Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

sobota, 29 sierpnia 2015

Czarnoskóra Niobe i układanka przepomnień


Toni Morrison
Beloved


"124 was spiteful. Full of a baby’s venom."

Pierwsze strony - bełkot. Czy Baby Suggs to faktycznie czyjeś imię, a jeśli tak, to dlaczego babcia nazywa się Baby, czy to to samo dziecko, które straszy w domu pod numerem 124?... Do Umiłowanej trudno się na początku dostroić. To zupełnie inny świat, inny język. Urywki wspomnień wymieszane z rzeczywistością, teraźniejszość nasączona fantastyką, niesamowitością, wiarą w nadprzyrodzone. Przez tę nagrodzoną Pulitzerem w 1988 powieść, przez wielu amerykańskich krytyków uważanych za bodaj największe osiągnięcie współczesnej literatury, brnie się z wysiłkiem, uwagą i w skupieniu. Dopiero gdy z grubsza zrozumiemy sytuację, stąpamy pewniej, chcemy dowiedzieć się, co tak naprawdę się wydarzyło, ciekawi nas los postaci. Chwytamy więc mocno nić rzuconą przez Sethe, główną bohaterkę, i przedzieramy się przez ten labirynt koszmarnych wspomnień, zamkniętych dusz, żalu, wyparcia i wytłumienia.

"[A]nybody white could take your whole self for anything that came to mind. Not just work, kill, or maim you, but dirty you. Dirty you so bad you couldn't like yourself anymore. And though she and others lived through and got over it, she could never let it happen to her own. The best things she was, was her children. Whites might dirty her all right, but not her best thing, her beautiful, magical best thing -- the part of her that was clean."

Stany Zjednoczone tuż po wojnie secesyjnej, druga połowa wieku XIX. Zbiegła niewolnica Sethe prowadzi ciche, odosobnione życie wraz z najmłodszą, nastoletnią córką Denver w Cincinnati w stanie Ohio. Synowie uciekli z domu, teściowa Sethe umarła. Matka i córka stronią od ludzi, a ludzie od nich, bo dom pod numerem 124 jest nawiedzany przez złego ducha dwuletniej dziewczynki - zmarłego dziecka Sethe. Na kamieniu nagrobnym udało się wyryć nic prócz słowa Beloved z powodu ceny. Sethe nie przyszło do głowy, by trochę potargować własnym ciałem, zamiast godzić się na jeden numerek. Oparta o marmur, z rozłożonymi nogami, cierpliwie zaciska zęby i czeka, aż to się skończy. Myśli: córeczka nie miała jeszcze imienia, ale ksiądz podczas pogrzebu powiedział: "Dearly beloved", więc chyba "umiłowana" to dobre określenie? Sethe nie wie, że to zwyczajowy zwrot do wiernych: "drodzy umiłowani", a nie do zmarłej: "droga umiłowana"...

“Freeing yourself was one thing, claiming ownership of that freed self was another.” 

Gdy w domu pojawia się Paul D, mężczyzna, który również uciekł z farmy Sweet Home, a duch znika. Pewnego dnia, akurat wtedy, gdy Paul D zabiera obie kobiety na festyn (Denver po raz pierwszy od wielu lat wychodzi poza dom), a cienie ich trójki trzymają się za ręce, początek dobrze zapowiadającej się nowej rodziny, a co najmniej cieplejszej przyszłości, zostaje przerwany przez pojawienie się młodej, pięknej kobiety. Na jej widok Sethe czuje się tak, jakby znów odeszły jej wody, a tajemnicza Murzynka przedstawia się jako Beloved. Do końca powieści nie wiadomo, czy to zmartwychwstały duch córeczki, czy zbieg okoliczności, ale mnożą się dowody na to pierwsze.

“She is a friend of my mind. She gather me, man. The pieces I am, she gather them and give them back to me in all the right order.” 

Manewrując pomiędzy pierwszą, współczesną linią czasową, przeplatają się wspomnienia Sethe (ona sama mylnie nazywa je  "rememories", czyli "przepomnienia"), Denver i Paula. Wspomnienia bolesne, koszmarne, wyparte, wspomnienia przeszłych tragedii, niesprawiedliwości, okrucieństwa. Bohaterowie starają się żyć w oderwaniu od przeszłości, zakopując ją na dnie pamięci i uciekając jak najdalej - poprzez ucieczkę, samotność, odrzucenie, głuchotę. To jednak prowadzi do utraty głębi, tożsamości i siebie samych. Dopiero Beloved, która swoją obecnością zmusza do przypomnienia sobie odrzuconych wspomnień, ubrania ich w słowa, opowiedzenia na nowo, zrozumienia. Pozwala to bohaterom złożyć się na nowo, pogodzić z przeszłością i zbudować ze wspomnień swoją prawdziwą tożsamość. W ten sposób powieść w przemyślny, mądry sposób próbuje poradzić sobie z tematem niewolnictwa i jego wpływu na ludzi. Nie tylko na zniewolonych, ale również niewolących, bo i jedni, i drudzy tracą swoje człowieczeństwo:

"White people believed that whatever the manners, under every dark skin was a jungle. Swift unnavigable waters, swinging screaming baboons, sleeping snakes, red gums ready for their sweet white blood. In a way . . . they were right. . . . But it wasn’t the jungle blacks brought with them to this place. . . . It was the jungle whitefolks planted in them. And it grew. It spread . . . until it invaded the whites who had made it. . . . Made them bloody, silly, worse than even they wanted to be, so scared were they of the jungle they had made. The screaming baboon lived under their own white skin; the red gums were their own."

Niestety jednak wycieczki w przeszłość we własnym umyśle nie zawsze kończą się dobrze - czasem mogą doprowadzić do jeszcze większej alienacji, szaleństwa, destrukcji. Sethe próbuje dogadzać Umiłowanej, jak może, rzuca pracę, tłumaczy się jej w zapamiętaniu ze swoich pobudek. Umiłowana jednak wymaga coraz więcej i więcej, nadużywa dobroci matczynej Sethe, wywołuje coraz gwałtowniejsze awantury. Za zamkniętymi drzwiami frontowymi domu numer 124 dzieją się rzeczy przerażające. Z pewnością skończyłoby się to kolejną tragedią, gdyby nie otwarcie drzwi na pomoc z zewnątrz - lokalnej społeczności, która przybywa egzorcyzmować dom. "If one lost, all lost", jak mówi Paul D. Beloved podkreśla wagę współpracy, bratniej pomocy, solidarności w radzeniu sobie z tak traumatycznymi przeżyciami, jakich doświadczyli byli niewolnicy i ich dzieci.

“Definitions belong to the definers, not the defined.”

Ale to nie wszystko; przejmująca Umiłowana przesycona jest delikatną symboliką, dwuznacznością, pięknym, często lirycznym językiem. Dialogi pisane są bezbłędną afro-amerykańską odmianą języka angielskiego, czyli tak zwanym ebonics. Sam język pełni w powieści olbrzymią rolę. Z jednej strony biali uważają, że to do nich należy prawo nazywania i definiowania, z drugiej niewolnicy sami zauważają nieadekwatność np. nazywania farmy, na której czarnoskórzy są upokarzani, torturowani, sprowadzani do roli zwierząt - Sweet Home. Niektórzy w odpowiedzi na taką słowną hipokryzję uciekają w inny język, inni próbują sami kiełznać angielski na swój użytek, przejąć moc definiowania i zmieniają sobie imiona, tak jak Baby Suggs czy Stamp Paid.

Dusza, która przebyła most między zaświatami a światem żywych czy niewolnica zbiegła po latach wykorzystywania?
Thandie Newton jako Beloved w adaptacji z 1998 roku, zdjęcie: Ken Regan. Źródło: sfae.com/index.php?pg=303650

Beloved to powieść złożona, bogata w znaczenia, przesłania, odczytania. Jest trudna i bolesna, ale też potrzebna i ważna. Toni nie wyssała swojej historii z palca, jedynie ubrała w literacką szatę prawdziwą tragedię zbiegłej niewolnicy Margaret Garner. Na podstawie historii jednostek powieść mocuje się z duchami przeszłości oraz buduje komentarz na temat psychologicznej i historycznej spuścizny niewolnictwa. W końcu książka dedykowana jest "[s]ześćdziesięciu, i więcej, milionom" Afrykanów, a także ich potomkom, którzy zginęli z powodu handlu niewolnikami.

Wiśniowe drzewo na plecach wychłostanej niewolnicy to blizna na całe życie.
Oprah Winfrey jako Sethe, zdjęcie: Ken Regan. Źródło: sfae.com/index.php?pg=303648

Jednego tylko nie rozumiem. Dlaczego na okładce, a zarazem jednym z plakatów filmu, tak trudno rozpoznać, że sportretowana została czarnoskóra kobieta? Gdy kupiłam tę książkę, a następnie przez kilka lat, gdy czekała na swą kolej i nie miałam pojęcia, o czym jest, nawet nie podejrzewałam, że to powieść o Afroamerykanach. Serio. Jeszcze na mojej książce kolory sprawiają takie wrażenie, że naprawdę jeszcze czytając długo myślałam, że zaraz pojawi się biała kobieta w czarnej sukni, taka jak z okładki, choć to trochę nie miałoby sensu. Bardzo mnie to skonfundowało. Jakby pokazanie zdjęcia czarnoskórej kobiety w pełnej krasie miałoby mnie powstrzymać przez kupieniem i przeczytaniem książki?

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Ta głupia, martwa rozpacz przy niedzielnej szarlotce


Magdalena Tulli
Szum


"Dzieci to loteria. (...) Nie sposób przewidzieć, kto się urodzi. Jest się zdanym na przypadek."

Nieznośne dziecko. Zbyt głośna. Nie umie się zachować. Słaba w szkole. Ciągle dwóje. Uwagi w dzienniczku. Spóźnia się. Tylko by spała. A jak nie śpi, to urządza awantury. Zniszczyła krzesło. Omal nie uderzyła innych dzieci powyrywanymi nogami. Wieczna udręka. Nie to, co on. On jest najlepszy w całej klasie, piątki od góry do dołu. Grzeczny, uprzejmy, miły. Dwie matki, siostry, kiwają głowami w zapamiętaniu.

