niedziela, 28 sierpnia 2016

Dziwne jest to życie. Nastoletni angst, muzyka indie i efekt motyla

Źródło

Gdy jest się nastolatkiem, wszystko wydaje się intensywniejsze, bardziej namacalne, niezniszczalne, wieczne. Wydaje się, że przyjaźnie zawiera się na zawsze; że ta paczka, z którą się trzymamy, będzie z nami aż do grobu. Czas nie pędzi aż tak do przodu, szuka się odpowiedzi i zagląda w głąb, próbując zrozumieć, kim się jest.

Jedno, o czym zazwyczaj myśli się najmniej, to to, że nasze wybory mogą wpłynąć na całe późniejsze życie. Chyba że znienacka zostanie się obdarzonym możliwością cofania czasu o kilka minut w tył...

Life is Strange to wycieczka wgłąb nastoletniej psychiki, psychologiczny eksperyment z elementem intrygi, tajemnicy, czasem thrillera. W pierwszych minutach niewygodnie nam w ciele niezgrabnej, zagubionej na korytarzach Akademii Blackwell osiemnastolatki. Dziewczyna ma zamkniętą postawę, tonę angstu, mnóstwo wewnętrznych, często gorzkich przemyśleń, które dusi w środku, a do tego piękną pasję: fotografię. Do szkoły dostała się właśnie dzięki swojemu wybitnemu talentowi, jest szczęściarą, trafiła do klasy wielkiej sławy, popularnego fotografa z lat dziewięćdziesiątych. W dziewczynie czuć dużą wrażliwość artystyczną i dobre oko, ale coś ją gryzie, nie uważa na lekcjach.


Skąd się tego wszystkiego dowiadujemy już na samym początku rozgrywki? Gra prowadzi widokiem trzecioosobowym, ale kierujemy, podążamy i myślimy Max Caulfield. Słyszymy na głos jej wewnętrzne monologi, gdy tylko klikniemy na jakiś przedmiot wywołujący przemyślenia, dokonując wyborów, słyszymy, jak dziewczyna interpretuje swoje zachowania. Możemy zajrzeć do jej torby i wyjąć wypełniony bazgrołami, rysunkami i zdjęciami pamiętnik, a potem wyciągnąć komórkę i przeczytać smsa od znajomego, który bardzo chce się z nią umówić. Gdy znajdziemy coś interesującego, a czasem trzeba mocno szukać albo kombinować, mamy okazję zrobić zdjęcie oldschoolowym aparatem analogowym, z którym Max nigdy się nie rozstaje.

Czy jest to ciekawe? Mogłoby nie być, gdyby nie prolog, w którym musimy przeprowadzić Max przez tornado pod latarnię morską do miejsca, które wydaje się najbezpieczniejsze, podczas gdy wściekła wichura na naszych oczach niszczy rodzinne miasto dziewczyny. Udaje nam się to dzięki umiejętności cofania w czasie - gdy spada na nas drzewo, możemy cofnąć jego upadek i spokojnie przebiec. Potem znienacka budzimy się w sennej klasie na wykładzie, a nauczyciel wymaga od nas odpowiedzi na pytanie, przyłapując na nieuwadze.

Sen? Można by przyjąć, że tak, gdyby nie to, że zaledwie chwilę później udaje nam się uratować komuś życie dzięki tej samej umiejętności. A więc... prorocza wizja?...

Źrodło

Jak wspominałam kiedyś, gdy pisałam chociażby o grach z cyklu Phoenix Wright (tu i tu), nie będę się rozwodzić nad gameplayem i wymaganiami sprzętowymi, bo to nie mój konik. Bardziej skupiam się na historii, postaciach - o grach mogę pisać jako o przełożeniu opowiadania fabularnego z tekstu na komputer czy konsolę. 

Life is Strange to zdecydowanie wciągająca, fajnie opowiedziana i niezwykle nastrojowa historia, w której mniej zupełnie nie musimy myśleć o mechanice, która jest naturalna i intuicyjna, a w całości możemy poświęcić się prywatnemu śledztwu, rozwijaniu więzi z innymi, podążaniu za szansami na fotografie, czy wreszcie rozmyślaniom natury moralnej i psychologicznej - jak powinna zachować się Max? Czy ma nadużyć czyjegoś zaufania? Donieść dyrektorowi? Czy wolno jej grzebać w czyimś życiu, nawet jeśli to jej najbliżsi? Czy warto zmieniać przeszłość? Przede wszystkim zaś, wybrać dobro pojedynczej osoby, czy wszystkich? W którym momencie przyjaźń przeradza się w egoizm?


Te momenty, kiedy Max może po prostu usiąść i pomyśleć w spokoju - czy to na huśtawce, by pogrążyć się we wspomnieniach z dzieciństwa, czy na wysypisku śmieci, gdzie nachodzą myśli o przemijaniu - doceniam najbardziej. Bo po tym, jak myśli Max milkną, wciąż można siedzieć i myśleć, wsłuchując się w muzykę i przyglądając otoczeniu. Chyba najdłużej myślałam w pokoju przyjaciółki Max, Chloe - można było tak leżeć i leżeć, wsiąkając w spokojne nuty piosenki Lua Bright Eyes, światło poranka wsączało się przez flagę Stanów robiącą za zasłonkę, a dziewczyny wymieniały kilka słów, a potem milkły.

Leniwe, amerykańskie piosenki indie i delikatna gitara w tle, idealnie dobrana, dobra muzyka odzywająca się w ważniejszych momentach to zdecydowanie wielka zaleta. Przynajmniej jeśli lubicie takie klimaty, pewien osobnik narzekał, że znowu terroryzuję go bezpłciowym plumkaniem, ja tymczasem zasłuchiwałam się w soundtracku. Santa Monica Dream Agnua & Julii Stone, Mt. Washington Local Natives, To All Of You Syda Mattersa, do tego Alt-J, José González, Amanda Palmer, Mogwai... I moje ulubione, fenomenalne Spanish Sahara Foals! Do tej pory wracam do nastroju gry właśnie przez muzykę.


Trudno też nie pochwalić warstwy wizualnej. Nie jestem ekspertem, ale to, jak wyglądały postacie, zdemolowane korytarze akademika, ulice miasteczka w Oregonie, lasy i morze widziane ze wzgórza z latarnią robiły wrażenie. Rozświetlone pomarańczami miękkie światło wywołane zachodzącym słońcem to powtarzalny i piękny motyw. Ta gra jest po prostu śliczna. Wiadomo, nie umywa się chociażby do Wiedźmina 3, ale wciąż byłam zachwycona. Bywały drobne glitche, czasem usta postaci nie zgrywały się z dialogami (choć aktorzy podkładający głos robią świetną robotę!), wciąż z niektórych screenów z gry można spokojnie robić tapety.

Sama historia, jak już wspomniałam, wciąga i intryguje: mamy tam element paranormalne, niezrozumiałe, nienaturalne zjawiska, zabawy z czasem (trochę kontrowersyjne, bo wraz z cofaniem czasu nie wracamy do miejsca, którym byliśmy - wszystko się rusza w tył oprócz naszej postaci, co jest dość paradoksalne i nie do wszystkich przemówi - jak do np. Quaza), ale ważniejszą role odgrywa realne życie. Gdyby wyciąć zabawy z czasem, zostaje nam zgrabnie napisaną historię o odbudowywaniu przyjaźni i zaufania między dwoma charakternymi dziewczynami, element obyczajowości, problemów społecznych i ekologicznych, wątek kryminalny przechodzący w groźny thriller i mocno transową końcówkę. Nie jest to absolutny majstersztyk, ale przyjemnie podąża się za ciągiem dalszym historii i rzadko nudzi; można też eksplorować świat, wyszukując poukrywane niespodzianki. Wybory, które musimy podejmować, nie są łatwe ani czarno/białe, często bywa boleśnie i trudno. Kiedy dochodzi do ostatecznego wyboru, żadne wyjście nie jest dobre ani oczywiste.

Źródło


Silną stroną gry są też postaci. Przyjaciółka Max, Chloe, jest wręcz stworzona do cosplayów. Jej punkowo-rockowa, niedbała stylówa wiele mówi o jej charakterze, ale za pozą zbuntowanej nastolatki kryje się skrzywdzona, opuszczona dziewczyna, która łaknie bliskości. Stereotypowa bogata gwiazda z wianuszkiem koleżanek z fanclubu złośliwych dziewczyn, Victoria, tak naprawdę szuka akceptacji i kryje się za pozą. Zakochany w Max Warren i pączkujący romans to tylko dodatek do całej fabuły, ważniejsza jest przyjaźń, zaufanie i współpraca. To mądre dzieciaki, które szybko można polubić.

