Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 20 stycznia 2019

Przeczytałam wydanie skrócone. Wstyd? "Nędznicy" Victora Hugo


Lubicie jakiegoś autora. Jedna z jego książek zajmuje w Waszym sercu dobrze sytuowane miejsce (klik). To poważany autor ze świetnym piórem. Klasyk, nie wypada nie znać. Rozmarzacie się, słuchając musicalu na podstawie jego sztandarowej, monumentalnej powieści. A tymczasem wciąż wybieracie do czytania wersję skróconą. I nie czujecie specjalnie wstydu z tego powodu. 

Czy tak się godzi?

Na dziś zaplanowałam cięższą rozkminę, trudną, bo kontrowersyjną. Przyjrzyjmy się snobizmowi mola książkowego, rozumowi i godności czytelnika czy jakkolwiek chcemy nazwać ten specyficzny rodzaj intelektualnej dumy z czytania. Tej właściwości, która wywołuje u niektórych urazę ekskluzywnością czytania, rodzi zarzuty o tworzenie kółek wzajemnej adoracji, pogardy dla tych, którzy czytają „mało ambitnie”, rekreacyjnie, popularnie. Rozumiem tę naganę wobec wykluczających haseł typu „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, ale i mam w sobie niewątpliwie wiele z czytelniczej snobki, bądźmy szczerzy. I tutaj tkwi mój dylemat moralny: co zrobić z tym fantem, że postanowiłam przeczytać Nędzników w wersji skróconej, która pojawiła się na rynku wznowiona przez wydawnictwo MG w drugiej połowie ubiegłego roku? 


Pełne wydania Nędzników w różnych językach wahają się między 1200 a 1800 stron. Wersja, którą ja przeczytałam, ma poniżej tysiąca. Poznałam więc w znacznym zbliżeniu główną fabułę powieści, ale nie jestem w stanie stwierdzić, co zostało pominięte, czego nie doczytałam. To doświadczenie niepełne, niewątpliwie pełniejsze niż oglądanie filmowej wersji musicalu chociażby, ale wciąż wybrakowane. Co więcej, nie jestem w stanie ocenić, ile z tego, co czytałam, było faktycznie słowami Hugo, a ile inwencją twórczą nieznanej osoby bądź osób, które opracowały to streszczone wydanie. Jako czytelnik wymagający, który ma w planach nadrabianie wielu arcydzieł literatury światowej, czuję się stratna. A również w oczach innych, myślących ambitniej, mogę sprawiać wrażenie kogoś, kto stracił czas na czytanie tworu, który szczerze mówią nie wiadomo, czym jest.

Czy czytanie skrótów ma w takim razie jakąś wartość?

Dla czytelnika, którzy chce sobie na szybko odświeżyć dawno czytaną lekturę, żeby mieć ją na świeżo w pamięci, zdecydowanie tak. Dla kogoś, kto przeczytał daną książkę, ale może nie do końca uważnie i niektóre rzeczy mogły umknąć, jasne, czemu nie. Ja często zaglądam do stron typu Sparknotes chociażby po to, żeby porównać to, co ja wyniosłam z jakieś książki, z tym, co wydawało się ważne twórcom bryków. Następnie zgłębiam spisy głównych motywów, szukając odczytań i nawiązań, na które nie wpadłam.

Będąc studentką, czytałam fragmenty Moby Dicka według spisu lektur z uczelni, który uwzględniał nie całość, a tylko wybrane rozdziały. Chcąc mieć przed sobą pełniejszy obraz lektury, której nie zdążyłabym wtedy przeczytać, doczytywałam streszczenia brakujących rozdziałów. Z pewnością można by znaleźć wiele innych sytuacji, gdy krótkie streszczenia mogą się przydać, choć nigdy nie zastąpią lektury pełnej powieści.

A co z czytaniem wydań skróconych, które mają ponad osiemset stron?


Najgorsze, co się może czytelnikowi zdarzyć, to nieświadomość. I tutaj mam spory zarzut do Wydawnictwa MG: Nędznicy w ich wersji z wierzchu nijak nie sugerują, że to nie jest polski przekład oryginału w całości. Dopiero przyglądając się stopce redaktorskiej można się dowiedzieć, jaka to wersja. Można zostać w ten sposób oszukanym, myśleć, że oto przeczytało się Nędzników Victora Hugo w całości, a nie w jakiś sposób przetworzoną i pociętą wersję przypominającą raczej adaptację. Idą za tym pochopne, fałszywe sądy o autorze i jego dziele, złe przeświadczenie o długości utworu, zdezorientowanie przy porównywaniu czytelniczych doświadczeń z innymi.

Opowiem Wam pewną historię, by zobrazować dokładniej, o co chodzi.

Jako dziecko dostałam kiedyś w ramach nagrody za dobre wyniki w nauce piękne, ilustrowane wydanie Robinsona Crusoe. Przeczytałam je w mig, było dość krótkie mimo grubej okładki i dużych gabarytów. Duża czcionka i przypisy specjalnie dla młodszych czytelników sprawiały, że wszystko rozumiałam i czytałam prędko, jednak choć historia szalenie mi się podobała, nie rozumiałam, czemu fabuła tak pędzi, czemu wiele ciekawych detali dotyczących życia Robinsona na wyspie czy jego przyjaźni z Piętaszkiem nie jest rozwiniętych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pewnego razu, przechadzając się wśród półek biblioteki szkolnej (specjalne stosunki z panią z biblioteki skutkowały najpiękniejszymi na świecie przywilejami, myszkowanie wśród pełnych regałów podczas gdy każdy inny miał zakaz wstępu to była czysta magia) napotkałam te same Przypadki Robinsona Crusoe w formie grubaśnej księgi zadrukowanej ciasną, małą czcionką. Byłam otumaniona. Natychmiast porwałam tego odmienionego Defoe do domu i czytałam z przejęciem, zachwytem, nie mogąc się oderwać od przedziwnych komplikacji kompanii handlowych, statków towarowych, tułaczki od okrętu do okrętu, niewoli, zakładania plantacji, najróżniejszych interesów... Ten dorosły, poważny, często trudny do zrozumienia świat mnie oczarował, a drobiazgowość opisu pobytu na wyspie zapierała dech. Byłam absolutnie pochłonięta tą pełną wersją przygód wówczas mojego ulubionego bohatera książkowego i zła na moją dziecinną wersję, która pozwoliła mi się oszukać, a jednocześnie pozbawiła tej wspaniałej barwności osiemnastowiecznej powieści.

Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że napotkane w ten sposób streszczenia wyrządzają czytelnikowi krzywdę.


Podobnie jak w wielu innych rejonach życia, świadoma zgoda jest niesamowicie ważna.

A co z czytaniem takiej skróconej wersji z pełną premedytacją?

Jasne, pewną wartość ma, choć nie jest to spotkanie z całością, a tym bardziej oryginałem w języku, którego czytelnik nie zna. To dodatkowa warstwa, o której warto pamiętać: tłumaczenie tłumaczeniu nierówne, a spotkanie z przekładem to często doświadczenie odmienne od starcia z oryginałem. Adaptacja nakłada na to jeszcze jeden poziom szumu, przeszkadzającego w odbiorze pierwotnych intencji autora. Często taka skrojona pod pewne popularne czytelnicze gusta wersja wykrzywia oryginał do tego stopnia, że staje się zupełnie inny gatunkiem powieści, jak chociażby dziewiętnastowieczna, romansowa Janina, która nijak się ma do pełnej niuansów Jane Eyre.

