Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 12 listopada 2014

Gdy rzeczywistość traci kontakt z człowiekiem


Wojciech Kuczok
Widmokrąg


Kuczok porywa naszą rękę w parku, na ławce, łapie i nie puszcza, ręka nasza wpierw boli, odwraca się ze wstrętem, bo to brudne, żebrzące, paskudne, ale on trzyma, trzyma mocno i nie puszcza, pociąga lekko, pociąga mocniej, za rękę prowadzi, wodzi, przechodzi, wyprowadza, przepuszcza wreszcie, przepuszcza przez swoje wiry słowne, a my wolno, wolniutko głowę odwracamy, rękę wyciągamy, dłoń otwieramy, wraz z nim obracamy się, zwracamy, wtulamy, odnajdujemy w sobie dwugłos, maskę, gębę, macamy nasz bas, nasz marsz, naszą szafę, pewni jesteśmy, w kieszeni nam się pręży, woła, by zostawić tę rękę obcą, choć tak miłą, zostawić obcesowo, proszę pana, ja sobie nie życzę, tyle tego, gdzie to zdanie się kończy panie kochany, ja tu liczę skrzętnie przecinki i kropki nie widzę, a zdanie się ciągnie, ciągnie i przeciąga, i uwodzi, i zwodzi, i idziemy za nim jak pies, jak psiak za kością, który obgryza tę rękę, te palce wyciągnięte, wszystkie pożera łącznie z dłonią, i już zachłannie, już chce, już tak bardzo chce, odkrywa, wychodzi, oddaje, oddaje wszystko, łapczywie, tam w parku.


No i już w to wdepnęliśmy, w apokryf wpadliśmy po pas, a tu już interludium rozbrzmiewa, kolejna opowieść wpycha się cielęcym tańcem przez oczy, tam piękno gór, prostota, bydło, pola, i te nogi, te nogi Marylki bose, grube podeszwy stóp przemierzyły już wszystko prócz jego komór, serce migota przedsionkami, gdy patrzy zza płotu, oczami strzyże, już ogłupiał, już go porwała, choć nawet jednym oczkiem nie rzuciła, już on w jej pierwotnym władaniu, już on będzie oddawał ceperskie swe zapędy wszystkie, wychowanie całe, ciało swe blade, by tylko jej dosięgnąć, by w nią się wtopić, by z nią w te jedne wakacje się sponiewierać i oddać całe swoje jestestwo, by porzucić wszystkie konwenanse i oddać się naturze, jak pan Bócek chciał.


A tu już widmokąg się rozciąga jak widmo okiem sięga, już tu uczucie najczulsze wybucha, dojrzałe jak jabłko czerwone, szczęśliwe i syte, a jednak nie mogą się sobą nakochać, nie mogą się zostawić, poza tymi drzwiami ich miłości nic się nie liczy, tylko tło jakieś zdradliwie, bo oni wciąż tacy zadziwieni sobą nawzajem, tym jak ona się w pościel zawija, jak on nigdy jej nie zostawia samej na jawie, jak jej włosy zasypiają i jak on zawsze czeka, zawsze w oknie się świeci jego, on zawsze już w progu jak ona po schodach, i choćby najgorsze, choćby choroba, śmierć, sen czy rzeczywistość, oni będą sobie wierni, białym kłamstwem szyte ich piękne wspólne życie. 



Dalej stara królowa pochyla się nad swym ciałem niebieskim, ociężałym, schorowanym, połykając pigułki jedna za drugą, telefon za telefonem, nieznaczące rozmowy, płytkie, pospieszne, gorzkie, a miesiąc za miesiącem, i tylko ten listonosz co z rentą przychodzi, i nic więcej z gawrze tej wielkiej niedźwiedzicy się nie dzieje, a ona tylko narzeka, tylko się żali, tylko martwi się wszystkim, i zdrowiem, i córką, i życiem, i śmiercią, i snem, i jawą, a tymczasem jej nogi ledwie przebierają, ledwie jeden krok za drugim, a tymczasem znicz drogi w trzęsącej się dłoni, bo brzózkę zcięli, a ona tylko po tej brzózce widziała który grób, i siada, łka, płacze, ryczy, kołyszą się znicze w siacie, do męża nie może trafić, nie trafi póki sama nie wysiądzie z terkoczącego powoli pociągu, a on jej nie powita na drugiej stronie, kochany, znany, wytrwały.


Wreszcie samotność bierze sprawę w swoje ręce i oszalała, rani wszystkich wokół i samego siebie, zabijając jak psa, jak uciążliwie szczekającego jamnika u sąsiada.

15:38:00