A jej przed oczami brykają litery. Nie potrafi ich szybko posklejać w słowa. Nagłe ataki złości przychodzą nie wiadomo skąd. Nikt nie chce słuchać jej tłumaczeń. Bo na wszystko ma proste wytłumaczenia. Ale wszyscy uważają ją za winną. Kozioł ofiarny. Matka znów ma się pojawić w szkole. Kolejna pogadanka. Tak dalej być nie może.

Gdyby dziewczynka była młodsza o dobrych kilkadziesiąt lat, dostałabym papiery na dysleksję. Nauczyciele inaczej by do niej podchodzili. Lekarstwa na ataki dostałaby szybciej i na pewno lepsze, takie, co nie powodują senności.

Ale nie, jest odrzutkiem. Nic jej się nie udaje. Nigdy jej nie wysłuchano. Krzyk wyrywa się jej z gardła, zamiera.

Odkąd poznała lisa, jest zdecydowanie lepiej. Lis nauczył ją przetrwania. Spokoju, cierpliwości, milczenia, ucieczki. Teraz trudniej ją znaleźć. Już się nawet nie tłumaczy. Nauczycieli doprowadza to do szewskiej pasji. Wrzeszczą na nią, a ona tylko spogląda spode łba. Nic jej teraz nie ruszy.

"Szum" to oszczędna, ale niezwykle liryczna, szczera i głęboka powieść. Z jednej strony dość spartańska językowo, bo imiona, nazwiska, miejsca, czas używane są  z rzadka, z drugiej strony uwodzą nas piętrzące się metafory, symbole i piękno samego tekstu. Czujemy odrealnienie, oderwanie od rzeczywistości, przez co sami się odklejamy, brodząc we własnych wspomnieniach, żalach, zwycięstwach.

Autorka użyła fragmentów swojej własnej przeszłości w stworzeniu uniwersalnej historii o rodzinie, dorastaniu, przebaczaniu uraz, gojeniu ran, zrozumieniu. Matka dziewczynki nosi w sobie stłumioną, niedopłakaną, nieprzetworzoną tragedię po Auschwitz. Gdy zabroniono jej rozpaczać, coś w niej stwardniało. Skostniała i zimna, nigdy nie była w stanie ofiarować choć odrobiny ciepła swojej córce.

"Z dzieckiem jest jak z pudełkiem - zauważyłam - Trudno wyjąć coś, czego się nie włożyło."

Ta sama widmowa rana przeszła na dorastającą dziewczynkę, która próbuje sobie radzić poprzez przesiąknięty symboliką, wymyślony świat. W tym świecie wraz z lisem uczy się przetrwania i karmi spętanego hitlerowca łyżeczką. Gdy dziewczynka przobraża się w kobietę, nie można więcej ukrywać się w wymyślonym lesie, trzeba wreszcie nauczyć się zbliżać do ludzi, ufać im, zagoić rany dzieciństwa. A to przecież ludzie z zewnątrz pozwalają nam spojrzeć wreszcie na zastany porządek z innej perspektywy i zrozumieć jego absurdalność. To początek drogi do wybaczenia. Po latach zaś wybaczenie i zrozumienia pomaga wyciągać raz po raz rękę do zgody, poświecać się mimo uraz, kochać mimo braku ciepła, rozumieć to, co nielogiczne, nie do zaakceptowania, niepojęte. A czas na przebaczenie i porozumienie jest zawsze. Nawet po śmierci. Choć wtedy to, co było na ziemi, to tylko szum.

Naprawdę dobra, ważna, poruszająca proza do spokojnego przetrawienia.

Ilustracja: Lilian Darmono. Źródło: http://liliandarmono.com/The-Girl-and-The-Fox

czwartek, 13 sierpnia 2015

Monstrum na plecach, bąble na nogach, miód na rany


Cheryl Strayed

Dzika droga


Żeby założyć Monstrum na plecy, musiała niemalże usiąść na podłodze, przykucnięta, rozhuśtać ciężar, a potem zaprzeć się, wciągnąć po rurze od klimatyzacji, niechcący oderwać fragment obudowy i dopiero stanąć na dwóch nogach. Plecak ważył ponad dwa razy tyle, co ona sama. Po kilku dniach: obtarte do krwi stopy w bąblach, otarcia od plecaka na plecach i bokach, zepsuta kuchenka turystyczna, co chwilę myśli o powrocie.

Cheryl, która naprawdę zmieniła sobie po rozwodzie nazwisko na Strayed, czyli dosłownie "zabłąkana" czy "zagubiona", w wieku 26 lat odbyła trwającą prawie sto dni wędrówkę. Samotnie przeszła dużą część ponad 4000 kilometrowego szlaku Pacific Crest Trail, wiodącego po górach leżących na zachodnim wybrzeżu USA, od granicy z Meksykiem po Kanadę, przez Kalifornię, Oregon i Waszyngton, przez góry Kaskadowe i Sierra Nevada. Po latach Cheryl napisała powieść, w której opisuje tę przygodę. Dwa lata po wydaniu wspomnienia zostały zekranizowane jako Wild z Reese Witherspoon, znaną przede wszystkim jako legalna blondynka.

Po seansie pozostaje z nami muzyka, 
nie da się nie nucić na napisach: I'd rather be a sparrow than a snail. Yes, I would. If I could. I surely would...

Życie Cheryl od dość nagłej i przedwczesnej śmierci jej matki cztery lata przed wyprawą to pasmo nieszczęścia, goryczy i żalu. Nie sposób pogodzić się z niespodziewaną tragedią, stąd też żałoba przeciąga się w nieskończoność. Cheryl miota się, niszczy sobie życie, rozbija swoje szczęśliwe małżeństwo, rozstaje z mężczyzną, którego kocha, ucieka w niezobowiązujący seks i coraz twardsze używki. Wreszcie dotyka dna. Dokładnie w tym momencie, w którym nie widzi absolutnie nic prócz beznadziei, przypadek każe jej spojrzeć na przewodnik po PCT na półce sklepowej. Zdjęcia dziewiczej natury poruszają coś w wypalonej kobiecie. Do tego stopnia, że kilka dni potem wraca do sklepu i kupuje książkę, która staje się jej biblią, a kilka miesięcy później bez większego przygotowania czy treningu wyrusza na samotną wędrówkę, by odnaleźć lepszą siebie.

Czytając, ma się ochotę samemu zarzucić plecak i ruszyć w trasę; jeśli nie na własne oczy zobaczyć bajeczne widoki PCT, to przynajmniej pojechać w Tatry. Przyjaźń i braterstwo na szlaku, serdeczność i hojność większości napotykanych osób, szalone przygody na szlaku, które mimo niebezpieczeństw zawsze kończą się dobrze - niezmiernie podnoszą na duchu. Trzymamy kciuki, gdy Cheryl prze przed siebie w za małych butach, wyczekujemy z nadzieją kolejnych paczek z zapasami, nachodzi nas ochota na lemoniadę, gdy Cheryl marzy o napoju gazowanym, oblatuje nas strach, gdy bohaterce zostaje tylko kilka centów przy duszy na kolejne kilkaset mil tułaczki. Obserwujemy, jak Cheryl mierzy się ze swoimi demonami, by w końcu oczyścić się, odpuścić, wybaczyć i doznać wybaczenia. Fascynuje zarówno fizyczny aspekt wyczerpującego wysiłku, techniczne elementy wędrowania z całym dobytkiem na plecach, ale też historia Cheryl i jej stopniowa przemiana.



Na pewno znajdą się tacy, dla których powieść będzie objawieniem, którzy zachłysną się wędrówką dzikiego serca przez dzikie szczyty, pasją i determinacją Cheryl, jej sposobem na poradzenie sobie z problemami, którzy będą podkreślać inspirujące cytaty i do nich wracać. Dla mnie jednak ta książka była przede wszystkim wciągającą i lekką lekturą, którą połknęłam w błyskawicznym tempie. Przypadł mi do gustu żartobliwy, ludzki ton opowiadania o trudach szlaku, o braku przygotowania, o strachu i pokonywaniu własnych granic. Cheryl z dystansem i humorem podchodzi do swoich umiejętności turystycznych, wyzywa się od idiotek, bez żenady wytyka swoje błędy. Z kart powieści przebija zaraźliwy optymizm, a pomimo monotonnej wędrówki, nie ma miejsca na nudę.

Z drugiej strony jednak osobiście nieco zirytował mnie patos kilkudziesięciu pierwszych stron, bawił mnie nacisk na seks i ciągle przywoływanie historii z prezerwatywami. Dodatkowo Cheryl opowiada o tym, jak w przeszłości stopniowo uzależniła się od heroiny, dochodząc do wstrzykiwania sobie w żyłę w nodze, bo te na rękach były już niezdatne, a z zaparciem twierdzi, że nie była ćpunką. Z tego co wiem, to tak nie działa. Nie przemawia też do mnie amerykańsko-popkulturowe podejście do życia, które zakłada podjęcie się wyzwania ponad siły albo radykalnych zmian, by w sposób ekstremalny uzyskać spokój ducha. Podobnie jest z Jedz, módl się, kochaj: przepis na objawienie instant. Trzy kraje czy też trzy miesiące i złamana dusza naprawiona!


Na uwagę zasługuje też niezwykła literackość powieści. Bohaterka jest oczytana, studiowała literaturę i dużo pisze o samym czytaniu. W podróż wzięła kilka książek, tomik bliskich sercu wierszy Adrienne Rich, powieść do czytania, poradnik dla turysty i przewodnik po szlaku. Szybko nauczyła się, że nie warto nosić ze sobą takiego ciężaru i zaczęła palić przeczytane strony, co szybko stało się czynem symbolicznym. Cheryl paliła nie tylko przeczytane stronice, ale swoją gorycz i smutek, przekuwając je w nową siebie. Same powieści do czytania zmieniały się, w każdej przesyłce z zapasami pojawiała się nowa książka. Prawie wszystkie zostały spalone prócz tomiku wierszy, jednak zaintrygowany czytelnik (taki jak ja) chyba kiedyś zajrzeć do któreś z wypisanych na końcu powieści pozycji.