Szczerze mówiąc trudno mi rozstrzygnąć, czy moje intencje (wygoda, pójście na skróty, bo akurat wyszło nowe wydanie i egzemplarz recenzencki mnie zmotywuje do przeczytania wreszcie powieści, którą mam już od dawna w pamięci jako do przeczytania, ładne okładki) były wystarczające, żeby przeczytać tych konkretnych Nędzników w wersji skróconej. Nie czuję jakichś olbrzymich wyrzutów sumienia, choć jednocześnie uważam, że jednak powinnam była postawić ostatecznie na przekład całości. Nie żałuję czasu spędzonego na czytaniu, ale i nie uważam, że faktycznie przeczytałam Nędzników. Czuję się bardziej, jakbym na przykład obejrzała ekranizację w formie miniserialu. Albo poznała słuchowisko na bazie powieści, tak jak to zrobiłam z Anną Kareniną zanim zabrałam się za Tołstoja. Znam fabułę, poznałam zarysy analizowanych problemów, po części przeczytałam rozważania autora i opisy bitew historycznych, ale prawdopodobnie zbyt powierzchownie.

Za bardzo mi się spodobało to, co czytałam, żeby kiedyś nie sięgnąć po całość.


Chyba najważniejsze jest to, żeby właśnie mieć świadomość swojego czytania, a potem wybierać to, na co się chce poświęcać swój czas. Nawet jeśli to wersja skrócona. A potem przyjmować na klatę to, że przeczytało się adaptację, że ktoś może mieć nam to za złe i wytykać stracenie naszego rozumu i godności czytelnika ambitnego...

Nędznicy

Victor Hugo

Wydawnictwo MG, 2018
Przekład „Biblioteki Arcydzieł Literatury” z 1931 r.
Wydanie skrócone (zgodnie z wydaniem Iskier z 1954 r.)
405, 496 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarze recenzenckie!

niedziela, 13 stycznia 2019

Gadał dziad do obrazu, aż mu odpowiedział pewnego razu. "Śmierć Komandora" Harukiego Murakamiego


No to jak to w końcu jest z tym Murakamim? 

Pytanie to zaprząta głowy wielu. Jedni upierają się, że powinien dostać literacką nagrodę Nobla, inni mają go za krewnego Coelho. Zagorzali fani rzucają się na każdą jego książkę, a wspominając o pisarzach Japonii trudno go nie wymienić na wstępie, bo komercyjnie to najbardziej popularny pisarz z tego zakątka świata. Inni z kolei odżegnują się od uważania go za pisarza japońskiego, bo pisze dziwnym stylem, który został wykuty poprzez tłumaczenie własnej prozy z języka angielskiego na japoński. Ja sama do tej pory, po przeczytaniu sześciu jego powieści i jednego tomiku esejów, mam wciąż wątpliwości, jak go zaklasyfikować. Czas rozkminić ten problem.

Czy Murakami wielkim pisarzem jest?

Jego najnowsze dzieło, Śmierć Komandora, zostało w Polsce wydane w dwóch tomach. Sprawdzając tę decyzję pokrótce dochodzę do wniosku, że podobnie jest w wersji japońskiej, jednak na rynek anglosaski wyszło jedno siedmiusetstronicowe tomiszcze. Ta długość sama w sobie jest dla mnie problematyczna z tego względu, że w dużej mierze sztucznie nadmuchany tekst nie wnosi nic ani artystycznie, ani fabularnie. Opisy codziennych, podobnych do siebie czynności, z pietyzmem zanotowane sceny krojenia sałatek i szykowania kawy, z namaszczeniem zapisywane kolejne kładzenie się spać i pobudki, dokładnie spisywane telefony znajomych – choć klimatyczne, bywa często po prostu nudne. Gorzej, że wiele pojedynczych słów i wyrażeń, a czasem nawet zdań, lubi się powtarzać. Nie wiem, czy to z powodu charakteru języka oryginału (a japoński ponoć nie przejmuje się powtórzeniami tak jak polski) i wiernego odzwierciedlania tych samych fraz tym samym tłumaczeniem, ale osobiście czułam się znużona.

Na boku dodam dygresję, że chyba najbardziej irytowało mnie powtarzanie słówka „rzeczywiście”. I to „rzeczywiście” czasem było używane w taki sposób, że dodawało dodatkowego, niezamierzonego (jak mi się wydaje) znaczenia, jakby reagujący w ten sposób człowiek trochę się dziwił tym, co mówi, podczas gdy „w rzeczy samej” czy „to prawda” by lepiej pasowały. Dodatkowo lekko stylizowany na starodawny styl wypowiadania się samego Komandora również nie brzmiał zbyt przekonywająco, a czasem raził, mieszając powtarzane w kółko te same frazy trącące Sienkiewiczem (np. „to niepodobna”) wymieszane z współczesnym językiem. Ale to pewnie tylko usterki tłumaczeniowo-redaktorskie, a miałam się zastanawiać nad tym, jak to jest z tym Murakamim.


Sam pomysł na fabułę wydaje się szalenie frapujący, bo oto bezimienny malarz-portrecista, odrzucony przez żonę po latach małżeństwa, zamieszkuje w odosobnieniu, w domu należącym niegdyś do słynnego malarza w stylu japońskim, Tomohikiego Amady. Przyjaciel głównego bohatera, syn światowej sławy malarza, pozwala mu tam zamieszkać wraz z całym umeblowaniem, pracownią, a nawet kolekcją muzyki klasycznej i operowej swojego ojca. Żartobliwie też ostrzega swojego kolegę, żeby nie został opętany przez ducha, bo jego ojciec miał mocny charakter. 

Rzecz jasna próbujący na nowo odnaleźć się w życiu i swojej własnej sztuce główny bohater szybko niemalże oddycha Amadą, odnajduje bowiem jego ukryty obraz przedstawiający scenę zabicia Komandora z Don Givanniego Mozarta i przesiaduje godzinami przed płótnem, zastanawiając się nad przesłaniem i historią kryjącą się za pomysłem. Niedługo potem słyszy co noc rytualne dzwonki buddyjskie, wydobywające się z ziemi, pojawiają się wizje miniaturowego Komandora z obrazu, twierdzącego, że jest ideą, a sąsiad bohatera, pan Menshiki, imponujący grzywą nienagannie ułożonych białych włosów, wplątuje go w swoje tajemnicze intrygi rodem z Wielkiego Gatsby'ego

Cieszy spora doza wgryzania się w malarstwo, w proces powstawania nowego obrazu, szukania natchnienia i swojego stylu, oddawania się transowi artystycznemu, choć wciąż wydaje się, że zostało to zbyt mgliście i nieuchwytnie pokazane. Intryguje wątek zagadkowych, na swój sposób wszechwiedzących idei objawiających się pod postacią postaci z obrazu, ale ostatecznie ten element fantastyczny wiedzie w dość oczywiste, banalne metafory rozpracowywania własnej psychologii i godzenia się z traumami. Pan Menshiki, człowiek-zagadka, nawiązujący do ponoć najukochańszej powieści Murakamiego, do końca nie pokazuje swojej prawdziwej głębi. Główny bohater nie uczy się niczego i się nie zmienia przez te wszystkie przejścia opisane w powieści. Ostatecznie ląduje w punkcie, w którym był wcześniej. Wszystko dzieje się w niesamowicie wolnym tempie, a wizyty sąsiada, wizyty do dołu z ziemią po wykopanych dzwonkach, wizyty Komandora i wizyty malowanej później przez bohatera nastolatki powtarzają się niezliczoną ilość razy, markując w tym rytualnym powielaniu jakiś głębszy sens i prawdę objawioną na temat człowieka. Generalnie Śmierć Komandora ciekawi, zwodzi, a ostatecznie – zawodzi.


