Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

czwartek, 17 maja 2018

Ucieczka nie do ziemi obiecanej, a do ziemi jałowej. "Exodus" Łukasza Orbitowskiego


Wiecie, jaki jest rezultat łapania stada srok za ogon. Wszystkie uciekają, zostają w ręce czarno-białe pióra.

Na białych kartach Exodusu szarzą się ścieżynki ilustrowanych żył i komory serc, czernią słowa w opuchłym do nadmiaru tomie. Wycięłabym z tego sporo, wycięła szarzyzny, resztę oddzieliła na osobne historie, osobne powieści. Głównym bohaterem, Jankiem, potrząsnęła porządnie. A wszystkie wątki wsadzone na siłę, bo modne i świeże, w pierwszej kolejności wykopała poza marginesy.

Orbitowski planował powieść drogi. Obyczaj z elementami zwykłego, życiowego horroru; ciąg dalszy przejścia od fantastyki i grozy na szacowne koleiny literatury pięknej. „Exodus wymyśliłem sobie jako powieść drogi, po czym zrozumiałem, że w Europie żadna droga nie jest już możliwa,” stwierdził po jakimś czasie. Więc zamiast utartego schematu podróży ku samopoznaniu stwarza powieść ucieczki, powieść samookłamania, powieść zaciemnienia. Eksodus nie do ziemi obiecanej, a do ziemi jałowej.

Janka spotykamy w panice. Wypłaca wszystkie pieniądze, zanim utną mu dostęp do kont; niszczy kartę SIM w telefonie, tnie dokumenty i karty. Rzuca wszystko, ucieka. Zaraz go złapią. Musi natychmiast wtopić się w tłum, stać kimś innym. Janek z Warszawy nigdy nie istniał: od teraz jest złodziej, alkoholik, wagabunda bez celu. Byle tylko ktoś nie poznał jego twarzy.

Elementy podróży podzielone są na cztery osobne, integralne opowiadania. W pierwszej części pieniacki, zakrapiany alkoholem Berlin, pieniądze wydawane tysiącami i palone w zwiniętych rulonach, przetracane i zapominane w mieszkaniu naznaczonym komunistyczną historią kobiet, wydawane zapędzając się w ascezę i atawistyczny powrót do dzieciństwa. W drugiej obóz uchodźców gdzieś w Alpach, chaos, paranoja, poszukiwanie odkupienia w ludzkim czyśćcu, próba bycia bohaterem na siłę (a jednocześnie irytujące zwracanie się do przesiedleńców per „osoby”, jak zauważyła Tanayah). W trzeciej Janek próbuje pognębić się jeszcze bardziej, spaść na samo dno: squatuje w budynku przeznaczonym do rozbiórki razem z innymi bezdomnymi w stolicy Słowenii, zakłada obcięte butelki na rozpadające się buty, by mniej przeciekały, głoduje, żebra i próbuje stworzyć alternatywną rodzinę, na siłę przygarniając młodego, prostytuującego się na ulicach chłopaka. Wreszcie zamiast pogrążyć się w czwartym kręgu piekła przez chwilę wydaje się, że znajduje spokój na rajskiej, greckiej wyspie. Zamiast tego spotyka biedę, chorobę alkoholową, agresję, obcość i obsesyjną, oślepiającą chęć zemsty.


Każda z tych części to w gruncie rzeczy nie tyle opowiadanie, co prawie osobna powieść czy nowelka. To w pełni zapełniona postaciami, miejscowym kolorytem, paneuropejskim rozpanoszeniem historia, w której Janek od nowa się gubi, choć wcześniej nawet się nie znajduje. Jego losy gmatwają się coraz bardziej, zapętlają w bezmyślny pęd, ucieczkę bez przemyślenia, dziki skowyt uciekającego przed niebezpieczeństwem, zaszczutego stworzenia. Mimo to trudno się z nim utożsamić, bo jest też antybohaterem. Jego pierwszoosobowa narracja prowadzona przez klapki na oczach jest skażona subiektywizmem, krótkowzrocznością, brakiem hamulców, poczucia obowiązku czy przyzwoitości. Wszystko puszcza: Janek dryfuje, miotając się wściekle i rzucając oskarżenia na prawo i na lewo, nie widząc rzeczywistości takiej, jaka nam się jawi naprawdę przez zamglone, emocjonalne, niesprawiedliwe spojrzenie Janka.

