozofia życiowa, która zakłada filtrowanie tego, co wprowadzamy do naszego życia w ścisłym związku z tym, co już posiadamy, zdecydowanie nabiera to sensu. Patrzymy wtedy na siebie i swoje otoczenie bardzo lokalnie, wgłąb, harmonizując swoją duchowość ascetycznym otoczeniem.

Yamashita rozwiązuje też mój drugi poważny problem z książką Kondo, a mianowicie brak względu na środowisko. Kondo kazała wyrzucać kilkudziesięciolitrowe worki swoich rzeczy prosto na śmietnik. Pani od Dan-Sha-Ri każe nam spojrzeć na świat globalnie i pomyśleć o tym, że żyjemy w uprzywilejowanym kraju, w sytuacji, gdy mamy rzeczy za dużo. Jednocześnie ludzie w innych krajach mają o wiele mniej, a nasze niepotrzebne przedmioty mogłyby im się bardzo przydać. Dlatego bardziej niż wyrzucać przedmioty, zaznacza, żeby się ich pozbywać. Nie uszczęśliwiać bezmyślnie znajomych, a dokładnie przemyśleć, komu coś naprawdę się przyda i podarować.

Najważniejszym celem tej metody jest znalezienie przedmiotom miejsc, gdzie w danym momencie i w określonej ilości mogą się jeszcze przydać. Możecie więc odstąpić część swoich rzeczy ludziom, którzy zrobią z nich dobry użytek, sprzedać je przez Internet albo oddać do recyklingu.


Dobrą radą jest zasada jednego ruchu, która zakłada, że wystarczy jeden ruch po otwarciu szuflady czy półki, by coś wyciągnąć. Dzięki temu unika się frustracji czy zalegania przedmiotów, których nie używamy. Pytanie, jak to osiągnąć, ale to już inna kwestia.

Podobała mi się też sekcja, w której Yamashita podaje przykłady, gdy chomikowanie pewnych przedmiotów, których nie używamy, może być związane z naszą własną psychiką. Żalem, złą opinią o sobie samym, poczuciem winy, smutnymi wspomnieniami. Autorka przekonuje, że trzeba żyć chwilą obecną i pozbyć się przytłaczających nas drobiazgów. Pozbycie się balastu ponoć wywołuje w klientach Yamashity potężne katharsis, które pozwala im lepiej się zrozumieć i przejąć kontrolę nad swoim życiem. A te najcenniejsze pamiątki zawsze pozostaną w naszych sercach, więc lepiej pozbyć się sztucznej szczęki zmarłego męża czy sukni ślubnej.

Trzeba też koniecznie wspomnieć o wydaniu. Poręczny format, miła w dotyku twarda oprawa, estetyczna, minimalistyczna szata graficzna. Wszystko na wysokim poziomie. Tylko te grafy i tabelki autorki są dość prymitywne i wyglądają jak z prezentacji PowerPointa, a na dodatek powtarzają proste i dokładnie identyczne rzeczy, które wcześniej napisała autorka.

Podsumowując, muszę stwierdzić dość jednoznacznie, że bardziej przemówiła do mnie technika Dan-Sha-Ri. Czy zmieniła moje życie? Minimalnie. Ale wiele pomysłów i sugestii zachowałam na później. Wzięłam sobie do serca wyrzucanie starych pamiątek, biletów, karteluszek, ulotek, które są niepotrzebnymi wspomnieniami. Te obecne, z tego roku, zawieszam na tablicy korkowej, żeby widzieć, co się działo, co widziałam, co osiągnęłam. Te z podróży wklejam do specjalnego, oszczędnego albumu. Reszta? Już nie zagraca mi szuflady, której nie mogłam domknąć.



Dan-sha-ri. Jak posprzątać, by oczyścić swoje serce i umysł

Hideko Yamashita

Wydawnictwo Literackie, 2017
184 strony
przekład: Paweł Łapiński
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!