Life is Strange nie ma płci. To nie jest gra stricte dziewczyńska, nie jest też skierowana głównie do facetów. Pozostaje otwarta, choć w centrum pozostają silne postacie kobiece, a antagonistami okazują się głównie mężczyźni. Na końcu jednak walczymy głównie z czasem, nieuchronnością i naszym własnym zachowaniem.

Dla mnie zaletą też był stosunkowo krótki czas grania - ledwie kilkanaście godzin, przy jednym kilkugodzinnym posiedzeniu można było przerobić jeden rozdział, a jest ich pięć. Epizody tworzą zwartą całość, wydawane były w pewnych odstępach czasu. To ważne dla ludzi zapracowanych, którzy nie maja czasu na długie gry. Absolutnie nie uważam jednak czasu poświęconego na Life is Strange (a nie czytanie) za czas stracony! Chętnie wróciłabym do Arcadia Bay, do wysokich sosen i połyskującej w słońcu zatoki, przejść się wzdłuż torów i spojrzeć na wszystko ze wzgórza z latarnią w miękkim świetle chylącemu się ku zachodowi słońca.

Za polecenie gry dziękuję Pawłowi Opydo:) Btw, szykuje się ekranizacja w postaci serialu!

Źródło

Life is Strange

Square Enix, 2015
graficzna gra przygodowa
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 24 sierpnia 2016

A może Harry Potter? Czyli za dużo fan fiction


To bicie serca, gdy zaczęły chodzić słuchy o kolejnym Harrym.

To zastanowienie, gdy pojawiły się zdjęcia aktorów, gdy po chwili myślenia dochodziło się do wniosku, że całkiem niezły wybór. I czarna Hermiona - czemu nie. Draco z zarostem? Czy ja wiem...

Ta zazdrość, kiedy znajomi zaczęli wrzucać zdjęcia tego, jak czytają. 

Ta niecierpliwość, gdy pojawiały się kolejne recenzje. 

To podniecenie, gdy wreszcie miałam książkę w rękach, czcionka tak prędka pod roziskrzonym wzrokiem. To oni! To znowu oni, tacy jak kiedyś! Tak bliscy, tak znani! To samo uczucie, kiedy czytało się na kolanach przy łóżku, obgryzając paznokcie, ślęcząc do późna, pochłaniając kolejne strony, połykając rozdziały jeden za drugim. Oszołomienie, kiedy tom się kończył i nie było nic dalej, oprócz nagłego, dotkliwego braku.

Nie pamiętam, czy to był koniec podstawówki czy już gimnazjum. Leżałam chora w łóżku, prosiłam mamę o jakieś nowe czytadło, więc przyniosła mi z biblioteki książkę. "Bibliotekarka powiedziała, że na to teraz jest szał." Pierwszy tom Harry'ego przerobiłam w jeden dzień. Piątek. Mama miała wrócić do biblioteki dopiero w poniedziałek. Przewracałam się pod pierzyną z gorączką, snując w wyobraźni jakąś szaloną, marysuistyczną historię w Hogwarcie, błagałam o kolejny tom. Próbowałam nawet namówić mamę, żeby poszła w sobotę do księgarni, żeby było szybciej.

Po jakimś czasie wyszło szydło z worka, że Harry Potter to dzieło szatana, dzieciaki tam łamią zasady, są samolubne, za nic sobie mają autorytety, nie wspomina się o religii, nie przygotowuje się do życia w prawdziwym świecie, a niemagiczni są dyskryminowani. Nie mogłam mieć na półce moich własnych części cyklu. Nie doświadczyłam nocnego wyczekiwania w księgarniach. Mogłam jednak pożyczać od przyjaciółki. Czytałyśmy te jej książki na zmianę, po kilka razy każda, dodając komentarze, dopiski, rysunki, komiksy. Z czasem zaczęłyśmy dodawać daty, wytworzyły się całe rozmowy na kartkach. Bawiłyśmy się w kalambury na podstawie wyrywkowych fragmentów. Wreszcie w liceum poznałam forum Mirriel. Świat czarodziejów zawsze był blisko.

Który dom, gdybym się dostała? Ravenclaw.


Po tym długim i osobistym wstępie czas na część właściwą, czyli co mogę powiedzieć na temat The Cursed Child? Zacznijmy od wyjaśnienia oczywistego: jest to scenariusz dwuczęściowej sztuki odgrywanej od 30 lipca na londyńskim West Endzie, którą póki co widzieli tylko nieliczni. Rowling jest jedynie i aż współautorką tego tekstu, dzięki czemu dobrze znane nam postacie przerzucają się wypełnionymi rowlingowym, ciepłym humorem dialogami i (w miarę) pozostają w charakterze. Udostępnienie scenariusza jest według mnie bardziej chwytem marketingowym, by zachęcić większą publiczność do obejrzenia spektaklu, a także finansowym, bo nie kryjmy się, ale sprzedaż kolejnego Harry'ego to kura znosząca złote jaja.

Czy to dobra decyzja? Z jednej strony tak, bo miałam okazję wrócić do ukochanego świata choć na chwilę i dowiedzieć się, jak Rowling widzi dalsze losy Harry'ego, Rona, Hermiony i Draco oraz kolejnego pokolenia. Z drugiej strony, jak pisała Catus Geekus (świetna recenzja, ale uwaga, spojlery jak stąd do Hogsmeade), to produkt niepełny, który powinien komponować się z grą aktorską, efektami, muzyką, nastrojem. Być może sztuka zakrywa i nadrabia braki scenariusza, ale same dialogi i didaskalia obnażają miałkość fabuły i słabe, bolące fanów rozwiązania na poziomie słabego fanfiction.

Czy mi się podobało? Subiektywnie, przez okulary fanki, TAK, TAK BARDZO TAK!

Czy było dobre? Średnio. Było rozczarowujące. Do poziomu objawiającego się jęczeniem, wzdychaniem i pokrzykiwaniem: "NAPRAWDĘ?!" podczas czytania.

Innymi słowy, mam szalenie mieszane uczucia.


Postaram się uniknąć spojlerów - jeśli chcecie przeczytać komentującą wszystkie decyzje recenzję, Catus Geekus odwaliła kawał dobrej roboty i w większości się z nią zupełnie zgadzam. Wiadomo oczywiście, że mamy tu wizję po latach, dokładniej dziewiętnaście lat później. Pierwsza strona scenariusza wraca nas do nieszczęsnego i zupełnie niepotrzebnego epilogu ostatniej części cyklu, czyli do peronu, na którym spotyka się stara ekipa w wieku mamuśkowato-tatuśkowatym, tu komuś pojawia się łysina, tam brzuszek. Wszyscy mają bezpieczne posadki w ministerstwie czy innych lepsiejszych zawodach, teraz wyprawiają dzieci do szkoły. Do tego jeszcze poznajemy potomstwo skrzętnie sparowanych postaci, przede wszystkim zaś ich nieszczęsne imiona. Jak jeszcze Scorpius ma coś w sobie (w końcu ojciec ma imię od smoka, dziadek od szatana, więc czemu nie nazwać latorośl tak, jak jakiegoś drapieżnego pajęczaka), to Albus Severus brzmi jak wyrok śmierci.

Nie wiem, czy wiecie, że po tym epilogu obrodziło olbrzymią ilością twórczości fanów, parujących Scorpiusa i Albusa. No bo przecież Albus przeczuwał, że może dostać się do Slytherinu, Scorpius też pewnie się tam dostanie, więc będą together forever, kocięta, tęcze i jednorożce. Mam wrażenie, że Rowling potajemnie siedziała i czytała te wszystkie, i jeszcze inne fan ficki, przez co Cursed Child dostało czkawki, przywaliło niepotrzebnym fan servisem, ale na koniec dało figę z makiem jeśli chodzi o oczekiwania fanów.