Czy potrzebujemy tych wszystkich, samych w sobie intrygujących, a do tego opisanych zgrabnym piórem, wątków? To prawda, że czasem służą jako wypaczone lustro, jak Klara czy Greczynka. Czasem są wyrazem skrywanych pragnień, jak Marco i Jacek. Cała zgraja z obozu uchodźców wydaje mi się niepotrzebna, kolejne przelotne związki i miłostki nic bohaterowi ani uwiązanym w nie kobietą nie dają. Za dużo tego, za duszno, zbyt przytłaczająco. A na dodatek w dużej mierze... nudno. Jak można przywiązać się do postaci, która zaraz przepadnie, przemielona przez gorycz i żal, a potem pospiesznie porzucona często bez należytego rozwiązania jej wątku?

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami dostajemy ciekawy chwyt literacki. Jak refren w piosence, powtarza się ten sam tekst, najpierw odarty do jednego słowa, potem oblepiany kolejnymi zdaniami, akapitami, by dopiero na koniec powieści ukazać się w pełni. Ten właśnie tekst jest kluczowy dla historii Janka. Z jednej strony podobało mi się rozszyfrowywanie umykającego sensu tego powtarzającego się fragmentu, z drugiej zdecydowanie zbyt szybko rozgryzłam, o co w nim chodzi, do czego zmierza.


W odniesieniu do tego fragmentu pojawiają się też wplecione w historie podróży wspomnienia Janka, od lat wczesnej młodości, przez pierwszą miłość, pierwszą dziewczynę, zbyt wczesne ojcostwo, balansowanie między apodyktyczną, ingerującą w życie i surowo oceniającą matką a przemęczoną, rozczarowaną młodą żoną. Potem kolejne szczeble kariery, pusta pogoń za płytkimi marzeniami, przyjaźń z coachem. Jak cały ten polski wątek to zdecydowanie najciekawsza, najbardziej poruszająca część książki, unurzana w znajomej historii, przedstawiająca zbyt znajome i zbyt bolesne problemy codzienności, i to właśnie dla niego dalej czytałam tę cegłę – tak momenty, gdy w życiu Jacka pojawia się coach, to momenty, w których całość najwięcej traci na wartości. Według mnie uwikłanie z samorozwój tego rzędu wygląda zupełnie inaczej, a tu został pokazany rekreacyjnie, powierzchownie. Na coacha przeznaczyłabym osobną książkę i poszła w pełne sekciarstwo i manipulację umysłową.

Do tego należy skomentować samo traktowanie kobiecych bohaterek w powieści. Żadna nie wydaje się być pełnokrwistą, trójwymiarową postacią, a zamiast tego stają się tłem, ozdobą, chwilową pomocną, wytchnieniem, powierzchowną nauczką, wreszcie klockiem do ustawienia, by przedstawić historię. Dobrze tym pisze Naia z Literackich skarbów w swoim wpisie: „bohaterki, nawet jeśli mają własną historię, własną tajemnicę, są albo postaciami nieznośnie płaskimi i mdłymi (Julka, Eve, Nina) albo karykaturalnymi histeryczkami (matka, Patrycja, Sophie). Tak jakby między tymi dwoma biegunami nie było nic”.

Dodatkowo kobiety z jego polskiego życia wydają się trzema wampirami wysysającymi z Janka energię życiową, heterami, przerzucającymi uległego, kochającego, niewinnego chłopaka z miejsca na miejsce według własnego widzimisię. Janek nie ma wiele do powiedzenia w Polsce, jego życiem sterują matka, żona i kochanka. Jego młodość zniszczyło dziecko, jego miłość zniszczyła żona, jego wolność zniweczyła matka, jego marzenia skruszyła kochanka. A on tylko chciał dobrze. On zawsze chciał dobrze. Tylko nie pomyślał. Nie uruchomił empatii. Nie wyjrzał poza czubek własnego nosa.

I tutaj dochodzę do sedna mojego rozczarowania i rozgoryczenia tą książką.


Uwaga, dalej będą spojlery.

Mam wrażenie, że pisząc początek, środek i koniec, Orbitowski co najmniej nie przemyślał wszystkiego naraz. Początek rozłazi mi się z końcem, nie lepi się, nie składa. Najpierw powieść daje jednoznacznie do zrozumienia, że Janek coś przeskrobał. Nie wiem, zabił kogoś, okradł. Szuka go policja, więc musi stracić osobowość, stać się bezimienny. Tymczasem okazuje się, że doświadczył straty dziecka. Był świadkiem wypadku, na własne oczy widział krew pod kołami. I to jest moment, w którym coś mu się przestawia w mózgu, odwraca się od swojego życia i ucieka. Kolejne elementy układanki oprócz ostatniej przestawiają pragnienie zadośćuczynienia, nakładanej na siebie samodzielnie kary. Kary za tę domniemaną zbrodnię – byłoby zrozumiałe. A tu nie. W sumie nie wiadomo za co. Kary za wypadek, którego nie był winien?