środa, 6 września 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: SIERPIEŃ 2017



Wreszcie mam z powrotem komputer (wymienione to i owo, działa, jest dobrze!), nie jestem na wakacjach, szał urodzinowo-weselno-panieński trochę ucichł. Przez ostatnie dwa tygodnie nawet nie odpisywałam na komentarze, nie mówiąc już o wpisach... Teraz mogę wrócić do bloga i zacząć dzielić się z Wami wrażeniami z tyloma wspaniałymi rzeczami, które widziałam, które czytałam, w które grałam!

W sierpniu nie tylko przeczytałam Czas przeszły niedoskonały Fellowesa, o którym już pisałam, nie tylko zaczytywałam się w komiksach (zaliczyłam dwie kolejne części serii Sunstone Stjepana Šejića i pięciotomowe wydanie klimatycznego Kota Rabina Joanna Sfara), ale przede wszystkim skończyłam napoczęty na wiosnę Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego w nowym tłumaczeniu, świeżo wydany zbiór esejów Murakamiego pt. Zawód: powieściopisarz i jako wisienkę na torcie... nową powieść Andy'ego Weira, która wychodzi dopiero tej jesieni po angielsku! Zaczęłam też grać w Beyond Good and Evil, grę, którą polecała m.in. Olga z Wielkiego Buka w wywiadzie z Pożeraczem. Jeszcze nie doszłam do końca, ale jak już skończę, na pewno będzie osobny wpis na jej temat.

Ale zanim przejdę do rozkmin tych wszystkich książek, pokrótce przypomnę, co ciekawego działo się u mnie popkulturalnie. Zaczynajmy!



Battlestar Galactica (2004–2009)


O Battlestarze słyszałam co nieco już wcześniej. Przede wszystkim piękny kawałek na szkockich dudach Wander My Friends, ale też napomknienia o tajemniczych Cylonach, inteligentnych robotach, które zostały stworzone przez ludzkość, obróciły się przeciwko niej i mogą się podszyć pod każdego. Grałam nawet w planszówkę na podstawie serialu na długo zanim zaczęłam go oglądać. W tym miesiącu przeszłam przez większą część pierwszego sezonu. Jestem przygotowana psychicznie na to, że trzeci i czwarty mnie rozczarują, bo tak mi mówią wszyscy znajomi, ale monumentalny dwuczęściowy pilot totalnie wgniótł mnie w ziemię. To było absolutnie fantastyczne! Poważne s-f, w którym militaria, polityka, walka o przetrwanie, miłość, zaufanie, zdrada, wątki mitologiczne i teologiczne przeplatają się w idealnych proporcjach, serwując niesamowitą, zakrojoną na olbrzymią skalę alternatywną historię ludzkości. To napięcie, te postaci... nawet to, że ten serial w większości utrzymany jest w bardzo poważnym i przygnębiającym tonie, nie przeszkadza aż tak. Są momenty, w których nawet pomniejszy sukces bohaterów potrafi wywołać olbrzymie emocje.



Wikingowie (2013-)


Również przyjemnie, choć bez takiego zachwytu, jak przy Battlestarze, oglądało mi się pierwszy sezon Wikingów. Tak, wreszcie. Faktycznie, nie można odmówić Travisowi Fimmelowi w roli zdeterminowanego, bystrego Ragnara Lothbroka powalającego spojrzenia przewrotnego diablątka, a całej wikińskiej zgrai świetnej stylówy. Mimo pobrzmiewających faktem historycznym wątków i w miarę autentycznie wyglądających kostiumów, z pewnych źródeł wiem, że to raczej historyczne fantasy, które trzeba raczej brać z lekkim przymrużeniem oka. Podoba mi się pokazanie roli kobiet, konflikt między braćmi, mnich Athelstan i szalony Floki, końcówka sezonu zrobiła dobrą robotę napięciem, klimatem i obrazowością, jednak trzeba przyznać, że sam główny wątek z Jarlem jest dość tendencyjny, a poruszane tematy wiary nie zostały satysfakcjonująco wykorzystane. Może dalej będzie lepiej?



