Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

sobota, 25 marca 2017

SHARE WEEK 2017: Twórcy polecają twórców, czyli kogo czytać



Dlaczego dopiero teraz cała ta zabawa doszła do moich uszu? 


Okazuje się, że co roku Andrzej Tucholski organizuje zataczającą coraz szersze kręgi akcję wzajemnych polecanek. Chodzi o to, żeby pokazać wzajemne wsparcie, docenić się wzajemnie i polecić trzy konkretne osoby, które szczególnie się ceni. W tym roku Share Week trwa do 26 marca, więc rzutem na taśmę jeszcze zdążyłam!

Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować Justynie, Owcy z Książką, która ma Wełniaste Spojrzenie na Świat, za wyróżnienie mnie kilka dni temu - wspaniałe zaskoczenie i wielki komplement! Ona sama zasługuje na polecenie, widzieliście w ogóle tego pięknie zaprojektowanego, czystego bloga z owczym zacięciem? Te małe owieczki w ramach oceny? Te owce w okularach? Ale to nie wszystko, bo przede wszystkim chodzi o treść, wyważoną, lekką, traktującą o dobrych książkach. Bardzo lubię do niej zaglądać - Wy też powinniście!

Wybrać główną trójkę jest mi niesamowicie ciężko. 


Kto zrobił na mnie największe wrażenie? W blogosferze trafiłam na tak wielu wspaniałych ludzi, którzy bezinteresownie trudzą się, żeby podzielić się z innymi naprawdę wartościowymi rzeczami...

Z niektórymi czuję natychmiastowe pokrewieństwo dusz - na przykład z Malitą, którą po prostu musiałam na żywo uściskać, inaczej sobie nie wyobrażałam naszego spotkania.

Ekruda to przeurocza, przemiła osoba, która niezmiennie otwiera mi oczy na literaturę faktu, a każdy z jej wpisów jest na wysokim poziomie.

Zaglądając do Kasjeusza, choć rzadko pisze, człowiek dochodzi do wniosku, że nikt nie potrafi piękniej pisać o książkach.

Absyntowa wróżka prowadzi miejsce niepowtarzalne i magiczne, a estetyka jej zdjęć na Instagramie jest jak zaglądanie do życia dorosłej Matyldy z Leona Zawodowca.

Do Tarniny z Czytam to i owo chciałabym się wprowadzić, żeby siedzieć przy kominku i słuchać, co ma do powiedzenia o książkach, a potem zobaczyć, jak przygotowuje im nowe, piękne okładki (jak ta).

Azumi z Miros de carti ujęła mnie od samego początku atmosferą na blogu, dystyngowaną powściągliwością, pracą w księgarni i pewnym raportem o blogosferze.

Dominika z Dosiakowego Królestwa pisze głównie o kryminałach i thrillerach, ale nie tylko. Zawsze można z nią pogadać o wszystkim - i książkach, i grach, i popkulturze, a że jest sympatyczna, inteligentna i zawsze ma swoje zdanie, dyskutuje się ciekawie. Może jeszcze uda mi się kiedyś ją złapać na żywo!

Tanayah czyta olbrzymie ilości książek, nie o wszystkich pisze, ale jak już pisze, to kusi do nich jak szatan!

Agata Adelajda z Setnej strony prowadzi bardzo klimatyczne miejsce z zacięciem do książek starych, literatury trochę bardziej ambitnej i klasycznej.

Paulina z Miasta Książek do dla mnie niedościgniony ideał, szlaja się po londyńskich targach, fantastycznie pisze, wydaje się niesamowicie ciepłą i sympatyczną osobą, a w dodatku też związana jest z filologią angielską na uniwersytecie, co tym bardziej mnie przyciąga.

Janek, który dużo przesiadywał w Tramwaju nr 4, to przyjacielski, żywiołowy, aktywny osobnik, zawsze gotowy do pomocy, służy radą, komiksem, książką, trudno go nie docenić i nie czytać!

Kiedy wreszcie wyczaiłam na targach Zacofanego w lekturze Piotra, czułam się jak na spotkaniu z celebrytą. Lubi czasem wymienić kilka słów w komentarzach, jest sympatyczny, bezpretensjonalny, świetnie się go czyta i w ogóle lubię od pierwszego spojrzenia na tytuł bloga.

Trudno też nie wspomnieć o blogach moich znajomych: literacko-fantastyczny Powiało chłodem pewnej Mróz, która podejmuje różne tematy, również związane z lajfstajlem fana fantastyki (tak!) i udziela się zarówno w fandomie, jak i na różnorakich portalach, a także Rybce i Słoniu prowadzących Dobry film zły film, wyważony i przesympatyczny blog oceniający filmy.

Jest jeszcze tylu innych twórców, tyle innych blogów, które zasługują na docenienie! Tych, do których zaglądam, linkuję tutaj, nie wymieniłam wszystkich... A zasady Share Weeku są nieubłagane: na formularzu można wpisać tylko trzy adresy.

To kto naprawdę wyjątkowo mi zaimponował?



pierogipruskie.blogspot.com


Pyza w pierwszym roku prowadzenia bloga pisała CODZIENNIE. I to nie jakieś popierdółki, o nie. Rzetelne, ładnie ilustrowane, przemyślane i ciekawe wpisy. Dużo dystansu, humoru, radości czytania. Aż chciało się klikać w kolejne posty. O książkach, o czytaniu, o życiu mola książkowego, o autorach, zabawy literackie, cykle, przybliżenia sylwetek, dużo Lema... pamiętam nawet krzyżówkę! Razem z Tarniną prowadzi cykl Pikniki z klasyką, podczas których pod odpowiednimi wpisami wyprawiają się kilometrowe dyskusje, a z Naią - inspirującą Nabokoviadę. Jest ambitna, co chwilę bierze udział w jakichś ciekawych akcjach i wyzwaniach, czyta rzeczy z wyższej półki i zawsze ma coś do powiedzenia. Chcę ją kiedyś spotkać, dlatego nęcę kotem jak mogę. Mówiąc krótko, Pierogi Pruskie to miejsce, które narobiło szumu i szybko wyrobiło sobie renomę - zasłużenie!


pozeracz.pl


Qbuś Pożeracz też pojawił się w blogosferze po mnie, ale od początku idzie jak burza, podbijając kolejnych czytelników, inspirując, przeprowadzając wywiady, pouczając, wytykając, zaglądając dosłownie wszędzie. Jak już zajrzę na czyjegoś bloga, mogę być pewna, że on już tam był albo wkrótce będzie, zostawi bystry komentarz, dopyta, co to za jakieś współprace cichcem albo nieścisłości. To wszystko nie znaczy, że jest jakimś paskudnym nazistą-perfekcjonistą, tylko myślącym, krytycznym człowiekiem. W rozmowie stonowany, ale sympatyczny, otwarty, pomocny. Myśli o zazwyczaj niewidzialnych tłumaczach, pisze sporo o zagranicznym science-fiction, czyta po angielsku, przemyca, Borze szumiący, HISTORIĘ KRYTYKI LITERACKIEJ do blogosfery i recenzje PERIODYKÓW AKADEMICKICH. Tak! Lubię go. I należy mu się.


literackie-skarby.blogspot.com


U Nai z Literackich skarbów chodzi o jakość, nie ilość. Zarówno wpisów, jak i lektur. Jak sama pisze, „[k]siążki lubię, ale raczej ich nie pożeram jak mama Hrabala kotlety wieprzowe o trzeciej nad ranem, a sączę powolutku jak gorącą herbatkę, jak by to mój mistrz napisał <<biorę zdania do buzi i ssę jak cukierek>>”. To bohemistka, więc jest tym ciekawiej, bo literatura czeska to dla mnie terra incognita. Jak już książkę przetrawi, pisze inteligentnie, piękną polszczyzną i stylem dobrego, przyciągającego dziennikarza. Interpretuje, przenika, aż czasem mam ochotę jej oddać palmę pierwszeństwa do rozkminiania. Warto ją czytać, bo sama czyta książki nieoczywiste, a do tego każdy z jej wpisów to przygoda. Ma duży staż, uwielbia Festiwal Conrada, uświadamia o Hrabalu. Na żywo zabawna, serdeczna, nietuzinkowa osoba. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz się spotkamy:)



To tyle z mojej strony. A Was zachęcam do polecania, akcja trwa do 26 marca! 

czwartek, 23 marca 2017

ANGLOFILIA #5: Lubieżni mnisi gwałcą w katakumbach. O powieści gotyckiej i Mnichu


Współcześnie trendy w literaturze popularnej zmieniają się jak w kalejdoskopie; najpierw na czasie były wampiry, lekkie chick lity, potem antyutopie i obyczajowe young adulty, oprócz tego pikantna literatura erotyczna, teraz niepokojący chick noir i retellingi znanych baśni. Ostatnio, jak się dowiedziałam, najlepiej osadzone na Bliskim Wschodzie i Indiach, powieści o damskich dżinnach, które podrywają Aladyna.