Smutne jest to, że z naprawdę niezłej książki zrobiono raczej nudnawy, miejscami pompatyczny film, a oczytanie Cheryl zostało sprowadzone do banału. Reese Witherspoon zamiast zwięzłych wykrzyknień wpisuje do dzienników dla turystów najbardziej wyświechtane sentencje z Walta Whitmana, Emily Dickinson i Roberta Frosta. Linijki niemal żywcem wyjęte z kajetów licealistów. A szkoda. Jak to się stało, skoro scenarzystą był Nick Hornby?


Tak wygląda szlak, którym przeszła Cheryl. 
Źródło: pctlionheart.wordpress.com

wtorek, 4 sierpnia 2015

Computer says no, czyli Niemka w Chinach


Miriam Collée

W Chinach jedzą księżyc 

 

Fuszerka na fuszerce i fuszerką pogania. Na zewnątrz ludzie w piżamach, pokrzykujący na siebie w dziwnym języku pełnym śpiewno-piskliwych akcentów. Luksusowy dom to rozpadająca się dziura, sąsiedzi wyrzucają śmieci i odpadki przez okno, nikt nie używa dezodorantów, w parkach emeryci-swaci jak przekupki zachwalają swoje dorosłe dzieci, na ulicach niekontrolowany, szalony chaos. Nie ma co jeść, wszystkie warzywa i owoce naszpikowane chemią, nie ma jak spać, łóżka szalenie twarde i niewygodne, nie ma jak wyjść do ogródka, bo zainstalowana jest w nim monstrualny konstrukt klimatyzacyjny, wiejący Saharą. O cokolwiek niestandardowego się prosi, Chińczycy nie myślą elastycznie, odpowiadają uparcie: computer says no. W dodatku wszystko drogie, brudne, obskurne i chaotyczne. Czyżby to była jakaś inna planeta?

Nie, to tylko Szanghaj.

Przeludnienie, przereklamienie.
Źródło: myhomeimprovement.org

Młoda Niemka Miriam wraz ze swoim mężem i zaledwie kilkuletnią córeczką stwierdzają pewnego pięknego dnia, że czas na przygody. Cni im się błyszcząca czystością, świetnie wyposażona kuchnia, wygodne łóżko, w pełni działająca łazienka z rzędami ulubionych kosmetyków, przestronne, estetyczne wnętrza sporej willi z ogrodem w rodzinnym Hamburgu. Może więc Azja? Akurat Tobi ma okazję na dwuletni kontrakt w Szanghaju. Dlaczegóż by nie?

Przez rok przygód rozpieszczonej Europejki bez pracy, ale za to z pieniędzmi, idzie się lekko jak przez masło. Jest zabawnie, jest intrygująco, jest ciekawie. Wraz z bohaterką przeżywamy frustracje, załamania, zachwyty; obserwujemy nadawanie listu, które kończy się tragedią, problemy z nieogarniętymi ekipami remontowymi, wynajmowanie ayi, czyli chińskiej "cioteczki", która opiekuje się domem, poszukiwania sensownego pożywienia, próby nawiązania przyjaźni z innymi emigrantami, urządzanie urodzin dla córki. Wijemy się wraz z Miriam ze wstydu, gdy okazuje się, że znów popełniła jakieś faux pas, wytrzeszczamy oczy, dowiadując się kolejnych ciekawostek o życiu i obyczajach w Kraju Środka. Różnice kulturowe to fascynujący temat.

Uwaga, niebezpieczne kartony!
Źródło: nikdaum.com

Osobiście jestem ogromnie łasa na takie opowieści, od dawna wyszukuję sobie książki Bruczkowskiego czy Bator, opisujących swoje japońskie przygody. O Chinach jeszcze nie czytałam, słyszałam też niewiele, choć przelotnie poznałam kilku Chińczyków. Opowiadali mi o Złotym Tygodniu i o tym, jakie to szczęście jechać na "wakacje", to znaczy na studia do Europy, bo nigdy dotąd nie widzieli tyle zieleni, nie mieli tylu praw i tyle wolnego czasu. Jednak taka książka-okienko na Chiny z punktu widzenia imigranta to szalenie ciekawe doświadczenie, które pozwoliło mi się upewnić w jednym: do Chin nie chciałabym się wybrać na dłużej...

Niestety jednak, choć lektura była ożywcza i umożliwiła mi wycieczkę na drugi kontynent, mimo że nigdzie nie wyjeżdżałam, pozostając pracującym, miastowym korpoludkiem, to miała sporo wad. Przede wszystkim rzucały się w oczy natrętne, dziwaczne wtręty po angielsku, które były natychmiast tłumaczone parafrazą na polski. Przy poniższym przykładzie jednak złapałam się na głowę, zastanawiając, kto nawalił: pisarka, tłumaczka, redakcja?

Sorry, your ayi can’t work for you any more. As she didn’t inform you, you might deduct one week salary. „Przepraszamy, twoja ciocia nie może już dla ciebie pracować. Jeśli cię o tym nie poinformowała, możesz potrącić jej miesięczne wynagrodzenie”.

Wieczna budowa. 
Źródło: fotservis.typepad.com

Dość zasmucające jest też to, że autorka, starając się być zabawna, rzadko bywała poprawna politycznie, a jeszcze rzadziej tolerancyjna, empatyczna i rozumiejąca. Co innego pisać o czyjejś kulturze z humorem i polotem, a co innego wyśmiewać się z czyichś zwyczajów i otwarcie uważać swoją własną kulturę za lepszą. Europejczycy z trudem pozbywają się swojej protekcjonalnej, kolonijnej perspektywy i często uważają, że tylko porządki takie, jak w rodzinnym kraju, są cywilizowane i oczywiste. Dlatego główną osią wszystkich żartów jest to, że "nawet tego tutaj nie mają", a to, co mają, jest zaiste barbarzyńskie i głupie.

Dodatkowo sama Miriam wydaje się nadmiernie przyzwyczajona i rozpieszczona zdobyczami techniki, bogactwem i rzeczywistością niemiecką. Z jednej strony chciała się od niej oderwać, a z drugiej nigdy nie przestała tęsknić za zachodnimi sklepami, sprzętami, mieszkaniami. Jest sfrustrowana prawie każdym elementem obcego otoczenia. Jej rozterki niepracującej żony na utrzymaniu męża są z kolei frustrujące dla czytelnika. Co ta kobieta robi całymi dniami? Pilnuje gosposi, jeździ na zakupy, odbiera córkę z przedszkola. Wszystko robią za nią. Ekipy elektryków i złotych rączek próbują dostosować rozpadającą się prowizorkę, którą wynajęła z mężem, do standardów niemieckich, ayi gotuje, sprząta i niańczy, przedszkole zajmuje się córką... Miriam naprawdę nie narzeka na nadmiar obowiązków, a mimo to ciągle narzeka. Ilości euro, które wydaje na każdym kroku, przyprawiają o ból głowy, a jednak Miriam chwali się, że nie żyje tak, jak reszta zachodnich żon w Chinach, nie wybrała szeregowca na bezpiecznym osiedlu, nie siedzi ciągle w spa, nie popada w zakupoholizm, nie nabawia się depresji i lęków o zdradę męża...

Szanghajskie mieszkania - wersja rzeczywista. Miriam wynajęła od razu całą kamieniczkę...
Źródło: iainmasterton.photoshelter.com

Według mnie to przykre, że Miriam na żadnym kroku nie spostrzega, jak duże ma szczęście i że patrzy na wszystko z ograniczonego punktu widzenia bogatszej sfery społeczeństwa, w dodatku mocno wykluczonego z rzeczywistości, bez znajomości języka, z wąskim gronem znajomych. Zupełnie inaczej wyglądałyby jej zapiski blogowe, gdyby musiała się gnieździć w jednym małym zawszonym pokoiku, bez prywatnego kierowcy i pieniędzy na sprowadzanie sprzętów z Niemiec. Może jestem zbyt zgorzkniała, ale jednak wolałabym chyba perspektywę kogoś, kto musi sobie sam radzić, sam przez wszystko przebijać, a nie jęki pani domu pod kloszem, pretensjonalnymi przeplatane chińskimi przysłowiami.

Do lektury zachęca zamieszczane na okładce: "Przezabawna historia Europejki w Szanghaju". Nie chcę być taką Europejką, jak Miriam.

niedziela, 19 lipca 2015

Meta 2033, czyli hipnotyczne gwiazdy na Kremlu i mikrokosmos w tunelach


Dmitrij Glukhovski
Metro 2033


Pewien rosyjski osiemnastolatek miał genialny w swojej prostocie pomysł. Dojeżdżając do szkoły moskiewskim metrem z jednego krańca miasta na drugi, zobrazował sobie rówieśnika, który próbuje pokonać te same stacje, od WOGNu do Abrackiej, w świecie postapokaliptycznym. Zaczął spisywać swoje mroczne wizje, na kanwie których później napisał swoją debiutancką powieść. Wydawnictwa odmówiły publikacji z powodu zakończenia (końcówka nie dawała możliwości kontynuowania cyklu, a jak wiadomo, teraz właśnie na seriach się zarabia). Wobec tego w 2002 autor opublikował 13 rozdziałów tekstu na stworzonej przez siebie stronie internetowej, z odnośnikami do odpowiedniej muzyki, która powinna według autora towarzyszyć lekturze. To był strzał w dziesiątkę. Metro zyskało niespotykaną popularność, zwabiło ponad 3 miliony czytelników na całym świecie.

Moskiewskie metro ma niezły klimacik. 
Źródło: kciuk.pl

Po kilku latach na skutek wytrwałych błagań fanów, autor przeredagował oryginalną wersję Metra, ale zrobił to w naprawdę niezwykły sposób. Mianowicie postanowił stworzyć społeczno-interaktywny eksperyment, dzięki czemu narodził się fenomen. Poprosił swoich fanów o sugestie, wskazówki, informacje na temat działania moskiewskiego metra. Okazało się, że wśród jego czytelników byli i inżynierowie, i naukowcy, i wojskowi, i sami pracownicy komunikacji miejskiej, dzięki czemu każdy kolejny publikowany w sieci rozdział był dopracowany i poparty fachową wiedzą. Powieść nabierała tempa.