Kacze opowieści (2017– )


Dwunastego sierpnia ukazał się pierwszy, dwuczęściowy odcinek wznowienia Kaczych opowieści, serialu dla dzieci z lat osiemdziesiątych o moim ulubieńcu z lat dziecinnych. Kaczor Donald ma w moim serduszku miejsce specjalne, zaczytywałam się w komiksach, nie tak dawno odkryłam kultowe Życie i czasy Sknerusa McKwacza Dona Rosy. Z samego oryginalnego serialu dużo nie pamiętam oprócz pilota Śmigacza i identycznych Hyzia, Dyzia i Zyzia. Teraz ekipa powraca w fantastycznym stylu, z podszlifowaną kreską idącą w stylu komiksowej, uczłowieczoną Tasią i siostrzeńcami, którym zafundowano indywidualne charaktery. Z przykrością stwierdzam, że z mowy ich wujka rozumiem piąte przez dziesiąte, choć jako dziecko potrafiłam podobnie skrzeczeć, jednak wszystko rekompensuje fantastyczny głos Davida Tennanta w roli Sknerusa. Bardzo polecam, bo wyszło świetnie. Nie mogę się doczekać kolejnych odcinków, a te będą dopiero pod koniec września...



Wojna o planetę małp (2017)


Do kina wybrałam się tylko raz, na ostatnią część z współczesnej trylogii opowiadającej o tym, jak doszło do postania planety, na której żyją inteligentne małpy. Od pierwszej do tej ostatniej części nie mogę się nadziwić, jakim cudem filmy o małpach tak uczłowieczonych, że strzelają z karabinach niesione na końskich grzbietach, są NAPRAWDĘ tak dobrze zrobione. Oprócz nieprawdopodobieństw naukowych nie widzę w nich fałszywych nut, świetnie prowadzą widza przez całą historię małpy-założyciela, Cezara, od badań w domu naukowca po prowadzenie stada do ziemi obiecanej w autentycznie biblijnym nawiązaniu. Wiem, że tematyka nie wszystkim musi odpowiadać, ja sama nie oglądałam jeszcze poprzednich filmów, ale Wojna o planetę małp imponuje świetnym skrojeniem tempa opowieści, samą historią, bardzo dobrym dialogiem między Cezarem a pułkownikiem, podczas którego wypływamy na poważne wody rozważań etycznych, a także zgrabną, ale dość zamkniętą opowieścią wojenną o krzywdzie, podziale, zemście, przywództwie i przyszłości gatunku. Plusy za Złą małpę i oklaski dla Andy'ego Serkisa.



Notatnik śmierci (2017)


Tyle powrotów wszelakich franczyz, a bodaj najgorszym z nich jest netflixowy Death Note. A raczej Death Nope, cytując mojego jednego znajomego. Anime zalicza się do jednego z moich najulubieńszych, czytałam też mangę, oglądałam wszystkie trzy japońskie filmy live action. Na zachodni remake czekałam długo, ale niestety... wyszło źle. Nawet nie chodzi o to, że na L-a wybrano czarnego aktora, a Lightowi zrobiono jakiś dziwny blond balejaż. Ten film wygląda tak, jakby twórcy nie zrozumieli podstawowych cementów, które tak przyciągały coraz to nowych fanów: samych bohaterów i niesamowitego napięcia intelektualnego. Pomimo przekombinowania i scen poważnych do rozpuku (w sensie podniosłe jedzenie chipsów), w oryginale czuło się każdym włoskiem, jak zarówno jeden z bohaterów, jak i drugi MYŚLI. Tutaj rozgrywka mentalna została zamieniona na żałosne wybuchy emocjonalne, nastoletni romans i pościgi przez całe miasto. Light jest wręcz głupi, L nie zachowuje się jak L, nie wspominając o idiotycznych pierwszych dwudziestu minutach filmu (zapraszam na próbkę tu). Na lepsze wyszło chyba tylko podmienienie dennej Misy na ciekawą postać Mii i Ryukowi, który zyskał głos i twarz Willema Dafoe (dobry wybór!). Generalnie jednak - trzymajcie się z daleka.