Najbardziej jednak Murakamim zawodzi w scenach opisów aktów seksualnych. Są mechaniczne, sterylne, pozbawione uczucia, pełne dziwnych metafor i krępujących sugestii. Jak pewnie słyszeliście, w tym roku autor dostał nominację za bardzo złą scenę seksu ze Śmierci Komandora właśnie. Już w pierwszym tomie parsknęłam śmiechem czytając poniższe słowa i wyobrażając komiczny odgłos wsysania:

„Wkrótce nadszedł ostatni etap. Kiedy nie mógł się już powstrzymać i miał wytrysk, ona jednocześnie wydała krótki okrzyk jak ptak z dalekiej tropikalnej wyspy, a jej macica, jakby tylko czekała na tę chwilę, chciwie wessała w głąb jego nasienie. Miał niejasny obraz, że jest w ciemności pożerany przez jakieś nieznane zwierzę.” (t. 1, s. 202)

Nie wiedziałam, że motyw wsysającej waginy powtarza się też w drugim tomie i jest jeszcze gorzej opisany. Pomijając całą fatalną historię ze snem głównego bohatera o gwałceniu swojej żony, podczas gdy ta śpi, żeby wytłumaczyć sobie zgodę na wychowywanie cudzego dziecka, które urodziła, kobiece organy stają się tu bardzo drapieżne i przejmują agencję, zmuszając głównego bohatera do aktu; krótko mówiąc, same się proszą, choć właścicielka jest nieprzytomna. Świetne myślenie, panie Murakami! I jeszcze to porównanie do masła, mistrzostwo!

„Delikatnie rozsunąłem jej nogi, dotknąłem palcami waginy. Była ciepła, otwarta i wystarczająco wilgotna. Zupełnie jakby czekała na mój dotyk. Nie mogąc się dłużej powstrzymać, wsunąłem w nią swój sztywny członek. A raczej to ona mnie przyjęła i wciągnęła, jakby była pełna miękkiego masła. Yuzu się nie obudziła, ale wzięła głęboki oddech i wydała cichy dźwięk. Jakby mówiła, że już nie mogła się doczekać, aż to zrobię (...). Na początku poruszałem się powoli i spokojnie, unikając nadmiernych bodźców, żeby nie obudzić Yuzu, ale wkrótce moje ruchy stały się szybsze, bo wnętrze jej waginy wyraźnie radośnie mnie powitało i domagało się bardziej gwałtownych ruchów. (...) Zacząłem się martwić, że jeśli wytrysk będzie tak dalej trwał, zostanę pusty w środku. (...) A jednocześnie jej wagina nie chciała mnie wypuścić. Kurczyła się mocno, jakby obdarzona silną wolą, i dalej wyciskała ze mnie nasienie.” (t. 2, s. 166-167) 

Naprawdę brak mi słów, jak bardzo mnie te opisy doprowadzają do szału z powodu tego usprawiedliwiania się głównego bohatera, że przecież to tylko sen. Ale przecież samo przedstawianie kobiet w ten przedmiotowy sposób, zrzucanie winy na nie, bo przecież same zapraszają, nie opierają się, „czekają na dotyk”, a potem wysysają z mężczyzny jego moce witalne jak dzikie, głodne zwierzęta.

A słyszeliście jeszcze z tą historią o opieczętowaniu tej powieści plakietką 18+ w Hong Kongu za nieprzyzwoitość? Dzięki książki lepiej się sprzedają, wiadomo. Ale do tego wszystkiego trzeba dodać jakąś okropną obsesję na punkcie piersi trzynastolatki, która sama w kółko o nich mówi do dorosłego, nowo poznanego faceta. A potem on sam przy każdym spotkaniu sprawdza, czy już trochę urosły. I porównuje do piersi swojej młodo umarłej siostry, bo przecież te biedne piersi nawet nie miały okazji się wykształcić! Przecież to najważniejsza rzecz u dziewczynki, określająca całą jej osobowość: rozkwitające pączki piersi, które mają potencjał na wyrośnięcie na bujne kobiece kształty. Uuuch. Te ocierające się o kazirodztwo fantazje wcale nie służą żadnym celom artystycznym, a przynajmniej ja nie widzę sensu łączyć historii o szukaniu swojego stylu malarskiego, szukaniu potencjalnej córki sąsiada i układaniu sobie w głowie swojego stosunku do kobiet poprzez pilną obserwację stanu klatki piersiowej trzynastoletniej sąsiadki. Nie wie, po co to, a jeśli ktoś wie, niech mi wyjaśni.


Póki co wymieniłam bardzo dużo elementów, przez które Murakami wcale dobrym pisarzem nie jest: powtarzalny, sterylny styl, fabuła rozciągnięta na cienkie, nudne ciasto, udawanie głębi przy jej minimalnym zarysie, wpisywanie dziwnych fantazji seksualnych, by potem poświęcić kilka stron na tłumaczenie się z nich. Nie wspominałam o stałych motywach, które skłoniły fanów do rozrysowania bingo, a o którym pisałam już parę razy na blogu, np. przy okazji recenzowania Na południe od granicy, na zachód od słońca (w Śmierci... powtarzają się: pusta studnia, telefony, płyty gramofonowe, dziwne sceny seksu, gotowanie, bystra nastolatka, dziwne imiona).

Według mnie w żadnej mierze Murakami nie jest wybitnym twórcą, a nawet często ociera się za to o złe pisarstwo, choć niektóre jego książki były artystycznie niezłe i autentycznie miały w sobie tę sugerowaną oniryzmem głębię, jak chociażby Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa.

Jak to się w takim razie dzieje, że czytelnik nawet wracając do jego prozy w słabszym wydaniu, czuje się jakby zakładał stare, wygniecione, niesamowicie wygodne buty i uśmiecha się błogo, wchodząc w znajmy, niespieszny rytm jego dziwacznej prozy?

Chyba dlatego, że po prostu jego się raz na jakiś czas niesłychanie dobrze czyta. Tyle i aż tyle.


1. Śmierć Komandora. Pojawia się idea

2. Śmierć Komandora. Metafora się zmienia

Haruki Murakami

Muza, 2017
2 x 480 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarze recenzenckie!


wtorek, 8 stycznia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: GRUDZIEŃ 2018



Już po ogłoszeniu rozkminowych nagród roku i podsumowaniu 2018, noworoczne fajerwerki to dalekie wspomnienie, świąteczne dekoracje się już pomału zwijają, ale jeszcze przecież nie podsumowałam należycie grudnia. No to czas start, a potem już się skupię na tekstach książkowych. Obiecuję! :)

W grudniu nadgoniłam kolejnymi dwoma audiobookami H.G. Wellsa, Wojną światów i Wyspą doktora Moreau. Oprócz tego doczytałam drugi tom Nędzników w wydaniu MG i również drugi tom Śmierci komandora Murakamiego (wkrótce napiszę i o jednym, i o drugim!). Dodatkowo skończyłam też postanowioną na ten rok Tokarczuk, czyli Biegunów. O niej też muszę koniecznie napisać.

A popkulturalnie?


Czarne lustro: Bandersnatch (2018)


Ostatni, eksperymentalny odcinek Black Mirror z wyjątkową funkcją grywalną, to znaczy ze ścieżkami głównego bohatera do wyboru, to jednocześnie zacierający granice między gatunkami rozrywki, zachwycający krok w przyszłość, a także niedosyt i odwrócenie uwagi od fabuły dziwnymi sztuczkami. Bo dla mnie Black Mirror to często przerażające fabuły wgryzające się w najdalsze zakątki niewygodnych obaw współczesnych, technohorrory i futurothirllery, od których jest nieswojo, od których chce się odwrócić wzrok, zapomnieć. A jednocześnie trudno przestać oglądać i przyklaskiwać lękom i etycznie niejasnym technologiom przedstawionym w tym fenomenalnym serialu. Tymczasem ten nowy odcinek mnie zmęczył nadmiarem możliwości i ślepymi zaułkami, a nie przyniósł satysfakcji czy katharsis przez to zawieszenie przy niepewnej historii, budowanej na arbitralnych wyborach widza. Nie jestem przekonana, choć ogromnie doceniam sam pomysł na jak zwykle porytą fabułę.



