Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

poniedziałek, 19 września 2016

W TERENIE: Pierwsza edycja Silent Reading Party w Krakowie. Było wspaniale!


Na miejscu byłam pół godziny przed czasem, lekko zdenerwowana, zaopatrzona w aparat, Miasto śniących książek Moersa i dwie zapasowe lampki biurkowe. W dużej mierze nieść pomagał Ryba (ten od rzeczy), który dość osobiście odebrał mój poprzedni wpis i dla siebie wziął An Abundance of Katherines Johna Greena. Witając pierwsze znajome twarze, zeszliśmy do podziemi, gdzie dzień wcześniej pomagałam rozplanować stoły i oświetlenie. 


Ścieżka dźwiękowa do czytania została zawczasu przygotowana - pięć godzin tak zwanego "plumkania", czyli elektronicznych, monotonnych utworów w mocno marzycielskim klimacie, przemieszanego z delikatnymi instrumentalnymi coverami, Pink Floydami i kawałkami zawczasu poleconymi przez uczestników. Nie było większych problemów z załadowaniem playlisty, więc już przed czwartą w niedzielę 18 września z głośników popłynęły dźwięki, które miały akompaniować czytaniu w ciszy przez dwie godziny. Tymczasem do dwóch podziemnych sal napływali nieśmiało pierwsi goście, których nie nadążałam witać osobiście, jak planowałam.


Od czwartej jednak było jeszcze pół godziny buforu dla spóźnialskich, tych zaopatrujących się w kawę, herbatę, słodkości czy przekąski, a także dla samej przyjemności pochodzenia po tej uroczej księgarni i kawiarni położonej ledwie kilka kroków od Wawelu, przyjrzeniu się zbiorom na półkach i kupieniu książki, jeśli ktoś miał na to ochotę. Dla siebie wypatrzyłam Dzienniki japońskie Piotra Milewskiego, bo książek o Japonii nigdy nie jest zbyt wiele. Tuż przed wydarzeniem Bona ogłosiła, że dla czytających w ciszy podczas wydarzenia zagwarantowane jest 15% zniżki na asortyment księgarni - przemiły gest!


O 16:29 wstałam z mojego miejsca i ogłosiłam ciszę, stanowczo szarpiąc za sznur z dzwoneczkami. Od tego momentu nastały dwie godziny czytelniczego raju dla introwertyków: około dwadzieścia pięć moli książkowych pilnie siedziało z nosami w swoich lekturach, popijając z filiżanek, śledząc linijki i przekładając w milczeniu kartki.


Do momentu, aż na dół wparowała dziarska pani w okularach, uzbrojona w dyktafon z mikrofonem kosmatym niczym tribble ze Star Treka. Półgłosem dyskutowała w najlepsze z dziewczyną z obsługi Bony, która po chwili szybkim gestem przywołała mnie do rozmowy. Wspięłyśmy się na górę, by nie przeszkadzać czytającym, a na górze zostałam przepytana przez, jak się okazało, dziennikarkę z niemieckiego radia w Kolonii. Kobietę tak wzruszyła ta bezinteresowna inicjatywa, że aż po nagraniu materiału mnie przyściskała. Nie spodziewałam się aż tak cudownej reakcji!


Dalsze czytanie przebiegło bez żadnych przerw aż do drugiego sygnału w postaci dzwoneczków, którym zakończyłam ciszę. To jednak nie zakończyło natychmiast spotkania! Jeszcze dłuższą chwilę siedziałam z uczestnikami, nadrabiając zaległości ze znajomymi i poznając nowych, fantastycznie ciepłych ludzi. Na sam niemal koniec ustaliliśmy z Boną, że Silent Reading Party powinno się powtórzyć - i to nie raz! Planujemy cykliczne, co miesięczne imprezy, więc wypatrujcie pilnie kolejnych ogłoszeń! Łapcie link to oryginalnego wydarzenia, tu będę dawać znać o nowym: klik!


Na zakończenie chciałam bardzo gorąco podziękować przede wszystkim panu Janowi za piękną współpracę oraz całej obsłudze Bony, która wspomagała czytających podczas wydarzenia. Dziękuję wszystkim uczestnikom, którzy zjawili się z książkami w podziemiach mimo deszczu, szczególnie Rybiemu pomocnikowi, znajomym ze stron wszelakich, niespokrewnionej Rybce, która pisze o filmach na Dobry film, zły film, Nai, która prowadzi bloga książkowego o mocno czeskim profilu - Literackie skarby świata całego, Malicie - wreszcie poznałam ją na żywo! - co czyta, Marcie prowadzącej przytulnego bloga Cuddle up with a good book, a także podróżniczce Joannie, znanej z bloga The Blond Travels

Zapraszam na kolejne spotkania z książką w ciszy! A jeśli nie jesteście z Krakowa i nie po drodze Wam Kanonicza, może sami spróbujecie zorganizować coś takiego w swoim mieście? :)


środa, 14 września 2016

SILENT READING PARTY: którą książkę wybrać?


Silent Reading Party w Bonie już za cztery dni - w tę niedzielę będziecie mogli mnie znaleźć w księgarni na Kanoniczej w Krakowie, gdzie o 16:00 rozpoczniemy polowanie na najwygodniejsze miejsce na wspólne ciche czytanie! Już zaopatrzyłam się w dzwoneczki, którymi będę sygnalizować początek i koniec ciszy. Jednak nie wszystko jeszcze jest gotowe.

Może to zabrzmi tak samo trywialnie, jak westchnienie kobiety stojącej przed wypchaną po brzegi szafą, ale mnie i być może innych książkofilów czeka nie lada dylemat: co czytać?

Na moim regale z książkami mam całe stosy pozycji czekających wytrwale na swój moment. Miniaturzystkę Jessie Burton, o której opowiadałam na antenie radia, już dawno skończyłam. Z wolna zmierzam również do końca powieści Jak każe obyczaj Edith Wharton, którą niedawno dostałam od wydawnictwa MG. Już się szykuję to wpisów na ich temat, ale na niedzielę już napocznę coś zupełnie nowego. Myślę jednak, że nie tylko nie może się przydać taki poradnik:

Jak wybrać następną książkę?


1) Postawić na różnorodność!


Po dwóch powieściach epokowych i statecznie obyczajowych, przydałaby się jakaś odskocznia od pięknych sukien, obrazów w zdobnych ramach, rozpalonych kominków i starych kamienic. Może pora zajrzeć do na wskroś współczesnej duszy amerykańskiego nastolatka i wybrać Johna Greena An Abundance of Katherines?

2) Pójść za ciosem!


A może właśnie postąpić na odwrót i jeszcze bardziej zanurzyć się w powieści historycznej? Poza tym już od tak dawna zwlekam z czytaniem jakże rozkosznie ciężkiego w dłoni Rękopisu znalezionego w Saragossie Potockiego.

3) Przeczytać pierwszą stronę!


Nie ma co jednak zatrzymywać się przy samych rozważaniach odnośnie tematyki i gatunku. Przecież czasem wystarczy tylko otworzyć książkę i zatrzymać się na pierwszych zdaniach, wypróbować język prozy i sprawdzić, czy człowiek zapada w niego tak lekko i przyjemnie, jak chociażby w Sońkę Karpowicza?...

4) Trzymać się zobowiązań!


Czytelnik czasem ma swoje obietnice, postanowienia, listy i wyzwania. Zwłaszcza wyzwania same się nie wypełnią, a przecież nie zostało tak dużo czasu do końca roku. Może czas zabrać się za Morfinę Twardocha?

5) Wylosować na ślepo!


Taka metoda też funkcjonuje - niektórzy nawet tworzą do tych losowań specjalne słoiczki i wrzucają do nich karteczki z tytułami, by potem wylosować kolejny tytuł do czytania. Można też prześledzić niespiesznie półki z książkami, znaleźć okładkę, która wpada w oko. Dotknąć opuszkami palców i sprawdzić, czy cię wzywa. Mnie tak wzywa On Zośki Papużanki.

6) Dostosować do samopoczucia!