Yamatai (edycja polska)


Muszę też pokrótce wspomnieć, że zagrałam ostatnio w nową planszówkę. Inspirowana Japonią, kolorowa gra jest dopracowana jeśli chodzi o grafiki, rysunki i stosy malutkich budyneczków, łódek i miniaturowych bram Torii. Rozstawienie planszy, pojęcie zasad i sama gra zajęła mojej ekipie trzy godziny (z trzech osób tylko jedna znała grę). Pomimo naprawdę dużej ilości składników wpływających na wygraną, wyższego poziomu logistyki i dużej ilości reguł, w miarę szybko podchwyciliśmy, o co chodzi i przeszliśmy na poziom zatwardziałej rywalizacji i ciężkiej kombinatoryki. Niezła rozrywka. Nie, niestety nie wygrałam... tym razem.



Gudetama~!


Na zakończenie podzielę się moim nowym odkryciem - panem Jajeczko, czyli Gudetama. Z cyklu: co ci Japończycy znowu wymyślili, przedstawiam Wam postać stworzoną przez tę samą firmę, która wymyśliła Hello Kitty - leniwe, wiecznie odrętwiałe i lekko przygnębione jajko. Gudetama nie potrafi w przyszłość, głównie leży w białku i wzdycha. Już dawno ustaliłam, że jestem trochę trzepnięta, więc wcale mnie nie dziwi, że zapałałam uczuciem do zblazowanego, rozlanego żółtka z pupą. Tutaj możecie sobie poczytać więcej o fenomenie Gudetamy, a na YouTube'ie można pooglądać krótkie, kilkunastosekundowe miniodcinki z panem Jajeczko w roli głównej.


To by było na tyle. Następnym razem będzie już o książkach:)

niedziela, 13 sierpnia 2017

MINIROZKMINY: Pan Darcy nie żyje, Niebieski zamek, Mroczna Wieża: Roland


Kot już pół dnia cieszy się stanowiskiem lokalnego sułtana, zajmując luksusowe miejsce na łóżku wśród poduch i poduszek. Teraz śpi, zwinięty w kulkę, nie widać mu nic prócz uszu, wystających poza okrągłą, futrzastą figurą. Ja też mam dziś wreszcie spokojniejszy dzień. Odpoczywam po tygodniu w natłoku obowiązków, przygotowań i spotkań. Weekend zaczął się wieczorem panieńskim koleżanki, moim pierwszym w życiu, wczoraj zaś również po raz pierwszy przeżywałam baby shower innej koleżanki. Życie nie zwalnia, toczy się pełną parą. A ludzie wciąż spotykają się, by wspominać, opowiadać sobie te nowe i te znane na pamięć historie, przypominać wspólne przygody.

W tę leniwą niedzielę podsumuję pokrótce, w duchu luzu wprowadzonego jakiś czas temu w MINIrozkmin, te historie, które niedawno czytałam.



Ta sugestywna, minimalistyczna okładka i natychmiast przyciągający uwagę tytuł są naprawdę mistrzowskie. Osoba taka, jak ja, automatycznie wyciąga rękę z wzrokiem rozmarzonego cielaka. Wpadam w target jak śliwka w kompot. Opis książki zapowiada, że to jakaś sensacyjna historia w hollywoodzkim stylu, kryminał, high-life, gwiazdy kina i kolejna adaptacja Dumy i uprzedzenia. Nawiasem mówiąc, traf chciał, że akurat kilka dni temu autentycznie zapowiedziano nową ekranizację tej najpopularniejszej powieści Jane Austen (więcej tutaj). Ale wracając do powieści: rozczarowałam się dość szybko, choć ten rasowy, komediowy kryminał Magdaleny Knedler przypomina trochę humorem, jowialną atmosferą i beztroskim przekomarzaniem w dialogach książki Joanny Chmielewskiej. Jak to się mogło stać? Rzecz w tym, że jest dość płytko, przewidywalnie i kliszowato. A do tego Anglicy, opisywani z sercem i słowiańską duszą przez polską autorkę, wcale nie przypominają osób z wysp. Trudno przekonać się do stada brytyjskich aktorów, którzy łoją wódę zamiast pint piwa w pubie, a na na śniadanie jedzą jajeczniczkę zamiast kiełbaski, fasolki i tosta. Ot, lekkie czytadło do szybkiego połknięcia.