W 2005 opublikowano rosyjski oryginał, pięć lat później powieść przetłumaczono na angielski. Autor postanowił też zaprosić innych pisarzy do swojego uniwersum, wystarczyło napisać o życiu pod ziemią po zniszczeniu Ziemi. Do tej pory napisano ponad 60 innych powieści osadzonych w różnych miastach, nie tylko w Moskwie (jedna nawet ma miejsce w podziemnych schronach krakowskiej Nowej Huty), stworzono na podstawie Glukhovskiego grę komputerową, w planach jest film.

Dzielnica obiecana Pawła Majki opowiada o zrujnowanym Krakowie. 
Źródło: naekranie.pl

Zdobyte przez mojego lubego Metro 2033 podczas Warszawskich Targów Książki nęciło apetyczną grubością, klimatyczną okładką i fascynującym pomysłem. Gdy się w nie wgryzłam, pierwsze sto stron akcja rozkręcała się dość nieśpiesznie. Wiadomo, że na świecie wybuchła kilkanaście lat wcześniej wojna tak okrutna i bezmyślna, że ludzie zniszczyli Ziemię, bombardując bronią nuklearną i biologiczną. Teraz przebywanie na powierzchni jest niebezpieczne, to środowisko radioaktywne, skażone i zmutowane; rośliny i zwierzęta przemieniły się w zatrważające, wynaturzone bestie. Jedyny ratunek to metro. Skarłowaciała, półślepa rasa ludzka, a raczej jej niedobitki, walczą o przetrwanie w podziemnych tunelach.

Osiemnastoletni Art żyje w społeczności na stacji WOGN, pomaga w przygotowaniu słynnej na całe metro herbatki z suszonych grzybów, odrabia swoje godziny na posterunkach w tunelach metra, zasłuchuje się w fascynujących, choć niestworzonych historiach o dziwnych wydarzeniach i legendach z innych stacji. Czasem ma koszmary związane z czarnymi, piekielnymi stworami, które plenią się w korytarzach i rozszarpują ludzi, czasem wspomina swoją zmarłą matkę, przypomina sobie, jak zginęła podczas inwazji szczurów. Pewnego dnia poznaje Huntera, tajemniczego podróżnika, który stawia jego świat na głowie, najpierw wydzierając największy sekret chłopaka, a później prosząc o olbrzymią przysługę. Jeśli nie wróci z tuneli, które chce wysadzić Hunter, Art ma wyruszyć do Polis, miejsca największej kultury i splendoru w całym metrze, by donieść odpowiednim ludziom, co się dzieje na stacji WOGN.

Źródło: kciuk.pl

Od tego momentu wstrzymujemy oddech na każdej stronie, dotrzymując kroku podróżującemu przez metro bystremu młodzianowi. Czujemy ciarki na całym ciele, gdy ludzie wariują w tunelach, czujemy niepokój, gdy bohaterów napiera niesamowite uczucie zagrożenia, próbujemy zrozumieć skomplikowaną strukturę wewnętrzną metra. Nie tylko tę fizyczną (nieuniknione jest wertowanie książki w poszukiwaniu mapki i szukanie miejsca, gdzie znajduje się w danym momencie Artem), ale przede wszystkim społeczną. Chłopak spotyka najróżniejszych świrów, czubków, szaleńców, oszustów, sadystów, mędrców. Człowieka, który twierdzi, że widzi przyszłość. Komunistów, nazistów, kapitalistów, rasistów; świadków Jehowy, którzy wierzą, że Boże królestwo jest blisko, słyszy o satanistach, którzy próbują się dokopać do piekła, natyka się na kanibali, którzy wierzą w wielkiego robaka drążącego ziemię i stwarzającego tunele. Są społeczności pracujące jak w zegarku, inne znów chaotyczne, niezrozumiałe, agresywne, niektóre heroiczne, wytrwałe, jeszcze inne popadające w odrętwienie. Cały przekrój polityczny, religijny, społeczny, mikroświat zaklęty w metrze. Każda stacja jest jak osobny kraj.

Artem uczy się co chwilę innej wizji świata, ale żadna go nie kusi. Jest tylko misja. I ta misja, poczucie wybraństwa, a także fakt, że chłopak w cudowny sposób wychodzi z życiem z każdej przygody, staje się jego wiarą. Metro jest bardzo meta w tym sensie: Art w pewnym momencie uświadamia sobie, że jego życie jest bardzo fabularne, a on sam jest jak bohater jakieś narracji.

Źródło: kciuk.pl

Końcówka jednak, jak zauważyli moi znajomi, choć mocna i intrygująca, jest jednak bardzo podobna do zakończenia innej popularnej książki science fiction. Mimo to Metro fascynuje, podnieca wyobraźnię, zmusza do zastanowienia nad duchowością człowieka, nad jego wyborami, przekonaniami i przyszłością. Wraz z wartką akcją, mroczną postapokalipsą i przerażeniem mrokiem tuneli, niesie ze sobą przemyślenia filozoficzne, psychologiczne, socjologiczne, a także wyśmiewa ustroje polityczne. Wreszcie pokazuje też społeczeństwo ludzkie z olbrzymiej perspektywy, pokazując wady: małostkowości, egocentryzm, brutalność, ale też zalety: różnorodność, zaradność, umiejętność dostosowania się do każdych warunków. Nie zapominajmy też, że wywołuje zachwyt moskiewskim metrem, które ma naprawdę fantastyczne stacje, często przypominające bogate sale balowe.

To naprawę dobry kawałek literatury. Nie można przegapić.

Cosplay stalkera. 
Źródło: guitarnil.deviantart.com

poniedziałek, 13 lipca 2015

Istnienie większości implikuje istnienie korespondującej mniejszości


Philip K. Dick

Minority Report


Raport mniejszości to chyba najbardziej znane opowiadanie zasłużonego pisarza science-fiction, ale także eseisty i filozofa Philipa K. Dicka. Opublikowana w 1956 roku historia została spopularyzowana przez głośny film Stevena Spielberga z 2002 roku z Tomem Cruisem w roli głównej. Niedawno zajrzałam do powyższego tomiku opowiadań i przeczytałam kilka, w tym właśnie Minority Report, co skłoniło mnie z kolei do obejrzenia adaptacji, przez co jeszcze do tej pory czuję niesmak. Opowiadanie jest świetne, film... zdecydowanie zawiódł, ale o tym później.

Precrime. (Jak to przetłumaczyć? Przedzbrodnie? Może lepiej prewencja kryminalna?) Dzięki temu nowemu systemowi, opartemu na najnowszej technologii, zbrodniom się zapobiega zanim zostaną wprowadzone w życie. Dzięki tzw. precogs (Prekogom? Przedwiedzącym?), upośledzonym, futurystycznym pytiom, podłączonym do specjalnych maszyn, produkowane są raporty z przyszłych zdarzeń - morderstw, przestępstw, występków. Na kartach drukowane są imiona i nazwiska przyszłych sprawców oraz ofiar, a następnie do akcji wchodzi oddział zbrojny, który wyłapuje przyszłych zbrodniarzy.

Źródło: i.imgur.com

John A. Anderton, szef jednej z wielu jednostek Prewencji Kryminalnej, dowiaduje się z raportów pewnego pięknego dnia, że wkrótce zamorduje Leopolda Kaplana, człowieka, którego nigdy nie widział na oczy. Informacja ta uderza w niego jak obuchem, jest przekonany, że to błąd albo podstęp. W tym samym czasie w instytucji pojawia się przecież Ed Witwer, nowy pomocnik Andertona, młodszy, pełen energii mężczyzna, który z pewnością tylko dybie na lepsze stanowisko! Do tego nie można zaufać nawet swojej własnej żonie... Dlatego Anderton rusza do szaleńczej ucieczki, próbując odkryć, kto go wrobił.

W sposób dość przypadkowy, ale jednocześnie podejrzany, bohater dowiaduje się, że istnieje coś takiego jak raport mniejszości, czyli wizje trzeciego przedwidzącego, które nie muszą być zgodne z poprzednimi, ale to nie koniec wahań i niepewności...

Dick pisze zwięźle, logicznie, jasno, choć nie szczędzi żargonu, neologizmów i szczegółów technicznych. Najlepsze jest jednak to, że jego bohaterami, tak jak w Blade Runnerze, tudzież Czy androidy marzą o elektrycznych owcach czy właśnie w tym opowiadaniu, są zwykli, najzwyklejsi na świecie ludzie, mężczyźni dojrzali, doświadczeni, a wciąż pełni pytań i wątpliwości. To typowi everymani, którzy w prost w oczy mówią do czytelnika: tobie też się to może zdarzyć. Uważaj. Miej oczy szeroko otwarte. Bo tak naprawdę pisarz z jednej strony karze się zastanowić nad ingerencją władz w życie jednostki, absurdalnością oczywistych, jednoznacznych, absolutnych teorii społecznych wprowadzanych w życie niczym totalistyczny reżim, a z drugiej strony nad istnieniem wolnej woli i przeznaczenia. Czy jeśli poznalibyśmy naszą przyszłość, możemy skręcić w inną odnogę, inną wersję czasu i zmienić bieg historii? Czy odtwarzalibyśmy tylko nasz los tak jak Edyp?