Moje główne pytanie jest jednak takie: skąd się tu wziął motyw bycia ściganym? Za co? No ja przepraszam bardzo, ale dla mnie to jest zupełnie nieprawdopodobne. Nielogiczne. Policja nie wysyła listów gończych za rodzicami, którzy uciekają od ciała zmarłego dziecka. Wiadomo, ludzie w takim stanie zachowują się przeróżnie, ale nie aż tak... dziwnie. Ja w tym widzę jakiś problem warsztatowy: rozpoczęcie pisania z jednym zamysłem, a skończenie z innym. Coś poszło nie tak. Czy Wy też tak macie, że albo tu coś nie styka, albo Jankowi coś się mocno pomieszało w głowie?

Najgorsze i najbardziej wkurzając jest jednak to, że Janek nie został na miejscu pomagać żonie i matce, zająć się pogrzebem. On o tym zupełnie nie myśli. Nawet jak wraca do domu i dowiaduje się, ile przeżyła Julka przez te półtora roku, nie wyjdzie jej naprzeciw, nie odwiedzi grobu. Wciąż skupia się tylko na sobie. To on jest ważny, jego nagranie, to, co zrobił, co przeżył i czy przyjmą go z powrotem. Naprawdę? Naprawdę? Co za chłop! A jakby przepisać tę powieść z punktu widzenia kobiet w życiu Janka? Zaraz by wyszło na jaw, co z niego, za przeproszeniem, za małosprytny, egoistyczny ciul. Tyle czytania, by dowiedzieć się, że bohater jest jeszcze bardziej żałosny, niż się wydawało!

Koniec spojlerów.

Jak bardzo cenię Orbitowskiego za fantastyczne według mnie Wigilijne psy, tak Exodus mnie zdenerwował. Chyba potrzebuję terapii. Czy ktoś chciałby ze mną pogadać? Wyjaśnić? Przedstawić swoją interpretację?

Zapraszam do dyskusji w komentarzach, bo nie wyczymie.


Exodus

Łukasz Orbitowski

Sine Qua Non, 2017
450 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

poniedziałek, 14 maja 2018

Miniaturowa seksbomba kontra psychobibliotekarka. "Toń" Marty Kisiel


Gdybym dorwała Toń nie mając żadnych obowiązków, a jedynie swobodny, spokojny dzień na czytanie, połknęłabym ją za jednym zamachem. Niestety w natłoku zajęć zajęło mi to cztery dni, a nie jeden, ale wciąż czwartą powieść Marty Kisiel wchłonęłam z dziką przyjemnością, pełnym satysfakcji ciamkaniem i głupkowatym miotaniem się po mieszkaniu. Miotanie wynikło z nieudolnych, acz szczerych prób wyrażenia zadowolenia, zachwytu i upojenia stylem autorki, który – jak już zdążyliście zauważyć – wybitnie mi przypadł do gustu. Jak można nie kochać fraz jak wyjętych z Chmielewskiej, ale mocno uwspółcześnionych, z nawiązaniami do modnych copy past (ojciec fanatyk, łiii!), a na dodatek zasadzone w historiach przepełnionych cudowną, domową atmosferą jak z początków Musierowicz.

Do tej pory czytałam Dożywocie (a tu o nim pisałam) i jego kontynuację, Siłę niższą (link do recenzji tu, a tu do jedynego wywiadu z autorem, jaki można znaleźć na Rozkminach i jest to właśnie Marta Kisiel), a Nomen omen odkładałam sobie na później, aż z zaskoczenia wzięła mnie Toń, na którą się rzuciłam jak wygłodniały sęp. Teraz już wiem, że chyba lepiej by było dla zachowania integralności czasowo-przestrzennej tak zwanego Kiślowersum (yes, it’s a thing already) przeczytać najpierw pierwszą powieść osadzoną we Wrocławiu zanim wzięłam się za drugą, bo pojawiają się tu postacie znane z Nomen omen, ale mimo to nie przeszkadzało mi zupełnie czytanie w oderwaniu od duchowej poprzedniczki.

Kiślowersum, dla porządku, w tym momencie rozwidla się na dwa nurty biegnące w paraleli humorem i elementami fantastycznymi. Dożywocie i Nomen omen podążają losami Konrada Romańczuka, który w jednej i drugiej książce zmaga się z domami pełnymi komicznych postaci nadnaturalnych, sprawiających niemałe problemy zapracowanemu pisarzowi. Nomen omen i Toń są trochę mroczniejsze, a do tego skupiają się na demonach wrocławskich i nawiązaniach do ponurej, smutnej historii miasta w okresu II wojny światowej. Mimo to nie brakuje w nich charakterystycznej beztroski językowej, ciepłego, inteligentnego humoru i rodzinnej, przyjaznej atmosfery między bohaterami, a także elementów fantastycznych.