Pan Darcy nie żyje

Magdalena Knedler

Czwarta strona, 2015
340 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★





Przy okazji dyskusji o nowej serialowej adaptacji Ani z Zielonego Wzgórza i samym cyklu o rudowłosej marzycielce Lucy Maud Montgomery u Pyzy, Zacofany w lekturze uświadomił mnie, że moje sczytane wydanie Błękitnego zamku z Naszej Księgarni jest niepełne. A do tego główna bohaterka wcale nie nazywała się Joanna, tylko Valancy (co takiego?!), Edward z kolei to... Barney!! Inny amant, Edward Beck, stał się z kolei Rudolfem Schulzem. Całe życie w kłamstwie! A tymczasem Błękitny zamek to jednak z tych powieści, do których mam niesamowity sentyment, wracałam wiele razy i generalnie uwielbiam czytać. Może i historia jest dość naiwna, nierealna i opiera się o cudowne zbiegi okoliczności, to jednak trudno nie czerpać mocy i radości z historii o metamorfozie dziewczyny wiecznie pomiatanej, ignorowanej i spychanej w kąt w szczęśliwą, spełnioną kobietę czerpiącej z życia pełnymi garściami. Wzięłam się więc za oryginał po latach od ostatniego czytania. Nie wyczułam, które sceny były pominięte w moim polskim wydaniu, ale emocje były takie same. Na pewno bardziej podobał mi się język, świeższy i zaprawiony większą dozą humoru niż sztywniejsze i bardziej sentymentalne tłumaczenie polskie. Jak na powieść z konserwatywnej, tradycjonalistycznej Kanady z lat dwudziestych ubiegłego wieku, to rzecz naprawdę rewolucyjna, odważna i piękna. 

The Blue Castle

L.M. Montgomery

Project Gutenberg Australia, 2002
Odczucia: ★★★★/★★★★★




Pierwszy tom uznawanego przez Kinga za swoje arcydzieło cyklu Mroczna wieża jest dość krótki, wypełniony świetną, mroczną atmosferą postapokaliptycznego, brudnego Dzikiego Zachodu i zmusza do myślenia. Wzięłam się za nią rzecz jasna z powodu zapowiedzianej już wcześniej ekranizacji z Idrisem Elbą i Matthew McConaugheyem, która niestety okazała się zupełnym fiaskiem, ale to inna sprawa. Sama powieść, po polsku wydana jako Roland, lepi się od zgnilizny moralnej, potu i beznadziei. Pierwsza historia o miasteczku aż prosi się o wierną adaptację filmową, z dokładnym ukazaniem techniki rewolwerowca, który strzela tak szybko, że skóra odparza mu się na palcach podczas przeładowywania. Sam wątek wydawałoby się, że bezcelowej wędrówki w powolnej i mozolnej pogoni za mitycznym Człowiekiem w Czerni to z jednej strony nawiązanie do poematu Roberta Browninga Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął, będącego z kolei odwołaniem do Króla Leara Szekspira, a z drugiej świetna metafora wywołująca niepokojące, głębokie rozkminy. I jak ten element akurat przypadł mi najbardziej do gustu, tak wydawało mi się, że kończąca książkę długa rozmowa powiedziała zbyt wiele, wskazując, co jest czym. Może kolejne tomy to wynagradzają?

The Gunslinger

Stephen King

NAL, 2003
231 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★





Kot już się obudził i domaga się atencji. Muszę kończyć, mam kocie miejsca za uszami do drapania.