Dobre miejsce (2016- )


Jednym z największych serialowych odkryć ubiegłego roku jest dla mnie The Good Place. Tworzone przez Michaela Schura (tak, tego od Parks and Recreation!) show to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. To serial komediowy, który niemalże co odcinek kryje cliffhanger czy dramatyczny zwrot akcji, którego nikt się nie miał prawa spodziewać. W bardzo mglistym zarysie to historia o architekcie niebiańskiego osiedla, pomagającej mu sztucznej inteligencji i czwórce martwych śmiertelników, którzy trafiają po śmierci do Dobrego miejsca właśnie. Daję słowo, jest przezabawnie, po trzech sezonach trudno wyrzucić z serca tych przekochanych bohaterów, a intrygi się plączą i supłają... Obczajcie koniecznie pomimo, a może właśnie dlatego, że to jedno z niewielu dzieł kultury popularnej, które również próbują nauczyć widza czegoś o filozofii i etyce. Nie pożałujecie!



Christiane Amanpour: Sex & Love Around the World (2018)


Na zakończenie sprawozdania telewizyjnego, wspomnę też o ciekawym dokumencie Netflixa o miłości, bliskości, małżeństwach, związkach i seksie we współczesnych społeczeństwach (z pominięciem obu Ameryk i Australii, więc nie do końca na całym świecie). Na przestrzeni sześciu odcinków reporterka Christiane Amanpour odwiedza Azję, odpytując ludzi w Tokio, Shanghaju, New Delhi, Beirucie, zahacza o Europę, badając Berlin i wybiera się też do Afryki, a dokładniej stolicy Ghany. Szczerze mówiąc za dużo tu postrzeganych przez Amerykanów egzotycznych nacji i za mało lustrowania własnej kultury, czy też zaglądania do własnej sypialni, ale wciąż można wiele się dowiedzieć o codziennym życiu uczuciowym i obcowaniu cielesnym społeczeństw różniących się diametralnie kulturą i religią: od uciekających od uczuć i drugiego człowieka Japończyków, przez rozdartych i namiętnych Hindusów, materialnych, rodzinnych Chińczyków, próbujących zapomnieć o wojnie Arabów, hipokryzję chrześcijańskich Afrykańczyków i dekadencję Europy. Trochę utrwalania stereotypów, trochę rozbijania stereotypów, a przede wszystkim często oddanie głosu zwykłym ludziom z ulicy. Dla ciekawych tematu.



Spider-Man Uniwersum (2018)


Niesamowitym przeżyciem było oglądanie kolejnego wyśmienitego filmu o Człowieku-Pająku, a raczej całej zgrai ludzi-pająków, otwierających drogę do eksploracji spidermanowego uniwersum komiksowego. Ten film animowany to zapierające dech w piersi, pięknie rysowane arcydzieło  na każdym kroku nawiązujące formą do sztuki komiksu. Ogłosiłam go filmem roku właśnie z uwagi na tę przełomowość i świeżość, a to powinno wiele powiedzieć. Miles Morales i cała reszta postaci z alternatywnych wersji Spidermana są dla mnie zupełną nowością, ale nie miałam żadnego problemu z pokochaniem ich na ekranie w mocno odnoszącej się do marvelowskiego uniwersum komiksowego historii. Ta frywolność, giętkość w przedstawianiu scen i fenomenów, których nie dało by się pokazać z takim polotem w filmie aktorskim, a także ludzkość głównego bohatera i alternatywnego Petera Parkera, to wszystko zachwyca. Koniecznie trzeba się wybrać do kina, póki jeszcze grają.



Fargo (1996)


Czarna komedia pomyłek braci Coen z Oscarami za scenariusz i aktorkę w roli pierwszoplanowej. Powolny, konsekwentny rytm, bardzo charakterystyczne, trudne do zapomnienia postacie i prosta intryga kryminalna, zakończona satysfakcjonującym rozwiązaniem. Odrobina absurdu, odrealnienia, codziennego szaleństwa i odwieczny problem moralności: jak to jest, że niektórzy ludzie zdolni są do popełniania najgorszych, najbardziej bezmyślnych, zupełnie niezrozumiałych zbrodni? To naprawdę świetna rzecz, pięknie poprowadzona, z urokliwą, niesamowicie sympatyczną i uprzejmą panią komisarz Marge Gunderson, która bezbłędnie rozpoznaje ślady, szybko i dokładnie przeprowadza śledztwo, nie boi się niebezpiecznych sytuacji, a przy okazji... jest w zaawansowanej ciąży. I to zupełnie poboczny, mało istotny detal. Bardzo polecam.



Operacja Overlord (2018)


Zupełnie nie mój typ filmu, na który poszłam trochę niepotrzebnie, bo wyszłam z lekkimi nudnościami od flaków, krwi, brutalności, grubych strzykawek i zniekształconych facjat. Cóż, moja wina za wybranie się do kina za całkiem niezły dramat wojenny, który przechodzi gładko w horror o zombie-nazistach. Co kto lubi.



Doktor No (1962)


Na święta zażyczyłam sobie oglądania pierwszego Bonda. Dotychczas widziałam tylko te nowsze części Craigiem, a to przecież zupełnie inny typ filmu niż te oryginalne szpiegowskie klasyki naszpikowane stereotypami, pięknymi paniami mdlejącymi niemal na widok boskiego agenta 007, kasynem, Martini wstrząśniętym, niemieszanym i całą resztą. Nie zawiodłam się. Sean Connery jest tak młody, że aż trudno uwierzyć, jego wróg to inteligentny, śliski spuerzłoczyńca, kobiety wyginają się z rozkoszy ledwie rozmawiając z nim przez telefon i zjawiają się półnagie na jego drodze, a pomimo seksizmu rasizm jest minimalny. Było trochę nudno, ale dało się wytrzymać.



Teoria wszystkiego (2014)


Po drodze obejrzałam też wreszcie długo odkładaną Teorię wszystkiego, czyli biopic o Stephenie Hawkingu i jego żonie Jane, od momentu poznania tej dwójki, przez małżeństwo i nieoczekiwanie długi związek (dziewczyna, wychodząc za Hawkinga, wiedziała, że ten prawdopodobnie pożyje nie dłużej niż dwa lata), aż do zerwania i pogodzenia się mimo oddalenia. Pięknie sfilmowany obyczaj historyczny rzadko wypuszcza się na wody teorii fizycznych i raczej stara się oddać codzienność tej pary, poświęcenia i wysiłki Jane, humor i upór tracącego władzę nad ciałem naukowca, trudy wychowania dzieci w związku, w którym jedno musi się opiekować wszystkimi. Wgryzając się w życie prywatne tej wybitnej postaci zastanawiałam się ciągle, czy nie za wcześnie, nie za gładko i hollywoodzko opowiedziana jest ta historia?



Mission: Impossible - Fallout (2018)


Jeśli śledzicie Nowiny na bieżąco, pewnie zauważyliście projekt poznania wszystkich części Mission Impossible. W grudniu udało się wreszcie dobić do najnowszej, szóstej części serii. Doceniam, że z czasem wracają kolejni bohaterowie i bohaterki poprzednich części, dzięki czemu filmy oddalają się od schematu Bondowskiego, czyli co część nowa dziewczyna. Tom Cruise z braku laku próbuje pobić swoje wyczyny z poprzednich części bijatyką w śmigłowcach i górskich szczytach, Henry Cavill przeładowujący ramiona podczas bitki cieszy oko, a w tle pojawia się więcej pełniących jakąś rolę w fabule kobiet. Może i to wcale udany film na tle kolejnych i seria idzie w dobrym kierunku, ale mnie te pościgi i wybuchy albo męczą, albo usypiają. Nie jestem pewna, czy nie żałuję czasu poświęconego na kolejne Misje niemożliwe.