Kiedyś świat toczył się wolniej, a jeśli chodziło o nowe mody literackie, wybitnie wolno. Mimo to zdarzały się od czasu do czasu obiegające Europę niczym pożar nagłe zainteresowanie konkretnego typu literaturą. Taką właśnie iskrą rzuconą na podatny grunt było wydanie Zamczyska w Otranto przez Horacego Walpole'a w 1764 roku, w drugim wydaniu dodano do niej podtytuł: Historia gotycka. Powieści naiwnej, zdecydowanie dalekiej od wybitności, wręcz polegającej na absurdzie nierealnej fabuły i schematyczności bohaterów. Jednak to właśnie od gigantycznego szyszaka, który spadając prosto z nieba miażdży nastoletniego syna księcia Manfreda w nieokreślonej, podkolorowanej i wyidealizowanej wersji średniowiecza, zaczął się wielki triumf powieści gotyckiej. Szaleństwo to trwało od końca XVIII wieku grubo w pierwszą połowę wieku XIX.

Powieści gotyckie rozpalały wyobraźnię młodych panien, wywołując dreszcze grozy i rumieńce wstydu. Opierały się na fascynacji daleką przeszłością, średniowieczyzną, kulturą innych narodów europejskich, zwiastującym nadchodzący romantyzm oczarowanie krajami Orientu. W Wielkiej Brytanii te nastroje podsycane były przez wielkie literackie matactwa: cudownie odnalezione przez Jamesa Macpherson pieśni gaelickiego barda Osjana z trzeciego wieku okazały się inspirowanym różnymi podaniami i wierszami fałszerstwem, z kolei nastoletni Thomas Chatterton próbował osiągnąć sukces przez wydawanie swoich prac jako dzieł zmyślonego piętnastowiecznego poety Thimasa Rowleya, ale niepowodzenie doprowadziło go do samobójstwa.

Twórcy powieści gotyckich czerpali natchnienie ze starych romansów rycerskich, wypełnionych fantastyką i cudownością mrocznych podań ludowych (kłaniają się bracia Grimm); przeciwstawiali nową, nieokiełznaną formę sztywnemu rygorowi klasycystycznemu decorum. Budowali swoje historie na tym, co piękne i wzniosłe, ale jednocześnie budzące lęk i przerażenie, do tego dokładając solidną dawkę nadprzyrodzonego i fantastycznego.



Powieści te bywały do tego stopnia schematyczne, że bardzo łatwo można wymienić wszystkie obowiązkowe elementy: osadzenie fabuły w nieokreślonej, podobnej średniowieczu przeszłości, najlepiej za granicą: w egzotycznych dla Brytyjczyków Niemczech, Hiszpanii, Włoszech; do tego konieczny był zamek albo zakon z zestawem zapadni, sekretnych przejść i ukrytych korytarzy, okryte zasłoną nocy cmentarzyska, jaskinie, głębokie lasy. Miejsca te najlepiej powinny być nawiedzane przez przerażające, tragiczne zjawy, wychodzące z ram portretów postaci albo co najmniej bezwzględnych zbójników. Bohaterowie w bardzo dosadny sposób podzieleni byli na tych dobrych i tych złych; niezbędny był okrutny, grzeszny czarny charakter, czysta i cnotliwa piękność, często porywana i zamykana gdzieś przez tego złego, gadatliwy i przesądny służący, oddany i zakochany młodzieniec. Rzecz często działa się wśród zepsutej arystokracji o brudnej przeszłości, zakonnicy (ci paskudni papiści z ich Inkwizycją i klasztorami!) zazwyczaj dopuszczali się najgorszych zbrodni, a młode panny nieustannie drżały przed byciem zmuszanymi do ożenku albo przybraniu habitu wbrew woli. Często pojawiał się też motyw zgubnej obsesji zdobyciem wiedzy lub władzy, nieświadomego kazirodztwa, częstych morderstw, starożytnych proroctw, zemsty zza grobu czy rodzinnej klątwy sprzed wieków.

Przykłady? Clara Reeve i jej Stary angielski baron, powieści Ann Radcliffe (Tajemnice zamku Udolpho, Italczyk albo Konfesjonał Czarnych Pokutników, A Sicilian RomanceThe Romance of the Forest itd.), we Francji François Guillaume Ducray-Duminil, Baculard d'Arnaud i Madame de Genlis, w Niemczech Friedrich Schiller i Christian Heinrich Spiess. Okryty jednak najgorszą sławą jest właśnie Mnich Matthew Gregory'ego Lewis'a.

Wiele świadczy to, że poeta Samuel Taylor Coleridge ostrzegał rodziców przed pozwalaniem młodzieży na czytanie tego dzieła, markiz de Sade uważał Mnicha za dzieło o wiele większego formatu niż jakakolwiek powieści pani Radcliffe, a Katedra Marii Panny w Paryżu Hugo rozbrzmiewa echami „mnisiej” spuścizny. Ta szalona, nieokiełznana historia łączy w sobie wszystkie najmroczniejsze cechy powieści gotyckiej, przetykaną balladami, pieśniami i wierszami, tworząc mieszankę dziką, bezwzględną, ale i niepozbawioną swego rodzaju przyciągania i swoistego wdzięku. Czarna magia, diaboliczność, rozpusta, okrucieństwo stoją tu obok lojalności, miłosierdzia i wielkiej miłości. Nie wszyscy dobrze kończą, cnota nie zawsze jest nagradzana, a sam tytułowy mnich Ambrosio obrazuje satanistyczne odwrócenie chrześcijańskiej pielgrzymki przez życie w stronę świętości.


Jak można się łatwo domyślić, powieść szokowała zarówno na poziomie religijnym, jak i obyczajowym; może szokować do tej pory, choć jej oddziaływanie mocno przyćmiewa trącący myszką i tanim sentymentalizmem język. Z drugiej strony nie można oprzeć się wrażeniu, że ta powieść może być odczytywana jako pastisz czy parodia gatunku. Zaczynamy przecież od sceny w kościele, gdzie zadufana, łasa na młodych kawalerów stara panna Leonella dostarcza aż nadto powodów do śmiechu, a piękna Antonia jest tak naiwna, że nie chce ani się odezwać, ani zdjąć woalki. Leonella śmieje się: „Odsłońże twarz. Ręczę, że nikt ci jej nie porwie” (tłum. Zofia Sinko).

Powodów do śmiechu jest sporo, zaczynając od zbiegów okoliczności i nagle odkrywanych bliskich pokrewieństw w stylu klasycznych oper mydlanych, przebrań składających się na przykład z opaski na oko, które potrafią oszukać każdego, przez kuszenie, a raczej szczucie cycem najlepszego kaznodzieja w Madrycie, na nieszczęśliwym porwaniu starego widma broczącej krwią mniszki zamiast ukochanej panny kończąc. Kościół katolicki utożsamiany jest z podpisującymi cyrografy, nierządnymi mnichami, szatańskimi mniszkami, bezwzględnymi przeoryszami i okrutną Inkwizycją, Hiszpania jest bardziej bajkowo-włoska niż hiszpańska, Niemcy to głównie zbóje w lasach albo napalone baronowe, a wszyscy i tak zachowują się jak Brytyjczycy.

Trudno się dziwić, uświadomiwszy sobie, że powieść pisana była w opętanej nastrojami antykatolickimi Anglii, pod wpływem przemyśleń na temat okrucieństw rewolucji francuskiej. Katolicyzm pokazany jest jak wypaczenie religii, pozbawiony prawdziwego Boga zabobon, a celibat jako narzędzie tworzące wynaturzone potwory pokroju tytułowego mnicha. Rewolucja z kolei przewróciła dotychczasowy porządek świata do góry nogami, co obrazuje nierówność narracji i samej fabuły powieści, a także sprzeczne postacie: żałośni arystokraci, sympatyczni dranie, męskie kobiety i zniewieścieli mężczyźni; moralność stoi na głowie.

O dziwo, pomimo solidnej porcji ramoty, sentymentalizmu i absurdu, powieść do tej pory wciąga, bawi, miejscami przeraża. Trudno nie zadrżeć podczas przejmującej, okrutnej sceny gwałtu czy nie przejąć się losem głodzonej, ciężarnej dziewczyny, zamkniętej w katakumbach. Tak samo nie można nie parsknąć śmiechem znalazłszy się w samym środku niespodziewanej, ciągnącej się na wiele dziesiątej stron opowieści z pobytu w Niemczech Don Raymonda, gdy konsekwentnie upija przetrzymywaną w szafie porwaną guwernantkę, by ta milczała. Całość czytałam po angielsku, ale zanim się zdecydowałam na język, spróbowałam też chwilę po polsku w tłumaczeniu Zofii Sinko - brzmiało równie wyśmienicie.

Mówiąc krótko: szczerze polecam, czytanie Mnicha to niezwykłe, przepyszne doświadczenie czytelnicze!