Źródło: tumblr.com

Film Stevena Spielberga może i próbuje powtarzać te pytania, ale dość nieudolnie. Skupia się zamiast tego na niepraktycznych, choć efektownych wizualnie technologiach (kule jako nośniki informacji? A jak to przechowywać? Analiza na komputerze na stojąco, z durnym wymachiwaniem rąk i przy użyciu rękawic? Już wolę siedzieć przy biurku i klikać. A te samochody, które potrafią jeździć we wszystkie strony... Czy przypadkiem nie ogranicza to pola widzenia kierowcy? Czy ludziom nie robi się niedobrze na autostradach, które prowadzą znienacka pionowo w dół? Pytań jest sporo), zwariowanych postaciach, które bełkoczą niczym Wyrocznia z Matrixa (ta babka od roślin, przecież to pani Sprout z Hogwartu!), głównych bohaterze, który nie tylko analizuje wyniki przedwiedzących, ale jako że jest młody, gibki i przystojny, kieruje jednostkami antykryminalnymi i włamuje się do domów, w których ma być popełniona zbrodnia, dodatkowo obowiązkowo ma za sobą traumę. Różnic pomiędzy opowiadaniem a filmem jest cała masa, jednak najważniejsze jest to, że na ekran wyszła z tego pseudointeligencka, widowiskowa papka, która przez dwie i pół godziny nudzi, nuży i irytuje, bo za grosz w niej głębi. Oglądane po ponad dziesięciu latach niegdyś podniecające efekty specjalne bledną i okazują się dość mierne dla przyzwyczajonego do CGI oka.

Źródło: america.aljazeera.com

Innymi słowy, film okazał się stratą czasu. Szkoda, że jakiś przedwiedzący mnie przed tym nie uprzedził. Ale zamierzam jeszcze wracać do Dicka. I to nie raz.


wtorek, 7 lipca 2015

Tedn't right, tedn't proper, czyli o pięknych krasnoludach w BBC


Winston Graham

Ross Poldark

Niskie, zwierzęce dźwięki, mocna perkusja, ochrypły głos człowieka, który dużo stracił, ma w sobie sporo gniewu i musi się mocno wysilać, by trzymać swoje demony na uwięzi. Na ekranie Aidan Turner z dramatyczną, dodającą uroku skazą biegnącą przez policzek niczym ślad po łzie. Najprzystojnieszy krasnolud w całym Hobbicie w roli zubożałego osiemnastowiecznego arystokraty, w dodatku w tle intryga miłosna i cudowne kornwalijskie klify, zielone połacie ziemi urywające się nagle skałami i potężna otchłań wody. Powiem szczerze, trailer, który wyszedł jakoś na początku tego roku spod skrzydeł BBC z miejsca powalił mnie na kolana i zmusił do zainteresowania się nazwiskiem Poldark.


Winston Graham opublikował w ostatnim roku II Wojny Światowej powieść historyczną, która dała początek popularnej, dwunastotomowej sadze śledzącej losy Rossa Poldarka i jego rodziny pomiędzy 1783 a 1820 rokiem. Ponoć przy tworzeniu tej chmurnej postaci autor inspirował się zranionym pilotem, którego spotkał w pociągu podczas wojny.

Na początku pierwszej części Ross wraca po kilku latach walczenia w przegranej wojnie o niepodległość amerykańską do ojczystej Kornwalii. Nieszczęścia spadają cios za ciosem: najdroższa narzeczona, Elizabeth, zaręczyła się z kuzynem Rossa, dom rodzinny popadł w ruinę, finanse wyglądaja wyjątkowo słabo, zaufani służacy rozbisurmanili się kompletnie, zamiast czekać na pana ze strawą i ciepłym ogniem, śpią w wielkim łożu, kompletnie pijani. Jest nieciekawie.

Rochesterowskie włosy i skrzywdzony wzrok, idealne połączenie. Źródło: bustle.com

Ross nigdy się nie poddaje, a na dodatek ma dobre, szlachetne serce, którym natychmiast podbija serca zarówno widzów, jak i czytelników. Bierze się w garść i bardzo ciężko pracuje, próbując odbudować fortunę swojej rodziny, a także poprawić los swoich wasali. Do oczu chłopstwa mieszkajacego na jego ziemiach zagląda głód, niedużo brakuje do rebelii. Bieda piszczy po kątach. Ross próbuje więc stworzyć miejsca pracy, otwiera jedną z porzuconych rodzinnych kopalni cyny, walczy o lepsze warunki i ceny na rynku, przeciwstawia się Warlegganom, rodzinie kowali, która z pokolenia na pokolenie obrosła w piórka i stała się nowobogackimi bankierami, stosującymi nieczyste sztuczki i trzęsącymi całą okolicą. Ale Ross nie tylko zajmuje się pejzażem ogólnym, ale przede wszystkim losem pojedynczej jednostki. Ciekawi go życie swoich ludzi, opiekuje się nimi jak ojciec, robi wszystko, co w jego mocy, by uchronić przed więzieniem chłopaka, w którym pokłada duże nadzieje, ofiarowuje domy obiecującym młodym parom, daje pracę potrzebującym, chroni pokrzywdzonych.

Ross jedzie dać wciry wszystkim uciskającym biednych i skrzywdzonych. Źródło: bustle.com

Właśnie w ten sposób do domostwa Rossa trafia kilkunastoletnia sierota, Demelza, wraz ze swoim psem, skundlonym Garrickiem. Wykorzystywana do pracy ponad siły i bita w domu, poniżana w mieście, Demelza zostaje przyjęta jako służąca, nauczona higieny, kultury i miłości. Dorastając, okazuje się piękną, silną i mądrą kobietą, największym skarbem, jaki mógł sobie Ross wymarzyć. Ich związek jest poważnym mezaliansem, ale żadne z nich tego nie żałuje.


Powieść jest szczególnie wartościowa nie tylko z powodu dylematów moralnych, wyborów życiowych, uczciwości i wewnętrznego piękna bohaterów, ale też przez wzgląd na ilość wartościowych informacji o samym regionie i epoce. Bohaterowie z niższych sfer używają dokładnie odwzorowanego w ich mowie dialektu, ukazane są wszelakie problemy społeczne polityczne - wszystkie raczej na małą skalę regionu, ale niezmiernie ciekawe i poruszające. Przekorny, leniwy sługa Rossa Jud, jego pijaństwo, nieudolność, kombinatorstwo i czasem trudne do zrozumienia potoki wypowiedzi w dialekcie dostarczają sporej dawki humoru, co szczególnie sobie chwalę. Tedn't right, tedn't proper, tedn't decent!

Koszenie zapewnia zapas dodatkowych wartości estetycznych. Źródło: socialtalent.co

Uwielbiam seriale kostiumowe, w szczególności brytyjskie, więc czym prędzej zaczęłam czytać i oglądać Poldarka naraz. Pierwszy sezon nowej ekranizacji zapiera dech w piersi widokami, zauracza muzyką, ujmuje świetnie dobranymi aktorami, zgrabnie skrojonym scenariuszem. Powieści Grahama zostały bardzo sensownie przeredagowane na potrzeby serialu, pierwszy sezon wychodzi sporo poza pierwszą powieść, ale nie żałuję w najmniejszym stopniu obejrzenia całości przed skończeniem pierwszego tomu. Co więcej, jak wspomniał Zwierz Popkulturalny pisząc o Poldarku, twórcy chyba postawili sobie za cel sfilmowanie całości tak, by w każdej scenie Aidan Turner wyglądał jak młody bóg. Gdy trzeba, raz cudownie mroczny, przepełniony smutkiem, zacięty, a potem znienacka na jego twarz wychodzi uśmiech jak niespodziewane słońce zza chmury. Myślicie, że przesadzam? Proszę uprzejmie, poniżej dowód.

Można patrzeć i patrzeć. Źrodło: tumblr.com

Serial z tego roku jest drugą ekranizacją Poldarka. W 1977 roku BBC zaadaptowało pierwsze siedem książek, tworząc serial z Robinem Ellisem i Angharad Rees. Autor książek jednak był oburzony kontrowersyjnym sportretowaniem Demelzy, której postać wzrorowana była na żonie pisarza, tymczasem BBC posunęło się do przemienienia chłopczycy w panienkę lekkich obyczajów. Graham żądał wycofania serialu z emisji.

Nowa ekranizacja przedstawia Demelzę naprawdę świetnie. Źrodło: tumblr.com

Córka pisarza, który zmarł w 2003 roku, wyznała w jednym wywiadzie, że jej ojciec byłby zadowolony z odnowionej telewizyjnej twarzy Poldarka.

Ja też jestem zadowolona. BBC po raz kolejny odkrywa dla mnie skrawek kultury, którego wcześniej nie dostrzegałam, a który jest wart uwagi. I ten Aidan Turner... Ach.

Przepraszam za ilość gifów, ale nie mogę się powstrzymać. Źródło: pinterest.com

wtorek, 30 czerwca 2015

Wszystkie suki mi się zborsuczyły


W małym dworku
Stanisław Ignacy Witkiewicz


Wyznam wam coś. Mam niesamowitą słabość do Witkacego. Uwielbiam jego manieryzmy, jego język, jego szaleństwa, odchyły i perwersje. Co prawda najbardziej przepadam za jego wariackimi powieściami, czytałam 622 upadki Bunga i Pożegnanie jesieni, ale dramaty też są niczego sobie. Imiona i nazwiska bohaterów, dialogi, rozterki, niespełnieni poeci, demoniczne kobiety, rozbestwione dziewczynki. Dwudziestolecie międzywojenne w najlepszym wydaniu.

W małym dworku nie zawiera w sobie szumnych przemyśleń filozoficznych czy politycznych jak chociażby Szewcy. To bezwstydna, lekka, zabawna parodia pełna czarnego humoru. W okresie młodopolskim bardzo popularna była ponoć pewna sztuka o tym samym tytule realistyczna pióra Tadeusza Rittnera z 1904 roku. Opowiadała o dramacie rozbestwionych mieszczan - zborsuczonych na amen, jak by może powiedział jeden z bohaterów sztuki Witkacego - mąż poniża żonę, żona zdradza męża, mąż zabija żonę, mąż zostaje uniewinniony, ale prześladują do wyrzuty sumienia, co kończy się tragicznie. Tak w skrócie.