Można też książkę wybrać tak, jak ubranie - na co masz dziś ochotę? W czym czułabyś się dobrze? Po przypomnieniu sobie Ligi niezwykłych dżentelmenów mam smak na więcej steampunku, a Lewiatan Scotta Westerfielda czeka na półce już zdecydowanie zbyt długo...

7) Dopasować do pogody!


W weekend ma się zrobić chłodniej i piękne słońce ma ustąpić opadom. Skoro zapowiada się plucha, nastroje parasolowe i ponura zapowiedź jesieni, najbardziej chyba ciągnie mnie do Miasta Śniących Książek Waltera Moersa i parującego kubka z gorącą herbatą!

A Wy jak wybieracie kolejną lekturę? :)

niedziela, 11 września 2016

KOMIKS: Moore'a literacka zabawa steampunkiem. Liga niezwykłych dżentelmenów




 Po tym, jak nakręcono film, Alan Moore był tak niezadowolony z Hollywood, że poprzysiągł już nigdy nie obejrzeć pełnometrażowego dzieła na postawie jego komiksu, a potem wycofał swoje nazwisko z produkowanych później V for Vendetta i Watchmenów.

Film jest tak słaby, że zgrzyta w zębach i uwłacza mózgowi widza. Tu można zobaczyć na własne oczy.

Nie oglądajcie filmu.

Liga niezwykłych dżentelmenów to komiks kultowy dla wielbicieli steampunku. Sama niesamowicie przepadam za steampunkową estetyką, więc gdy zajrzałam kiedyś do krakowskiej Arteteki i znalazłam oryginalne wydanie pierwszego tomu, zagarnęłam je czym prędzej pod pachę i pochłonęłam w tramwajach, emocjonując się kolejnymi rozpoznanymi nawiązaniami literackimi.



Bo Liga... to też uczta dla mola książkowego i anglofila. Każda postać, jaką spotykamy, oparta jest na prawdziwym bohaterze z literatury dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej. Jako że akcja fabuły osadzona jest w 1898 roku alternatywnej wersji historii, nietrudno zgadnąć, że Campion Bond ma coś wspólnego z Jamesem Bondem, zachwycić się fantastyczną Miną Murray z Draculi, która ma w sobie tyle charyzmy, że zbiera całą drużynę posiadających nadnaturalne zdolności i umiejętności ludzi, pożerać oczami niesamowitego kapitana Nemo i jego nieziemski statek, przyklasnąć na pojawienie się Dr Jekylla, Ishmaela z Moby Dicka, wellsowskiego niewidzialnego człowieka i innych łatwo rozpoznawalnych indywiduów.



Żeby jednak w pełni docenić ogrom pracy, wiedzy i wyobraźni, jakie włożył Moore w powstanie komiksu, trzeba albo być specjalistą w angielskich groszowych brukowcach z XIX wieku, albo dzielić uwagę między komiksem a Wikipedią. Gdyby nie Wikipedia, nie wiedziałabym na przykład, że Rosa Coote z komiksu to stereotypowa domina z wielu wiktoriańskich dziełek natury erotycznej, a Dr Fu Manchu po raz pierwszy pojawił się w powieściach Saxa Rohmera z początku dwudziestego wieku, by potem stać się archetypicznym azjatyckim inteligentem z charakterystycznymi wąsami, stojącym za zorganizowaną grupą przestępczą.

Można też upolować drugi tom i przejrzeć Almanach, który zawiera aż 46 stron materiału pomocniczego, dzięki czemu odkrywa się przed nami rozmach tego niewiarygodnego świata, całej mitologii powstałej z inspiracji literaturą. Brawurowa historia z komiksach okazuje się tylko małym ułamkiem tego, co się dzieje w tym uniwersum zamieszkałym przez całą stworzoną przez człowieka fikcję.



Sama kreska jest przerysowana, śmiała i zachwycająca detalem. Projekty postaci zapadają w pamięć, a design maszyn - statku kapitana Nemo czy smoczego zeppelina - powalają szczegółem i pięknem. Gorsety i fryzury kobiet, eleganckie stroje mężczyzn i stylowe gadżety cieszą oko. Do tego kolorystyka, według mnie, zdecydowanie stoi wyżej niż w innych komiksach Moore'a, które znam.

Sama fabuła jest cudownie awanturnicza i klasyczna - mamy tajne zlecenie rządowe i klasyczny motyw zbierania drużyny, który sam jest dużą przygodą. Potem jednak sprawy się komplikują i zadanie, jakie stoi przed bohaterami, niekoniecznie może służyć dobru społeczeństwa. Kto jest podwójnym agentem? Kto tak naprawdę zlecił zebranie Ligi? Kim jest tajemniczy M.? Kto na tym najbardziej zyska?



Na zakończenie tomu dostajemy zbiór dodatkowych materiałów: zabawne minikomiksy, wyśmiewające tak poważnych i dramatycznych bohaterów, łamigłówki, kolorowanki (ta z Dorianem Grayem i barwami określonymi jako: błękit oka pedofila, sjena w odcieniu zgniłego owocu czy paznokciowa szarość jest mim faworytem). Do tego wszystkiego dołączono naprawdę długą historię Alana Quatermaina, tłumaczącą jego stan na początku komiksu, spisaną autentycznie brzmiącym językiem dziewiętnastowiecznym w postaci regularnego opowiadania i okraszoną pysznymi ilustracjami.

Jeśli gdzieś kiedyś uda Wam się gdzieś dopaść tom drugi, dacie mi znać?:)

The League of Extraordinary Gentlemen, Volume I

Alan Moore & Kevin O'Neill

America's Best Comics, 1999
komiks, steampunk, fantastyka
Odczucia: ★★★★/★★★★★

______________________________________


środa, 7 września 2016

Jeśli wyginą pszczoły... Norweska przypowieść o ludziach i naturze


Skóra na palcach już się pomarszczyła od obierania jabłek. W garze bulgoczą skrojone złociste papierówki. Trzeba je ciągle mieszać grubą, drewnianą łyżką, żeby nie przywarły. Ale i tak ciągle przywierają, a po tym, jak je już nałożyłam do słoików, trzeba skrobać garnek z całych sił.

Historia pszczół bardzo boleśnie uświadamia, że bez tych małych, pracowitych stworzeń nie byłoby tych złocistych jabłek i tych słodkich przetworów.

Ta norweska powieść jest mocno specyficzną, nietypową powieścią jak na tak modne od kilku lat antyutopie. Tak właściwie to wykorzystuje ten trend, by opowiedzieć bardzo prawdopodobną i nieprzyjemnie realistyczną historię o tym, jak wyginięcie jednego gatunku może doprowadzić ludzkość do zahamowania rozwoju, żeby nie powiedzieć na skraj ubóstwa i upadku. Uświadomić, że zmiany w ekosystemach dzieją się już teraz, że przedstawiona w powieści historia naprawdę może się wydarzyć. CCD, czyli masowe ginięcie pszczół, obserwuje się już od ponad dziesięciu lat. To realne zagrożenie.

Lunde zaczyna swoją historię od mocnego uderzenia. Już od pierwszych stron pokazuje nam smutny los ludzkości w 2098 roku: cofnięcie w rozwoju, opuszczenie miast, powszechne niedożywienie, ciężka i bardzo żmudna praca przy zapylaniu upraw. A i tak oglądamy świat z perspektywy Tao, młodej chińskiej kobiety, która ma relatywnie lepsze życie niż chociażby Europejczycy czy Amerykanie. Serce ściska się, gdy czytamy o dotkliwych, powszechnych skutkach, jakie miało całkowite wyginięcie pszczół.