Po takim wprowadzeniu mogę już odważnie ruszać do przodu z recenzją.

W Toni znów osią fabuły jest dom, a dokładniej mieszkanie w kamienicy na ulicy Lompy we Wrocławiu. Klara Stern, która zdecydowanie zbyt szybko została ciotką odpowiedzialną za dwie osierocone bratanice: Eleonorę i Justynę, postawiła kilka narzuconych żelazną ręką i skrzętnie przestrzeganych reguł. Do dusznego, mrocznego, pełnego antyków mieszkania nie wolno wpuszczać obcych i pod żadnym pozorem nie uchodzi zostawiać pustego. Zawsze ktoś w domu musi być. Czatować. Pilnować.

Eleonora i Justyna nigdy nie wiedziały dokładnie, z jakiego powodu tak właściwie należy się w ten sposób zachowywać. Ale słuchały starszej, zgnębione obsesyjną paranoją. Gdy dorosły, Eleonora została cichą, pedantyczną bibliotekarką unikającą kolorów i zamieszania, nękaną niepokojącymi wizjami, zaś Justyna przemieniła się w barwną, energiczną, kształtną Dżusi na wysokich obcasach, określaną też jako miniaturowa seksbomba. Dżusi w którymś momencie nie wytrzymała, wybuchła, pokłóciła się ostro z ciotką i wyniosła czym prędzej z domu. W momencie rozpoczęcia powieści, pomijając znamienne zwłoki Mądrzywołka, które wypływają w pierwszym zdaniu, Dżusi niczym córa marnotrawna wraca po latach do stron rodzinnych, by pomóc Eleonorze pilnować domostwa na czas urlopu ciotki.

I tak właśnie zaczyna się szalona i niebezpieczna przygoda, dzięki której dziewczyny być może wreszcie dowiedzą się, kim tak naprawdę jest Klara Stern, co się stało z ich rodzicami i jakie tajemnice kryje ich własny dom.


W świecie Kisiel niemal każda, nawet pomniejsza postać pozostawia po sobie ślad w wyobraźni czytelnika. Plastycznie odmalowana kilkoma zgrabnymi słowami natychmiast staje przed oczami: magnetyczny, dostojny, ale groźny Ramzes, gadatliwa sąsiadka z góry, zwana młodszą panią Bimbową, przemiły antykwariusz z Oculusa (którego przecież od razu chce się przytulić i bić agresywnie poduszki, gdy jego postać spotyka marny los), ogarnięty i ironiczny zegarmistrz Gerd, zmieszany, ale energiczny i uczynny Karolek, a także przede wszystkim intrygująca pani Matylda i jej siostry. Bardzo mi się podoba, że z początku przebojowa Dżusi wydaje się tą najważniejszą postacią w fabule, jednak wkrótce na pierwszy plan wychodzi jeszcze ciekawsza od niej Eleonora, która zręcznie wymyka się schematom. Nawet jamnik i stara Bimbowa wydzierająca się w kółko przez okno wbijają się mocno w umysł, stawiając przed oczami dość komiksowy krajobraz Wrocławia.

Każde spotkanie głównych postaci zaś to uroczy festiwal przygan, żarcików i przekomarzań, obficie podlanych obowiązkową herbatką, nawet jeśli wchodzi się na tematy poważne, naukowe, depresyjne czy wręcz po prostu przerażające, a niektóre postaci znienacka okazują się potężnymi bytami na miarę bóstw z Amerykańskich bogów Gaimana czy w grę wchodzą mistyczne moce i podróże w czasie. Uwielbiam tę domową atmosferę, te relacje, które zmuszają innych do bliskości, do ciągłych odwiedzin, do długich rozmów późno w noc, głębokiej przyjaźni i wiary w siebie nawzajem. Styl, język, humor i ta atmosfera to dokładnie te atuty każdej z książek Kisiel, dzięki którym jestem kupiona od pierwszych stron.

Rzecz jasna to nie jest tak, że Kiślowe pióro spodoba się każdemu. Mam znajomego (pozdrowienia!), który przeczytał Dożywocie i stwierdził, że to totalnie nie dla niego. To prawda też, że nie wszystko w Toni jest idealne. Wydaje mi się, że książka mogła być trochę dłuższa, brakuje mi troszkę więcej akcji w środku,która zapełniłaby miejsce między pierwszym zejściem w toń a końcowym. Z drugiej strony jednak jest miejsce, gdzie fabuła się dłuży – miałam ochotę kopać bohaterów pod stołem, gdy co chwilę ktoś powtarzał, że mają mało czasu, a tymczasem nikt się za bardzo nie spieszył. Oczekiwania na kolejne osoby, wytłumaczenia, wprowadzenia i herbatki sprawiały wrażenie, że jednak powinni się spóźnić z ratunkiem.