Witkacy postanowił to sparodiować i opisał swój własny, mały mieszczański dworek, sprowadzając go do absurdu.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Strach przed samym sobą; źródło: magazyn.o.pl

Kozłowice, skromny majątek w powiecie sandomierskim. Rodzina Nibków powinna być pogrążona w żałobie, żalu i chaosie, jeśli sprawy mają się tak, jak pan domu Dyapanazy Nibek twierdzi. A utrzymuje on, że zastrzelił swoją żonę, przyłapawszy ją na romansie z poetą Jęzornym. Jęzorny snuje się po majątku, próbując pisać marne wiersze i poderwać wszystko, co się rusza - również dwie dziewczynki, zaledwie podlotki, Zosię i Amelkę, córki Dyapanazego. Gdy do majątku przybywa kuzynka Aneta, która ma zastąpić matkę i nauczycielkę sierotom, w salonie zjawia się nagle widmo, duch Anastazji Nibek. Nikt nie wydaje się ani trochę wstrząśnięty oprócz prawdziwego kochanka, oficjalisty Kozdronia, tymczasem zmarła tłumaczy, że tak naprawdę zabił ją "rak w wątrobie. To dziedziczne, po Dzięciewickich. Bardzo dobra rodzina, ale zaraczona".

Sztuka jest jak ballada Mickiewicza wymieszana z dramatem pozytywistycznym, która wymknęła się spod kontroli. Niby wszystko sensowne, realistyczne, a wszystko stoi na głowie, umarli piją kawę z żywymi i zezwalają czytać własne dzienniki, by cała prawda wyszła na jaw. Nie tylko pojawia się wykrzywiona fantastyka, ale również wygięta jest psychika bohaterów, którzy nie reagują na życiowe dramaty w taki sposób, ani w ogóle nie zachowują się w sposób logiczny i sensowny, jak oczekujemy, co doprowadza do uroczych bzdur i cudownych absurdów. Jednocześnie nastój jest niesamowity, oniryczny, jak w spirytystycznych wybrykach Reymonta. 

Oryginalny dramat został wynaturzony, zdeformowany, poprowadzony w stronę idealnej Czystej Formy i, co tu dużo mówić, zwitkiewiczony, by pokazać, że realistyczny teatr jest przeżytkiem, a rzeczywistość do bani. Lepiej wybrać się a całą rodziną na wakacje z duchami. Dosłownie.  

Puk puk. Kto tam? Czysta Forma. Źrodło: agnieszkakowalska.blog.pl

niedziela, 21 czerwca 2015

Skąd brać książki po angielsku?

Źródło: pinterest.com

Moja biblioteczka jest różnorodna. Na półkach leżą obok siebie książki po polsku i po angielsku, czasem się dublują, koło tłumaczenia jest oryginał, zdarzają się też słowniki różnych języków, podręczniki, rozmówki, przewodniki. Często żal mi kupować piękne polskie wydanie powieści, które jestem w stanie przeczytać po angielsku. Dlatego staram się kupować autorów ojczystych albo tłumaczenia z języków, których nie znam, a pozycje anglosaskie sprowadzam na półki innymi drogami.

Czytanie rozwija wszechstronnie, sprawia, że nasz język staje się giętszy, pogłębia empatię, pozwala radzić sobie z traumami, przeżywać przygody, dramaty, radości, których brakuje w naszym własnym życiu. Niedawno postowałam na facebooku Rozkmin link do fascynującego artykułu o biblioterapii, czyli leczeniu dobrze dobraną książką (tutaj). New Yorker opisuje badania psychologiczne udowadniające, że czytając o pewnym doświadczeniu, nasze mózgi są stymulowane w tych samych rejonach neurologicznych, które są pobudzane podczas przeżywania tych samych doświadczeń osobiście. Czytanie w obcym języku otwiera nowe furtki w naszym poznaniu i rozumieniu ludzi, zwyczajów, kultur. Limity twojego języka do limit twojego świata, a poznawanie nowych języków to odkrywanie nowych światów.

Dlatego w imię praktyki i nauki języka angielskiego, oto dziesięć solidnych miejsc, gdzie można kupić, pożyczyć, ściągnąć książki w różnych formatach, ale w języku Albionu.

1. Antykwariaty

Źródło: miastoliteratury.pl

O krakowskich Massolicie już pisałam jako o moim ulubionym miejscu do wyczajania książek, ale napiszę jeszcze raz. To nie tylko przeurocza kawiarnio-księgarnia amerykańska z cudownymi zakamarkami pełnymi stosunkowo taniej beletrystyki, klasyki, książek naukowych, przewodników, albumów, wszystko po angielsku, nie tylko doskonałe miejsce na spotkania Koła Naukowego Anglistów UJ, prowadzenie korepetycji, spotkanie ze znajomymi przy kawie i fantastycznych ciastkach z czekoladowymi drobinkami, romantyczną randkę, ale też antykwariat online. Do każdej książki dołączają jedną z ich stylowych zakładek. Genialne miejsce. Ale rzecz jasna są też inne antykwariaty - każdy szanujący się antykwariat ma sekcję z książkami w obcych językach. Czasem schowany gdzieś z tyłu (jak w tym krakowskim antykwariacie koło Starego Portu), czasem więcej w nim podręczników (jak antykwariat u Metzgera w Kielcach), ale bardzo często istnieje. Ceny klasyków są na każdą kieszeń, czasem nawet za kilka złotych, a do tego czasem poprzedni właściciele zaznaczali i tłumaczyli co trudniejsze słówka. Czysty zysk!

2. Second-Handy

Źródło: cdn.ug.edu.pl

W ciucholandach też często można znaleźć półkę z maskotkami, dziwnymi zabawkami, kasetami VHS i książkami po angielsku. Kiedyś w jednym kupiłam oryginalny soniczny śrubokręt dziesiątego Doktora za dwa złote, działał jeszcze dwa miesiące i pewnie dalej by działał, gdybym wymieniła baterie, w innym mój luby kupił Yoshiego zrobionego na licencji Nintendo za cztery złote, a  najlepsza wykładowczyni świata, która uczyła mnie wymowy brytyjskiej z nieśmiertelnego podręcznika How Now Brown Cow, zachwalała tanie kryminały z ciucheksów. Podobno nawet po latach używania i uczenia angielskiego potrafiła znaleźć nowe słówko, którego nie znała, i cieszyć się z niego jak dziecko:)

3. Biblioteki

Źródło: static3.businessinsider.com

A, tak, właśnie. Biblioteki. Niekoniecznie duże, wojewódzkie, ale też małe, skromne, lokalne. Często mają działy z książkami obcojęzycznymi, a tam zazwyczaj znajdziemy wysłużone, dobre tytuły, które przeszły przez ręce wielu innych czytelników. Biblioteka na Rajskiej w Krakowie swój dział książek obcojęzycznych schowała na wyższym piętrze, ale znajdziemy tam też audiobooki i książki dla osób słabowidzących, z olbrzymią, wygodną czcionką. Poza tym pani bibliotekarka zawsze doradzi, a potem pożyczy książkę zupełnie za darmo. I można przedłużać!

4. Domena publiczna i ebooki

Z prawami do Sherlocka Holmesa jednak są problemy... Źródło: cdn.static-economist.com

Skoro już jesteśmy przy książkach za darmo, to przypominam o tym, że klasyka literatury zazwyczaj znajduje się w domenie publicznej, czyli dostępna jest zupełnie za darmo! Powieści w różnych formatach elektronicznych można ściągać zupełnie legalnie ze stron takich, jak Project Gutenberg, Open Library, Many Books, FeedBooks, Google Books... Jest tego sporo. Tutaj możecie poczytać, jak to wygląda na poszczególnych stronach, ale ja najbardziej lubię Gutenberga.

5. Domena publiczna i audiobooki


Gorąco chciałabym Wam polecić nie tylko audiobooki jako takiego, ale przede wszystkim inicjatywę LibriVox. To miejsce zrzeszające dobrowolnych ochotników do głośnego czytania i nagrywania książek, które są w domenie publicznej. Docelowo chcą oni udostępnić wszystkie dostępne w ten sposób książki w wersji audio. W efekcie książki może i nie są nagrywane profesjonalnie, często każdy rozdział czyta inna osoba, ale za to wyraźnie i często z amerykańskim akcentem, a przede wszystkim te nagrania są dostępne na całym świecie. Wystarczy kliknąć.

6. Aukcje


Przechodząc znów do książek, za które należy zapłacić, książki w języku angielskim można całkiem tanio upolować chociażby na polskim Allegro czy międzynarodowym eBayu. Książki sprzedają ludzie z całego globu i w najróżniejszych językach, wystarczy trochę pogrzebać. I zamówienie przychodzi prosto do domu.

7. Książkowe sieciówki

Ramona Flowers ze Scotta Pilgrima pracowała dla kanadyjskiego oddziału Amazon. Źródło: tumblr.com

Rzecz jasna są też wielkie sieci takie jak Amazon czy polski Empik czy Matras. Można zamawiać książki, ebooki, audiobooki przez Internet, zamówienie można odebrać osobiście w przypadku Empiku czy czekać na dostawę do domu. Amazon jeszcze nie ma polskiego oddziału, ale można zamawiać do Polski bez problemu. Tylko często bywa drogo...

8. American Bookstore


Polecam też małą polską sieć i sklep internetowy American Bookstore. Są w porządku, zatrudniają fajnych ludzi i mają całkiem niezły, choć nie idealny wybór. Ich księgarnie można znaleźć w Warszawie, w Konstancinie Jeziorna pod Warszawą, w Krakowie (w Galerii Krakowskiej). Warto zajrzeć.

9. Znajomi/wyjazd


W ubiegłym roku ponad 2 miliony Polaków mieszkało za granicą (źródło). Potężna liczba młodych ludzi wyjechała na Wyspy do pracy. Założę się, że na pewno macie jakichś znajomych czy rodzinę, która przebywa za granicą. A jak nie, to może jakichś znajomych Anglików, Amerykanów, zaprzyjaźnionych obcokrajowców z Couchsurfingu? Jeśli tak, można to wykorzystać i po prostu poprosić o kupienie konkretnego tytuły w księgarni i przywiezienie przy najbliższej okazji do Polski czy wysłanie pocztą. Sama czasem tak robię, choć najwięcej książek w języku mojej specjalizacji kupiłam na Erasmusie w objazdowym antykwariacie, charity shopach (przykładowo: Oxfam, Cancer Research UK, Brithish Heart Foundation... jest ich sporo) i w księgarni Waterstones na kampusie.