Na koniec muszę koniecznie wspomnieć o bardzo zacnym wyzwaniu organizowanym już po raz drugi przez Lukę Rhei z Przestrzeni Testu, polegającym na czytaniu klasyki horroru. Uczestnicy co miesiąc dostają nowe wytyczne odnośnie powieści i opowiadań, które załapują się do punktacji ogólnej. W tym miesiącu czytają właśnie powieści gotyckie. A ja tak się naoglądałam bogerów czytających Radcliffe, Walpole'a, rodzimą Mostowską i Lewisa właśnie, że postanowiłam nadrobić słynnego Mnicha. Nie dołączam do wyzwania na stale, ale dziękuję za motywację do czytania!

Chciałam też wspomnieć, że ten wpis powstał w ramach kontynuacji mojego wyrywkowego cyklu o literaturze angielskiej i tłumaczeniach z angielskiego pt. Anglofila, który zaczęłam jeszcze w 2015 od wpisu o Pameli Richardsona. Pisałam też o polskich tłumaczeniach Emmy Jane Austen, pierwszym polskim tłumaczeniu Jane Eyre Charlotty Brontë i szalonych teoriach spiskowych dotyczących rodzeństwa Brontë, co ostatnio hurtem zaliczyłam do Anglofilii i stąd ten wpis ma numer pięć. Jeśli macie jakieś sugestie, komentarze co do cyklu - piszcie!

Niestety moja wersja z Gutenberga nie miała okładki, więc trochę szachruję;) 

The Monk: A Romance

 Matthew Gregory Lewis

The Project Gutenberg EBook, 1996
386 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

________________________________

niedziela, 19 marca 2017

Jak totalnie ogarnąć swoje czytanie, śledzić postępy i się nie pogubić


Może to się wydawać nieistotnym drobiazgiem, do którego nie przywiązujemy dużej uwagi. Są różne sposoby na bycie molem książkowym: czytamy, bierzemy udział w wyzwaniach, często zapisujemy sobie swoje postępy, żeby wiedzieć, ile książek w roku przeczytaliśmy. Ale niektórzy pod koniec roku są w stanie dokładnie określić w procentach i pięknych wykresach kołowych, co czytali, jak czytali, kogo czytali, a nawet ile stron. A ja mam wrażenie, że nawet prowadząc bloga i sumiennie zapisując sobie każdą przeczytaną książkę w specjalnej zakładce Przeczytane, wciąż w podsumowaniach trochę się gubię. Nie mogę doliczyć. Nie wyciągam wniosków. I nie jestem w stanie dokładnie wyjaśnić, czemu w jednym roku miałam spadek, a drugim świetne tempo. Który miesiąc zawinił?

I wciąż mam pewne poczucie winy z powodu podsumowania za rok 2016, które tak mizernie wyszło. Zastanawiałam się wtedy, jak to naprawić, dyskutowałam o moich pomysłach m.in z Pyzą od Pierogów Pruskich, której dziękuję za podpowiedzi odnośnie Goodreads. Motywacja i czas to sprawa na osobny wpis, ale oprócz tych kwestii doszłam do wniosku, że trzeba zacząć porządniej śledzić swoje postępy i statystyki czytelnicze na bieżąco. Poszłam kilkoma tropami i chyba pora na podsumowanie mojego dochodzenia w sprawie najlepszej metody ogarniania swoich lektur.

Może coś Wam się przyda!


Zeszyt tudzież Lekturnik


Zacznijmy nostalgicznie. Moje czytanie w podstawówce zaczęło się od tak zwanego Lekturnika. Pani bibliotekarka, która wpadała do klas początkowych z książeczkami do wypożyczenia, razem z nauczycielką poprosiła nas o prowadzenie zeszyciku, w którym będziemy zapisywać każdą lekturę. Tytuł, autora, rysunek ilustrujący fabułę. Do tej pory pamiętam rysowanie płonącej dyni na wędce i przerażonej sąsiadki z Nawiedzonego domu Chmielewskiej... Gdy podrośliśmy, z rysunku przeszliśmy na krótki tekst na stronę. Niektórzy podobno stosują podobną metodę, mają specjalny zeszyt czy kalendarz, w którym zapisują swoje lektury z danego roku. Od podstawówki nigdy tak nie robiłam, choć to sposób jak każdy inny.

Notatki elektroniczne


Z zeszytu można łatwo się przesiąść na dowolną aplikację umożliwiającą zapisywanie notatek w telefonie czy na tablecie, wreszcie można użyć zwykłego Notatnika czy Worda na komputerze i problem z głowy. Dla mnie to za mało.

Zapiski na blogu


Wiadomo, można od razu porwać się na bloga i zapisywać sobie wszystko tak jak ja. Albo od razu vloga, co się ograniczać! Sumienny dziennik lektury. Ale to mi nie wystarcza, jak wspominałam, chcę więcej statystyk, chcę na bieżąco widzieć, jak mi idzie w wyzwaniu rocznym i czy trzeba może trochę przyśpieszyć, a może właśnie mogę się bardziej skupić i odpuścić? Poza tym blog sam nie liczy, a wchodzenie na wszystkie wpisy po kolei i liczenie stron książek, żeby sobie wykalkulować, ile w danym roku przeczytałam stron to trochę przesada.

Czytnik


Na nowszych czytnikach Kindle, np. na Paperwhite można sobie ustawić coś, co się nazywa Kindle FreeTime, czyli program, który pozwala śledzić postępy w czytaniu, czas czytania, ilość przeczytanych książek i stron i tak dalej. Więcej na ten temat tutaj. Wiadomo, funkcja przydatna tylko dla czytających wyłącznie ebooki. Dla mnie odpada, ja czytam w wszystkich możliwych formach.

Facebook


Kiedyś zapisywałam moje lektury w postaci zdjęć okładek w specjalnym folderze na moim prywatnym profilu na Facebooku. To nie było zbyt efektywne, bo po stu zdjęciach portal się przycinał, trudno było szybko przeszukiwać, wolno się ładował... W dodatku znajomi często sugerowali, żebym przeniosła się na bloga (z niedopowiedzianym: bo spamuję). Można też spamować tych, którzy chcą być spamowani w specjalnych grupach czy wydarzeniach dla czytelników, na przykład w jednym z wielu „Przeczytam 52 książki w 2017 roku” albo *wink wink nudge nudge* jedynym w swoim rodzaju „W 2017 będę czytać po angielsku” ;) Dla mnie jednak to nie jest przejrzyste wyjście.

Portale społecznościowe


Na pomoc przychodzą bibliofilskie portale: funkcje, o których wspominałam powyżej, ma na przykład Goodreads. Można tam na bieżąco oznaczać postępy w danej książce, wszystkie obecnie czytane są na głównej stronie razem z suwaczkami przedstawiającymi progres, od razu naliczają się książki do wyzwania rocznego i pokazują, jakie ma się tempo. Wszystko to bardzo motywuje i wywołuje poczucie dumy, nie mówiąc o możliwości śledzenia lektur, postępów i ocen znajomych. Na koniec roku generują się też odpowiednie statystyki w ładnych grafikach, łącznie z przeczytanymi stronami i tak dalej. Rzecz jasna istnieje też stosowna aplikacja na komórkę, żeby móc to ogarniać w biegu.

Polskie odpowiedniki anglojęzycznego Goodreads to: lubimyczytac.plnakanapie.pl i Biblionetka dla starych wyjadaczy. Całkiem zgrabne porównanie najpopularniejszego w Polsce Lubimy Czytać i Goodreads wypuściła Martha Oakiss z Na Stosie:


Problemem Goodreads, na który się natknęłam, to fakt, że nie znajdziemy tam wszystkich możliwych edycji książek (szczególnie mało znanych, polskich), więc albo strony i okładki nam się nie będą, albo poświęcimy się i będziemy te edycje dodawać. Ja się właśnie natknęłam na to, że raczej nie dodam tam fanowskiego tłumaczenia Północy Południa Gaskell, bo jest po prostu nieoficjalne. Trzeba więc improwizować. Ale też te automatyczne statystyki nie są tak rozległe i spersonalizowane, jak bym chciała. Szukam dalej.


Aplikacje dla moli książkowych


Nikogo nie zdziwi, że są też konkretne aplikacje na telefon, które pomagają śledzić postępy w czytaniu, na przykład przejrzysty Book Tracker, Bookout czy Reading Tracker. To nie jest zła opcja, ale jak już wspominałam wyżej, chcę wiedzieć o moim czytaniu więcej. I na przykład dziś chciałam w jednym momencie sprawdzić, ile procent z czytanych przeze mnie w tym roku autorów jest mężczyznami. Kto poratuje, żebym nie musiała kombinować i liczyć?...

Arkusz


Z ratunkiem dla opętanej nową obsesją Hadynki przychodzi, niespodzianka, arkusz kalkulacyjny. Nie śmiejcie się, błagam. Ale to nie jest objaw zaawansowanej czytelniczej nerdozy. Póki co to dla mnie najlepiej sprawdzające się wyjście!