Również według mnie nie wnosi nic prócz lekkiego zamieszania taktyka jednorazowego przestawienia chronologii wydarzeń. Ten środek miał chyba za zadanie dodać napięcia i dramatyzmu, a zamiast tego było zdezorientowanie: wracałam do poprzedniej strony, by sprawdzić, czy nie pominęłam jakiejś strony. Trochę denerwowało nazwanie bohaterki Dżusi – oj, to jedno bardzo mi nie podeszło. A ostateczne rozwiązanie tajemnicy tego, kto jest kim w rodzinnym interesie mediumicznym i przyległościach dość szybko okazało się przewidywalne.

Żadna z tych rzeczy zupełnie mi nie przeszkadzała w napawaniu się Kiślowym pisaniem. Sam pomysł na tego typu podróże w czasie, na całą otoczkę, mitologię i słownictwo przekonało mnie steampunkowością, a opis przeżyć w rzece czasu przyprawiał o gęsią skórkę (szczególnie mocne wizje spotkań z bliskimi). Czytałam z pełną satysfakcją, połykając stronę za stroną, pomimo niektórych bardziej horrorowych niż komediowych fragmentów. Dawno mnie nic tak nie wciągnęło, nie zadowoliło, nie sprowadziło momentami do głupawki ze szczęścia podczas czytania. Jak mówiłam, jest coś takiego nieuchwytnego w beztroskiej, przyjaznej atmosferze książek Ałtorki (to specjalnie), co mnie obezwładnia.

Poproszę o więcej.

Och, tak, wiem, co ja wygaduję. Przecież mam jeszcze na półce Nomen omen. Będzie nadrabianie błędu!


Na koniec muszę zaznaczyć: trudno nie zachwalić wydawnictwa za piękną, dopracowaną okładkę z grafiką Tomasza Majewskiego, na którą chce się patrzeć i patrzeć. No i ta kampania reklamowa z #tonchybapotrafisz i woreczkami z zegareczkiem przypominającym chronomierze z książki. Dobra robota!

Premiera książki już 23 maja. Szukajcie też na Warszawskich Targach Książki i Pyrkonie :)

Toń

Marta Kisiel

Uroboros, 2018
416 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


wtorek, 8 maja 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: KWIECIEŃ 2018


I znów jestem mocno w tyle jeśli chodzi o podsumowanie miesiąca. Oh well.

Działo się u mnie intensywnie na wielu frontach i w efekcie przeczytałam tylko trzy książki: dwie Carla Sagana: Contact (recenzja tutaj) i Błękitną kropkę (recenzja tu), a także skończyłam dość długo międloną Sztukę powieści, czyli wywiady z pisarzami z „Paris Review”. Tekst na temat tego ostatniego chyba odhaczę po przeczytaniu drugiej części, wywiadów z pisarkami. Co o tym sądzicie?

Majówka upłynęła mi pod znakiem urodzin, słońca i Serialconu, o którym z kolei pisałam w ostatnim wpisie tutaj. A co się działo popkulturalnie oprócz konwentu? Już opisuję!



Avengers: Wojna bez granic (2018)


Trudno było się nie podjarać zwieńczeniem dziesięciu lat i osiemnastu filmów uniwersum kinowego stworzonego przez Marvela. Ostatni Avengers to pozycja obowiązkowa dla wszystkich śledzących przenoszenie olbrzymiego uniwersum komiksowego do kin. W poprzednich produkcjach można było wyłapać podpowiedzi i wątki powiązane z pewnym czarnym charakterem na skalę galaktyczną, a także Kamieniami Nieskończoności, artefaktami posiadającymi olbrzymią moc. W Infinity War tenże osobnik, Thanos, wreszcie wyrusza na rundkę po kosmosie, by zdobyć kolekcję jaśniejących kamyczków mocy i skupić je w swojej stylowej rękawicy. Każdy z pozytywnych bohaterów z poprzednich filmów staje do walki, by bronić ładu dotychczasowego ładu wszechświata i zapobiec ludobójczej wizji Thanosa.