Sama fabuła opiera się na tym, że znienacka wszyscy robią się niekompetentnymi idiotami. Harry po kilkunastu latach posiadania dzieci znienacka spotyka się z problemem wychowawczym (jakby nigdy wcześniej nie tworzył żadnych relacji ze swoją rodziną?), Ginny stoi w cieniu męża i w sumie nie ma żadnej ciekawej funkcji, Hermiona pomimo bajecznej pozycji w Ministerstwie popełnia niewybaczalne błędy, Ron zostaje zredukowany do zakochanego wesołka, jedynie Draco dostąpił rehabilitacji i robi się człowiekowi ciepło na sercu, gdy czyta co poniektóre teksty. Sam Albus, na którym się skupia cała historia, ma całkiem fajnie zbudowany i usprawiedliwiony charakter, ale nie jest fascynujący. Chyba najlepiej wyszedł na tym wszystkim Scorpius, choć bardziej przypomina syna Draco i Hermiony niż Draco i Astorii - rzuca wiedzą z książek jak z rękawa, bardziej pamięta wydarzenia z przeszłości rodziców przez pryzmat kart podręczników, jest mądrym, zabawnym, ironizującym, ludzkim chłopakiem, którego ma się ochotę przytulić. Aż dziwne, jakim cudem na dworze Malfoyów uchował się tak przyjazny młody człowiek z takim dystansem do siebie - choć rzecz jasna ma też swoje problemy.

Najgorszym fiaskiem jest jednak fabuła. Choć tempo jest szalone, i akcja pędzi jak na złamanie karku, choć zaskakuje wcześniej przygotowanymi i sprytnie zakamuflowanymi zwrotami akcji, to jednak łamie kilka obietnic, które składała Rowling, a do tego niszczy wewnętrzną spójność tego całkiem nieźle pomyślanego świata. Dostajemy odgrzewane i inaczej przystrojone kotlety i choć uwielbiamy te kotlety i bawią nas ich nowe odsłony, to jednak czujemy rozczarowanie. Pojawiają się rysy na wcześniej ustalonych zasadach. Końcówka zaś mnie osobiście załamała - główna tajemnica kryjąca się za tytułem książki jest żenująca, genialny pomysł wcale nie jest genialny, a kulminacja jest powtarzalna i smutna. Jak to wszystko miało prawo się udać? 



Chyba rozumiecie już moje odczucia (choć nie wszyscy takie mieli). A jak przeczytacie sami, możemy porozmawiać na privie. Jeśli nie - nieduża strata. Ale obejrzałabym tę sztukę. Gdyby tylko wypuścili ją w kinach na całym świecie, byłabym pierwsza do biletów. I na pewno pójdę obejrzeć przygody Newta Scamandera  jego fantastyczne zwierzęta, choć doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że o to w tym wszystkim przecież chodzi.

O to, żeby kasa się zgadzała.

Harry Potter and the Cursed Child

J.K. Rowling, John Tiffany & Jack Thorne

Little, Brown, 2016
angielska, fantastyka, humor
Odczucia: ★★★/★★★★★

sobota, 20 sierpnia 2016

Przistoyne i akuratne wiedźmie profecyje, czyli trudno o zabawniejszą apokalipsę


Jakbyście się kiedyś zastanawiali, jak koncertowo spartolić apokalipsę i totalnie zawalić zadanie wychowania Antychrysta na porządnego syna Szatana, polecam zjednoczone siły najlepszych brytyjskich autorów fantastycznych w postaci tej niepozornej, a mimo to kultowej powieści o bardzo długim tytule.

Jakbyście też chcieli sobie posiedzieć nad książką, która wspomoże waszą pracę nad mięśniami brzucha i ust, a do tego okazjonalnie zaskoczy siedzących w pobliżu ludzi przez wasze szaleńcze chichotanie i gromkie porykiwanie ze śmiechu, polecam tę samą pozycję. Obowiązkowo.


Anioł Azirafael (tu muszę coś wyjaśnić - używać będę tu imienia, którego według mnie powinni też użyć polscy tłumacze tej powieści, oprócz tego, że książkę tę po polsku ponoć bezwstydnie zarżnęli, ich anioł nazywa się Azirafal, co mnie kompletnie nie przekonuje; oryginalne imię Aziraphale miało według autorów nawiązywać do innych anielskich imion) strzegł niegdyś wschodniego wejścia do Raju, dzierżąc w dłoni płonący miecz, niestety z powodu niefortunnego poczucia litości na widok zziębniętych Adama i Ewy, przez które, jakby to powiedzieć, oddał swój oręż w niepowołane ręce, dostał parszywą placówkę na Ziemi i od niepamiętnych czasów przebywa w człowieczej formie, stając się zdecydowanie zbyt ludzki. Przy pierwszym spotkaniu zazwyczaj sprawiał wrażenie: po pierwsze, Brytyjczyka, po drugie, inteligenta, po trzecie, bardziej przegiętego niż branżowe drzewo, na którym bawią się trzy tuziny beztroskich małp.

Demon Czerwik (Myślicie, że to by było dobre tłumaczenie Crowleya? Um, chyba jednak nie. Dobre przetłumaczenie tej powieści to nie lada wyczyn.) to anioł, który choć nie upadł całkowicie, to jednak niewątpliwie niespiesznym krokiem zawędrował lekko w dół. Zakumplował się z Azirafaelem jeszcze w Raju, ale wtedy mówili na niego Czerw (org. Crawly). Ciemne włosy, niezłe kości policzkowe, świetny gust muzyczny, buty ze skóry węża - o ile to w ogóle to były buty - a do tego chłopak potrafił wyprawiać naprawdę niepokojące rzeczy z językiem. Czasem nawet, gdy się zapominał, miał tendencję do posykiwania. To on dostał za zadanie wprawić w ruch trybiki rozpoczynające apokalipsę. Wiecie, co robić. Rozkazy z góry. Czy raczej z dołu.

Rozkazy, z którymi tej dwójce jest trochę nie po drodze.


Chyba po prostu za długo czasu spędzili wśród ludzi i za bardzo pokochali ten świat, żeby tak po prostu przyczyniać się do jego końca. I po co tak w ogóle? Żeby Niebo i Piekło mogły się wreszcie przekonać, kto jest lepszy? No bez przesady.

Relacja tej dwójki jest absolutnie urocza. To stare dobre małżeństwo i śmiertelni wrogowie w jednym. Nic dziwnego, że od czasu wydania tej powieści w 1990 roku, czytelnicy pokochali tę parkę pełnych pozornych przeciwieństw, że aż trudno wybrać odpowiedni fanart do wpisu, jest ich tyle i są tak cudowne! Nawet YouTuberzy rozkminiają ten fenomen, aż boję się zajrzeć na fanfiction.net...

Wracając do powieści, Azirafael i Crowley to nie jedyni bohaterzy. Jak na książkę Pratchetta przystało, mamy tu całą galerię barwnych postaci, do których zaglądamy od czasu do czasu na chwilę, by pobawić się w zgadywanie, co się teraz w ogóle dzieje. I tak poznajemy czterech jeźdźców apokalipsy (Wojna jest korespondentką wojenną, Zaraza przerzucił się na zanieczyszczenie środowiska, Głód to lipny dietetyk-celebryta, a Śmierć... w sumie Śmierć jest podobny do tego ze Świata Dysku), ledwie odrośniętego od ziemi Antychrysta i jego niezawodną paczkę z podwórka, satanistyczne siostry, niedobitki Armii Wiedźmołapów, przodkinię autorki najdokładniejszych w historii ludzkości przepowiedni i Bogu ducha winnego chłopaka, który jednak nie był Antychrystem, ale dostał imię pachnące koncertem death metalowym i siarką.


Good Omens to powieść napisana piórem natchnionym, skrupulatnie i konsekwentnie pomyślana, zachwycająca absurdem i czarnym humorem, splotami okoliczności i niesamowitymi przypadkami, przede wszystkim zaś fantastycznym, iskrzącym się od żartów, zabaw słownych, pseudohistorycznej stylizacji i inteligentnych nawiązań (ten fragment o Bibliach!) językiem. Gdy już raz się wejdzie w rytm i zrozumie istotę tego charakterystycznego stylu, nie można się oderwać od tej wartko płynącej, nonsensownej historii poruszającej bardzo ważne tematy - eschatologię, etykę, religię, filozofię. Czym jest tak naprawdę człowieczeństwo i jakie są boskie plany? Czy ludzkości należy się przedłużenie wyroku na ziemi, skoro i tak sami zmierzają ku zagładzie? A może jesteśmy na tyle fascynujący ze swoją wolną wolą, że warto dać nam szansę? Czy można naginać wolę bożą, czy można w ogóle nią podążać, gdy nawet się jej nie zna, bo jest niepoznawalna w swej naturze? 