Najbardziej oczarował mnie ten pisany na poniższym filmiku (znaleziony dzięki czytajpl.pl), choć za nic nie mogę go zmusić, żeby działały mi wszystkie najpotrzebniejsze funkcje i wykresy:


Ja widzicie, teoretycznie to cudo powinno pokazywać w procentach i na wykresach kołowych, na bieżąco, autorów z jakich regionów świata czytamy, jakiej płci, wydanych w jakich wydawnictwach... ten Excel powinien nawet liczyć, jakie jest nasze tempo stronicowe w czasie! Niestety z jakiegoś powodu jak ja wklepię tam wszystkie niezbędne dane, nie hula to tak, jak autorka chciała, a szkoda. Może u Was będzie?

Znalazłam jeszcze kilka innych arkuszy, między innymi ten oraz ten - bardzo prosty i bez żadnych statystyk. Aż znalazłam ten, przygotowany przez autorkę anglojęzycznego bloga It's All About Books. To arkusz googlowy, a więc online, co jest plusem, bo można do niego zajrzeć nie tylko z domowego komputera. Nie jest tak przejrzysty, nie ma też pięknych diagramów, jak bym chciała, ale za to dobrze liczy i faktycznie działa! Może dlatego, że autorka jest Niemką?;)

Tu screen z mojego zaadaptowanego na ten rok arkusza.

Po uzupełnieniu wszystkich potrzebnych informacji i krótkiej konfiguracji, arkusik pokazuje ile książek w miesiącu przeczytaliśmy, jak to nas stawia w wyzwaniu rocznym i - uwaga! - w swoich własnych, które można sobie dowolnie i bardzo prosto ustawić. Do tego liczy przeczytane do tej pory strony, nawet na dzień, wskazuje najgrubszą i najcieńszą książkę, ilustruje, czy czytamy nowości, czy książki starsze, formaty (twarda, miękka oprawa, ebook, audiobook), ilość czytanych książek swoich i pożyczonych, ile procent czytanych przez nas gatunków (do samodzielnego ustawienia), procentowo jak oceniamy te książki, jakiej płci w procentach są czytani autorzy, ile książek porzuciliśmy bez doczytania, ile czytamy powtórnie, wskazuje nazwisko najczęściej czytanego autora, do tego dodaje nasze zakupy książkowe, wydane na książki pieniądze... BAJKA!

Tutaj screen z tego, jak przedstawiam się w zestawieniu miesięcznym.

Nie jest to opcja idealna, ale tak funkcjonalna i najbliższa ideałowi, jak bym chciała. Póki co jednak obstawiam przy tym arkuszu, wspomagając się moim kontem na Goodreads ze względu na rolę motywacyjną i cudowny, żywy kontakt ze środowiskiem czytelniczym. Nie tylko innymi blogerami, ale też znajomymi albo bardzo dalekimi znajomymi z Facebooka, którzy, jak się okazuje, bardzo fajne rzeczy czytają! ;)

A na koniec roku będę miała piękne statystki do zaprezentowania. Just you wait!

A Wy? Macie jakieś sposoby? Co myślicie o moich poszukiwaniach?

czwartek, 16 marca 2017

Kupię panią za sto tysięcy rubli. Idiota


Tak się złożyło, że w zeszłym roku w lutym brałam udział w Walentynkowej Książkomanii i podczas wydarzenia facebookowego czytałam Jedenaście tysięcy pałek, czyli miłostki pewnego hospodara Guillaume'a Apollinaire'a, również w tym roku w lutym wciągnęłam się w ciekawe wyzwanie blogerskie na Facebooku. Luty tylko z Idiotą przyciągnął mnie przede wszystkim z tego względu, że od bardzo dawna obiecywałam sobie, że poznam bliżej księcia Myszkina i szaloną Nastazję Filipownę, o których słyszałam jeszcze w liceum. Do tego jeszcze miałabym doborowe towarzystwo zagrzewające do wspólnego czytania: wraz z zadeklarowanymi trzydziestoma pięcioma uczestnikami, również organizatorki: Małgosię Ekrudę, Magdę od bloga Skrytka na kulturę, Aleksandrę z Parapetu Literackiego i Marlenę tudzież Panią Bookowską. Ukłony i podziękowania dla pań za wspaniałą inicjatywę i motywację! Czegóż chcieć więcej?


Choć do wyzwania dołączyłam późno, bo ostatecznie zdecydowałam się i zamówiłam własny egzemplarz Idioty jakoś w połowie lutego, udało mi się rygorystycznie podjeść do tej ponad sześciusetstronicowej cegły. Podzieliłam strony na dni, a następnie czytałam sumiennie tyle dziennie, by skończyć do końca miesiąca. I się udało! Dokładnie dwudziestego ósmego lutego dotarłam do końca. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron nawet słuchałam chwilę audiobooka czytanego przez Jacka Rozenka, czyli dobrze znany głos Geralta z gier o wiedźminie, ale jednak szybciej szło na papierze. Ile się jednak nazachwycałam nad tym czytaniem - to moje:)

Sam przekład pani Heleny Grotowskiej wchodził wyśmienicie, gładko, przyjemnie i bez najmniejszych potknięć. Choć słuchałam też trochę w przekładzie Jerzego Jędrzejewskiego, nie miałam problemów w przesiadkach między wersjami, choć były pewne różnice - te najbardziej zauważalne w imionach postaci, bo np. u Jędrzejewskiego siostrą Gani była Warwara Ardalionowna, u Grotowskiej - Barbara Ardalionowna. Podczas czytania i słuchania dzieliłyśmy wrażenia m.in. z Małgosią (Ekruda), która słuchała częściowo audiobooka w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka - podobno lektor miał manierę podkręcania postaci w stronę cynizmu i fałszu. Rozenek z kolei, miałam zaś wrażenie, szedł bardziej w stronę teatralnego zamyślenia i poetyckości. Zarówno jeden, jak i drugi z powodu takiej aktorskiej maniery wywołali wrażenie zbytniej powolności i sztuczności czytania, przez co obie w pewnym momencie porzuciłyśmy audiobooki. Gdybym mogła Rozenka przyśpieszyć, słuchałabym dalej:)

Przechodząc powoli do sedna, czyli do samej powieści, kilka słów dla niewtajemniczonych. Idiota to, obok Zbrodni i kary, Braci Karamazow czy Biesów, jedno ze światowych arcydzieł Dostojewskiego. Zamierzeniem autora było przedstawić postać esencjonalnie i bezsprzecznie pozytywną, człowieka idealnego, obdarzonego przymiotami charakteru, uznawanymi za chrześcijańską kwintesencję dobra: otwartością, szczerością, łagodnością, skromnością, miłosierdziem, altruizmem. Taką właśnie figurą niemalże chrystusową jest książę Myszkin, który po kilku latach leczenia epilepsji i, jak sam powtarza, idiotyzmu, wraca ze Szwajcarii do rodzinnych stron, do Petersburga. Tam próbuje zupełnie bezinteresownie i przyjaźnie zaznajomić się z ludźmi, znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Główną zaś osią powieści jest właśnie do zderzenie tego wrażliwego i uprzejmego wzorcu cnót ze zdemoralizowanym, miernym, zapijaczonym, opętanym żądzą pieniądza i pożądaniami cielesnymi światem. Wynik tego równania wydaje się z góry przesądzony. Książę Myszkin nie dość, że nie ma pozytywnego wpływu na otoczenie, nie dość, że nie ma niemal żadnego neutralnego wpływu, to na dodatek sam ulega zbrukaniu, upadkowi i ruinie, pociągając za sobą innych.



Galeria otaczających Myszkina typów zdecydowanie odstręcza: to karierowicze, jak Gania, bezwzględni gwałtownicy, jak Rogożyn, pijacy i mitomani - jak generał Iwołgin czy Lebiediew, osoby całkowicie nijakie, ale o wysokiej pozycji społecznej dzięki swojej nijakości - tu przede wszystkim mowa o takim Pticynie, wreszcie głupcy i łajdacy jak chociażby Fierdyszczenko. Postaci kobiece są nie lepsze, ale na główny plan wybijają się dwie związane z wielokątami miłosnymi: Nastazja Filipowna i Agłaja Iwanowna. Ta pierwsza uosabia ciemną stronę płci pięknej, to typowa, niestabilna, momentami absolutnie stuknięta femme fatale, ta druga - dziewiczą niewinność i dziewczęcą naiwność. Obydwie są sobie równe, jeśli chodzi o niejasność uczuć, dzikie wymysły i intryganctwo; Dostojewski nie odmalowuje tutaj kobiet z krwi i kości, a moim zdaniem krzywdzące jin i jang swojej własnej wizji niepoznawalnej tajemnicy psychiki kobiecej.