Równolegle obserwujemy dwie inne historie, które pozornie nie łączy nic prócz tematu latających owadów: niedoszłego angielskiego przyrodnika Williama z 1857 roku i amerykańskiego właściciela profesjonalnej pasieki George'a z 2007. Te trzy opowieści prowadzone są niespiesznie, spokojnie i z precyzją i skupieniem. Przyglądamy się pracy George'a, jego tradycyjnym metodom przekazanym przez przodków, konfrontacja z nowoczesnym stylem życia - syn pszczelarza nie chce przejąć interesuj starzejącego się ojca, woli zostać na uczelni i zająć się pracą naukową. Poznajemy z bliska tragedię wielodzietnej rodziny Williama w czasach, gdy to mężczyzna jest jedyną szansą na zarobek i utrzymanie - w i tak ubogim domu kupca brakuje jedzenia i pieniędzy, bo ojciec leży od dłuższego czasu w łóżku, pogrążony w głębokiej depresji. Dopiero z czasem rozwija relacje ze swoimi dziećmi, które motywują go do działania - zaczyna projektować nowy typ ula i zapamiętuje się w tym bez reszty. Tao z przyszłości też ma swoje problemy; jej ukochany, trzyletni synek Wei-Wen nie wykazuje ponadprzeciętnej inteligencji, więc ma małe szanse na poprawę swojego losu. Tao nie może znieść myśli, że jej dziecko będzie w tak samo beznadziejnej sytuacji, jak ona i jej mąż Kuan, ciułający każdy grosz z nadzieją na pozwolenie na kolejne dziecko.

Może się wydawać, że Lunde trochę za bardzo rozwleka, nuży. Mnie to tempo odpowiadało, zgrywało się z metodyczną pracą pszczół, które zawsze były blisko człowieka, chronione, cenne, podziwiane. Powieść ma rozmach, zarówno jeśli chodzi o przestrzeń, jak i czas, przez co serwuje czytelnikowi imponującą dawkę dystansu do własnego życia. Przeplatające się historie nadawały potoczystej narracji większego dynamizmu, ale też dawały szansę na zastanowienie się: nad katastrofą ekologiczną, która może przemienić naszą rzeczywistość w dystopię, nad pięknem i cudem przyrody ukazane poprzez zwyczaje i życie pszczół, nad ludzkim obowiązkiem działania ku wspólnemu dobru, przede wszystkim nad skomplikowanymi relacjami między rodzicami a dziećmi.

To ostatnie nie dziwi, gdy dociera do nas, że autorka do tej pory pisała jedynie książki dla dzieci. Jej dojrzała, imponująca zgłębieniem tematu i przenikliwością w wysnuwaniu wniosków powieść urzeka podejściem zarówno do ludzi, jak i natury. Przypomina, że nie możemy żyć w oderwaniu od przyrody. Ona sobie poradzi bez człowieka, ale człowiek bez niej już nie.

Historia pszczół

Maja Lunde

Wydawnictwo Literackie, 2016
norweska, antyutopia, współczesna
Odczucia: ★★★/★★★★★

______________________________________

poniedziałek, 5 września 2016

W TERENIE: All we hear is radio Hadyna







Pomiędzy przedostatnim i ostatnim odcinkiem Stranger Things (TAK DOBRE!) w leniwą niedzielę napisał do mnie na Facebooku niejaki Jakub Śliwiński, pytając, czy nie wpadłabym następnego dnia, czyli dzisiaj, na audycję do Off Radia Kraków. Żeby opowiedzieć o Silent Reading Party, które organizuję.

Wow.

Nerwowe telefony do znajomych z pracy, szybkie roszady w grafiku i już mogłam potwierdzić, że jasne, chętnie się zjawię.

W ten sposób dziś o ósmej rano przemierzałam deszczowy, zapowiadający nieuchronnie nadchodzącą jesień Kraków, w drodze do budynku Radia Kraków. Trochę onieśmielona i zdenerwowana - podobnie jak przed rozmową o pracę - wjechałam na górę i po chwili trafiłam na wygodną kanapę. Po chwili pojawiła się też przemiła dziewczyna, która wywołała radiowca ze studia.

Muszę przyznać, że to pierwsze zetknięcie z radiem, pewny uścisk dłoni Kuby, przyjemna pieczara z olbrzymimi mikrofonami i przyjemny, poranny chill lecących z głośników - było szalenie fascynujące. Rzecz jasna moje ręce musiały trochę drżeć przy mówieniu na antenie, ale prowadzący okazał się być megaprzyjaznym, pozytywnym człowiekiem, który umiejętnie mnie zagadywał, żeby rozładować to napięcie.

Opowiedziałam o tym, jak trafiłam na artykuły o Silent Reading Parties urządzanych w USA, o tym, jak rzuciłam pomysł innym blogerom i jak udało mi się dogadać z Księgarnią Bona, żeby wreszcie takie coś zorganizować też u nas. Musiałam też opowiedzieć, czemu Rozkminy to fajne miejsce w sieci, które warto odwiedzić, a do tego polecić jakąś lekturę dla słuchaczy na ten deszczowy poniedziałek:)

Wychodząc z radia czułam się - co dość zrozumiałe - zadziwiająco normalnie, ale i przepełniało mnie szczęście i duma, które pozostało do tej pory. W końcu mogę się dzielić i zarażać moją pasją z innymi!

PS Niestety nie mam nagrania, ale na fanpage'u Off Radia Kraków macie dowód, że to naprawdę miało miejsce;>



piątek, 2 września 2016

Europejska gawęda nienawiści. Pani Furia


Nie dajcie się zwieźć opisowi tej książki, który znajdziecie na stronach internetowych i odwrocie powieści. Może zniechęcić pretensjonalnością. Przez ten opis długo obwąchiwałam Panią Furię na odległość, odwlekając czytanie. Dopiero po skończeniu ostatniej strony zrozumiałam, że każde zdanie, które się znajduje na odwrocie książki, mocno trywializuje przedstawione z mocą i przekonaniem wątki. Siląc się na parafrazę, zarysowuje wykrzywiony i przez to chybiony obraz tego, co znajdziemy w środku.

Pani Furia ma rozmach i już po kilku stronach wciąga w wir bardzo konkretnych, namacalnych i niesamowicie przekonująco opisanych realiów kongijskiej rodziny, która migruje z rodzinnej Kinszasy do Francji. Ojciec Eddy, gawędziarz i kobieciarz, tracąc korzenie pod stopami gubi gdzieś po drodze fantazję i dowcip. Leniwa matka Mrówka zakochuje się w lecącej w telewizji Dynastii i innych serialach. Próbuje się wybielić kremami i upodobnić nieokiełznane czarne loki do fryzur białych kobiet, zaniedbując i odrzucając wszystko, co dała jej natura. Na Alię (nazwaną tak na cześć Muhammada Aliego), jedyną odpowiedzialną, spada obowiązek prac domowych i wychowywania rodzeństwa. Jedynie matka (właściwie ciotka) Issa próbuje jej coś wbić do głowy  i zagonić do nauki. Jednak feministyczne zasady i duma z korzeni nie przemawia do praktycznej dziewczyny, która woli ubierać się jak chłopak i boksować w lokalnym klubie, żeby zyskać szacunek na dzielnicy. Afrykańska rodzina pod wpływem niechętnego środowiska, braku perspektyw i tęsknoty za domem popada w patologię i ulega powolnemu rozpadowi. Na przestrzeni lat, obserwując dorastającą Alię, śledzimy paralelę pomiędzy rodziną, związkami i pracą Alii.

Powieść nie spełnia żadnych oczekiwań, burzy je i buduje na nowo skomplikowaną, w zamierzeniach niemalże totalną powieść o emigrantach na obczyźnie, wrodzonym rasizmie, wielokulturowości, kolonializmie i jego następstwach, losie kobiet, kulturze gwałtu i męskich podbojów, korupcji służb publicznych i o walce. Przede wszystkim o ciągłej walce. Jeśli jednak za bardzo poddamy się gwałtownym uczuciom, które kipią pod skórą, jeśli zapamiętamy się w gniewie i agresji, czeka nas osamotnienie i upadek.


Pomimo przemyślanej fabuły, konsekwencji i zgrabnego spięcia kompozycyjnego, pomimo widocznego i godnego podziwu przygotowania do tej powieści (Plebanek zanurzyła się głęboko w afrykańskiej literaturze mówionej, konsultowała się ze znajomymi i autorytetami, nawet brała udział w patrolach policyjnych), czegoś zabrakło. Rozumiemy założenia całości, jesteśmy zaangażowani w historię, ale uwiera powierzchownie potraktowany wątek gawędziarstwa, brakuje głębszego zastanowienia nad przynależnością i tożsamością rodziny, przekabacenie Alii i końcówka przychodzi zbyt szybko.