Pratchett i Gaiman znali się od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i w sumie sami wpadli na pomysł napisania razem książki. Dla Gaimana to był debiut, wtedy pracował nad Sandmanem i bardziej zajmował się komiksami niż pisarstwem. Pratchett mógł sobie pozwolić na przerwę od Świata Dysku, a ponieważ (jak sam kiedyś powiedział) był egoistyczną świnią, chciał zaklepać dla siebie te lepsze fragmenty. W efekcie napisał dwie trzecie powieści, choć pomysły obgadywali z Gaimanem przynajmniej raz dziennie przez telefon, a w efekcie tych sesji trudno stwierdzić, który pomysł był czyj. Do tego regularnie wymieniali się tekstem na dyskietkach, dopisując, przepisując, planując, aż naprawdę trudno rozpoznać autorstwo. Gaiman podobno wierzy, że powstanie z tego kiedyś film, Pratchett ponoć wyśmiewał takie pobożne życzenia. Od 2002 roku Terry Gilliam nosi się z pomysłem zrobienia pełnometrażówki, do tej pory nie znaleziono wystarczającego sponsora.

Moje wydanie, choć świeże, jest jeszcze sprzed śmierci Terry'ego. Patrząc na ich wspólne zdjęcie z Gaimanem na tylnej okładce, człowiekowi ściska się serce. Rhianna Pratchett, córka Pratchetta, założyła fundację zajmującą się fikcją jej ojca. Podobno Narrativia ma stworzyć produkcję telewizyjną na podstawie powieści.

Trzymam kciuki.


Good Omens: The Nice and Accurate Prophecies of Agnes Nutter, Witch

Neil Gaiman & Terry Pratchett

Harpertorch, 2006
angielska, fantastyka, humor
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

czwartek, 11 sierpnia 2016

Komu bił dzwon, komu drżała ziemia. Hemingway w Hiszpanii


For Whom the Bell Tolls

Ernest Hemingway

Vintage Scribner Library Books, 1961
amerykańska, wojenna, klasyka
Odczucia: ★★★/★★★★★

Trzymając tę książkę, miałam wrażenie, jakby się rozpadała w moich rękach. Na wskroś zniszczona, pożółkła, poobdzierana, powycierana, wysłużona staruszka z biblioteki. Pachniała wszystkim tym, co mole książkowe uwielbiają - zapachem starych stronic książek, które wiele lat przeleżały na półkach okładką w okładkę z innymi tomami, gładzonych setkami palców czytelników.
Sam tytuł odnosi czytającego do wspólnoty, do sfery uniwersalnej. John Donne, angielski poeta metafizyczny, pisał:  

"No man is an Iland, intire of it selfe; every man is a peece of the Continent, a part of the maine; if a Clod bee washed away by the Sea, Europe is the lesse, as well as if a Promontorie were, as well as if a Mannor of thy friends or of thine owne were; any mans death diminishes me, because I am involved in Mankinde; And therefore never send to know for whom the bell tolls; It tolls for thee."

Nikt nie jest samotną wyspą, każdy jest w jakiś sposób połączony z lądem. Nikt nie jest odrębnym istnieniem, jesteśmy kawałkami jednej układanki, czy może raczej mozaiki, jaką jest ludzkość. Dlatego nie ma co pytać, komu bije dzwon. Śmierć jednego człowieka przypomina ci o wspólnym losie wszystkich ludzi; ten dzwon bije też dla ciebie.

Robert Jordan jest typowym bohaterem hemingwayowskim. To młody mężczyzna, naznaczony przez przeszłość, okaleczony; inteligent, który zrezygnował z posady specjalisty od języka hiszpańskiego na uniwersytecie, by doświadczyć prawdziwej Hiszpanii w samym jej sercu. Jako partyzant podczas wojny cywilnej. Walcząc po stronie komunistów, wydaje się lekko oderwany od rzeczywistości, ale niesamowicie karny, rzetelny, bystry. Szybko wkrada się w łaski oddziału, z którym ma przeprowadzić ważną akcję zniszczenia pobliskiego mostu. Równie szybko zakochuje się w Marii, dziewczynie dotkliwie skrzywdzonej przez wojnę. Mimo pięknego romansu, który zakwita w obozie partyzanckim, a także strategicznie znaczącej misji, Robert wydaje się być niesiony z prądem, bezwolnie poddaje się losowi. 

Dialogi są oszczędne, jak to zazwyczaj bywa u papy Hemingwaya, ale w ciekawy sposób próbują oddać specyficzne brzmienie hiszpańskiego po angielsku. Ten zabieg jest zaiste fascynujący: w mowie partyzantów pełno archaizmów, przestarzałych struktur, celowych kalek językowych, hiszpańskich makaronizmów i tzw. "fałszywych przyjaciół". Z tego powodu rozmowy wydają się podniosłe, wyniesione na wyższy poziom, a proste przemyślenia Pilar brzmią jak wiedza tajemna. Widać przez to wpływ, jaki ma używanie obcego języka; namacalnie czuć barierę lingwistyczną i kulturową między Robertem a resztą bohaterów, co z kolei pociąga za sobą poczucie odmienności i odizolowania.


Minimalistyczny styl hemingwayowskiej prozy narzuca obrazowość, karze się domyślać, nie mówi niczego wprost. Między wierszami suchych wymian zdań i zwięzłych opisów musimy szukać sensu samodzielnie, rzadko dostajemy reminiscencje czy przemyślenia głównego bohatera. Pozwala nam to zastanowić się nad stronami konfliktu, pochylić nad absurdalną, niepotrzebną brutalnością i nienawiścią i zrozumieć, że ani faszyści, ani komuniści nie mają tak naprawdę racji, a raczej mają takie same racje, tylko każdy uważa, że jego jest lepsza. Po obu stronach szerzy się bigoteria i fałsz, a ideologią można łatwo żonglować. Ta wojna jest niepotrzebna, przelew krwi - na próżno, a misja Roberta bez sensu. Mimo to Robert wypełnia ją najlepiej, jak potrafi, choć wie, ile ludzkich żyć zmarnuje się na darmo. Razem z bohaterem zaczynamy się zastanawiać, co daje nam pozwolenie na odebranie drugiej osobie życia?

Wybawieniem wydaje się miłość, czysta, wyidealizowana miłość. Dla Marii i Roberta porusza się ziemia, a Pilar wyjaśnia, że dzieje się tak tylko trzy razy w życiu, więc ich uczucie jest wyjątkowe. Sama Pilar wspomina swoją byłą miłość, torreadora Finito, jako jedyną z niewielu istotnych rzeczy, które spotkała. Dzięki romantycznej miłości Robert odnajduje swoją drogę mimo rozczarowania ideologią republikan, dzięki niej również porzuca teorię na korzyść intuicji.

Z Dla kogo bije dzwon można wiele wyciągnąć; symbole, powtarzające się motywy, mnożące się przemyślenia. Końcówka przytłacza, zmusza do zamknięcia książki z głośnym "klap" i zamyśleniem się nad tym, co to wszystko miało znaczyć, czy miało sens.

Ale czy warto szukać sensu, skoro to wszystko zapiski straconego pokolenia?...


środa, 10 sierpnia 2016

Summer Lovin’ Book Tag


Qbuś, ten co pożera książki, otagował mnie niedawno to bardzo wakacyjnego i bardzo klimatycznego tagu, a jego z kolei wrobiła niezawodna Owca z książką, (jednak nie) pomysłodawczyni całego projektu. Trudno się nie wciągnąć i nie zacząć dopasowywać swoich lektur do tych soczystych kategorii;) Dziękuję za nominację - rzadko się bawię w takie rzeczy, ale tym razem zrobię wyjątek! Okay, there we go!

POCZĄTEK LATA, CZYLI KSIĄŻKA, KTÓRA PRZYCIĄGA UWAGĘ JUŻ OD PIERWSZEGO ZDANIA


Jest taka jedna książka, do której się zapaliłam po usłyszeniu zaledwie pierwszego akapitu i nie spoczęłam, dopóki nie przeczytałam w całości, choć to wielka cegła i zajęła mi masę czasu. Księga głęboka i szeroka jak dostojna rzeka, dojmująca, wgryzająca się w umysł. Niestety po przeczytaniu bardzo silnie odczuwałam, że nie wychwyciłam wielu niuansów, nie zrozumiałam wszystkiego w pełni. Panie i panowie, mówię o Salmanie Rushdiem i jego Szatańskich wersetach.