Ale czy powieść zachwyca? Wiadomo, Dostojewski wielkim pisarzem był i jak nie zachwyca, jak zachwyca i tak dalej. Ja przed Idiotą na kolana z wrażenia nie padłam, ale biję się w piersi, że nie sięgnęłam wcześniej, bo historię księcia Myszkina trzeba poznać i zrozumieć. Oprócz tego zachwyciły mnie w szczególności fragmenty obnażające szaleństwo gwałtownej, nieokiełznanej duszy rosyjskiej, pokroju obłąkańczych wędrówek po Petersburgu z pijanym towarzystwem zakłamanego generała, wariackich scen w saloniku Nastazji Filipowny, podbijanie ceny o jej rękę, kultowe wrzucenie stu tysięcy rubli w ogień pod wpływem kaprysu, notoryczne uciekanie sprzed ołtarza, mroczna, bohuńska postać Rogożyna. Gorzej było przebić się przez nudne, bezcelowe często pogaduszki socjety na wakacjach na wsi, czytanie listu zaglądającego śmierci w oczy Hipolita, męczyła głupiutka Agłaja i tak bierny książę Myszkin.

Trudno jednak nie spostrzec, że powieść wcale się nie zestarzała, jeśli chodzi o przesłanie. Chrześcijańskie cnoty, tak samo jak w salonach dziewiętnastowiecznej arystokracji petersburskiej, są w życiu codziennym tak naprawdę pogardzane i wyśmiewane. Każdy coach powie, że trzeba być przebojowym, trzeba umieć się dogadać, zmanipulować i dobrze ustawić w życiu, żeby osiągnąć pożądany sukces, a miłosierdzie może zaprocentować tylko po zmonetaryzowaniu, przełożeniu na doraźne zyski w kieszeni. Kto nadstawia drugi policzek i oczekuje, że łagodnością zmieni świat, ten idiota.


Idiota

 Fiodor Dostojewski

Wydawnictwo MG, 2016
Tłumaczenie: Helena Grotowska
649 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

________________________________

sobota, 11 marca 2017

Chaos wcielony i źródło wszelkiego porządku. Amerykańska sielanka








Jeśli palący się domek na prerii albo niszczejąca flaga w paski i gwiazdy na okładce Amerykańskiej sielanki nie kładą kawa na ławę potężnej dawki ironii w tytule książki, to nie wiem, co mogłoby bardziej wyjaśnić, o co w niej chodzi. Amerykański sen rozpada się w oczach czytelnika w spalony, ulotny popiół amerykańskiego koszmaru, dekonstruowany kawałek po kawałku, dekada po dekadzie, na kartach potężnej, szeroko zakrojonej powieści Philipa Rotha. Pierwszy tom tak zwanej trylogii amerykańskiej może i bez problemu funkcjonuje jako osobna historia; drażniąca, przesycona goryczą, piękna i okrutna, choć... przegadana. Ale to tylko styl Rotha, nie podoba się, można nie czytać. Zamiast tego obejrzeć płaski, choć dokładny debiut reżyserski Ewana McGregora, niedawno był w kinach.

Ale może nie wyprzedzajmy. Przerywana, gawędziarska, nielinearna narracja Amerykańskiej sielanki osadzona jest na mocnej konstrukcji składającej się z trzech części. Nathan Zuckerman, postać podstarzałego, żydowskiego pisarza, który przewija się przez twórczość Rotha, wprowadza nas w pierwszej osobie w fundamenty historii w "Raju zapamiętanym". Niespostrzeżenie otacza czytelnika zapowiedziami i zwiastunami tego, co ma nadejść, jednocześnie zgrabnie zarysowując postać wzbudzającego zazdrość złotego chłopca, Seymoura Levova, żywego symbolu amerykańskich pragnień, blond żyda tak gojskiego, wysportowanego, podziwianego, że nazywany był "Szwedem". Spadkobiercy poważanej fabryki damskich rękawiczek, męża dziewczyny jak z obrazka, która o włos przegrała w konkursie na amerykańską miss. Mówiąc krótko:

...life just unraveling for the Swede like a fluffy ball of yarn.

Szweda widzimy oczami zauroczonego lokalną gwiazdą, wrażliwego Nathana; oczami dorosłego Nathana, który spotyka podstarzałego już Szweda, Szweda, który nie ma nic do powiedzenia, który jest rozczarowaniem; wreszcie oczami brata Szweda, Jerry'ego, który otwiera oczy czytelnikom na tragedię rodzinną. Szwed umarł, Nathan nigdy do końca go nie poznał, nie rozgryzł, ale postanawia spróbować, postanawia złożyć mu hołd i napisać o nim powieść oddającą dokładnie cały ból i symbolikę złotego chłopca na tle historii dwudziestowiecznej Ameryki. Ale od razu ostrzega przed swoją zawodną relacją i przed pisarstwem, sztuką czy pamięcią ludzką w ogóle:

The picture we have of one another. Layers and layers of misunderstanding. The picture we have of ourselves. Useless. Presumptuous. Completely cocked-up. Only we go ahead and we live by these pictures. 'That's what she is, that's what he is, this is what I am. This is what happened, this is why it happened—

To, co pisze Nathan, nie jest prawdą. To fantazje, podejrzenia, zaokrąglenia. Dwie kolejne części, "Upadek" i "Raj utracony", to zapisane w trzeciej osobie niedoskonałe domysły Nathana na temat życia Szweda. Z jednej strony - technika natchniona, imponująca artystycznie, wyśmienicie przeprowadzona soczystym, ciętym, zapętlającym się stylem. Z drugiej - zarówno świadomość miałkości tych wymysłów, jak i rozdmuchany, przegadany styl potrafią mocno zmęczyć. To nie jest szybka, prosta lektura. Tym bardziej jednak po przeczytaniu odczuwa się satysfakcję z przebrnięcia przez giganta i przynajmniej liźnięciu fenomenu, nagrodzonego rok po wydaniu, w 1998 roku, nagrodą Pulitzera.


Roth otwiera oczy na zjawiska, których w szczególności mieszkając w Polsce, raczej się nie zauważa, a co dopiero rozumie. Pisarz łączy kropki pokoleniowe, najpierw wskazując na amerykańskich imigrantów naznaczonych wojną, tłumacząc: to byli ludzie ograniczeni z nieograniczoną wolą i żelazną siłą, którzy dokonywali tytanicznych wysiłków i potrafili osiągnąć wiele; to było pokolenie zachłyśniętych amerykańskim snem self-made manów, tych, którzy zostawili za sobą koszmary wojenne i wprowadzali w życie nowe marzenia na miejsce zgliszczy. Oni wymagali od swoich synów i córek wszystkiego, co najlepsze: to pokolenie Szweda, pokolenie miss New Jersey, skromne, idealistyczne, zaparte, perfekcjonistyczne. Zwyczajni ludzie usatysfakcjonowani swoją tolerancją, osiągnięciami, zamożnością, swoim małym poletkiem, swoim światopoglądem człowieka klasy średniej. To oni wychowali pokolenie buntowników, ekstremistów, aktywistów, terrorystów lat sześćdziesiątych, pokolenie, którego ktoś taki jak Szwed nie mógł objąć rozumem:

Once Jews ran away from oppression; now they run away from no-oppression. Once they ran away from being poor; now they run away from being rich.

Bo prawdziwa tragedia osadza się na winie niezawinionej (na myśl przychodzi skojarzenie z Edypem: może jednak to ten kazirodczy pocałunek?) Szweda, ojca, którego nastoletnia córka Merry tak agresywnie protestowała wobec amerykańskiego kapitalizmu, że wysadziła miasteczkowy sklepik z pocztą i zabiła człowieka.

...the dependable father whose center is the source of all order, who could not overlook or sanction the smallest sign of chaos—for whom keeping chaos far at bay had been intuition's chosen path to certainty, the rigorous daily given of life—and the daughter who is chaos itself.

Razem z analizą psychiki amerykańskiej, wielopokoleniowej rodziny, Roth przygląda się pozorom - wyobrażeniu wyidealizowanego Szweda i idealnego Amerykanina jako takiego, polityce - od koszmaru początku wieku dwudziestego, przez wojnę w Wietnamie aż po aferę Watergate, winie - przedstawiając cały wachlarz możliwych wpływów powodujących Merry, porusza wątek rozmywającej się religijności - przez historię małżeństwa żyda i katoliczki, próbuje przedstawić działanie psychiki i pamięci - przez psychologię obsesyjnie analizującego przeszłość Szweda, wkracza w problem niemożności komunikacji międzyludzkiej - zaczynając od jąkania Merry, na przytłaczającym języku samej powieści kończąc. 