Kevin sam w domu (1990)


A na koniec doniesienia z frontu maratonu poświątecznego, jaki rządziliśmy ze znajomymi. Otóż Kevin oglądany w oryginalne, bez polsatowskiego lektora, to naprawdę zabawny i uroczy film z dość drastycznymi scenami dręczenia włamywaczy. Okazało się, że są w nim żarty, których człowiek nawet nie podejrzewał, scenariusz został bardzo przyjemnie, sensownie skrojony, a obejrzany po długiej przerwie (dziesięć lat bez telewizji) to czysta przyjemność. Wiedzieliście, że film, którego fragment ze strzelaniem puszcza w kółko mały Kevin, został nagrany specjalnie na potrzeby tych scen i nie istnieje jako całość? Szok!


Szklana pułapka (1988)


Oprócz tego na święta Hans Gruber znów spadał z Nakatomi Plaza. Nigdy nie mogę się nadziwić, jak piękny i młody jest Alan Rickman w tym filmie, choć to jego pierwszy duży hit w zaczętej dość późno karierze. Proszę o chwilę ciszy i zadumy dla Rickmana nim zakrzykniecie za Johnem McClanem: Yippee-ki-yay, motherfucker!


Ktokolwiek dotrwał do końca tej litanii: gratulacje! A jak Wasze popkulturalne święta?

czwartek, 3 stycznia 2019

Zrób sobie wyzwanie. Wzór do spersonalizowanych postanowień noworocznych!


Początek roku. Czytelnicy bombardowani są kolejnymi wyzwaniami, propozycjami czy nawet bingo, jak u Wielkiego Buka. Niektórzy już pilnie notują, jakie pozycje chcą przeczytać w nowym roku, inni stawiają przede wszystkim na czytanie zaległości czy piętrzących się na półkach nieprzeczytanych książek, jeszcze inni mają w głębokim poważaniu jakiekolwiek plany i olewają wszelkie wyzwania.

To, co zamierzam Wam zaproponować, odpowiednie jest dla każdego z Was.

Dla tych, co nie robią wyzwań, a lubią sobie zapisać, na co chcą polować na przyszłość. Dla tych, którzy chcą się zmotywować do nadgonienia z książkami z własnej półki. Dla tych, którzy robią sobie ogólne (nie)postanowienia. Dla tych, którzy chcą wypuścić się na nowe wody gatunkowe, poznać nowego autora, zajrzeć literackim okiem do nietypowego kraju albo skończyć jakąś serię.

Dla Was wszystkich przygotowałam przejrzysty wzór, który można dowolnie dostosowywać do swoich potrzeb, zapisywać na bieżąco czy wydrukować i tylko odznaczać przeczytane pozycje. Maksymalnie prosty, można nawet powiedzieć, że prymitywny. Ale właśnie o to chodzi, żeby każdy mógł się nim bawić do woli.

Ciekawi? Ściągnijcie sobie ten plik! (Po otwarciu strony kliknij w ikonkę skierowanej w dół strzałki, po prawej stronie u góry.)

Po otwarciu tego wzoru w Excelu, można go dowolnie edytować, przestawiać kwadraciki do odznaczania, zmieniać ich ilość, dostosowywać, usuwać, dodawać kategorie, wpisywać ogólne cele i konkretne tytuły... Co tylko Wam się zamarzy. A potem wystarczy tylko zapisać całość na komputerze, online albo wydrukować na kartce papieru i wyzwanie gotowe.

Nie macie pomysłu na własne kategorie? Pochwalę się swoimi! ;)

Nieopisane kwadraty będą wypełniane pozycjami podpadającymi danej kategorii przez cały rok.

Jak widzicie, zamierzam główne czytać książki zalegające mi na półkach, pożyczone od znajomych, zadbać o klasykę i reprezentację pisarek. Na pewno chcę czytać więcej literatury pięknej polskiej, a do tego przeczytać po raz kolejny całego Wiedźmina. Trzymajcie kciuki!

Pamiętajcie też, że koniecznym warunkiem korzystania z tego arkusza jest przejście w tryb slow. Czyli nikt nikogo nie pogania, nie ma ciśnienia. Jak się coś nie uda, wystarczy usunąć parę kratek i już ;)

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, czy przyda Wam się taki wzór i czy ewentualnie przydały by się jakieś poprawki. I tak, ten wzór w sumie można wykorzystywać nie tylko do zapisywania lektur, ale tak właściwie do wszystkiego.

Miłego czytania (w dowolny sposób) w nowym roku!

wtorek, 1 stycznia 2019

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2018


Witam Was wszystkich w nowym, 2019 roku!


Co roku z okazji pierwszego stycznia uraczam Was rozminami roku ubiegłego (2013201420152016 i 2017). Stąd też niezmiennie czas na zwyczajowe podsumowanie i rozkminowe nagrody, tym razem przyznawane lekturom, filmom i serialom, które poznałam w 2019!

Czytanie


W zeszłym roku postanowiłam wrzucić na luz i przestać się przejmować statystykami. Dzisiaj, po przemyśleniach z Literackiej Stolicy, mówię: przeszłam na slow bookblogging. Wyszło mi to na dobre, bo po raz pierwszy od dawna znów wyszłam poza moje standardowe 52 książki. 56 książki i 8 komiksów i mang to jak na mnie naprawdę świetny wynik! Mogę się poklepać po plecach.

A biorąc przykład z matki chrzestnej wykresów noworocznych, Ekrudy, przygotowałam własne zestawienie!


W tym roku przeczytałam o 4227 stron więcej niż w ubiegłym. Najwięcej czytam literatury pięknej, publicystyki (wspólny worek, do którego wrzucałam biografie, autobiografie, poradniki i zbiory esejów) i science-fiction (postanowienie poznawania klasyki s-f się powiodło!).

Słabo z klasyką i fantasy. Wśród moich lektur z perspektywy czasu widzę sporo niepotrzebnych śmieci. Moje wewnętrzne postanowienie to wybierać rzeczy bardziej wartościowe, a nie gonić za zapowiedziami ekranizacji słabych książek ;)

Najwięcej na tapecie było Kisiel, bo aż cztery książki, a to wszystko przez to, że tyle miała nowości w tym roku, że nie dało się opędzić. Nie, żebym narzekała.

Najbardziej rozczarowuję co roku samą siebie nierówną reprezentacją pisarek w stosunku do pisarzy. W tym roku muszę znów sobie obiecać, by trzymać rękę na pulsie i uważniej wybierać lektury jeśli chodzi o to kryterium.

Ciekawe jest to, że w zeszłym roku przesłuchałam tylko jednego audiobooka, a w tym roku aż 16, co daje ponad ćwierć wszystkich czytanych książek, zajmując zeszłoroczne miejsce książek elektronicznych. Papier trzyma się wciąż mocno, choć trochę słabiej niż w ubiegłym roku, za to ebooki kuleją.

Najdłuższą przeczytaną książką było Małe życie Yanagihary (720 stron), a najkrótszą – O bibliotece Eco (48 stron). W stosunku do zeszłego roku widzę tutaj tendencję zniżkową w obu kategoriach.

Jak co roku, jest dobrze!