Podrzucam ten pierwszy akapit w oryginale, bo tak czytałam ...wersety. Zaczyna się od dwóch mężczyzn, spadających z olbrzymiej wysokości i rozmawiających beztrosko wśród chmur.

''To be born again,' sang Gibreel Farishta tumbling from the heavens, 'first you have to die. Ho ji! Ho ji! To land upon the bosomy earth, first one needs to fly. Tat-taa! Taka-thun! How to ever smile again, if first you won't cry? How to win the darling's love, mister, without a sigh? Baba, if you want to get born again . . .' Just before dawn one winter's morning, New Year's Day or thereabouts, two real, full-grown, living men fell from a great height, twenty-nine thousand and two feet, towards the English Channel, without benefit of parachutes or wings, out of a clear sky.”



ZA GORĄCO, ŻEBY WYCHODZIĆ, CZYLI KSIĄŻKA IDEALNA, BY ZACZYTAĆ SIĘ W CZTERECH ŚCIANACH


O dwóch przeklętych wielkopolskich rodzinach, o przeklętym przez Niemkę chłopcu-albinosie i o dziewczynce, którą miało pochłonąć piekło, czytałam późną jesienią. Lektura nadawała się do zagrzebania pod kocyk z parującym kubkiem gorącej herbaty, ale czuję, że równie dobrze pasuje do upalnych letnich dni. Nic, tylko się ukryć gdzieś w cieniu i czytać z wypiekami, czasem czując zimny dreszcz na kręgosłupie. A mówię tu o Dygocie Jakuba Małeckiego. Pisałam już o nim - więcej możecie poczytać tutaj.



LETNIA WYCIECZKA SAMOCHODOWA, CZYLI KSIĄŻKA IDEALNA NA PODRÓŻ


ROOOAD TRIIIP!

Na wakacje nie ma nic lepszego, niż zabrać ze sobą lekkiego, ale mądrego Greena. Gdy jedziemy nad jezioro pod namiot, dobrze mieć pod ręką Greena - do tego stopnia, że jak w tym roku nie przewidzieliśmy, że nie uda się go wziąć, było nam szczerze przykro. I rozpatrywaliśmy pomysł na poproszenie znajomej, żeby nam dosłała. Bardzo dobre The Fault in Our Stars i przygnębi, i rozbawi, i wzruszy, i zachwyci; najlepsza według mnie Looking for Alaska przyprawi zarówno o łzy ze śmiechu, jak i szczerego smutku; trochę słabsze, ale wciąż w dużej mierze fajnie pomyślane Paper Towns są chyba najcelniejszym wyborem lektury na wycieczkę - co innego można czytać w samochodzie, jak nie fantastycznie opisany road trip Quentina i jego bandy.



MROŻONE HERBACIANE PYSZNOŚCI, CZYLI KSIĄŻKA Z ZIMNĄ SCENERIĄ

Byłabym chyba jakaś dziwna, gdybym tutaj nie zaproponowała Jarosława Grzędowicza, a w szczególności drugiego tomu Pana Lodowego Ogrodu. Końcówka w zawiei śnieżnej i w lodowej dziczy na pewno mocno ochłodzi gorące klimaty, a trzydziestostopniowy upał przemieni się w siarczysty mróz przy czytaniu o ubranych w kożuchy wojach, przedzierających się z trudem po scenerii rodem z dziewiczej zimowej Skandynawii. Nic, tylko pochrupywać kostkami lodu w zębach.


SŁONECZNE POPARZENIE, CZYLI KSIĄŻKA, KTÓRA ZAWIODŁA CIĘ W TYM ROKU


Ostatnio raczej czytam rzeczy, które w mniejszym lub większym stopniu mnie zadowalają, często wręcz jestem zauroczona, bo tak sobie staram dopasowywać lektury. Ostatnio jednak skusiłam się na soczysty barwnymi Indiami Shantaram Australijczyka Robertsa Gregory'ego Davida i zdecydowanie nie zaiskrzyło, o czym mogliście przeczytać w podlinkowanym poście. Innymi słowy, rozczarowałam się. Oczekiwałam książki, która zachwyci, a dostałam lekturę, która częściowo nuży, a nawet męczy. Zdecydowanie zbyt dużo razy słyszałam: "Po co dalej słuchasz tej książki, skoro tak wywracasz oczami?", ale z drugiej strony historia była na tyle ciekawa, a niektóre kawałki na tyle interesujące, że jednak zawzięłam się i dosłuchałam.



UPALNE CZYTADŁA, CZYLI JEDNA Z NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK TEGO ROKU


Z dystansu połowy roku mogę stwierdzić, że najbardziej zostały ze mną Wigilijne psy Orbitowskiego, które czytałam w lutym. Wciąż przypominają mi się niektóre opowiadania, scenerie, specyficzna atmosfera mrocznego, zepsutego Krakowa. Widzę przed oczami wnętrze "Kacpra Kłapacza", widzę rozświetlające noc, niepokojące światła samochodów nadciągające autostradą, której nie ma, ulicą przejeżdża taksówka, której właściciel niedawno widział na siedzeniu pasażera niedawno zmarłego, młodego chłopaka. Te opowiadania wsiąkają i genialnie działają na wyobraźnię.



To by było na tyle, jeśli chodzi o moje letnie typy. Teraz czas naznaczyć kolejne osoby!

Nominuję... każdego, kto to przeczyta. Tak, właśnie Ciebie! Oczywiście niczego nie wymagam i to propozycja całkowicie niezobowiązująca, ale będzie miło, jeśli i Ty dołączysz się do zabawy;)

Oprócz tego dorzucam imienne, ale równie niezobowiązujące nominacje dla:
Pyzy z Pierogów Pruskich - ona na pewno będzie miała coś ciekawego do zaproponowania:)
Ekrudy - może zmaiast beletrystyki dostaniemy w propozycjach jakieś reportaże?
Mroza z Powiało Chłodem - myślałaś, że się wywiniesz, co? ;D
Mality - dowiedzmy się, co latem czyta ta Malita:)

Ready, steady, GO!

czwartek, 4 sierpnia 2016

NOWINY HADYNY: lipiec 2016


Lipiec obrodził filmami - z jednej strony premiera nowego Star Treka, z drugiej Kinobranie w Kinie pod Baranami, czyli dobre filmy za 7 zł, przede wszystkim zaś wreszcie mam też czas na oglądanie! Szykujcie się, mam tyle do opowiedzenia!


Przypominam - "Nowiny Hadyny" to specjalny, comiesięczny cykl, w który opowiadam, co się u mnie dzieje poza książkami:)


The Princess Bride / pol. Narzeczona dla księcia (1987)



Dopóki nie zostałam przekonana, że to amerykański klasyk, w nigdy życiu nie słyszałam o tym filmie. I teraz wreszcie wiem, kim jest Inigo Montoya, widzę nowe nawiązania i rozumiem nowe memy, no i przekonałam się na własne uszy, że aktor grający Grand Nagusa w Star Treku naprawdę ma taki głos. Może i film trąci już trochę myszką, ale wciąż śmieszy bezwstydną, postmodernistyczną parodią heroicznego, baśniowego fantasy. Shrek nie był pierwszy.

Stand by me / pol. Stań przy mnie (1986)



Kolejny amerykański klasyk, który nigdy nie dotarł do mojej świadomości, a tymczasem ledwie go obejrzałam, już rozumiałam, dlaczego bohaterka innego filmu, który oglądałam w tym miesiącu, chciała przed śmiercią zobaczyć właśnie Stand by me. Film jest ikoniczny - wyrył się w zbiorowej wyobraźni amerykanów z powodu zarówno tytułowej piosenki, jak i wizji czworga łobuziaków, którzy uciekają z domu na przygodę. Film powstał na motywach opowiadania Stephena Kinga pt. Ciało i to jedna z niewielu ekranizacji jego dzieł, która mu się podobała. I gra tam nastoletni River Phoenix...