Przede wszystkim zaś zastanawia się nad istotą amerykańskości, nad niesłychanym rozziewem między zachwytem amerykańskim snem zadowolonego Szweda a amerykańską furią jego córki Merry, nad duchami przemocy wobec rdzennych mieszkańców Ameryki i sprowadzanym z Afryki niewolnikom, uświęcanej widokami na wielkość i bogactwo. Dzięki Rothowi mamy nawet okazję na przestrzeni kilku, jeśli nie kilkunastu stron dowiedzieć się też tajników wykonywania wysokiej jakości skórzanych rękawiczek, rodzajów skór, kolejnych etapów produkcji, a to wszystko z przemyśleniami na temat zmieniającej się mody i nieuchronnego upadku tego przemysłu! To wszystko rzecz jasna przetykane symbolami, paralelami, nawiązaniami (świetnie interpretuje tę powieść Naia z Literackich skarbów)...

A może to jednak za dużo?

Szczególnie, że chaotyczna, niespodziewana końcówka wcale nie opada łagodnie na ramę narracji, nawiązując do początku czy dając jakiekolwiek wyjaśnienie tej wściekłej tyrady, jaką jest Amerykańska sielanka. Ostatnie strony zrzucają czytelnika z pantałyku, pozostawia po sobie niedosyt i lekkie rozczarowanie, pieczętując powieść niedopowiedzianym, kluczowym pytaniem. I to wszystko.


Na koniec trudno nie wspomnieć o niedawnej ekranizacji z Ewanem McGregorem i Dakotą Fanning. Film jest poprawny, wygładza chaotyczność rozmazanej linii czasowej, zamyka historię w satysfakcjonujący, zrozumiały, ale sztampowy sposób. Częściowo rozwiązuje to problemy ekspansywnej, gawędziarskiej rozległości powieści, z drugiej strony zdecydowanie spłaszcza przekaz. Dostajemy pięknie nakręcony, poruszający dramat psychologiczny jednego człowieka na tle społecznych poruszeń. Dojmujący, przygnębiający ton całości gubi po drodze sarkastyczny, potoczysty humor, inteligencję i pikantność prozy Rotha. Szkoda również, że tak naprawdę chyba tylko Szwed i jego córka Merry są w pełni zarysowani, ich niektóre konfrontacje to najlepsze sceny filmu, reszta bohaterów jednak ucierpiała przez powierzchowne, naprędce muśnięte wątki, tak mięsiste w książce. Najgorzej wyszła na tym Dawn, żona Szweda, bardzo nieprzekonująca i papierowa; nie kupuję też Rity Cohen. Wyszło prozaicznie, choć estetycznie i poruszająco.


Ale nie, nie żałuję czytania, nie żałuję seansu w kinie. Było warto zmierzyć się z tą historią. Trzeba jeszcze kiedyś przeczytać Kompleks Portnoya!

American Pastoral

  Philip Roth

Vintage, 1998
432 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★


________________________________

wtorek, 7 marca 2017

Ciemna strona Gaimana, mroczna magia dzieciństwa. Ocean na końcu drogi


Dla mnie nie ma jednego Neila Gaimana.

Gaiman może być nastoletnim rumieńcem, gdy po raz pierwszy odkrywa się porywające, zagadkowe i imponujące historie w rodzaju barwnego Nigdziebądź. Gaiman może też być dorosłym zachwytem nad monumentalnym, pasjonującym, przemyślanym dziełem jakim są Amerykańscy bogowie. Gość może się kryć za dreszczem podniecenia przy śledzeniu palcem szczegółów na okładce inteligentnego, niepokojącego komiksu takiego jak Sandman. Albo okazać się wtórnym, typowym pomysłem fantasy, który wciąż nieźle się czyta, jak Gwiezdny pył. Gaiman może stać się ciągłym narzekaniem znajomych, by wreszcie przeczytać Chłopaków Anansiego, "tę fantastyczną książkę, zobaczysz". Gaiman może stać się synonimem głośnego, niepowstrzymanego śmiechu przy bezpretensjonalnej komediowo-apokaliptycznej rozpuście, napisanym z Pratchettem Dobrym omenie. Ostatnio Gaiman może nęcić pięknymi, dopracowanymi okładkami z okien księgarni, jak ostatnio robi to przez świeżo wydaną po polsku Mitologię nordycką.

To rzecz jasna nie wszystkie oblicza pisarza. Nie wspomniałam też o jednej, bardzo charakterystycznej, zapadającej w pamięć i nie dającej spokoju wariacji. Chodzi o tę pustą, niepokojącą twarz z czarnymi, błyszczącymi guzikami zamiast oczu. O mroczny świat Koraliny. Ocean na końcu drogi to powieść pokrewna tej mrożącej krew w żyłach baśni dla dzieci, z tym drobnym szczegółem, że jednak idzie o krok dalej i nie do końca nadaje się dla dzieci. Chyba że chcemy rozbudzić młodą wyobraźnię nieprzyjemnym, dorosłym w wymowie thrillerem.

A może jednak to nie tak. Może ta krótka powieść jest zbyt przerażająca, ale dla dorosłych, jak sugeruje owiany widmem holocaustu cytat z rozmowy Maurice'a Sendaka z Artem Spiegelmanem na początku książki?


Żona Gaimana, Amanda Palmer, nie jest wielką fanką fantastyki. To dla niej pisarz stworzył delikatną, piękną i niepokojącą jak drżąca pajęczyna powieść, która nie afiszuje się szczególnie z jej wykraczającą poza codzienność warstwą. Mimo to jednak, krok po kroku, zanurza czytelnika w lepki, gęsty ocean pamięci, gdzie rozmazane wspomnienia z dzieciństwa odszczepiają się od normalnej narracji życia dorosłego, pokazując w przebłyskach świat taki, jakim jest naprawdę:

I saw the world I had walked since my birth and I understood how fragile it was, that the reality I knew was a thin layer of icing on a great dark birthday cake writhing with grubs and nightmares and hunger.

W pamięci nic nie jest pewne. Główny bohater Oceanu... wraca do stron rodzinnych po pogrzebie w rodzinie i droga sama prowadzi go do tamtej farmy na końcu polnej drogi, do gospodarstwa Hempstocków, gdzie jako mały chłopiec na krótko poznał Lettie, wówczas jedenastoletnią dziewczynkę. Nogi niosą go do małego stawu, w sumie raczej płytkiej kałuży za stodołą na farmie. Lettie nazywała to miejsce oceanem; teraz to miejsce wydaje się tak śmiesznie małe... Ja też mówiłam na kałuże: jeziora krasnoludków, gdy puszczałam dla skrzatów łódki zrobione z liści. Wystarczy jednak zmącenie wody, kilka kręgów na powierzchni, by przypomnieć sobie schowane za zasłoną pamięci wspomnienia z dzieciństwa.

Wspomnienia, w których stara pani Hempstock pamięta początek świata i potrafi dziergać w tkaninie czasu i przestrzeni; w których pola wokół farmy sąsiadów z końca alei wykraczają poza ludzkie rozumienie i można na nich spotkać stworzenia stare, przerażające i nieogarnięte; w których koty są mruczącą, puszystą, prastarą magią.


Zdarzenia traumatyczne, choć realne, są początkiem podróży zaufania pod rękę z piegowatą Lettie. Przyciągają mroczne siły, które wciskają się przez niestrzeżone dziury w rzeczywistości i niszczą zrozumiałe, zwykłe życie rodzinne. A może są tylko fantastycznym wytłumaczeniem niezrozumiałych dla oczu dziecka scen: ręce ojca przyciskającego do ściany piękną Ursulę Monkton o szarych, drapieżnych oczach; wyciągnięte ręce dziecka błagające o ratunek. Tylko zaczytany w książkach, samotny chłopiec widzi, jakim zagrożeniem dla rodziny jest demoniczna Ursula; wie, że pod maską jej idealnej twarzy kryje się gnijące, bezkształtne płótno. A może to nie tak, może każdy dorosły ma inną twarz pod maską?...

W tej krótkiej książeczce codzienność miesza się z niezwykłym, fantastyka z realizmem, baśniowość z horrorem, psychologia z urojeniem, pełne zrozumienie wszystkiego z ograniczeniami nadprzyrodzonego świata, które rozumieją tylko panie Hempstock. Świat fantastyczny jest zarysowany niedokładnie, kilkoma zagadkowymi zdaniami, choć w ostatecznie wydaje się dość jasno skonstruowany.

W oderwaniu od świadomości istnienia innych światów, skupiamy się bardziej na przeżyciach siedmioletniego chłopca przetwarzanych przez dorosłego mężczyznę, który co jakiś czas bezwiednie wraca do niejasnych, rozmazanych wspomnień z dzieciństwa, próbując zobaczyć w oceanie kałuży twarz Lettie i zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. I czy jego dotychczasowe życie zasługuje na to, by ktoś się za nie poświecił.