Blog 


Wielkim tegorocznym przygnębieniem jest dla mnie zmniejszenie zainteresowania, jakim Rozkminy cieszą się na Facebooku. W ubiegłych latach pojawiało się po dwieście, sto pięćdziesiąt nowych dusz rocznie, które zaczynały obserwować fanpage, a w tym roku to ledwie pięćdziesiąt osób. Wyświetlenia samego bloga też minimalnie spadły. Mam wrażenie, że niedługo Instagram nadgoni wyniki Facebooka, bo mam tam 488 obserwujących. Wiem, że nie ma co się szczególnie przejmować, szczególnie mając na celowniku blogowanie jako hobby i w wersji slow, ale wciąż, to trochę martwi.

Dlatego jeśli macie dla mnie jakieś rady czy uwagi, by Rozkminy kwitnęły, a Hadynie żyło się przyjemniej, piszcie koniecznie ;)


A Wy – o czym najchętniej czytacie lub przeczytalibyście na Rozkminach w nowym roku?


A teraz czas na Rozkminowe nagrody 2018!


1. Najgłębsze rozkminy



Największe odkrycie i zachwyt, a co za tym idzie, głębokie rozkminy niekwestionowanie wywołał Hyperion i Upadek Hyperiona Dana Simmonsa. Do tej pory pluję sobie w brodę, że nie przeczytałam wcześniej tej fascynującej, pięknie rozplanowanej, skomplikowanej historii science fiction.

2. Największy kradziej czasu



Po dłuższym zastanowieniu książką, która wciągnęła mnie najszybciej, najbardziej i nie chciała wypuścić dopóki nie skończę, było Carry on Rainbow Rowell. Jak ja tę babkę uwielbiam.

3. Największe zaskoczenie 



Trudno mi powiedzieć, co jest większym zaskoczeniem, czy to, jak bardzo nie przypadł mi do gustu Fahrenheit 451 Bradbury'ego, czy to, że zupełnie bez żadnego problemu udało mi się szybko przeczytać Biegunów Tokarczuk, do których podchodziłam co najmniej trzy razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat i ani razu nie skończyłam. Chyba jednak najdziwniejsza historia, która mnie zafascynowała, to ta kryjąca się za Kontaktem Carla Sagana.

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Z jednej strony absolutnie bezbłędni byli Chłopaki Anansiego Gaimana, z drugiej Rozdarta zasłona Szymiczkowej wywoływała salwy śmiechu i uporczywe próby czytania całych fragmentów szanownemu małżonkowi, który opędzał się jak mógł, ostatecznie jednak wygrywa Nomen omen Marty Kisiel i te kajdany fałszywej cnotliwości, ten nieokiełznany erotyzm, co ma kipieć i buchać, i w ogóle kusić, dziecko, kusić!

5. Największy gniot 



Ze wszystkich lektur najgorzej wspominam i najbardziej żałuję czasu na czytanie poświęcone nijakiego, nudnawego i dziecinnego young adult Żywe maszyny Philipa Reeve'a. A szkoda, bo w końcu to steampunk... 

6. Najlepszy komiks



Pomimo lektury ostatniej Jessiki Jones, Róży Wersalu czy komiksów Kate Beaton oraz Sarah'y Andresen, zwycięża prześliczna, urokliwa, osadzona na Śląsku baśń o XIX-wiecznej dziedziczce, Helena Wiktoria Katarzyny Witerscheim.

7. Serial roku



Uch, jakiż trudny wybór! Od prześlicznej, baśniowej Hildy, przez często okrutne, nowatorskie Black Mirror, bezbłędną estetycznie Sabrinę, po bliską sercu Aggretsuko czy wciągającego, naprawdę dobrego Bojacka Horsemana...  Mimo wszystko, podsumowując ogólny czynnik „aww” i opanowanie myśli, wybór jest prosty. Najczęściej wołałam do ludzi: „Oglądaj Voltrona!”

8. Film roku



Podobnie z wyborem najlepszego filmu, jaki widziałam w tym roku, nie m łatwo. Rok zaczął się od przeżycia, jakim było Disaster Artist, potem świetny Kształt wody, wzruszający Coco, wyśmienity Deadpool 2, genialny powrót Iniemamocnych, charakterystyczny Don Kichot, bardzo dobry BlacKkKlansman, absurdalna i prześmieszna Hydrozagadka... ale film, który zrobił największe wrażenie, prześliczny wizualnie, pomysłowy i nowatorski w montażu, bardzo bliski medium komiku, porywający w muzyce i łapiący za serce jeśli chodzi o postacie, był Spider-Man: Into the Spider-Verse. To jest ten film, który może być przełomem jeśli chodzi o filmy animowane.



Wyróżnienie!

Dla Bohemian Rhapsody za zachęcenie mnie do poznania bliżej Freddiego, wywołania małej obsesji i odkrywania nieznanych wcześniej obszarów twórczości Queen ;)


I to by było na tyle.

Znakomitości w 2018!

sobota, 15 grudnia 2018

URODZINOWY KONKURS! PO DRUGIEJ STRONIE KSIĄŻKI?


Hip hip, hurra! 

To już pięć lat odkąd możecie czytać Rozkminy Hadyny!


15 grudnia 2013 roku pojawił się pierwszy wpis na Rozkminach Hadyny.
Z tej okazji czas na kolejny KONKURS URODZINOWY!

Do wygrania czeka do pięciu z poniższych dziesięciu książek, które wybrałam z mojej własnej biblioteczki (wszystkie były czytane co najmniej raz i są w dobrym stanie):



A oto pytanie konkursowe:

Gdybyście mogli znaleźć się po drugiej stronie książki, jak Alicja po drugiej stronie lustra, jakim bohaterem literackim byście byli, w jakiej książce?


Czekam na dowolnie interpretowaną odpowiedź na powyższe pytanie (tak, mogą być zarówno książki istniejące jak i fikcyjne) w dowolnej formie w komentarzu pod tym wpisem, tudzież w komentarzu pod wpisem odnośnie konkursu na Facebooku albo Instagramie albo mejlem (zakładka kontakt), jak Wam wygodnie, do 21 grudnia 2018. Najbardziej oryginalna, zaskakująca, urokliwa i ogólnie ucieszna odpowiedź wybrana całkowicie subiektywnie przez Hadynę wygrywa.

Wraz z odpowiedzią, pamiętajcie o pozostawieniu swojego mejla kontaktowego i obstawieniu dwóch książek z powyższych dziesięciu, którymi jesteście zainteresowani w ramach wygranej.

 Regulamin konkursu:


1. Wyłącznym organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny.
2. Nagrodą jest maksymalnie 5 z przedstawionych wyżej 10 książek z prywatnej biblioteczki (używane, niektóre w wersji przed ostateczną korektą). Jedna osoba może wygrać jedną książkę.
3. Aby wziąć udział w konkursie, należy być publicznym obserwatorem bloga na dowolnej platformie i wysłać odpowiedź na pytanie konkursowe wraz z mailem i dwoma upatrzonymi tytułami.
4. Konkurs trwa od 15 grudnia do 21 grudnia 2018 r.
5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.
6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię autorki bloga spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.
7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka.
8. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.
9. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.
10. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).
11. Nagrody wysyłam lub dostarczam osobiście jedynie na terenie Polski.
12. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.

Będę wdzięczna, jeśli udostępnicie ten wpis wśród znajomych, niech wieść się niesie. Udanej zabawy i powodzenia!

niedziela, 9 grudnia 2018

Podejście pierwsze i ostatnie. "Kasacja" Remigiusza Mroza


Podobno Mroza bolą zarzuty, że skoro zalewa rynek swoimi pisanymi w miesiąc książkami, to pisze byle jak, na kolanie. Lubi się chwalić, że robi swój własny research, przygotowuje się do pisania kolejnych książek, dowiadując się na dany temat jak najwięcej. Dziesięć godzin dziennie pisze, potem wprowadza poprawki. A potem wydaje książki w kilku wydawnictwach, pod pseudonimem, z częstotliwością karabinu maszynowego.