Sicario (2015)



Na pierwszy film w nowym sezonie w ramach Kinobrania wybraliśmy się z Rybkiem na Sicario. Słyszałam tylko: "To dobry film, gra w nim Emily Blunt, musimy iść". Nie przygotowało mnie to w żaden sposób na przejmujący, hipnotyczny thriller z przednim aktorstwem, poważnymi wątpliwościami moralnymi w centrum, świetnie dobraną muzyką i absolutnie przepięknymi zdjęciami w tle (nie bez powodu film dostał nominacje do Oskarów za te dwa ostatnie). Policjantka trafia w sam środek mocno śmierdzącej intrygi mającej na celu podkopanie jednego z karteli narkotykowych w Meksyku. To twarda, inteligentna kobieta, dlatego z napięciem obserwujemy ją, jak ostra igła jej kompasu moralnego waha i chwieje się pod wpływem wydarzeń.  To naprawdę kawał dobrego kina. Z kina wyszłam przygnieciona i wyciszona. Zostanie ze mną na długo. 

What We Do in the Shadows / pol. Co robimy w ukryciu (2014)



Dlaczego ja jeszcze nie widziałam Flight of the Conchords? To będzie mój następny serial na liście. Mad Meni się kończą, potem jeden serial Ryby i już ich wezmę na tapetę. What we do in the shadows było absolutnie fantastyczne, a stworzyli to ludzie od ...Conchords. Najlepsza komedia, jaką widziałam w ostatnim czasie. Musicie wiedzieć, że swego czasu miałam strasznego fioła na punkcie wampirów. W liceum zaczytywałam się w Annie Rice i wszystkim innym, co tylko miało w sobie jakiekolwiek odniesienie do krwiopijców, jak dorwałam Wampira. Biografię symboliczną Marii Janion, doznawałam jakich strasznych fangilrowskich spazmów szczęścia przy czytaniu. Nawet na prezentacji maturalnej rozwodziłam się o symbolice wampiryzmu w literaturze. A potem przyszedł Zmierzch i pożegnałam się z moim konikiem raz na zawsze. To już nie były moje wampiry. Tymczasem ta niskobudżetowa komedyjka w stylu mockumentary odgrzebuje wszystkie te stare stereotypy i wizje wampirów, by inteligentnie sparodiować poprzez formułę reality show. Wampiry oglądające świt słońca na YouTube i zasłaniające oczy - widok niezapomniany. Nie mogę się doczekać kontynuacji o wilkołakach - ma nosić tytuł We're Wolves. Tak, przeczytajcie to z akcentem nowozelandzkim. Faceci maja do siebie dystans, nie?

Lobster / pol. Homar (2015)




Nie sądziłam, że kiedykolwiek uznam Colina Farrella za przystojnego mężczyznę. A jednak. Lobster to film absolutnie nie do ogarnięcia, jednocześnie popieprzony i piękny. W świecie absurdalnej antyutopii możesz być uznawanego za szanowanego członka społeczeństwa, jeśli masz partnera, z którym macie coś wspólnego. Niestety, jeśli go stracisz, trafiasz do specjalnych ośrodków, w których masz wyznaczony krótki czas na jak najszybsze znalezienie nowego towarzysza życiowego. Jeśli ci się to nie uda, zostajesz zamieniony w zwierzę. Dla osłody to zwierzę możesz sobie wybrać. Główny bohater filmu chce na przykład zostać homarem. Pozdrawiam.

Mad Max Beyond Thunderdome / pol. Mad Max pod Kopułą Gromu (1985)



Trzeci z kolei film z Mad Maxem w roli głównej, przez niektórych uważany za najlepszy, mnie wydawał się jednak zbyt napromieniowany latami osiemdziesiątymi ubiegłego stulecia (te grzywy), a w dodatku jakby posklejany z dwóch zupełnie różnych filmów, które nie do końca ze sobą współgrały. Sam pomysł zagubionych chłopców marzących o lataniu jest ujmujący, ale nie ręka w rękę z Tiną Turner w roli dzikiej Amazonki ogarniętej żądzą władzy w brudnym, okrutnym świecie naftowej postapokalipsy.

Kung Fury / pol. Kung Fury: Pięści czasu (2015)



Proponuję obejrzeć powyższą piosenkę z filmu, a potem spojrzeć na rok powstania tego filmu. Um, tak. To dokładnie to i jeszcze więcej. Na przykład Mechahitler, dinozaury i hakowanie czasu. Film krótki, ale napakowany absurdalną akcją, wybijającą pastisz na nostalgiczne wyżyny. To tylko pół godziny ufundowanego dzięki Kickstarterowi filmu, ale jak chcecie poczuć prawdziwą moc lat osiemdziesiątych, można go nawet obejrzeć z Tomaszem  Knapikiem w roli lektora. Jeśli chcecie usłyszeć więcej, zapraszam tu.

Star Trek Beyond / pol. Star Trek: W nieznane (2016)



A tak się oglądało nowego Star Treka. Tak, Simon Pegg nie kłamał, kiedy przekonywał, że nie warto patrzeć na bez pomysłu zmontowany zwiastun. Po zwiastunach można było zwątpić, więcej w nich było akcji niż starego ducha Star Treka. Tymczasem sam film był naprawdę dobry. Spock i McCoy nawiązujący ciche porozumienie podbijają serca. Kirk zasiadający z melancholią do kielicha, by rozmyślać ponuro o tym, że jest o rok starszy niż jego ojciec w dniu śmierci zaraz po przezabawnej scenie nawiązującej do często drącej się koszuli Williama Shatnera w oryginalnej serii to jest dokładnie taki Kirk, jakim go chcemy. Nowa postać kobieca, która pomimo lekkiego skrętu w stronę marysuistyczności szybko zdobywa sympatię widza, a scena z Sabotage Beastie Boys mnie osobiście powaliła jednym ciosem absolutnej zajebistości pomimo oczywistej niedorzeczności. DAWAĆ WINCYJ! (Pisze też o tym Ryba.)


Sierpień zaczynam od Fury Road (jeszcze jeden i jeszcze raz) na Kinobraniu, a zaraz potem wybieram się na Suicide Squad. Nie mówiąc już o Pokémon GO, które jest osobnym tematem do rozmowy (16 poziom, żółci!). Tak się bawi, tak się bawi. Ha-dyn-ka.

środa, 27 lipca 2016

Kosmiczny pirat kolonizuje Marsa. Używa do tego taśmy klejącej


The Martian

Andy Weir

RH, 2015
s-f, humor, amerykańska, współczesna
400 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

W oryginale to miał być groszek. 

Kosmonauta Mark Whatney miał jeść groszek, a nie ziemniaki, bo to bardziej prawdopodobne, że w racjach żywnościowych zabłąkał się groszek, który mógłby wykiełkować. Niestety groszek nie ma takiej wartości kalorycznej, żeby wykarmić Whatneya na tyle dni, ile chciał autor. Trzeba więc było wymyślić całą historię, skąd się na stacji wzięły całe, nieprzetworzone ziemniaki.

Innymi słowy, autor miał tyle samo przekmin, jeśli nie więcej, co jej bohater.

I tak ziemniakiem podbija się kosmos. [Źródło]

Zacznijmy jednak od początku, bo choć swego czasu na blogach czytelniczych zaroiło się od recenzji Marsjanina, to być może jakimś cudem ktoś jeszcze o tym fenomenie nie słyszał.

Dla mnie zaczęło się od filmu. Tak, przyznaję się, ja też czasem najpierw chodzę do kina, a potem czytam powieść, na której podstawie powstał film. Czasem nawet nie czytam w ogóle (jakiż ze mnie potwór i barbarzyńca!), zdarza się każdemu. Na Marsjaninie bawiłam się fantastycznie, śmiałam w głos, wyłapywałam żarciki, zaciskałam pięści i tężałam w napięciu. Matt Damon jest bardzo dobrze dobrany do roli nieustraszonego i niemordowanego kosmonauty, który żartem i pomyślunkiem pokona każdą przeszkodę. To był dobry, wciągający, trzymający idealne proporcje napięcia i humoru film, który co prawda nie ustrzegł się słabych czy przesadzonych momentów (jak nakłuwanie skafandra w przestrzeni kosmicznej, żeby uzyskać efekt kostiumu Iron Mana), ale naprawdę chcę go zobaczyć jeszcze nie raz. W sumie po lekturze książki już ostrzę zęby na wersję reżyserską...