The Ocean at the End of the Lane

  Neil Gaiman

Harper, 2013
181 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


________________________________

czwartek, 2 marca 2017

NOWINY HADYNY: luty 2017


Marzec powitał nas ostrym słońcem i zimnym wiatrem, ale wciąż przechowuję wrażenia i przeżycia z lutego. Moje tempo czytelnicze było stabilne i takie, jak należy: przeczytałam Tajemnicę domu Helclów (pisałam już o niej na blogu), skromnego Gaimana The Ocean at the End of the Lane (o nim napiszę już wkrótce), a także American Pastoral Rotha (będę musiała napisać i o powieści, i o filmie w osobnym wpisie) oraz Idiotę Dostojewskiego z okazji specjalnego wydarzenia zorganizowanego przez zaprzyjaźnione blogerki, Luty tylko z "Idiotą". To wydarzenie dało naprawdę wyśmienitego kopa, o przeczytaniu Idioty myślałam od liceum!

A co poza tym?


Legion (2017– )



Ja dla mnie najgorętsza premiera serialowa ubiegłego miesiąca. Od wylaszczonego Dana Stevensa oczu oderwać nie można, całość jest osadzona w marvelowskim uniwersum X-menów, ale bez klasycznych X-menów, bez Magneto, Profesora X, Wolevrine'a... Chociaż kto wie, co będzie później, patrząc na fikcyjną historię Legiona z kart komiksów. Od pierwszego odcinka serial wbija w fotel fantastyczną formą, niesamowitym stylem i mentalną zagadką, jaką jest sam główny bohater. Dziś obejrzałam czwarty odcinek, do końca marca mają wyjść wszystkie do końca krótkiego, ośmioodcinkowego sezonu. Bardzo, BARDZO polecam i trzymam kciuki, by Legion utrzymał poziom do końca!

Twin Peaks (1990-1991)



W liceum próbowałam po raz pierwszy, poległam jeszcze w pierwszym sezonie. Potem na studiach próbowałam jeszcze raz, poległam gdzieś na początku drugiego. Próbuję trzeci raz i wygląda na to, że tym razem dam radę. Sekret: co za dużo Lyncha, to niezdrowo. Trzeba robić przerwy, dawać sobie czas na wytchnienie, nie oglądać odcinek za odcinkiem, jak nie wchodzi. A po co takie podchody dla jednego, może i kultowego, ale mocno trącącego myszką serialu? Bo Miasteczko... wraca w maju z trzecim sezonem, a agenta Coopera z kubkiem cholernie dobrej kawy nie da się oglądać inaczej niż z szerokim uśmiechem na twarzy!

Masters of Sex (2013-2016)



W chwilach wolnych, pod natchnieniem Sztuki kochania podbijającej nie tylko kina i powracającej na półki księgarni, ale też przewijającej się często na pogaduszkach przy kawie w moim biurze, obejrzałam sobie pierwszy sezon Masters of Sex. To serial o amerykańskich prekursorach badań nad ludzką seksualnością - co prawda zaczęli pracę po upublicznieniu słynnego raportu Alfreda Kinseya, ale wciąż działali przed publikacją książki Wisłockiej. Ciekawe jest tu to, że w serialu porusza się niektóre teorie, np. Freuda, o których Wisłocka pisała jako o prawdzie objawionej, a Amerykanie podważali jako przedawnione...

Sztuka kochania (2017)



A przechodząc do filmu, który narobił tyle szumu - z kina wyszłam zachwycona nastrojem, lekkością, aktorstwem, strojami. To dobra rozrywka - choć napisana w stylu hollywoodzkiego przepisu na film o ważnym sukcesie mimo przeciwności losu (tego samego, na podstawie którego stworzono też świetnych Bogów), wciąż prześwituje tutaj peerelowska przaśność, tęchlizna obyczajów i instytucji, ubóstwo i problemy na każdym kroku, a to wszystko skąpane w cudownej muzyce lat siedemdziesiątych, soczystych, hippisowskich kolorach i barwach zachodzącego słońca na letnisku. Takie filmy trzeba chwalić, bo nie tylko świetnie się oglądają, ale też prowokują do przemyśleń, rozmowy, analizy, grzebania w historii i porównań z teraźniejszością. Której kobiety przy oglądaniu nie poruszył ten odegrany przez Boczarską wywiad po napisach?

Służąca (2016)



Skoro już jesteśmy przy tematach pikantnych, to idziemy za ciosem: obejrzałam też wreszcie (a chciałam iść jeszcze jesienią do kina!) film Służąca Chan-wooka Parka, południowokoreańskiego reżysera od takich głośnych hitów, jak Oldboy i Pani Zemsta. Już pierwsze zapowiedzi przeniesionej na azjatycki grunt i w czasy dwudziestolecia międzywojennego ekranizacji uwielbianej przez ze mnie Złodziejki Sary Waters (więcej pisałam przy okazji wpisu o jej innej książce, Pod osłoną nocy) rozgrzały mnie do czerwoności. Wyszedł inteligentny, poetycki, zmysłowy thriller psychologiczno-erotyczny z pięknymi zdjęciami i trzymającą w napięciu akcją pomimo ponad dwugodzinnego seansu - zdecydowanie lepszy niż wierna, ale blada adaptacja BBC z 2005. Prawdziwa uczta.

Obsługiwałem angielskiego króla (2006)




A to nie koniec pieprznych historii, bo nadrobiłam też w ubiegłym miesiącu ekranizację jedynej książki Bohumila Hrabala, jaką póki co czytałam (tu relacja z lektury). Film na DVD był dołączony do książki (fantastyczna sprawa!) i czekał zdecydowanie zbyt długo. Gdzie narracja filmowa nie mogłaby się równać z potoczystym, gawędziarskim stylem powieści, sprytnie nadrabiała językiem filmowym, przez co powstała przezabawna, lekka komedia opowiadajaca o poważnych sprawach z przymrużeniem oka i doskolane oddająca niedoskonałość, ale i wdzięk i magnetyzm głównego bohatera. Mogę się przyczepić do tych ton kobiecej golizny, która jest jednym z elementów humorystycznych zarówno w powieści, jak i w filmie, ale cóż poradzić, Díte kobiety traktował dość specyficznie. Nie wszystko się w filmie zmieściło, a i chronologia została trochę poszatkowana, przez co byłam trochę zdziwiona nagłym nadejściem końcówki (znając książkę), ale to zdecydowanie dobry film. Aż wstyd, że to mój pierwszy film Menzela. Trzeba jeszcze nadrobić przynajmniej Pociągi pod specjalnym nadzorem.

Split (2016)




Pod koniec stycznia M. Night Shyamalan zaskoczył w Polsce wyśmienitą premierą. Tak! Wyśmienitą! Po takich wpadkach, jak absolutnie fatalny Ostatni Władca Wiatru (jak można tak zepsuć film na podstawie jednego z najlepszych seriali animowanych na świecie?) i innych słabych filmach, reżyser wchodzi z powrotem na wyższą poprzeczkę i naprawdę daje radę. Rzecz jasna fantastyczny McAvoy niesie ten film na swoich barkach, ale wciąż, to dobrze skrojony, trzymający w napięciu film z niezłym zakończeniem. Można się tu i tam przyczepić, ale to kawał dobrej rozrywki. Tak trzymać!

Niezniszczalny (2000)




Będąc jeszcze pod wrażeniem Splitu (wspominałam już wcześniej w komentarzach, że nie podoba mi się takie wybrnięcie z nie-tłumaczenia tytułu), obejrzeliśmy sobie z Rybą stary, naprawdę DOBRY film Shyamalana (jak dobrze, że mogę to nazwisko skopiować i nie muszę próbować wymawiać). Bruce Willis gra twardego, ale trochę złamanego zwykłym życiem gościa, Davida, który znienacka zostaje skonfrontowany z upartym i ekscentrycznym fanem komiksów, granym przez Samuela L. Jacksona. Facet twierdzi, że Davida nie imają się złamania, choroby... że jest niezniszczalny. Według mnie ten film to absolutne zaskoczenie i aż do samego końca robi wrażenie bez żadnych fałszywych nut w scenariuszu.

Amerykańska sielanka (2016)




Pomimo braku chętnych na towarzyszy do kina, dopięłam swego i poszłam na Amerykańską sielankę póki jeszcze grali w kinach. I to zaraz po przeczytaniu powieści. Pozwolicie, że rozpiszę się niedługo na temat obu w osobnym wpisie?

Highlander (1986)



W lutym zdarzył mi się też Highlander, film, który jet ponoć tak znany i kultowy, że powinnam dostać i odprawić odpowiednią pokutę, ponieważ nigdy wcześniej o nim nie słyszałam. Po czym obejrzałam i stwierdziłam, że jest głupi. Są piosenki Queenów, to akurat nie jest głupie, jest Sean Connery w wydaniu fikuśno-muszkieterskim, jest nawet waleczny, niezrozumiany Szkot o wielkim sercu i współczesna intryga w stylu cyberpunkowego urban fantasy. Powiedzmy. Może to moja wina, bo na seansie częściowo spałam, a może wina tego, że ten film tak źle się zestarzał i w ogóle jest słabo opowiedziany. Generalnie bez zachwytów.