Taka etyka pracy nie broni go przed wyrzutami Farerów, że przywłaszcza sobie ich kulturę, a przy tym wykrzywia obraz ich społeczności. Przed spisem porad i zażaleń od Ćwieka, że sprawdza fakty po łebkach, w Wikipedii, kończy na kilku pierwszych stronach wyszukiwania przez Google, a potem krzywdzi osoby, które faktycznie przeżyły coś podobnego do opisów z jego książek, przedstawiając fałszywy obraz sytuacji.

Mróz rozpisał sobie prosty przepis na bestseller, zapożyczając sporo z popkultury: prozy Grishama, seriali typu Suits, tytułów pokroju House of Cards. A potem wybiera sobie tematykę i pisze, bez planu, z mglistym przeczuciem w głowie, stylizując swoją prozę na filmowy thriller czy kryminał, wpisując fabułę w schemat amerykańskiej sensacji.


Sięgając po pierwszy tom rozrastającej się imponująco prawniczej serii o Joannie Chyłce, miałam wrażenie, że to dobry pomysł na pierwsze spotkanie z autorem. W końcu jako prawnik z doktoratem, Mróz przynajmniej w kwestii znajomości tematu nie powinien zawieść, a ja bardzo lubię prawnicze historie i starcia obrońców z prokuratorami na sali sądowej. Może i mnie się spodoba? W końcu nawet taka masówka jak Millenium całkiem dobrze mi weszła.

Niestety, nic z tego.

Już od pierwszych stron uderza czytelnika pretensjonalny, naciąganie luzacki język i obcesowy, często niepotrzebnie wulgarny styl. Podczas pierwszego zetknięcia głównych bohaterów, starsza i doświadczona prawniczka próbuje zahukać nowo zatrudnionego Kordiana swoją fajnością, przy okazji rzucając zupełnie nieśmieszny żarcik z ambasady Zjednoczonych Emiratów Arabskich, dopytując się głupkowato „Allahu Akbar?”. Kolejne kilka stron to uczniackie naigrawanie się z powiedzonka „talon na k*** i balon”, niestosowne naśmiewanie się z hipsterów przez porównania do więźniów obozów koncentracyjnych i ogólna pseudozabawna beka z wielkiej korporacji. A to dopiero początek karnawału stereotypów i śmieszków na poziomie gimnazjum.

Następną kwestią jest taka, że konstrukcja postaci nie pozwala ich traktować na serio. Mecenas Chyłka, w zamierzeniu bystra, bezkompromisowa kobieta-tyran o ciętym języku i dawno wyrobionej reputacji prawnika od przypadków beznadziejnych, zachowuje się i odzywa jak dwudziestoparoletni facet. Jeździ jak pirat, non-stop atakuje słownie swojego aplikanta, wyśmiewając się z jego gustów muzycznych i kulinarnych, Wojewódzkiego nieironicznie nazywa królem TVN-u, a imię „Kordian” kojarzy jej się automatycznie z Power Rangersami, choć jej wiek zdecydowanie wyklucza oglądanie takich kreskówek w dzieciństwie. Jest bezczelna, szczeniacka, karykaturalna i kompletnie nieprawdopodobna.

Główny bohater Kordian/Zordon z kolei jest zupełnie nijaki, Kormak wydaje się w dużej mierze niepotrzebny i dorzucony na doczepkę, „winny jak ocet” Langer wydaje się zmieniać charakter w zależności od miejsca w fabule i zmieniającej się koncepcji na zakończenie, a bandyci stojący za całą historią to czysta groteska pełnego stereotypu: Siwowłosy pojawia się zawsze w sposób godny czarnych charakterów z Bonda czy animacji Disneya. Nie mówiąc już o postaciach kobiecych, których prócz Chyłki ze świecą szukać, a jak już się pojawiają, to mówi się o nich w sposób przypominający rozmówki z szatni, którymi zasłaniał się Trump („grzmociwo”, „ta z cycami (...) [f]oremnymi jak modelowe wielościany” i „big cyc” to moje ulubione określenia).


Zwroty fabularne zalewane są olbrzymią ilością dialogów, przekomarzań Chyłki z Zordonem, gadkami Zordona z Kormakiem i Łysego z Siwowłosym. Sceny rozmów przypominają konstrukcję seriali typu Gra o tron, a same główne wydarzenia są pokazywane w iście hollywoodzkim stylu, zmuszając bohaterów do częstych, choć czasem mało wiarygodnych konfrontacji. Polskie prawo jest podkolorowane i ponaciągane, by stworzyć napięcie, argumentom na salach sądowych brakuje ostrości i przenikliwości, by oszołomić czytelnika, a niektóre sytuacje są zupełnie bez sensu. Na przykład historia z Zordonem i Kormakiem, którzy próbują dostać się na zamknięte osiedle Langera. Scena przekonywania stróża, że są z kancelarii jako przedstawiciele mieszkańca bloku, który przecież dał im kody i klucze, żeby sobie weszli do mieszkania, więc niech stróż podniesie szlaban, jest według mnie zupełnie niepotrzebna. Później w książce okazuje się, że Chyłka ma zarówno pilot do bramy, jak i kartę magnetyczną do furtki i klucze do mieszkania. Zamiast poprosić panią mecenas o te fanty, próbują niezdarnie zastraszyć ochroniarza i przekonują bardzo słabymi argumentami.

Trzeba jednak przyznać, że całość układa się jednak w miarę sensowną intrygę, a wyjąwszy elementy sądowe, można stwierdzić, że raczej nieskomplikowaną. Ta zaś daje możliwość samotnej, lubiącej zajrzeć do kieliszka pani mecenas i biednemu, ubogiemu aplikantowi na przybliżenie się do siebie, a nawet zrodzeniu się jakiegoś uczucia, bo jaką taką chemię między postaciami udało się uchwycić. Co prawda chemię tę często psują trochę luzackie, a trochę żenujące teksty wymieniane między  bohaterami, zupełnie niepasujące do ich oficjalnej relacji mentorka-uczeń. Jak jestem w stanie wyobrazić sobie niektóre sytuacje, jak ta w szpitalu czy któryś ze wspólnych wieczorów w domu Chyłki, tak ich głupkowate przepychanki słowne i komentarze na temat obcisłych wdzianek w biurze już bardziej rażą niż przekonują.

Akcja raczej trzyma w napięciu i nie ma problemu z szybkim dobrnięciem do końca książki, kiedy się okazuje, że rzecz jasna sprawa wcale się nie skończy jedynie pierwszym tomem. Współpraca między dwoma diametralnie różniącymi się od siebie bohaterami to stały niemal element sensacji, jakiego nauczyły seriale z Zachodu, ale na swój sposób duet Chyłka i Zordon działa. Rozumiem, dlaczego ta książka z wartką akcją aż proszącą się o przeniesienie na ekran może wielu czytelnikom się podobać.

Co mnie najbardziej boli, to ten niepasujący do powagi sytuacji język, często bardziej przystający do amerykańskich filmów akcji w polskim tłumaczeniu niż do warszawskiej korporacji prawnej. Te miałkie dialogi, stereotypowe aż do bólu postacie drugo- i trzecioplanowe, niedojrzałość wychodząca w humorze i nadmuchana, pełna patosu brutalność. Nie kupuję tego na całej linii. I jeśli pierwsze trzy książki z serii o Chyłce są najlepsze, a potem jakość spada, to zastanawiam się, jak bardzo bym zgrzytała zębami czytając kolejne.