Nie odbiegajmy od tematu. Po takim filmie to była tylko kwestia czasu, jak dorwę się do książki. A jadąc na wakacje każdy sobie wybacza kupienie książki na drogę, przyznajcie się. Ja i moje Rybię (właśnie, Ryba zaczął robić rzeczy, możecie obczaić tutaj) kupiliśmy właśnie Marsjanina w oryginale i Good Omens Gaimana i Pratchetta (jeszcze czytam). I jak już optymistycznego kosmonautę napoczęłam, tak nie mogłam się oderwać.

[Źródło]

W niedalekiej przyszłości, Mark Whatney zostaje Kevinem samym w domu, tylko że na Marsie. I musi użyć całej swojej wiedzy, zmyślności i umiejętności, żeby przeżyć, a na dłuższą metę, postarać się wrócić do domu.

Jest członkiem niewielkiej ekipy, która została wysłana jako misja Ares III na badania na Marsie. Mieli na nim zostać 40 soli (dni marsjańskich). Z powodu nagłej burzy, Mark zostaje przebity kawałkiem anteny. Załoga myśli, że nie przeżył i ewakuuje się z zagrożonej misji, zostawiając za sobą wszystkie zapasy i habitat, czyli tymczasowe mieszkanie. Całe szczęście, bo Mark na pewno nie przeżyłby tych ponad pięciuset dni, jakie przetrwał na niegościnnej planecie. Bazując na swojej edukacji jako botanik i dodatkowej specjalizacji w kierunku inżynierii mechanicznej, Mark wykorzystuje wszystko to, co ma, żeby zorganizować sobie jakie takie życie na Marsie do czasu, aż przybędzie kolejna misja. Myślę jednak, że gdyby nie taśma klejąca, nic by mu się nie udało. 

Ta książka czasami staje się hymnem ku chwale taśmy klejącej, serio.

Szczerze mówiąc powieść jest lepsza od filmu, bo wybiera niektóre rozsądniejsze i bardziej prawdopodobne rozwiązania z tych wszystkich i tak wysoce nieprawdopodobnych przypadków niż film, który stara się na siłę stawiać na efekciarstwo i łatwe emocje, szczególnie na koniec. Powieść rozwija bardziej wątek załogi, mocniej zarysowuje relacje. I dla mnie bomba: pojawia się wywiad z psychologiem, który odpowiadając na pytanie, jakim cudem Mark wciąż nie oszalał ani nie popadł w depresję, tłumaczy, że przecież właśnie dlatego wybrano go do tej misji z tą ekipą. Byli lepsi od niego, ale od miał niepokonany charakter osoby, która potrafi zawsze podnieść na duchu, nie poddaje się, zbywa złe myśli iskrą humoru, dąży do harmonii, spaja drużynę i zażegnuje spory. Wydaje mi się, że tego nie było w filmie?

Wraz z historią osamotnionego kosmonauty, poznajemy od kuchni metody działania NASA, oglądamy codzienne życie naukowców, kibicujemy wraz z całą kulą ziemską. Ta szersza perspektywa jest potrzebna, uświadamiamy sobie, jak totalną wizję miał w głowie autor. Myślał zarówno o fizycznych następstwach różnych działań Marka na Marsie, jak i konsekwencje na na Ziemi, zaczynając od rutynowo monitorujących niebo naukowców, a na piarze NASA kończąc. Widzimy jak niesamowity potrafi być ludzki umysł, jak wielką wagę ma podejście do życia, wytrwałość i cierpliwość; zawieszamy niewiarę i pesymizm na czas obserwowania zmagań zwykłych ludzi, którzy są tak inteligentni, wyszkoleni i wykształceni, żeby dokonywać cudów.

Przede wszystkim zaś zakochujemy się w poczuciu humoru Marka Whatneya.

[Źródło]

Nie mogę się nadziwić, że Marsjanin to zaledwie debiut autora. To tak zgrabnie, lekko i jednocześnie angażująco, skomplikowanie i szaleńczo przyjemnie napisana powieść! Widać, jaka ilość researchu weszła w proces twórczy, widać też, jak ciekawym człowiekiem musi być Andy Weir. Chciałoby się go poznać. Aż sobie włączyłam jeden z jego wywiadów - zaczyna go od pochwalenia się śpiącym obok kotem. I jeszcze jego dotychczasowy dorobek! Posłuchajcie tego: pisał komiks internetowy o szalonych naukowcach, które były wariacjami na temat jego samego i jego kumpli; maczał palce w komiksie, który jest mieszanką inspiracji Alicją w Krainie Czarów, Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz i Piotrusiem Panem; niektóre z jego opowiadań zostały zekranizowane na długo przed Marsjaninem i są do zobaczenia na YouTubie; na jego stronie wiszą też fan ficki do m.in. Doktora Who i Sherlocka Holmesa. Swój człowiek.

Debiut publikował tak wszystkie inne materiały - na swojej stronie, rozdział po rozdziale. Dopiero pod naciskami fanów opublikował ebooka dostępnego na Kindlu za cenę minimalną - 99 groszy. W trzy miesiące sprzedał trzydzieści pięć tysięcy kopii i trafił na listy bestsellerów. Dopiero wtedy zgłosił się do niego agent z prawdziwego zdarzenia i pomógł z publikacją w formie książki. Na sprzedaży praw wydawnictwu zarobił krocie. A potem zaproponowano mu ekranizację z Mattem Damonem. I tak z kalifornijskiego programisty, który mógł się co najwyżej pochwalić pracą nad Warcraftem, stał się literacką gwiazdą. Nieźle, co nie?

Wciąż nie zdjął swoich fan ficków.

A tak się czytało na plaży.

Swego czasu w Książkach pojawił się cały artykuł, który analizował długofalowe tendencje w science-fiction. Bardzo mi się podobał: przeciągnął grubą kreskę od Julisza Verna i jego optymistycznych bohaterów, niezwyciężonych bohaterów podbijających światy, przez współczesne, mocno pesymistyczne produkcje typu Grawitacja czy Interstellar, gdzie kosmos jest niebezpieczny, a człowiek słaby i wątpiący, aż do powrotu optymizmu w postaci Marsjanina. Niesamowicie interesujące będzie śledzenie, czy inni pisarze podchwycą ten styl.

Edit: byle to nie był styl Marcina Ringa, polskiego tłumacza... Sami poczytajcie tutaj.

Dla tych, co już oglądali i/lub czytali, wrzucę jeszcze filmik, w którym dwójka prawdziwych naukowców ocenia Marsjanina pod względem prawdopodobieństwa:


He’s stuck out there. He thinks he’s totally alone and that we all gave up on him. What kind of effect does that have on a man’s psychology?” He turned back to Venkat. “I wonder what he’s thinking right now.”
LOG ENTRY: SOL 61 How come Aquaman can control whales? They’re mammals! Makes no sense.
” 

czwartek, 21 lipca 2016

Nierząd, dragi, aforyzmy, te hinduskie eklektyzmy


Shantaram

Roberts Gregory David

cdp.pl, 2016
australijska, awanturnicza, autobiograficzna, obyczajowa, Indie
Audiobook, 40 godzin słuchania, czyta Filip Kosior, tłumaczenie Maciejka Mazan
Odczucia: ★★★/★★★★★
Współpraca!


Onieśmielający błękit bezwstydnej Zatoki Sarońskiej. Żwirowaty piach na plażach. Parasole trzepoczące na ciepłym wietrze. Lejący się z nieba lepki żar. A w uszach przejęty, ciepły głos, przenoszący mnie do współczesnej hinduskiej opowieści tysiąca i jednej nocy.

Czemu tak długiej? Cóż, powieść jest naprawdę grubą cegłą, a dodając do tego niespiesznie, choć z wyczuciem i emocją czytającego lektora, wychodzi nam w rozrachunku czterdzieści godzin słuchania. To sporo. Do tego stopnia sporo, że poirytowana wolnym tokiem czytania i długą historią, która mimo wszystko nie trafiła w moje gusta, musiałam słuchać na ponad dwukrotnym przyśpieszeniu, żeby wytrwać do końca.

Niesamowicie uprzejme i miłe ze strony wydawnictwa, że przesłali mi tego pięknie wydanego audiobooka. Szkoda, że Shantaram to dla mnie tylko miejscami interesująca powieść pełna pseudopoetyckich porównań, od których bolą zęby, wydumanych, pseudofilozoficznych przemyśleń, pryskających po chwili niczym bańka mydlana, a także denerwujących życiowych sentencji i maksym, tylko odrobinę lepszych niż te autorstwa Coelho.