Film sam w sobie oglądało się przyjemnie, ale bez jakichś szczególnych zachwytów, jak poprzednie części Avengers. Cieszyły pojawiające się na ekranie znane już, kolejne postacie, ich spotkania, niespodziewane konfiguracje i starcia. Jak zwykle sporo było dobrego humoru, lekkości i widowiskowości. Oczywiście nie każdemu można było poświęcić wystarczająco czasu, by uczynić zadość któremukolwiek z bohaterów, ale chociażby Doctor Strange, Iron Man, Spider Man, Thor, Strażnicy Galaktyki i ekipa z Wakandy, zgrabnie poprowadzeni, budzili we mnie szczególnie dużo emocji. Jednak od pewnego momentu mój mózg się zaciął i przestałam wierzyć, że cokolwiek z tego, co widzę na ekranie, stało się naprawdę. To musiał być jakiś żart. Generalnie trwam w tym samozaparciu do tej pory i nie chcę tego filmu widzieć jeszcze raz w najbliższej przyszłości. Ja wiem, że w uniwersum komiksowym restartowano świat dziesiątki razy, niszczyli linie czasowe i budowali wszystko od nowa, zaburzali status quo i na nowo do niego wracali, więc nihil novi, nihil novi.

Ale nie. Nope. Nope. Nope.



One-Punch Man (2015-)


To miał być taki szybki i przyjemny przerywnik pomiędzy innymi, dłuższymi i poważniejszymi serialami. Anime przeszło moje wszelkie oczekiwania, mimo tego że czytałam dwa tomy mangi i mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Mimo to sama animacja, głosy seiyū i humor sytuacyjno-wizualny, łącznie z niektórymi efektami dźwiękowymi totalnie powaliły mnie na kolana. Przewijaliśmy niektóre sceny po kilka razy, powtarzając niektóre momenty raz po raz, turlając się po sofie i rycząc ze śmiechu. To jest rzecz absolutnie wspaniała; specyficzna i nie dla każdego, ale jak już trafi w odpowiednią widownię, to głowa mała. Główny bohater, Saitama, to najzabawniejszy, najtragiczniejszy i najbardziej nieogarnięty superbohater, jakiego mogliście kiedykolwiek spotkać. W dodatku rzecz jasna najsilniejszy – na całym świecie ze świecą szukać istoty tak silnej, by wytrzymała jego zabójczy cios. Wystarczy bowiem jedno uderzenie, by obojętny, znudzony Saitama położył jakieś 99% swoich przeciwników. I to jest jego głównym problemem. Nie może sobie powalczyć, każde starcie jest śmiertelnie nudne i przewidywalne. Na dodatek przez to, że przegapił zapis do ligi superbohaterów, nie jest rozpoznawalny. A on tylko chciałby mieć choć kilku fanów...

Gorąco polecam.

Szczere, gorące serduszko dla moich faworytów: Puri-puri Prisonera i Mumen Ridera!



Ciche miejsce (2018)


Nie szaleję za horrorami, choć swego czasu dla przyzwoitości postarałam się obejrzeć większość klasyków gatunku. Niejeden horror, który oglądałam w swoim życiu, był totalną szmirą. Jednak Ciche miejsce odchodzi od schematu i pokazuje widzowi bardzo ciepłą, słoneczną, czasem wzruszającą historię używając do tego naprawdę minimalnej ilości słów. Początek filmu szybko nakreśla nam stosunkową prostą fabułę: rodzina z trójką dzieci panicznie boi się głośniejszych dźwięków. Obładowani plecakami, posługują się językiem migowym i na bosaka przemierzają wymarły, postapokaliptyczny świat, przy każdym kroku bojąc się o swoje życie. Każdy wyróżniający się odgłos może bowiem sprowadzić śmiertelnie niebezpieczne, ślepe stwory, rozszarpujące na kawałki każdego, kto wyda z siebie coś głośniejszego niż westchnięcie. W tej ramie narracyjnej widzimy obrazki z przepełnionego miłością, rozpaczą, strachem, wyrzutami sumienia, żalem i zmęczeniem życia rodziny. Kobieta (grana przez jak zwykle wspaniałą Emily Blunt) w pewnym momencie zachodzi w ciążę, córka obwinia się za to, co stało się z jej bratem, mężczyzna przeszukuje kolejne częstotliwości radiowe w poszukiwaniu pomocy. Wszyscy razem próbują stworzyć dom mimo niebezpieczeństwa. Mimo częstej ciszy, film trzyma mocno w napięciu, a po końcówce zaczęliśmy się z Rybą śmiać z uciechy. Bardzo satysfakcjonujący film.