Kasacja

Remigiusz Mróz

Czwarta Strona, 2015
496 stron
Odczucia: ★★/★★★★★


niedziela, 2 grudnia 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: LISTOPAD 2018



Przysięgam, nie mam pojęcia, gdzie się podział listopad. Niby był, ale przemknął tak szybko, byłam tak zmęczona ciężkim okresem w pracy, że ani nie pisałam specjalnie na blogu, ani nie czytałam, ani nie zażywałam popkulturalnych rozrywek. Tyle że byłam na Literackiej Stolicy, o czym rozpisałam się szeroko w osobnym wpisie.

Mogę jednak z satysfakcją stwierdzić, że razem ze skończonym dzisiaj drugim tomem Nędzników mam na koncie 52 książki przeczytane w tym roku. A w listopadzie:

  • słuchałam dwóch audiobooków, Wehikułu czasu i Niewidzialnego człowieka H.G. Wellsa
  • przeczytałam pierwszy tom nowej książki Murakamiego Śmierć Komandora. Pojawia się idea 

A jeśli chodzi o popkulturę?



Halloween (1978)


Jeszcze w okolicach halloweenowych obejrzeliśmy z Rybem pierwszy z całej dziko rozgałęzionej serii slasherów z dyszącym zza białej, niepokojącej maski Michaelem Myersem. To jeden z tych kultowych horrorów, które zapoczątkowały cały nowy podgatunek, z klasycznymi krwawymi mordami na beztroskich nastolatkach, które piją, palą, ćpają i uprawiają seks, a także z tą jedną dziewiczą, mądrą, rozsądną dziewczyną, która zostaje na deser, ale dzielnie się broni i na koniec nawet udaje jej się przeżyć. Film zestarzał się brzydko, nastolatki są zbyt dorosłe, mówią do siebie niesamowicie nienaturalnie, są idealnie głupie, wszystko dzieje się tak powoli... ale charakterystyczna muzyka robi świetną robotę i można się trochę pośmiać przy niektórych teraz już niezbyt strasznych scenach.



Halloween (2018)


To stare Halloween rzecz jasna obejrzeliśmy, bo nowy reboot serii, który można było zobaczyć ostatnio w kinach, zbierał dużo dobrych recenzji. W zamyśle ten nowy film to nowa kontynuacja tego pierwszego. Jamie Lee Curtis znowu w roli tej ostatniej dziewczyny, wraca jako paranoiczna babcia, która swoją obsesją na punkcie Myersa zniszczyła życie swoje i swojej córki, opracowując plan obrony na wypadek powrotu zbrodniarza, ucząc się strzelać, przekształcając dom w twierdzę i terroryzując dziecko niezdrowym strachem. Ostatecznie jednak stuknięta babcia ma rację, bo Myers znów pojawia się w miasteczku... i rzecz jasna zabija nastolatki. Film jest jednak naprawdę bardzo dobry, bo buduje dramat i napięcie na relacjach między kobietami z trzech pokoleń, każdej pozwalając się wykazać na swój sposób, a mordujący facet w masce to raczej pretekst do rozmowie o zaburzeniach psychicznych w rodzinie, obronie w momencie kryzysu, pojednaniu i odwadze.



JoJo's Bizarre Adventure (2012)


Ubiegły miesiąc zleciał przede wszystkim pod znakiem absolutnie szalonego (idąc za Tokarczuk, bizarnego!) anime na podstawie wychodzącej od lat osiemdziesiątych kultowej mangi shōnen. Od zawsze wiedziałam, że to rzecz specyficzna, którą ponoć warto uszczknąć, jednak po przejściu pierwszego, wolno rozkręcającego się sezonu, wybuchło wielobarwne wariactwo. To jazda, na jaką nikt nie jest przygotowany; przeżycie, które zaskakuje w każdym odcinku przesadzoną ilością kampu, dziwności, humoru, męskości i przesady. Mięśniacy pozujący w każdej sekundzie, wyginające się zalotnie męskie ciała, diaboliczne wampiry, pradawne istoty o wielkiej sile, supermoce, epickie pojedynki, podstępne sztuczki, zabójcze treningi, pokolenia kwadratowych facetów walczących ze złem... nie jestem w stanie nawet w jakimkolwiek procencie oddać, jak doskonały na swój sposób jest Jojo. No i ta muzyka! Tego trzeba doświadczyć, pokochać albo wyłączyć z przerażeniem. Polecam serię filmików przekonujących do anime autorstwa Super Eyepatch Wolfa. On to lepiej tłumaczy. Ja jestem ogłupiona fascynacją.



Bajecznie bogaci Azjaci (2018)


Pamiętacie, jak niedawno w minirozkminach chwaliłam przyjemne czytadło o obłędnie bogatych Azjatach? Trochę romans, trochę komedia, a trochę nauka nowego obszaru społecznego, o którym nawet się nie podejrzewało, że istnieje? Obejrzałam sobie z ciekawości film na podstawie tejże książki i pomimo wielu zmian (przede wszystkim w celu skrócenia fabuły i ucięcia zastępu postaci trzecio- i czwartoplanowych), wielkiego uproszczenia całości, wyszedł również całkiem satysfakcjonujący, zabawny obraz do odprężenia się i pośmiania. Co absolutnie niesłychane, Ryba, który zawsze odżegnuje się i zapiera zadnimi kopytkami, żeby omijać komedie romantyczne szerokim łukiem, obejrzał bez bólu, a nawet zdarzał mu się głośny śmiech. Jest dobrze.



Bohemian Rhapsody (2018)


Produkcja, na którą szłam z nastawieniem, że to nie będzie nic wybitnego. Wiedziałam o tej całej historii z Sachą Baronem Cohenem, który miał wcielić się we Freddy'ego zamiast Ramiego Maleka, o żyjących członkach przechwytujących kontrowersyjny projekt i przygaszający go do spokojnej laurki... Ale poszłam. Zobaczyłam historię opowiedzianą tak prosto, bez zagłębiania się w bolesne fragmenty, bez komentarza, prześlizgującą się po najważniejszych faktach, zamazujących niektóre fakty, by ukazać główny konflikt tak bezboleśnie dla zespołu, łopatologicznie i słabo. Ale jednak ta muzyka, ten koncert Live Aid odtworzony z niesamowitą starannością, a przede wszystkim fascynująco magnetyczny Malek genialnie odwzorowujący manieryzmy, ruchy, mimikę Mercury'ego, że chwyciło mnie to za serce. Przez kilka dni chodziłam jak we śnie, przegrzebując YouTube w poszukiwaniu dokumentów, wywiadów, rozmów. I kto mnie obserwuje prywatnie na Facebooku wie, że mam teraz swój mały projekt wsłuchiwania się w kolejne płyty (jedna dziennie) Queenów i wrzucania co fajniejszych kawałków. Nie, żebym była jakąś wielką fanką, ale ten film coś we mnie ruszył. I podejrzewam, że nie tylko mnie.



Mission: Impossible  Rogue Nation (2015)


Zostałam po raz kolejny wrobiona w oglądanie kolejnego filmu z cyklu Tom Cruise dyskretnie ratuje świat robiąc rzeczy niemożliwe. Tym razem wstrzymywał oddech pod wodą na ponad dwie minuty i wskakiwał na startujący samolot, także spoko. Simon Pegg jak zwykle cieszy, aktor znany bardziej jako Hawkeye również bawi, bohaterka kobieca nie sprowadzona do zabiegu fabularnego, stereotypu czy miłostki zwraca na siebie uwagę konfliktem wewnętrznym i ciekawą historią, ale to jednak wciąż świat mężczyzn i historia do szybkiego zapomnienia. Ileż to razy zamykali to biuro do spraw niemożliwych? No właśnie.


I to wszystko w listopadzie. A w połowie grudnia szykuję niespodziankę... Wietrzenie półek i piąte urodziny bloga, takie tam ;)