Podobał mi się język powieści, wciągający, sugestywny, pozbawiony sztywnej pretensjonalności. W szczególności zwróciłam uwagę na to, jak trafnie pokazana jest kongijska dusza po polsku, jak niektóre polskie idiomy zostały okraszone cudzysłowami polskich bohaterów, którzy przecież mówią w innym języku. Jak Mariusz próbuje wytłumaczyć naprędce Alii, co to znaczy "do wesela się zagoi", a potem macha na to ręką, jak często zostawia ją w samochodzie, zostawiając włączony na cały regulator polski hip hop.

To moja pierwsza styczność z autorką, więc czytając swego rodzaju bildungsroman napisaną z perspektywy czarnoskórej bohaterki i widząc polskie nazwisko na okładce czułam pewien dysonans. Trzeba wiedzieć troszczę więcej o Plebanek, żeby zrozumieć ten wybór: mieszka w Brukseli, otoczona jest międzynarodowym, inspirującym towarzystwem.

W miarę czytania docenia się polskie akcenty w powieści, wydarzenia historyczne i możliwość spojrzenia na Polaków z dala od ojczyzny z perspektywy innego imigranta. według mnie to wyjątkowo trafiony zabieg. Szczególnie przemawia do nas dystans, gdy Alia próbuje zrozumieć, dlaczego jej koleżanka Marzena ją opuściła i wróciła do swojego kraju. Słyszy o zmianach politycznych z 1989. Potem tłumaczy sobie, że tak samo jak ona nie rozumie, co się dzieje w Polsce, tak jej polscy znajomi nie znają się na czarnych aktywistach, których imiona Alia zna na pamięć.

Ale jednak dodawania przypisu, by wyjaśnić, kim jest Martin Luther King, redakcja mogła sobie darować.


Pani Furia

Grażyna Plebanek

Znak, 2016 (premiera 31 sierpnia)
polska, obyczajowa, współczesna
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Współpraca!

środa, 31 sierpnia 2016

NOWINY HADYNY: sierpień 2016



Ostatni dzień lata, więc czas na nowiny, a największą nowiną jest wydarzenie, które udało mi się dogadać z krakowską Księgarnią Bona - Silent Reading Party, o którym pisałam w lipcu na facebooku, odbędzie się już za niecałe trzy tygodnie!

O co chodzi? To pierwsza w Polsce impreza, podczas której mole książkowe zbiorą się razem, by zaszyć się w wygodnych siedzeniach i w spokoju i ciszy po prostu sobie poczytać. Dokładnie tak! Chcecie wiedzieć więcej? Klik na stronę wydarzenia na facebooku, podlinkowaną powyżej! Wszyscy z Krakowa i okolic - wpadajcie w niedzielę 18 września na 16:00 na Kanoniczą!

Ale to będzie się jeszcze działo i na pewno nie raz wspomnę o SRP - na pewno możecie spodziewać się relacji! - ale teraz wróćmy do sierpnia. Co u mnie?


Podczas poprzednich nowin pojawiły się głosy, że nie piszę o książkach. O to właśnie w tym cyklu chodziło, żeby skomentować pokrótce to, co się dzieje pozaksiązkowo, ale mogę zrobić krótkie podsumowanie. Oto, co czytałam:


O Harrym napisałam od razu, jak przeczytałam, Panią Furię dopiero dziś skończyłam, a o Historii pszczół możecie się już wkrótce spodziewać na blogu:) Co oglądałam?

Gravity Falls (2012-2016)



Trochę się wzbraniałam przed tym serialem, ale niepotrzebnie. To fantastyczna jazda bez trzymanki z cudownym, absurdalnym humorem, milionem odniesień do popkultury, genialnymi postaciami, których trudno nie pokochać, starannie zaplanowaną i wyważoną fabułą, całą dodatkową warstwą w ukrytych zaszyfrowanych kodach i niejasnymi dla tych, co oglądają pierwszy raz, mrugnięciami odnośnie rozwiązania niektórych zagadek. Zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy tego lata.

Suicide Squad (2016)



Zaraz po najlepszym odkryciu tego lata, największa porażka. Wielkie oczekiwania i spora klapa, choć nie całkowita. Harley Quinn i Deadshot ratują rozłażącą się w szwach całość, choć nie też nie mają zbyt sensownie i przekonująco napisanych postaci. Jak przyznałam się na facebooku, przepadłam dla świata z powodu przeuroczej Margot Robbie. Joker ma szansę być wcale niezły, ale powycinano mu sceny i staje się mało zrozumiały, wręcz lekko niepotrzebny. Nie był to dobry film, choć nie aż tak koszmarny, jak Batman vs Superman (jak słyszałam). Przynajmniej nikt nikomu nie właził z miłości w butach do wanny.

Dredd (2012)



Powtórzyłam sobie też starego dobrego sędziego w najlepszym wydaniu (bo dopiero teraz się zorientowałam, że pod maską jest McCoy z nowych Star Treków!) i aż nabrałam chętki na komiksy, ale od czego zacząć? Film z 2012 aż wyje z bólu o sequel, to tak dobra rzecz. Wyśmienicie się ogląda.

Mr. Holmes (2015)


Kameralny i nastrojowy film, o którym przypomniała mi Mirabell swoim wpisem. Iana McKellen jest absolutnie ujmujący jako postarzały pan Holmes, a po czytaniu Historii pszczół pasieka detektywa wydawała się bliższa sercu. Opowieść o poruszającej przyjaźni miedzy starzejącym się geniuszem a dorastającym chłopcem, okraszona poszukiwaniu sensu i tożsamości w coraz bardziej dziurawej, starczej pamięci unika popadania w ckliwość. Głęboka refleksja, piękne zdjęcia i stylowa muzyka to dobre połączenie.

Flight of the Conchords (2007-2009)



Jak wspominałam we wpisie z lipca, musiałam wreszcie napocząć Flight of the Conchords. Członkowie wybitnie niszowego zespołu Jemaine i Bret (Brit?) są tak nieporadni i uroczy, ich manager Murray nie mieści się w kategoriach rozumienia normalnego człowieka, a jedyna (serio, JEDYNA) fanka to kompletnie stuknięta, napalona groupie. Ten dwusezonowy serial poraża specyficznym, niezgrabnym humorem prosto z Nowej Zelandii, karmi idealnie idiotycznym absurdem i imponuje ilością wpadających w ucho, prześmiesznych piosenek. Koniecznie przesłuchajcie chociaż tę u góry!

Lost Highway (1997)



Mam słabość do Lyncha. Co prawda wciąż planuję trzecie podejście do Twin Peaks, a Eraserhead to najbardziej porąbana rzecz, jaką w życiu widziałam, planuję docelowo obejrzeć wszystko, co nakręcił. Włączając Lost Highway nie wiedziałam, że ta historia to tak totalna, chora gra z widzem, soundtrack zbija z nóg (David Bowie, Lou Reed, Rammstein, Marylin Manson, Nine Inch Nails, The Smashing Pumpkins - serio, wow), w środku filmu natykamy się na scenę porno z Mansonem i gościem z Rammsteina, a jeszcze długo po filmie siedzi się i rozkminia, o co mogło chodzić. Ale to sprytna pułapka, bo to nie ma kompletnie sensu! A może jednak ma?...

The Killing Joke (2016)



Na koniec kilka słów o klimatycznym komiksie Alana Moore'a o Batmanie i Jokerze, a także jego niedawnej animowanej ekranizacji. Film oglądałam na świeżo po przeczytaniu oryginału, ale z powodu pewnego Ryby zaczynając od momentu, gdy zaczynają się wydarzenia z komiksu. Czyli bez pierwszych dwudziestuparu minut (to dlatego, że ponoć są tam jakieś niepotrzebne bzdury o Batgirl). Komiks jest niesamowity. Robią się od niego ciary, a niektóre kadry zostają na sługo w pamięci. Historia jest dość prosta, ale przedstawiona w mistrzowski sposób. Film zaś jest mocno przeciętny, animacja taka sobie, w krótkiej scenie z karuzelą wręcz tragiczna, gdyby nie fabuła i dialogi (wzięte z oryginału), no i przede wszystkim głosy aktorów (Mark Hamill nie tylko może popisać się swoim histerycznym śmiechem szaleńca, ale nawet kawałkiem musicalowym), byłoby to mierne. Zmarnowana szansa.