To wszystko na dziś, mam nadzieję, że ta lista zainspiruje Was do czytania po angielsku i, kto wie, być może weźmiecie jeszcze udział w moim wyzwaniu!

wtorek, 16 czerwca 2015

Rozwiązanie konkursu!

Dziś bardzo w telegraficznym skrócie - już mamy zwycięzcę konkursu!



W sobotę do północy mogliście zgłaszać się jako uczestnicy zorganizowanego przeze mnie konkursu, w którym można było wygrać jeden egzemplarz powieści Nethergrim. Otchłanny autorstwa Matthew Jobina.

W niedzielę wybrałam zwycięzcę i już dziś książka wyruszyła w pocztową podróż do... 

Asi prowadzącej bloga Antykwariat z ciekawą książką!

Gratuluję serdecznie i dziękuję za świetną odpowiedź na pytanie konkursowe:)

Całej reszcie uczestników dziękuję serdecznie za chęci i kreatywne odpowiedzi! Cyber-smok był naprawdę świetnym rozwiązaniem, powinszować stylowego galopu na rumaku, dobry pomysł z zaprzęgnięciem do ratowania świata ekipy Avengers! Mimo wszystko jednak doceniam najbardziej poświecenie, wiarę i potęgę przyjaźni, o której przekonująco i z fantazją pisała Asia.

 Mam nadzieję zorganizować jeszcze niejeden konkurs, więc nie traćcie nadziei. A tymczasem... 

Źródło: images4.fanpop.com

piątek, 12 czerwca 2015

Jej wysokość Ból-w-tyłku i tłum anonimowych amatorów monarchii


Keira Cass
Następczyni


Jakoś na początku roku pisałam o Rywalkach, pierwszym tomie serii Keiry Cass. Ponoć wielu z Was wyjątkowo podobały się moje złośliwości na temat tej jakże głębokiej, ambitnej i z rozmachem napisanej powieści. Otóż w moje rączki wpadła cześć... czwarta. Wydawało by się, że popularne są teraz trylogie? No właśnie. Wszyscy myśleli, że to będzie trylogia i wszystko się skończy happy endem, do widzenia, ślepa Gienia, ale nie. Nie, autorka dossała się do tematu jak pijawka, nie ma się zresztą co dziwić, bo seria zrobiła się popularna. Stąd też tom czwarty, który wcale tematu nie zamyka, a otwiera nowy, a w dodatku już po polskich księgarniach jakieś spin-offy w postaci tomu opowiadań i dziennika kreatywnego (cokolwiek to ma znaczyć) się poniewierają. W drodze część piąta.

Cóż. Problem z Następczynią jest taki, że to już nawet nie jest śmieszne. Ot, słaba historyjka, słabo pomyślana i napisana, z przyciągającą wzrok okładką. I na dodatek szalenie nudna. Autentycznie.

A teraz ostrzeżenie, jeśli obawiasz się spojlerów i naprawdę masz ochotę jeszcze kiedyś w życiu poświecić swój czas na czytanie tej serii, to może lepiej się wycofaj już teraz.

Jak już wspominałam w moim poprzednim poście, wybór Ameryki, głównej bohaterki Rywalek, uważam za tendencyjny, głupi i nie fair. Ale jakoś trzeba z nim żyć, bo Następczyni opowiada historię Eadlyn Shreave. Tak, córki Maksona i Ameryki. Chociaż tyle, że tym razem imię nie jest aż tak fatalne. Eadlyn jest siedem minut starsza od swojego brata bliźniaka i dlatego też rewolucyjni rodzice, a zarazem monarchowie, stwierdzają, że czas na zmiany. Postęp, emancypacja, gorsety, tym razem to kobieta będzie rządzić państwem.

Eadlyn jest napuszonym stworzeniem, które myśli, że jest pępkiem świata. Źródło fanartu: tumblr.com

Panuje moda na upierdliwe bohaterki słabych powieści. Eadlyn jest jedną z nich. Od dziecka wychowywana na królową, ponoć otrzymała doskonałe wykształcenie, pomaga ojcu rządzić państwem. Teraz ma lat osiemnaście, jest wrzodem na tyłku, nikt jej nie lubi. Opryskliwa, rozpuszczona, niedojrzała, nieogarnięta, oziębła i zamknięta w sobie baba. Zachowuje się jak trzynastolatka. Najgorsze jest to, że widzimy świat jej oczami, jest narratorką pierwszosobową. Co kilka stron czytamy, że jest najpotężniejszą osobą na świecie, ma obowiązki wobec państwa i w ogóle to szklana góra, wielbcie mnie i przelewajcie łzy. Czemu jeszcze nikt nie docenił jej poświęcenia?

Niestety Elżbietą I ani tym bardziej II to ona nie jest, może jakąś charyzmę i umiejętności ma, ale jej "rządzenie" polega głównie na przeglądaniu do późna w nocy raportów. Doradców ojca kojarzy z nazwiska i nawet z twarzy, ale w jednym momencie książki jest zdziwiona, że jedyna kobieta w radzie ojca w sumie zna ją od dzieciństwa. Taaak. Nie jest zbyt blisko z ministrami. Myśli tylko o swojej "potędze" jako idei i o tym, że mogłaby każdego w dowolnej chwili ukarać. Poza tym ma być perfekcyjna. Jeśli chodzi o prawdziwe panowanie... bardziej ogarnia wywiady, przemówienia i projektowanie sukienek. W notatniku. Kredkami. Jakże ekscytująco!

I tak do znudzenia. Źródło: tumblr.com

Dziewucha jest tak upierdliwa, że jej rodzice stwierdzają, że brak jej chłopa. Może ją zmiękczy i poddani wreszcie polubią pannę Sopel Lodu? No dobrze, tak naprawdę to para królewska ma chytry plan. Otóż za czasów swojej świetności Ameryka i Makson znieśli system klasowy, tak na raz-dwa, a teraz się dziwią, że po tylu latach wciąż w Illei społeczeństwo się burzy, wciąż jakieś rasizmy (klasizmy?), zamieszki, incydenty, bunty i inne. Dlaczego wszyscy się nie cieszą z tych wszystkich nowych możliwości? Ech, mam wrażenie, że gdyby autorka trochę zagłębiła się w historię nowożytną USA, mogłaby wpaść na lepszy pomysł. Monarchowie stwierdzają, że wymyślą jakieś rozwiązanie na bunty poddanych, ale tymczasem dobrze im dać igrzysk. Chleb już mają. Igrzyskami zaś ma być kolejna Elekcja. Dla Eadlyn.

Oczywiście, bo wybór księcia spośród 35 kandydatów jest tak emocjonujące, że wszyscy zapomną o uprzedzeniach i skupią się na oglądaniu kolejnych randek księżniczki z wypiekami na policzkach!

Historia się powtarza, tylko tym razem trochę na odwrót. Całą powieść śledzimy pierwszą część (co mnie totalnie rozczarowało, tak to przynajmniej bym się dowiedziała, kogo wybierze oschła księżniczka Ból-w-tyłku) Elekcji od strony wybierającego, a raczej wybierającej. Niestety mam wrażenie, że poprzednim razem autorce lepiej poszło, przynajmniej miało się wrażenie, że poznajemy kandydatki z bliska. Tym razem poznajemy ledwie garść kandydatów, zatrważająca większość nie ma prawie żadnej roli albo chociaż imienia. Wiemy, że chłopców jest dużo i Eadlyn ma tyle na głowie, ale przecież ona nie chce tak naprawdę znaleźć męża, zgodziła się na tę imprezę tylko ze względu na ojca i poddanych... Ciężka praca, padajcie na kolana i wielbcie to poświęcenie i potęgę!

Tak naprawdę liczy się tylko Hale (krawiec, ach, jaki ma gust w ciuchach), Kile (przypadkiem - och, cóż za przypadek - od dziecka mieszkał w pałacu, bo jest synem traktowanych jak rodzina trzecioplanowych bohaterów poprzednich części) oraz Henri (cukiernik z... Norwegoszwecji. Umm. Taaak. Nie mówi po angielsku i wszędzie chodzi z tłumaczem).

Moim typem jest tłumacz właśnie. Jedyny rozsądny gość.

Nie będę się wdawać w detale, bo im dalej, tym drętwiej i nudniej, ewentualnie momentami bardziej irytująco. Denerwują idiotyczne pomyłki ochrony pałacowej (nie sprawdzili wcześniej kandydatów i przez to wpuścili jednego potencjalnego gwałciciela, który złapał Eadlyn za rękę i zasugerował, że tak naprawę by chciała, choć odmawia - tak groźna sytuacja, że niedoszły gwałciciel, ewentualnie przyszły pan Grey, dostaje w ryj, a później całe rodzeństwo musi razem spać w jednym łóżku, by się pocieszać), doprowadzają do szaleństwa wtręty, że Makson wygląda na zmęczonego i chyba wkrótce zrezygnuje z tronu (książę Karol też na to liczył i coś jak do tej pory się przeliczył), a już uwagi na temat zniedołężnienia matki Eadlyn wywołują silną ochotę rytmicznego uderzania głową w mur (no tak, kobieta pod czterdziestkę ma szczęście, że jej palce jeszcze nie odmawiają jej posłuszeństwa!).

Names Part One
Maxon: I think her name should be China.
America: WTHeck Maxon?! It has to be classy, something that shows her swagger.
Maxon: CHINA!
America: No.
America: I always liked Eady's Ice Cream...
Maxon: Let's just add Lin to that.
America: Eadlyn. Perfect.
Źródło: tumblr.com

A co do samego stylu autorki... polecam zajrzeć na bloga tłumaczki. Jej wpis o dość beztroskim podejściu do rejestru i tytułów Keiry Cass mówi sam za siebie.

wtorek, 9 czerwca 2015

Wielki Brat a posttechnologiczne państwo entropiczno-internetowe


Mniejszy cud

Magdalena Salik


Szalona, połyskliwa, psychodeliczna okładka i porównanie do Lema podniosło mi ironicznie brew, ale poczułam jakieś przyciąganie. To może być dobra książka. To może być najlepsza pozycja z całej loterii dla blogerów. Wrzuciłam mój los i wygrałam, książka trafiła w moje objęcia. Przeczucie mnie nie pomyliło. Choć nigdy wcześniej nie słyszałam o Magdalenie Salik, teraz mam ochotę zaopatrzyć się we wszystko, co do tej pory napisała i wyglądać kolejnych pozycji. I nie, to nie ironia, ironia starła się z mojego oblicza po pierwszych kilku stronach.