Alienista (2018-)


O tym tytule pisałam już co nieco na Facebooku, tak mnie pobudziła końcówka serialu. Stworzony na kanwie powieści Caleba Carra, Alienista pokazuje brud, smród i ubóstwo nowojorskich ulic końca dziewiętnastego wieku. Doktor Laszlo Kreizler, protoplasta współczesnej psychologii i prawdopodobni pierwszy na świecie profiler (grany przez znanego m.in. z Kapitana Ameryki i Good Bye Lenin! Daniel Brühl) drąży sprawę kolejnego zabitego w charakterystyczny chłopca przebranego za dziewczynkę. Wkrótce wraz ze przyjacielem, Johnem Moorem (Luke Evans, ostatnio często się pojawia: był w High Rise, grał Barda w Hobbicie, Gastona w Pięknej i Bestii) zaprzęgają do roboty również pierwszą pracującą w amerykańskiej policji kobietę, Sarę Howard (córka z Amerykańskiej sielanki, Dakota Fanning) oraz dwójkę żydów używających nietypowych jak na te czasy, bo naukowych metod w pracy detektywa i patologa, by ścigać seryjnego mordercę zabijającego chłopców trudniących się prostytucją. Piękne stroje, atmosfera końca wieku, wiktoriańskie wnętrza i rekwizyty, steampunkowa energia i posmak Siedmiu czy Milczenia owiec rozmywają się niestety z powodu rozrzedzonej, trochę idiotycznej pod koniec fabuły, trochę zbyt statycznych i sztywnych bohaterów, którzy przecież mieli być tak nowatorscy i otwarci, a także mało widowiskowego, niesatysfakcjonującego zakończenia.

Na pocieszenie – ponoć w powieściowym oryginale wygląda to dużo lepiej.


To już wszystko na dziś. A czym ostatnio Wy się zajmowaliście?

czwartek, 3 maja 2018

W TERENIE#15: Fani czy fanatycy? Serialcon 2018


Niektórzy na majówkę dopiero wyjeżdżają, inni, tak jak ja, już zdążyli z niej wrócić. Po kilku dniach wygrzewania się na wyjątkowo ciepłym w tym roku słoneczku kwietniowym w okolicach Podkarpacia, wróciłam do Krakowa na SerialCon. Jak co roku miałam bowiem własną prelekcję do wygłoszenia.

Co prawda pominęłam przez to dzień pierwszy, a na drugi załapałam się dopiero po południu (kiedyś do pracy trzeba chodzić), za to dzisiaj zostałam już zdecydowanie dłużej.

Dla tych, którym nazwa nic nie mówi: SerialCon to jedyny w Polsce konwent poświęcony tylko i wyłącznie serialom. To impreza dość kameralna i w tym roku pozbawiona strefy sprzedażowej, dostarcza jednak olbrzymiej ilości najróżniejszych wystąpień, dyskusji panelowych i rozważań okołotelewizyjnych, aktorskich i serialowych. Od dwóch lat występuje pod szyldem festiwalu Off Camera, przez co z dość chałupniczo tworzonej imprezy organizowanej przez grupkę znajomych rozrósł się z czasem do sporego, profesjonalnego wydarzenia. 


Tym razem postanowiłam podzielić się z szerszą publicznością moimi dotychczasowym buszowaniem po działce naukowej poświęconej badaniom nad fanami. Studia fanowskie to niesamowicie fascynująca dziedzina, bo pozwala spojrzeć na pewne codzienne zachowania z zupełnie nowej perspektywy. W prezentacji pod tytułem Fans or Fanatics? The Origin, the Stereotype, the Truth zajęłam się wyjaśnianiem pewnych definicji i zjawisk związanym z byciem częścią publiczności czegoś lub kogoś, przedstawieniem historii zjawiska (to okazuje się szalenie ciekawe, szczególnie początku konwentów, kobiecy fandom medialny z lat 1960-90, a także pierwsze negatywnie przedstawione fanki w prasie). Nakreśliłam najbardziej typowe stereotypy dotyczące fanów rządzące zbiorową wyobraźnią, a na koniec wspomniałam o kilku wyróżniających się fandomach, by podsumować krótkim rozważaniem na temat tego, jak zmienił się stosunek społeczeństwa i producentów medialnych do fanów.

Właśnie do takich rozmyślań SerialCon najbardziej pobudza: trudno nie mówić o wspólnocie, o alternatywnych interpretacjach, o krytycznym wchłanianiu popkultury i o zmianach, jakie zachodzą w tym, jak fani są postrzegani – i nie myśleć o tym, co się dzieje w Krakowie podczas weekendu majowego.


Ktokolwiek ma ochotę przejrzeć moją prezentację, czy to jeszcze raz po przesłuchaniu na żywo, czy to tylko po to, by zorientować się, o czym w ogóle mówiłam, udostępniam link do Prezi: klik!