To wszystko na dziś. Nie zapomnijcie być 18 września w Krakowie i zajrzeć do Bony!;)


niedziela, 28 sierpnia 2016

Dziwne jest to życie. Nastoletni angst, muzyka indie i efekt motyla

Źródło

Gdy jest się nastolatkiem, wszystko wydaje się intensywniejsze, bardziej namacalne, niezniszczalne, wieczne. Wydaje się, że przyjaźnie zawiera się na zawsze; że ta paczka, z którą się trzymamy, będzie z nami aż do grobu. Czas nie pędzi aż tak do przodu, szuka się odpowiedzi i zagląda w głąb, próbując zrozumieć, kim się jest.

Jedno, o czym zazwyczaj myśli się najmniej, to to, że nasze wybory mogą wpłynąć na całe późniejsze życie. Chyba że znienacka zostanie się obdarzonym możliwością cofania czasu o kilka minut w tył...

Life is Strange to wycieczka wgłąb nastoletniej psychiki, psychologiczny eksperyment z elementem intrygi, tajemnicy, czasem thrillera. W pierwszych minutach niewygodnie nam w ciele niezgrabnej, zagubionej na korytarzach Akademii Blackwell osiemnastolatki. Dziewczyna ma zamkniętą postawę, tonę angstu, mnóstwo wewnętrznych, często gorzkich przemyśleń, które dusi w środku, a do tego piękną pasję: fotografię. Do szkoły dostała się właśnie dzięki swojemu wybitnemu talentowi, jest szczęściarą, trafiła do klasy wielkiej sławy, popularnego fotografa z lat dziewięćdziesiątych. W dziewczynie czuć dużą wrażliwość artystyczną i dobre oko, ale coś ją gryzie, nie uważa na lekcjach.


Skąd się tego wszystkiego dowiadujemy już na samym początku rozgrywki? Gra prowadzi widokiem trzecioosobowym, ale kierujemy, podążamy i myślimy Max Caulfield. Słyszymy na głos jej wewnętrzne monologi, gdy tylko klikniemy na jakiś przedmiot wywołujący przemyślenia, dokonując wyborów, słyszymy, jak dziewczyna interpretuje swoje zachowania. Możemy zajrzeć do jej torby i wyjąć wypełniony bazgrołami, rysunkami i zdjęciami pamiętnik, a potem wyciągnąć komórkę i przeczytać smsa od znajomego, który bardzo chce się z nią umówić. Gdy znajdziemy coś interesującego, a czasem trzeba mocno szukać albo kombinować, mamy okazję zrobić zdjęcie oldschoolowym aparatem analogowym, z którym Max nigdy się nie rozstaje.

Czy jest to ciekawe? Mogłoby nie być, gdyby nie prolog, w którym musimy przeprowadzić Max przez tornado pod latarnię morską do miejsca, które wydaje się najbezpieczniejsze, podczas gdy wściekła wichura na naszych oczach niszczy rodzinne miasto dziewczyny. Udaje nam się to dzięki umiejętności cofania w czasie - gdy spada na nas drzewo, możemy cofnąć jego upadek i spokojnie przebiec. Potem znienacka budzimy się w sennej klasie na wykładzie, a nauczyciel wymaga od nas odpowiedzi na pytanie, przyłapując na nieuwadze.

Sen? Można by przyjąć, że tak, gdyby nie to, że zaledwie chwilę później udaje nam się uratować komuś życie dzięki tej samej umiejętności. A więc... prorocza wizja?...

Źrodło

Jak wspominałam kiedyś, gdy pisałam chociażby o grach z cyklu Phoenix Wright (tu i tu), nie będę się rozwodzić nad gameplayem i wymaganiami sprzętowymi, bo to nie mój konik. Bardziej skupiam się na historii, postaciach - o grach mogę pisać jako o przełożeniu opowiadania fabularnego z tekstu na komputer czy konsolę. 

Life is Strange to zdecydowanie wciągająca, fajnie opowiedziana i niezwykle nastrojowa historia, w której mniej zupełnie nie musimy myśleć o mechanice, która jest naturalna i intuicyjna, a w całości możemy poświęcić się prywatnemu śledztwu, rozwijaniu więzi z innymi, podążaniu za szansami na fotografie, czy wreszcie rozmyślaniom natury moralnej i psychologicznej - jak powinna zachować się Max? Czy ma nadużyć czyjegoś zaufania? Donieść dyrektorowi? Czy wolno jej grzebać w czyimś życiu, nawet jeśli to jej najbliżsi? Czy warto zmieniać przeszłość? Przede wszystkim zaś, wybrać dobro pojedynczej osoby, czy wszystkich? W którym momencie przyjaźń przeradza się w egoizm?


Te momenty, kiedy Max może po prostu usiąść i pomyśleć w spokoju - czy to na huśtawce, by pogrążyć się we wspomnieniach z dzieciństwa, czy na wysypisku śmieci, gdzie nachodzą myśli o przemijaniu - doceniam najbardziej. Bo po tym, jak myśli Max milkną, wciąż można siedzieć i myśleć, wsłuchując się w muzykę i przyglądając otoczeniu. Chyba najdłużej myślałam w pokoju przyjaciółki Max, Chloe - można było tak leżeć i leżeć, wsiąkając w spokojne nuty piosenki Lua Bright Eyes, światło poranka wsączało się przez flagę Stanów robiącą za zasłonkę, a dziewczyny wymieniały kilka słów, a potem milkły.

Leniwe, amerykańskie piosenki indie i delikatna gitara w tle, idealnie dobrana, dobra muzyka odzywająca się w ważniejszych momentach to zdecydowanie wielka zaleta. Przynajmniej jeśli lubicie takie klimaty, pewien osobnik narzekał, że znowu terroryzuję go bezpłciowym plumkaniem, ja tymczasem zasłuchiwałam się w soundtracku. Santa Monica Dream Agnua & Julii Stone, Mt. Washington Local Natives, To All Of You Syda Mattersa, do tego Alt-J, José González, Amanda Palmer, Mogwai... I moje ulubione, fenomenalne Spanish Sahara Foals! Do tej pory wracam do nastroju gry właśnie przez muzykę.


Trudno też nie pochwalić warstwy wizualnej. Nie jestem ekspertem, ale to, jak wyglądały postacie, zdemolowane korytarze akademika, ulice miasteczka w Oregonie, lasy i morze widziane ze wzgórza z latarnią robiły wrażenie. Rozświetlone pomarańczami miękkie światło wywołane zachodzącym słońcem to powtarzalny i piękny motyw. Ta gra jest po prostu śliczna. Wiadomo, nie umywa się chociażby do Wiedźmina 3, ale wciąż byłam zachwycona. Bywały drobne glitche, czasem usta postaci nie zgrywały się z dialogami (choć aktorzy podkładający głos robią świetną robotę!), wciąż z niektórych screenów z gry można spokojnie robić tapety.

Sama historia, jak już wspomniałam, wciąga i intryguje: mamy tam element paranormalne, niezrozumiałe, nienaturalne zjawiska, zabawy z czasem (trochę kontrowersyjne, bo wraz z cofaniem czasu nie wracamy do miejsca, którym byliśmy - wszystko się rusza w tył oprócz naszej postaci, co jest dość paradoksalne i nie do wszystkich przemówi - jak do np. Quaza), ale ważniejszą role odgrywa realne życie. Gdyby wyciąć zabawy z czasem, zostaje nam zgrabnie napisaną historię o odbudowywaniu przyjaźni i zaufania między dwoma charakternymi dziewczynami, element obyczajowości, problemów społecznych i ekologicznych, wątek kryminalny przechodzący w groźny thriller i mocno transową końcówkę. Nie jest to absolutny majstersztyk, ale przyjemnie podąża się za ciągiem dalszym historii i rzadko nudzi; można też eksplorować świat, wyszukując poukrywane niespodzianki. Wybory, które musimy podejmować, nie są łatwe ani czarno/białe, często bywa boleśnie i trudno. Kiedy dochodzi do ostatecznego wyboru, żadne wyjście nie jest dobre ani oczywiste.