Australijczyk skazany na trzydzieści lat więzienia za napady z bronią i narkomanię ucieka z więzienia. Trafia do Bombaju, tętniącej życiem wielomilionowej metropolii, idealnego miejsca na przyczajenie się z dala od międzynarodowych władz. Od razu wpada w sam środek wiru nowych, emocjonujących doznań, znajomości i odkryć. Poznaje rozgadanego i roześmianego Trabakera i natychmiast mu zaczyna ufać. Poznaje tajemniczą, sensualną Karlę i od razu się w niej zakochuje. Poznaje barwny, międzynarodowy tłumek szemranych typów z kawiarni u Leopolda: do bólu stereotypową niemiecką prostytutkę o złotym sercu Ullę, francuskiego homoseksualistę i drobnego przestępcę Didiera, niebezpiecznych Modenę i Maurizia, i natychmiast obdarza ich zaufaniem i przyjaźnią. Spotyka Khader Bhaia, domorosłego filozofa, mędrca i lokalnego szefa mafii, po czym z miejsca oddaje mu swoje serce, stawiając go w pozycji swojego guru i ojca.

Generalnie Lin-baba, jak go nazwał Trabaker, jest bardzo naiwny i sentymentalny, choć próbuje to maskować komentarzami sugerującymi, że dobrze na tym wyszedł, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział (mrug-mrug). Zachęca wręcz do dziecięcej ufności, wychwala pod niebiosa potęgę intuicji, obojętnie, czy zadajesz się z ulicznym naganiaczem, czy przestępczym liderem. Nie zliczę, ile razy najpierw uroczo, potem już irytująco wspomina, że ktoś się roześmiał, a to był dobry śmiech, więc sam zaczął się śmiać.


W całej powieści najlepiej słuchało mi się wszystkich kulturowych smaczków, opisów, opowieści, a najbardziej polubiłam Prabakera (cały czas wydawało mi się, że lektor czytał "Trabaker"...), zabawnego przewodnika po Indiach, faceta o skromnym wzroście, ale wielkiej odwadze, olbrzymim uśmiechu i jeszcze większym sercu; niewyparzonej gębie i swobodnym podejściu do potrzeb cielesnych. To Prabaker nadaje bohaterowi imię Lin-baba i jak tłumaczy, to wyśmienite imię, bo brzmi jak słowo oznaczające męskie przyrodzenie. Ojciec Prabakera z kolei oddaje Linowi swoje nazwisko łącznie z imieniem Shantaram, "boży pokój".

Ja tam wolę Lin-babę.

Niestety jak tylko na horyzoncie pojawia się Karla, najpiękniejsza i najniebezpieczniejsza kobieta świata dla zakochanego po uszy Lina, autor/narrator dostaje małpiego rozumu i szasta na lewo i prawo wymuszonymi, poetyckimi porównaniami, których nie da się słuchać. Siedziałam w tramwaju, kursując między Wulą i Atenami, i wywracałam oczami.

Karla tylko z opisów jest niebezpieczna i elegancka. Jej zawsze zielone ubrania nie brzmią zbyt szumnie, a ze świecą szukać dowodów na jej władzę. Ponoć jest jedną z pięciu najpotężniejszych osób w całym Bombaju, ale średnio widać tego dowody w fabule. Głównie czaruje grzywą czarnych włosów, zwodzi, wykorzystuje i zwala wszystko na swoje ciężkie dzieciństwo. Ostatecznie jednak zapiera się, że miłość jest nie dla niej, co tym bardziej nakręca bohatera, który dostaje na jej punkcie obsesji. Jak widać, nie była postać, która mnie specjalnie przekonała. Szczerze mówiąc, w Shantaramie trudno znaleźć drugoplanową postać kobiecą, która byłaby przekonująca.


Narzekając na słabe elementy powieści trzeba brać pod uwagę, że to dzieło pisane na motywach autobiograficznych. Nazywając rzeczy po imieniu, autorem jest bandzior i narkoman, który naprawdę uciekł z więzienia i rozbijał się po Bombaju, robiąc czarne interesy. Nawet zidentyfikowano rodzinę Prabakera w Indiach, która przyznaje się do znajomości z Robertsem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Dwa lata temu autor wycofał się z życia  publicznego, pozostawiając po sobie mroczną stronę internetową z oficjalną odezwą do fanów, ale wciąż napisał kolejną część przygód swojego alter ego.

Ten silny rys autobiograficzny może tłumaczyć rozmiłowanie w słabych aforyzmach i tendencję do miernego filozofowania, a także pozwala docenić jego talent gawędziarski. Bo jednak Shantaram to kopalnia wiedzy o zwyczajach, warunkach życia, obyczajowości hinduskiej. I to wszystko zachwyca.

Indie przedstawione w powieści intrygują i kuszą tajemniczą egzotyką, niezrozumiałym paktem zrozumienia między Hindusami, szaleństwem jednoczesnej swobody i ciasnego gorsetu zwyczajów, wielością języków, układów i niepisanych zasad. Poznając, zaczynamy czuć sympatię do tych ludzi, których gorące serca są w stanie zakochać się w człowieku w ciągu kilku chwil bez uprzedzeń i bez skrępowania do tego stopnia, że po dłuższej znajomości zapraszają go do swojej wioski rodzinnej na sześć miesięcy, by został przybranym bratem. Ludzi, którzy jednocześnie tak bardzo wstydzą się nagości, że nie do pomyślenia jest kąpiel nago, bez bielizny. A raczej wierzchniej odzieży spodniej, jak by powiedział Prabaker. Ludzi, którzy mieszkając w slamsach, pozostają niesamowicie czyści, porządni i honorowi, a głowy trzymają wysoko. Dla których łapówka jest tak naturalna i pożądana, po wypadku samochodowym tłum może we wspólnym szale dokonać okrutnego samosądu, podróż pociągiem w drugiej klasie to samobójstwo bez opłaconego żywego tarana, a znakiem pokoju i dobrych zamiarów jest kiwanie głową na boki.


Warstwa fabularna to nie arcydzieło powieściopisarstwa, ale jednak trzyma w napięciu i jest niesamowicie barwna. Prowadzi nas od targu dziecięcych niewolników, przez pożar i epidemię cholery w slamsach, przerażające, zawszone więzienie, pałac rozkoszy toksycznej Madame Zhu, blask świateł Bollywoodu, szczegóły pracy różnych gałęzi mafii hinduskiej, opis fałszowania dokumentów, wreszcie nawet podróż do Afganistanu, gdzie Lin dołącza do mudżahedinów walczących z Rosjanami, po drodze oddając swoją krew uniwersalnego dawcy do skraju wyczerpania, jedząc zgniłe mięso i wspominając o dobrych czasach w Bombaju. Trudno nie docenić trzymającej się kupy, pasjonującej opowieści, która kryje na koniec dość znaczący zwrot fabularny - jednak można by sobie darować dużą część rozmyślań i tendencyjnych sentencji.


Wreszcie pora skomentować samo wydanie. Tę książkę z 2003 roku w Polsce oryginalnie wydano w 2008 i wznowiono w 2016. Na początku czerwca wyszedł audiobook, którego słuchałam. Co tu dużo mówić, za dopracowane, śliczne wydanie należą się brawa. Na zdjęciach możecie podziwiać, jak bogato i poważnie wydawnictwo podeszło do powieści. W pakiecie dostajemy mapkę Bombaju z zaznaczonymi miejscami, w których dzieje się akcja - są nawet zdjęcia niektórych lokalizacji! - pachnący przyprawami i olejkami odświeżacz powietrza do samochodu (niestety mnie jako rowerzyście zawieszka nie przydała się zbytnio, bo w mieszkaniu zapach rozchodzi się bez zauważenia) oraz dwie płyty z nagraniami bardzo przyjemnego, choć dość wolno czytającego lektora z głębokim głosem w żywych, nasyconych kolorach. Aż szkoda mi było słuchać na komórce, a nie wkładać tych krążków do odtwarzacza.


A jak wam podszedł Shantaram, jeśli już czytaliście? Czy dla Was też wydawał się być "czytelniczym Świętym Graalem?", jak zachwala Marcin Meller? (cichy chichot)