Firewatch (2016)



Na koniec muszę koniecznie donieść, że po Wiedźminie z dziką rozkoszą rzuciłam się na inną grę, która sobie upatrzyłam co najmniej pół roku temu, a może więcej - piękną i nastrojową, choć krótką historię (dwa-trzy wieczory grania) opowiedzianą w głuszy lasów Wyoming. Zapowiadam, że będzie osobny wpis, więc na tym kończę lutowe sprawozdanie.


A Wy, co dobrego robiliście w lutym? :)

sobota, 25 lutego 2017

Jak zacząć czytać książki po angielsku? 10 sugestii


Mam taką jedną koleżankę, która uwielbia koty i komiksy. Napisała do mnie ostatnio, prosząc o polecenie tytułów książek do czytania po angielsku. Z zastrzeżeniem: żeby nie były zbyt trudne, pisane raczej prostym, współczesnym językiem. I nie uproszczone, w oryginale. Ot, tak, żeby się trochę podciągnąć z języka lepiej niż przez oglądanie seriali. W dodatku przecież zorganizowałam wydarzenie W 2017 będę czytać po angielsku, więc sama jestem sobie winna.

Pomyślałam, żeby podzielić się tym, co wynikło z małej burzy mózgów, bo to nie pierwszy raz, gdy słyszę takie pytanie, na pewno też nie ostatni.


Generalnie jako pierwszą książkę w oryginale dla osób na poziomie B2/C1 najlepiej polecać książki pisane współczesnym, codziennym językiem (Dickens czy Silmarillion na początek może odstraszyć), ale nie przesadnie slangowe. Często doradza się lektury skrócone, streszczenia dopasowane do poziomu, Penguin Readers ostatnio wychodzą też powieści w serii ze słownikiem - dla uczących się to rzecz jasna rozwiązanie idealne. Inną propozycją są baśnie czy książki dla dzieci - na przykład te dłuższe, The Hobbit, or There and Back Again Tolkiena albo Coraline Neila Gaimana. Powieści na bazie scenariuszy filmowych też często są bardzo proste. Można się pokusić o jakiś reportaż czy biografię, ale niech pozory nie mylą, nie każda literatura faktu jest pisana prostym, lekkim językiem.

Krótkie formy to też fantastyczna sprawa, czasem można się z nimi uporać nawet w ciągu jednego posiedzenia. I jaka satysfakcja! Do tego zdarza się, że całe opowiadania (szczególnie w domenie publicznej, jak tu) bywają opublikowane w internecie, więc można je łatwo znaleźć. Co więc czytać? Można iść w klasykę i podczytywać sobie historie o Sherlocku Holmesie sir Arthura Conana Doyla, specyficzne opowiadania Edgara Allana Poego, klasyczne amerykańskie historie Rip Van Winkle i The Legend of Sleepy Hollow Washingtona Irvinga; może wyważone, spokojne opowiadania Alice Munro, poważane historie Flannery O'Connor czy mroczne, feministyczne przeróbki znanych baśni Angeli Carter, klasykę science fiction Philipa K. Dicka, coś z Dublinersów Jamesa Joyce'a... Można też po prostu wpisać "best short stories of all time" w Google i szukać na własną rękę!

Jeśli jednak czujesz się na siłach spróbować współczesnej, lekkiej beletrystyki bez trzymanki, oto moje propozycje:


The Harry Potter series by J.K. Rowling


Może się wydawać, że w serii o najsłynniejszym czarodzieju świata za dużo neologizmów, przez co może się źle czytać w oryginale - jeśli ktoś zna ten świat po polsku z książek czy choćby z samych tylko filmów, czytać się będzie wyśmienicie. To świetna, zabawna lektura do nauki języka. Na co czekać?


The Hunger Games series by Suzanne Collins


Jeśli nie jest się fanem antyutopijnych young adultów, można traktować te popularne i trafiające do nastolatków książki jako badanie socjologiczne z elementem nauki języka. Kto lubi, jeszcze lepiej, to swoiste guilty pleasure! Mnie Igrzyska śmierci czytało się wyśmienicie, wchodziły zaskakująco dobrze, ale można trafić na coś pokroju Rywalek Keiry Cass, co niekoniecznie będzie się wszystkim podobać...



Books by John Green


A może inteligentny, obyczajowy wyciskacz łez dla młodocianych geeków? Looking for Alaska jest u mnie póki co na pierwszym miejscu, ale The Fault in Our Stars i Paper Towns też czytało się fantastycznie. Prosty język, dużo dialogów, popkulturalnych nawiązań i myślących dzieciaków w rolach bohaterów. Bardzo polecam!


Books by Rainbow Rowell

Na tym nie koniec młodzieżówek, mam w zanadrzu jeszcze jedną autorkę, którą czyta się wyśmienicie w oryginale. Póki co nie mogę jeszcze się wypowiadać na temat najnowszej, Carry On, która jest pastiszem Harry'ego Pottera, ale jej główna inspiracja i poprzedniczka Fangirl to powieść jak dla mnie palce lizać. Do tego dochodzi jeszcze naprawdę przesympatyczna, nieobowiązująca i naprawdę prosta w czytaniu Eleanor & Park o nieśmiałym uczuciu szkolnym.


Bridget Jones's Diary by Helen Fielding


Wiecie, co jeszcze się fantastycznie czyta w oryginale? Tak, Bridget Jones! Jest zabawnie, jest zrozumiale, jest w miarę krótkich wpisach. Jedyna rzecz, z którą polski czytelnik może mieć większy problem, to brytyjski system wagowy, bo rzecz jasna Brytyjka obsesyjnie podaje swoją wagę, ale nie w kilogramach...


Books by Nick Hornby


Bardzo dobrze czyta się też Nicka Hornby'ego, gościa znanego przede wszystkim jako autora pierwowzoru tej komedii romantycznej z Hugh Grantem i młodym Nicholasem Houltem z 2002 roku Był sobie chłopiec. About a Boy to przeurocza, lekka lektura. Podobnie dobrze wspominam High Fidelity (Btw, po polsku film na podstawie Miłości w stereo to... Przeboje i podboje. Nie wiem, który przekład tytułu gorszy.) i mam w planach A Long Way Down, choć podobno film z zeszłego roku na podstawie książki średnio wyszedł.


Books by Jojo Moyes


Póki co czytałam tylko Me Before You, ale już mi się podoba. Przejrzysty styl, proste słownictwo, niegłupie historie, poważne tematy i zgrabnie zarysowane rodzące się uczucie. Książki Jojo Moyes powinny trafić w gust spragnionych nieco ambitniejszych romansów czytelniczek.


The Devil Wears Prada Lauren Weisberger


Książki o wielkiej modzie, wielkim mieście i upragnionej, ale trudnej pracy w prestiżowym miejscu koniecznie w Nowym Jorku to też przyjemne czytadła z lekkim językiem. Dla fanów gatunku polecam też J'adore New York i kolejne tomy z serii Isabelle Laflèche o młodej prawniczce, która podąża za głosem serca i miłością do mody.


The Hitchhiker's Guide to the Galaxy and other books by Douglas Adams 

Znajdzie się też trochę przyjemnego, prześmiesznego, klasycznego brytyjskiego s-f. The Hitchhiker's Guide to the Galaxy to fantastyczna książka i myślę, że jak najbardziej się nadaje dla umiarkowanych czytelników po angielsku - w szczególności polecam w postaci audiobooka czytanego przez Stephena Fry'a - a i kolejne części, The Restaurant at the End of the Universe czy Life. the Universe and Everything też trzymają formę i też można słuchać, ale czytane przez Martina Freemana. Douglas Adams napisał też tonę innych rzeczy, choć więcej nie słuchałam.


Books by Kazuo Ishiguro


Ciekawym i ambitnych wyborem czytelniczym jest Kazuo Ishiguro, piszący po angielsku Japończyk z interesującym repertuarem. The Remains of the Day to pisana klarownym, prostym i wyszukanie uprzejmym stylem powieść, w której widzimy świat z perspektywy rozliczającego się z życiem kamerdynera starej daty. Nieoczywista Never let me go z kolei zaczyna się jako obyczajowa powieść w brytyjskiej szkole z internatem, ale wkrótce wchodzi wręcz w teren antyutopii i s-f, by zadać czytelnikowi trudne i aktualne pytania moralne.


Tutaj moja lista się kończy, ale można polecać dalej. Osobiście nie czytałam Pratchetta w oryginale (jeszcze!), ale Ryba gorąco poleca Reapermana, czyli Kosiarza. Można też zagłębić się w powieści starsze, może Agathę Christie, albo jeszcze dalej, Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde Roberta Louisa Stevensona, Draculę Brama Stokera, powieści Jane Austen (niektórym właśnie lepiej podchodzi na początek niż powieści współczesne) i tak dalej, i tak dalej. Macie swoje propozycje albo polemizowalibyście? Zachęcam do dyskusji w komentarzach i przede wszystkim zapraszam do wydarzenia W 2017 będę czytać po angielsku

Trzymam kciuki!