To naprawdę świetny kawałek s-f i kryminału.

"Jaki był jego stosunek do tej sprawy? No, dość oczywisty, państwo niewoliło jednostkę, tego Ben dowiedział się przed pierwszym razem z Lenką - a posttechnologiczne państwo entropiczno-internetowe niewoliło jednostkę w sposób wyjątkowo opresyjny."
 fragment powieści

Robert Halen, pulchny, przyjemny dla oka blondyn, to geniusz. Wyznacza sobie jasne cele i bez problemu osiąga je w krótkim czasie, jego mózg ciągle pracuje na najwyższych obrotach. Lekarz, naukowiec, lew salonowy, kobieciarz, wydaje się, że we wszystkim ma szczęście, a na dodatek nie sposób go nie lubić. Żąda tanich rozwiązań medycznych dla pacjentów, dopina swego i znajduje fundusze na żmudne badania mające na celu wydrukowanie nerki z komórek własnych pacjenta, potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji, nigdy nie traci rezonu. Chce zostać sławny - w końcu wydruk nerki metodą Halena brzmi wyjątkowo dobrze, prawda?

Mark Dowson to młody oficer policji. W życiu miał znacznie ciężej niż Robert, jego rodzicom nie powodziło się tak dobrze, ojciec był leniwym ignorantem, który zawsze próbował przeforsować swoją opinię. Mark musiał pracować od końca szkoły średniej, by utrzymać rodzinę i pomóc chorej matce. Niedawno wykosztował się się podczas leczenia nowotworu rodzicielki, które i tak zawiodło. Dawno stracił wspólny język z żoną. Obserwuje ulice przez kamery na swoim stanowisku, nie wychodząc z pracy po dziesięć, dwanaście godzin. Pewnego dnia na ekranie monitora identyfikuje bezwstydną zbrodnię entropiczną. Wywołany z testującego intuicję egzaminu Robert popycha człowieka na szklaną rzeźbę, która rozbija się w drobny mak. Skok entropiczny ma ciężkie konsekwencje.

Mogli się kiedyś spotkać. Mogli się zaprzyjaźnić. Tak niewiele brakowało. Pracowali w tej samej przetwórni ryb na początku studiów. Nigdy jednak do tego nie doszło. Teraz Robert jest ścigany listem gończym, a Mark wytęża wszystkie swoje siły, by znaleźć i ukarać zbrodniarza.

Świat przyszłości według Salik opanowany jest obsesją bezpieczeństwa. Odkąd odkryto, że nieszczęśliwe wypadki powodowane są wysokim poziomem entropii wywoływanym przez chaos i gwałtowne zmiany w naturze, społeczeństwo jest kontrolowane strachem przed prawami fizyki. Tak skonstruowana antyutopia w intrygujący, arcyciekawy i inteligentny sposób pokazuje współczesną paranoję podniesioną do potęgi entej. Kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o zaplecze naukowe, społeczne i ekonomiczne. Skutki odkrycia entropii widać na każdym kroku, autorka nie tylko naprawdę świetnie przemyślała swój pomysł, ale też przekonująco przedstawiła z niezwykłą lekkością i finezją.

Co więcej, powieść nie tylko zachwyca świeżością myśli technologicznej czy naukowej, ale przede wszystkim stanowi celny komentarz dotyczący naszego świata, przede wszystkim zaś kierunku, w jakim on podąża. Powrót do klasyki science fiction i antyutopii jako takiej, czyli użycie odmiennego, fantastycznego uniwersum do przemyśleń natury filozoficznej, ustrojowej, społecznej, jak dla mnie jest trafem w dziesiątkę. Czy jest miejsce na transcendencję, mistykę, religię w świecie rządzonym przez materializm, scjentokrację, w państwie oświeconym, a policyjnym? Nie spodziewałam się tak głębokiego przekazu i fascynujących pomysłów po loteryjnej książce z lekko odstraszającą okładką.

"Jedną z przyczyn zapaści humanistyki była nieumiejętność przekonania decydentów i opinii publicznej o sensowności stawiania pytań dotyczących wartości pozamaterialnych. Materialność i materializm stały się wyłącznymi - i powszechnie akceptowanymi jako jedyne - kategoriami opisującymi rzeczywistość. Spopularyzowane formy uczenia blokowego pozbawiło całe pokolenia zarówno potrzeby jak i zdolności odwoływania się do dorobku kulturowego i filozoficznego cywilizacji zachodniej. W tym sensie w okresie entropicznym nastąpiło ostateczne zerwanie ciągłości kulturowej z poprzednimi epokami i znikła świadomość istnienia określonych wartości etycznych - tak humanistycznych, jak chrześcijańskich."
fragment powieści

Salik pisze na wszystkie sposoby, jakie cenię. Potrafi pisać chłodno, oschle, z dystansem, przedstawiać dzieje jednostki na przestrzeni czasu. Potrafi zręcznie manewrować polifonią dwójki bohaterów, ich historią, życiem, poglądami. Potrafi pisać głosem Roberta tak, że jednocześnie zachwycamy się jego pięknym umysłem, zachłystujemy gadatliwością i odnajdujemy pokłady ciepła, w których z przyjemnością się zanurzamy. Potrafi przekonująco przedstawiać zupełnie inny świat z punktu widzenia przepracowanego, przemęczonego policjanta w dołku psychicznym. Nie zapomina przy tym o silnych postaciach kobiecych, fragmenty fikcyjnych artykułów naukowych brzmią jak żywcem wyrwane z czasopism naukowych. Jej pióro zręcznie przeskakuje z głosu na głos, z jednego punktu widzenia, stylu, żargonu na drugi. Dzięki temu postacie są wyraziste, przekonujące, bliskie.

Co warte zaznaczenia, w ogóle nie czuć płci autora. Męscy i żeńscy bohaterowie zachowują się przekonująco i pełnokrwiście. Robert zmienia kobiety jak rękawiczki, anektuje przestrzeń życiową swoich kolejnych dziewczyn na sobie tylko właściwy sposób, zmaga się z nałogiem alkoholowym tak, że spokojnie można by uwierzyć, że to słowa pisarza, a nie pisarki. Czuć za to doświadczenie redaktorki i dziennikarki, pisarki fantasy, kobiety oczytanej, wykształconej i błyskotliwej, która podjęła się ciekawej wariacji na temat teorii chaosu, która zaprowadziła ją aż do korzeni filozofii.

Szłam przez tę książkę jak przecinak, czując, że jeszcze kiedyś do niej wrócę, by przetrawić i dorozkminiać. Dzięki umiejętnie stopniowanemu napięciu, ciekawej intrydze i barwności bohaterów nie mogłam się oderwać, zakończenie w żaden sposób nie zawiodło reszty. Miła, pożądana odmiana.

Ja kupuję Mniejszy cud z całym dobrodziejstwem inwentarza. Może to dlatego rozpływam się w zachwytach, bo choć s-f lubię i czytuję, to nie jestem na bieżąco z polskimi nowinkami? Wiadomo też, że nie każdemu taki temat podejdzie, nie każdy tego szuka. Ja nie szukałam, a znalazłam. Było super.

"Nieszczęście to ludzka cecha, powtarzał sobie bez przerwy; gdyby przyjąć, że to prawda, jego rachunek świata przestałby wyświetlać error. Bo jeśli to prawda, nie ma nic dziwnego w tym, że zrobił, co mógł, i przegrał - i nie ma nic dziwniejszego w tym, że musiał."
fragment powieści


PS Przypominam o trwającym konkursie! 

czwartek, 4 czerwca 2015

KONKURS! Zgarnij egzemplarz Nethergrim do swojej biblioteczki

Pamiętacie młodzieżową książkę fantasy, początek cyklu, o którym pisałam w jednym z ostatnich postów? Wspominałam, że będzie konkurs? Oto on:


Powyższą książkę Nethergrim. Otchłanny autorstwa Matthew Jobina można zgarnąć w trzech prostych jak drut krokach, przede wszystkim zaś wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe:

Gdybyś wyruszał pokonać odwieczną bestię, by uratować świat, kogo lub co wziąłbyś/wzięłabyś ze sobą?


Najbardziej kreatywne, przekonujące, ciekawe odpowiedzi mają szansę na wygraną!


Regulamin konkursu:

1. Wyłącznym organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny, zaś sponsorem wydawnictwo Jaguar.

2. Nagrodą jest jeden nowy egzemplarz powieści Nethergrim. Otchłanny autorstwa Matthew Jobina.

3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • być publicznym obserwatorem bloga (na blogspot lub facebooku)
  • udostępnić w dowolny sposób informację o konkursie (może być na własnym blogu, na facebooku, google+, jak tylko chcecie)
  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie wspomnieć, pod jakim nickiem obserwujecie bloga, podać e-mail kontaktowy, wskazać miejsce udostępnienia informacji o konkursie), a także w tym samym komentarzu odpowiedzieć na pytanie konkursowe.
4. Konkurs trwa od teraz do 13.06.2015 r. do godziny 23.59.

5. Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie subiektywnej opinii o odpowiedzi na pytanie konkursowe i spełnieniu wyżej wymienionych wymagań.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka.

8. Gdy zwycięzca nie zgłosi się - nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu, którego odpowiedź również się wyróżniała.

9. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

10. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

11. Nagrody wysyłam jedynie na terenie Polski.

12. Przystępując do rozdania akceptujesz powyższy regulamin.


Czekam na wasze odpowiedzi!