Źródło


Silną stroną gry są też postaci. Przyjaciółka Max, Chloe, jest wręcz stworzona do cosplayów. Jej punkowo-rockowa, niedbała stylówa wiele mówi o jej charakterze, ale za pozą zbuntowanej nastolatki kryje się skrzywdzona, opuszczona dziewczyna, która łaknie bliskości. Stereotypowa bogata gwiazda z wianuszkiem koleżanek z fanclubu złośliwych dziewczyn, Victoria, tak naprawdę szuka akceptacji i kryje się za pozą. Zakochany w Max Warren i pączkujący romans to tylko dodatek do całej fabuły, ważniejsza jest przyjaźń, zaufanie i współpraca. To mądre dzieciaki, które szybko można polubić.

Life is Strange nie ma płci. To nie jest gra stricte dziewczyńska, nie jest też skierowana głównie do facetów. Pozostaje otwarta, choć w centrum pozostają silne postacie kobiece, a antagonistami okazują się głównie mężczyźni. Na końcu jednak walczymy głównie z czasem, nieuchronnością i naszym własnym zachowaniem.

Dla mnie zaletą też był stosunkowo krótki czas grania - ledwie kilkanaście godzin, przy jednym kilkugodzinnym posiedzeniu można było przerobić jeden rozdział, a jest ich pięć. Epizody tworzą zwartą całość, wydawane były w pewnych odstępach czasu. To ważne dla ludzi zapracowanych, którzy nie maja czasu na długie gry. Absolutnie nie uważam jednak czasu poświęconego na Life is Strange (a nie czytanie) za czas stracony! Chętnie wróciłabym do Arcadia Bay, do wysokich sosen i połyskującej w słońcu zatoki, przejść się wzdłuż torów i spojrzeć na wszystko ze wzgórza z latarnią w miękkim świetle chylącemu się ku zachodowi słońca.

Za polecenie gry dziękuję Pawłowi Opydo:) Btw, szykuje się ekranizacja w postaci serialu!

Źródło

Life is Strange

Square Enix, 2015
graficzna gra przygodowa
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 24 sierpnia 2016

A może Harry Potter? Czyli za dużo fan fiction


To bicie serca, gdy zaczęły chodzić słuchy o kolejnym Harrym.

To zastanowienie, gdy pojawiły się zdjęcia aktorów, gdy po chwili myślenia dochodziło się do wniosku, że całkiem niezły wybór. I czarna Hermiona - czemu nie. Draco z zarostem? Czy ja wiem...

Ta zazdrość, kiedy znajomi zaczęli wrzucać zdjęcia tego, jak czytają. 

Ta niecierpliwość, gdy pojawiały się kolejne recenzje. 

To podniecenie, gdy wreszcie miałam książkę w rękach, czcionka tak prędka pod roziskrzonym wzrokiem. To oni! To znowu oni, tacy jak kiedyś! Tak bliscy, tak znani! To samo uczucie, kiedy czytało się na kolanach przy łóżku, obgryzając paznokcie, ślęcząc do późna, pochłaniając kolejne strony, połykając rozdziały jeden za drugim. Oszołomienie, kiedy tom się kończył i nie było nic dalej, oprócz nagłego, dotkliwego braku.

Nie pamiętam, czy to był koniec podstawówki czy już gimnazjum. Leżałam chora w łóżku, prosiłam mamę o jakieś nowe czytadło, więc przyniosła mi z biblioteki książkę. "Bibliotekarka powiedziała, że na to teraz jest szał." Pierwszy tom Harry'ego przerobiłam w jeden dzień. Piątek. Mama miała wrócić do biblioteki dopiero w poniedziałek. Przewracałam się pod pierzyną z gorączką, snując w wyobraźni jakąś szaloną, marysuistyczną historię w Hogwarcie, błagałam o kolejny tom. Próbowałam nawet namówić mamę, żeby poszła w sobotę do księgarni, żeby było szybciej.

Po jakimś czasie wyszło szydło z worka, że Harry Potter to dzieło szatana, dzieciaki tam łamią zasady, są samolubne, za nic sobie mają autorytety, nie wspomina się o religii, nie przygotowuje się do życia w prawdziwym świecie, a niemagiczni są dyskryminowani. Nie mogłam mieć na półce moich własnych części cyklu. Nie doświadczyłam nocnego wyczekiwania w księgarniach. Mogłam jednak pożyczać od przyjaciółki. Czytałyśmy te jej książki na zmianę, po kilka razy każda, dodając komentarze, dopiski, rysunki, komiksy. Z czasem zaczęłyśmy dodawać daty, wytworzyły się całe rozmowy na kartkach. Bawiłyśmy się w kalambury na podstawie wyrywkowych fragmentów. Wreszcie w liceum poznałam forum Mirriel. Świat czarodziejów zawsze był blisko.

Który dom, gdybym się dostała? Ravenclaw.


Po tym długim i osobistym wstępie czas na część właściwą, czyli co mogę powiedzieć na temat The Cursed Child? Zacznijmy od wyjaśnienia oczywistego: jest to scenariusz dwuczęściowej sztuki odgrywanej od 30 lipca na londyńskim West Endzie, którą póki co widzieli tylko nieliczni. Rowling jest jedynie i aż współautorką tego tekstu, dzięki czemu dobrze znane nam postacie przerzucają się wypełnionymi rowlingowym, ciepłym humorem dialogami i (w miarę) pozostają w charakterze. Udostępnienie scenariusza jest według mnie bardziej chwytem marketingowym, by zachęcić większą publiczność do obejrzenia spektaklu, a także finansowym, bo nie kryjmy się, ale sprzedaż kolejnego Harry'ego to kura znosząca złote jaja.

Czy to dobra decyzja? Z jednej strony tak, bo miałam okazję wrócić do ukochanego świata choć na chwilę i dowiedzieć się, jak Rowling widzi dalsze losy Harry'ego, Rona, Hermiony i Draco oraz kolejnego pokolenia. Z drugiej strony, jak pisała Catus Geekus (świetna recenzja, ale uwaga, spojlery jak stąd do Hogsmeade), to produkt niepełny, który powinien komponować się z grą aktorską, efektami, muzyką, nastrojem. Być może sztuka zakrywa i nadrabia braki scenariusza, ale same dialogi i didaskalia obnażają miałkość fabuły i słabe, bolące fanów rozwiązania na poziomie słabego fanfiction.

Czy mi się podobało? Subiektywnie, przez okulary fanki, TAK, TAK BARDZO TAK!

Czy było dobre? Średnio. Było rozczarowujące. Do poziomu objawiającego się jęczeniem, wzdychaniem i pokrzykiwaniem: "NAPRAWDĘ?!" podczas czytania.

Innymi słowy, mam szalenie mieszane uczucia.


Postaram się uniknąć spojlerów - jeśli chcecie przeczytać komentującą wszystkie decyzje recenzję, Catus Geekus odwaliła kawał dobrej roboty i w większości się z nią zupełnie zgadzam. Wiadomo oczywiście, że mamy tu wizję po latach, dokładniej dziewiętnaście lat później. Pierwsza strona scenariusza wraca nas do nieszczęsnego i zupełnie niepotrzebnego epilogu ostatniej części cyklu, czyli do peronu, na którym spotyka się stara ekipa w wieku mamuśkowato-tatuśkowatym, tu komuś pojawia się łysina, tam brzuszek. Wszyscy mają bezpieczne posadki w ministerstwie czy innych lepsiejszych zawodach, teraz wyprawiają dzieci do szkoły. Do tego jeszcze poznajemy potomstwo skrzętnie sparowanych postaci, przede wszystkim zaś ich nieszczęsne imiona. Jak jeszcze Scorpius ma coś w sobie (w końcu ojciec ma imię od smoka, dziadek od szatana, więc czemu nie nazwać latorośl tak, jak jakiegoś drapieżnego pajęczaka), to Albus Severus brzmi jak wyrok śmierci.

Nie wiem, czy wiecie, że po tym epilogu obrodziło olbrzymią ilością twórczości fanów, parujących Scorpiusa i Albusa. No bo przecież Albus przeczuwał, że może dostać się do Slytherinu, Scorpius też pewnie się tam dostanie, więc będą together forever, kocięta, tęcze i jednorożce. Mam wrażenie, że Rowling potajemnie siedziała i czytała te wszystkie, i jeszcze inne fan ficki, przez co Cursed Child dostało czkawki, przywaliło niepotrzebnym fan servisem, ale na koniec dało figę z makiem jeśli chodzi o oczekiwania fanów.


Sama fabuła opiera się na tym, że znienacka wszyscy robią się niekompetentnymi idiotami. Harry po kilkunastu latach posiadania dzieci znienacka spotyka się z problemem wychowawczym (jakby nigdy wcześniej nie tworzył żadnych relacji ze swoją rodziną?), Ginny stoi w cieniu męża i w sumie nie ma żadnej ciekawej funkcji, Hermiona pomimo bajecznej pozycji w Ministerstwie popełnia niewybaczalne błędy, Ron zostaje zredukowany do zakochanego wesołka, jedynie Draco dostąpił rehabilitacji i robi się człowiekowi ciepło na sercu, gdy czyta co poniektóre teksty. Sam Albus, na którym się skupia cała historia, ma całkiem fajnie zbudowany i usprawiedliwiony charakter, ale nie jest fascynujący. Chyba najlepiej wyszedł na tym wszystkim Scorpius, choć bardziej przypomina syna Draco i Hermiony niż Draco i Astorii - rzuca wiedzą z książek jak z rękawa, bardziej pamięta wydarzenia z przeszłości rodziców przez pryzmat kart podręczników, jest mądrym, zabawnym, ironizującym, ludzkim chłopakiem, którego ma się ochotę przytulić. Aż dziwne, jakim cudem na dworze Malfoyów uchował się tak przyjazny młody człowiek z takim dystansem do siebie - choć rzecz jasna ma też swoje problemy.

Najgorszym fiaskiem jest jednak fabuła. Choć tempo jest szalone, i akcja pędzi jak na złamanie karku, choć zaskakuje wcześniej przygotowanymi i sprytnie zakamuflowanymi zwrotami akcji, to jednak łamie kilka obietnic, które składała Rowling, a do tego niszczy wewnętrzną spójność tego całkiem nieźle pomyślanego świata. Dostajemy odgrzewane i inaczej przystrojone kotlety i choć uwielbiamy te kotlety i bawią nas ich nowe odsłony, to jednak czujemy rozczarowanie. Pojawiają się rysy na wcześniej ustalonych zasadach. Końcówka zaś mnie osobiście załamała - główna tajemnica kryjąca się za tytułem książki jest żenująca, genialny pomysł wcale nie jest genialny, a kulminacja jest powtarzalna i smutna. Jak to wszystko miało prawo się udać? 



Chyba rozumiecie już moje odczucia (choć nie wszyscy takie mieli). A jak przeczytacie sami, możemy porozmawiać na privie. Jeśli nie - nieduża strata. Ale obejrzałabym tę sztukę. Gdyby tylko wypuścili ją w kinach na całym świecie, byłabym pierwsza do biletów. I na pewno pójdę obejrzeć przygody Newta Scamandera  jego fantastyczne zwierzęta, choć doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że o to w tym wszystkim przecież chodzi.

O to, żeby kasa się zgadzała.

Harry Potter and the Cursed Child

J.K. Rowling, John Tiffany & Jack Thorne

Little, Brown, 2016
angielska, fantastyka, humor
Odczucia: ★★★/★★★★★

sobota, 20 sierpnia 2016

Przistoyne i akuratne wiedźmie profecyje, czyli trudno o zabawniejszą apokalipsę


Jakbyście się kiedyś zastanawiali, jak koncertowo spartolić apokalipsę i totalnie zawalić zadanie wychowania Antychrysta na porządnego syna Szatana, polecam zjednoczone siły najlepszych brytyjskich autorów fantastycznych w postaci tej niepozornej, a mimo to kultowej powieści o bardzo długim tytule.

Jakbyście też chcieli sobie posiedzieć nad książką, która wspomoże waszą pracę nad mięśniami brzucha i ust, a do tego okazjonalnie zaskoczy siedzących w pobliżu ludzi przez wasze szaleńcze chichotanie i gromkie porykiwanie ze śmiechu, polecam tę samą pozycję. Obowiązkowo.


Anioł Azirafael (tu muszę coś wyjaśnić - używać będę tu imienia, którego według mnie powinni też użyć polscy tłumacze tej powieści, oprócz tego, że książkę tę po polsku ponoć bezwstydnie zarżnęli, ich anioł nazywa się Azirafal, co mnie kompletnie nie przekonuje; oryginalne imię Aziraphale miało według autorów nawiązywać do innych anielskich imion) strzegł niegdyś wschodniego wejścia do Raju, dzierżąc w dłoni płonący miecz, niestety z powodu niefortunnego poczucia litości na widok zziębniętych Adama i Ewy, przez które, jakby to powiedzieć, oddał swój oręż w niepowołane ręce, dostał parszywą placówkę na Ziemi i od niepamiętnych czasów przebywa w człowieczej formie, stając się zdecydowanie zbyt ludzki. Przy pierwszym spotkaniu zazwyczaj sprawiał wrażenie: po pierwsze, Brytyjczyka, po drugie, inteligenta, po trzecie, bardziej przegiętego niż branżowe drzewo, na którym bawią się trzy tuziny beztroskich małp.

Demon Czerwik (Myślicie, że to by było dobre tłumaczenie Crowleya? Um, chyba jednak nie. Dobre przetłumaczenie tej powieści to nie lada wyczyn.) to anioł, który choć nie upadł całkowicie, to jednak niewątpliwie niespiesznym krokiem zawędrował lekko w dół. Zakumplował się z Azirafaelem jeszcze w Raju, ale wtedy mówili na niego Czerw (org. Crawly). Ciemne włosy, niezłe kości policzkowe, świetny gust muzyczny, buty ze skóry węża - o ile to w ogóle to były buty - a do tego chłopak potrafił wyprawiać naprawdę niepokojące rzeczy z językiem. Czasem nawet, gdy się zapominał, miał tendencję do posykiwania. To on dostał za zadanie wprawić w ruch trybiki rozpoczynające apokalipsę. Wiecie, co robić. Rozkazy z góry. Czy raczej z dołu.

Rozkazy, z którymi tej dwójce jest trochę nie po drodze.


Chyba po prostu za długo czasu spędzili wśród ludzi i za bardzo pokochali ten świat, żeby tak po prostu przyczyniać się do jego końca. I po co tak w ogóle? Żeby Niebo i Piekło mogły się wreszcie przekonać, kto jest lepszy? No bez przesady.

Relacja tej dwójki jest absolutnie urocza. To stare dobre małżeństwo i śmiertelni wrogowie w jednym. Nic dziwnego, że od czasu wydania tej powieści w 1990 roku, czytelnicy pokochali tę parkę pełnych pozornych przeciwieństw, że aż trudno wybrać odpowiedni fanart do wpisu, jest ich tyle i są tak cudowne! Nawet YouTuberzy rozkminiają ten fenomen, aż boję się zajrzeć na fanfiction.net...

Wracając do powieści, Azirafael i Crowley to nie jedyni bohaterzy. Jak na książkę Pratchetta przystało, mamy tu całą galerię barwnych postaci, do których zaglądamy od czasu do czasu na chwilę, by pobawić się w zgadywanie, co się teraz w ogóle dzieje. I tak poznajemy czterech jeźdźców apokalipsy (Wojna jest korespondentką wojenną, Zaraza przerzucił się na zanieczyszczenie środowiska, Głód to lipny dietetyk-celebryta, a Śmierć... w sumie Śmierć jest podobny do tego ze Świata Dysku), ledwie odrośniętego od ziemi Antychrysta i jego niezawodną paczkę z podwórka, satanistyczne siostry, niedobitki Armii Wiedźmołapów, przodkinię autorki najdokładniejszych w historii ludzkości przepowiedni i Bogu ducha winnego chłopaka, który jednak nie był Antychrystem, ale dostał imię pachnące koncertem death metalowym i siarką.


Good Omens to powieść napisana piórem natchnionym, skrupulatnie i konsekwentnie pomyślana, zachwycająca absurdem i czarnym humorem, splotami okoliczności i niesamowitymi przypadkami, przede wszystkim zaś fantastycznym, iskrzącym się od żartów, zabaw słownych, pseudohistorycznej stylizacji i inteligentnych nawiązań (ten fragment o Bibliach!) językiem. Gdy już raz się wejdzie w rytm i zrozumie istotę tego charakterystycznego stylu, nie można się oderwać od tej wartko płynącej, nonsensownej historii poruszającej bardzo ważne tematy - eschatologię, etykę, religię, filozofię. Czym jest tak naprawdę człowieczeństwo i jakie są boskie plany? Czy ludzkości należy się przedłużenie wyroku na ziemi, skoro i tak sami zmierzają ku zagładzie? A może jesteśmy na tyle fascynujący ze swoją wolną wolą, że warto dać nam szansę? Czy można naginać wolę bożą, czy można w ogóle nią podążać, gdy nawet się jej nie zna, bo jest niepoznawalna w swej naturze? 


Pratchett i Gaiman znali się od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i w sumie sami wpadli na pomysł napisania razem książki. Dla Gaimana to był debiut, wtedy pracował nad Sandmanem i bardziej zajmował się komiksami niż pisarstwem. Pratchett mógł sobie pozwolić na przerwę od Świata Dysku, a ponieważ (jak sam kiedyś powiedział) był egoistyczną świnią, chciał zaklepać dla siebie te lepsze fragmenty. W efekcie napisał dwie trzecie powieści, choć pomysły obgadywali z Gaimanem przynajmniej raz dziennie przez telefon, a w efekcie tych sesji trudno stwierdzić, który pomysł był czyj. Do tego regularnie wymieniali się tekstem na dyskietkach, dopisując, przepisując, planując, aż naprawdę trudno rozpoznać autorstwo. Gaiman podobno wierzy, że powstanie z tego kiedyś film, Pratchett ponoć wyśmiewał takie pobożne życzenia. Od 2002 roku Terry Gilliam nosi się z pomysłem zrobienia pełnometrażówki, do tej pory nie znaleziono wystarczającego sponsora.

Moje wydanie, choć świeże, jest jeszcze sprzed śmierci Terry'ego. Patrząc na ich wspólne zdjęcie z Gaimanem na tylnej okładce, człowiekowi ściska się serce. Rhianna Pratchett, córka Pratchetta, założyła fundację zajmującą się fikcją jej ojca. Podobno Narrativia ma stworzyć produkcję telewizyjną na podstawie powieści.

Trzymam kciuki.


Good Omens: The Nice and Accurate Prophecies of Agnes Nutter, Witch

Neil Gaiman & Terry Pratchett

Harpertorch, 2006
angielska, fantastyka, humor
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

czwartek, 11 sierpnia 2016

Komu bił dzwon, komu drżała ziemia. Hemingway w Hiszpanii


For Whom the Bell Tolls

Ernest Hemingway

Vintage Scribner Library Books, 1961
amerykańska, wojenna, klasyka
Odczucia: ★★★/★★★★★

Trzymając tę książkę, miałam wrażenie, jakby się rozpadała w moich rękach. Na wskroś zniszczona, pożółkła, poobdzierana, powycierana, wysłużona staruszka z biblioteki. Pachniała wszystkim tym, co mole książkowe uwielbiają - zapachem starych stronic książek, które wiele lat przeleżały na półkach okładką w okładkę z innymi tomami, gładzonych setkami palców czytelników.
Sam tytuł odnosi czytającego do wspólnoty, do sfery uniwersalnej. John Donne, angielski poeta metafizyczny, pisał:  

"No man is an Iland, intire of it selfe; every man is a peece of the Continent, a part of the maine; if a Clod bee washed away by the Sea, Europe is the lesse, as well as if a Promontorie were, as well as if a Mannor of thy friends or of thine owne were; any mans death diminishes me, because I am involved in Mankinde; And therefore never send to know for whom the bell tolls; It tolls for thee."

Nikt nie jest samotną wyspą, każdy jest w jakiś sposób połączony z lądem. Nikt nie jest odrębnym istnieniem, jesteśmy kawałkami jednej układanki, czy może raczej mozaiki, jaką jest ludzkość. Dlatego nie ma co pytać, komu bije dzwon. Śmierć jednego człowieka przypomina ci o wspólnym losie wszystkich ludzi; ten dzwon bije też dla ciebie.

Robert Jordan jest typowym bohaterem hemingwayowskim. To młody mężczyzna, naznaczony przez przeszłość, okaleczony; inteligent, który zrezygnował z posady specjalisty od języka hiszpańskiego na uniwersytecie, by doświadczyć prawdziwej Hiszpanii w samym jej sercu. Jako partyzant podczas wojny cywilnej. Walcząc po stronie komunistów, wydaje się lekko oderwany od rzeczywistości, ale niesamowicie karny, rzetelny, bystry. Szybko wkrada się w łaski oddziału, z którym ma przeprowadzić ważną akcję zniszczenia pobliskiego mostu. Równie szybko zakochuje się w Marii, dziewczynie dotkliwie skrzywdzonej przez wojnę. Mimo pięknego romansu, który zakwita w obozie partyzanckim, a także strategicznie znaczącej misji, Robert wydaje się być niesiony z prądem, bezwolnie poddaje się losowi. 

Dialogi są oszczędne, jak to zazwyczaj bywa u papy Hemingwaya, ale w ciekawy sposób próbują oddać specyficzne brzmienie hiszpańskiego po angielsku. Ten zabieg jest zaiste fascynujący: w mowie partyzantów pełno archaizmów, przestarzałych struktur, celowych kalek językowych, hiszpańskich makaronizmów i tzw. "fałszywych przyjaciół". Z tego powodu rozmowy wydają się podniosłe, wyniesione na wyższy poziom, a proste przemyślenia Pilar brzmią jak wiedza tajemna. Widać przez to wpływ, jaki ma używanie obcego języka; namacalnie czuć barierę lingwistyczną i kulturową między Robertem a resztą bohaterów, co z kolei pociąga za sobą poczucie odmienności i odizolowania.


Minimalistyczny styl hemingwayowskiej prozy narzuca obrazowość, karze się domyślać, nie mówi niczego wprost. Między wierszami suchych wymian zdań i zwięzłych opisów musimy szukać sensu samodzielnie, rzadko dostajemy reminiscencje czy przemyślenia głównego bohatera. Pozwala nam to zastanowić się nad stronami konfliktu, pochylić nad absurdalną, niepotrzebną brutalnością i nienawiścią i zrozumieć, że ani faszyści, ani komuniści nie mają tak naprawdę racji, a raczej mają takie same racje, tylko każdy uważa, że jego jest lepsza. Po obu stronach szerzy się bigoteria i fałsz, a ideologią można łatwo żonglować. Ta wojna jest niepotrzebna, przelew krwi - na próżno, a misja Roberta bez sensu. Mimo to Robert wypełnia ją najlepiej, jak potrafi, choć wie, ile ludzkich żyć zmarnuje się na darmo. Razem z bohaterem zaczynamy się zastanawiać, co daje nam pozwolenie na odebranie drugiej osobie życia?

Wybawieniem wydaje się miłość, czysta, wyidealizowana miłość. Dla Marii i Roberta porusza się ziemia, a Pilar wyjaśnia, że dzieje się tak tylko trzy razy w życiu, więc ich uczucie jest wyjątkowe. Sama Pilar wspomina swoją byłą miłość, torreadora Finito, jako jedyną z niewielu istotnych rzeczy, które spotkała. Dzięki romantycznej miłości Robert odnajduje swoją drogę mimo rozczarowania ideologią republikan, dzięki niej również porzuca teorię na korzyść intuicji.

Z Dla kogo bije dzwon można wiele wyciągnąć; symbole, powtarzające się motywy, mnożące się przemyślenia. Końcówka przytłacza, zmusza do zamknięcia książki z głośnym "klap" i zamyśleniem się nad tym, co to wszystko miało znaczyć, czy miało sens.

Ale czy warto szukać sensu, skoro to wszystko zapiski straconego pokolenia?...