Z kolei uczestnicząc w konwencie od strony publiczności, poczułam się jak prawdziwy fan w fanowskiej społeczności: mogłam wtrącić swoje trzy grosze w dyskusję o koreańskich dramach, posłuchać o strategiach Netflixa, zastanowić się od technologicznej i prawniczej strony nad niektórymi z pomysłów przedstawionymi w Black Mirror czy zauważyć pewną symetrię w wysuwaniu na pierwszy plan postaci drugoplanowych w serialu The Crown. Kontakt występujących z publicznością to bardzo aktywna, pełna świeżych myśli i interakcji przestrzeń do wypowiedzi.  SerialCon to świetne miejsce do krytycznych rozmyślań, poczucia serialowej wspólnoty i poszerzana horyzontów.


Cieszę się, że całość konwentu odbyła się w jednym budynku, przez co nie trzeba było szukać prelekcji po drugiej stronie ulicy czy nawet w odległości kilku ulic. Mimo to Arteteka nie do końca pasuje do takiej imprezy: w Pauzie prelegenta zagłuszają odgłosy kuchenne i goście kawiarni, na piętrze z kolei – wypożyczający z mediateki i pracownicy podczas normalnej pracy. Pomimo mikrofonów, często nie słyszałam zbyt dobrze, a z rzadka ledwie co drugie słowo. 

Szkoda też, że niektóre informacje były przekazywane prelegentom ustnie, po fakcie i w sumie przy okazji. Mam nadzieję, że organizatorzy będą nieustannie pracować nad tym, by omijać takie wpadki, bo poczułam echo bycia wpisaną na panel bez zgody czy uświadomienia (jak się zdarzyło dwa lata temu). Muszę jednak podkreślić, że na przykład w zeszłym roku z mojej perspektywy wszystko przebiegło super. To naprawdę fajna impreza. Niech będzie coraz najfajniejsza!

Najprzyjaźniejszy gość tegorocznego SerialConu!

środa, 25 kwietnia 2018

Rozmówki międzyplanetarne i historia pewnego filmu. "Kontakt" Carla Sagana


Trudno jest pogodzić naukę ze starą religią, podchodząc do obu z pełną uwagą i zastanawiając się nad każdym zapisanym w starożytnych tekstach słowem. Oczywiście, można sobie w wielu miejscach powiedzieć: to metafora, to symbol, a to ubrane w piękną przypowieść wydarzenie, którego nie sposób by było wyjaśnić w tamtych czasach; najważniejsze jest bycie dobrym człowiekiem. Jednak będąc cierpliwym i metodycznym, wkrótce pytania wyjdą poza wciąż tak debatowaną ewolucję i wejdą na to, dlaczego Bóg postanowił objawić się w taki, a nie inny sposób? Dlaczego nie dał jakiegoś bardziej uniwersalnego, zrozumiałego znaku; takiego, którego nikt nie potrafiłby podważyć? Osoba religijna oczywiście znajdzie odpowiedź: chodzi o próbę wiary. Jednak naukowiec może się mimo wszystko dalej zastanawiać, jakim cudem pośród wszystkich dziedzin nauki, w całym boskim stworzeniu, nie ma wyraźnego i jednoznacznego podpisu twórcy.

Mam wrażenie, że najważniejszym osobistym powodem dla napisania swojej jedynej powieści fabularnej u Carla Sagana była potrzeba rozpisania swojego rozumowania na temat religii, Boga i nauki. I to nie w sposób naukowy, ścisły, ale jak najbardziej humanistyczny, intuicyjny, pod postacią fikcyjnego sporu zakończonego idealnym, pożądanym rozwiązaniem. Kontakt to dla mnie przede wszystkim traktat człowieka zastanawiającego się nad istnieniem Boga i pogodzeniem religii z nauką.

Oczywiście nie tylko o religię w tej książce chodzi. Carl Sagan, o którym sporo opowiedziałam w ramach wprowadzenia w poprzednim wpisie (link), poprzez historię o życia Ellie Arroway chciał zwrócić uwagę na szereg najróżniejszych kwestii. Przede wszystkim był to jego ważna cegiełka włożona w popularyzację nauki. Książka została wydana 1985, ale pomysł na scenariusz filmu powstał już w 1979. Pomysł rzuciła bliska znajoma naukowca, Lynda Obst, związana wówczas ze studiem Casablanca FilmWorks: czemu nie zrobić filmu na podstawie projektu badawczego SETI, który zakłada przeczesywanie przestrzeni kosmicznej radioteleskopami w poszukiwaniu głosu obcych?

Kontakt to przedstawienie pierwszej styczności człowieka z kosmitami; wyobrażenie tego, jak najprawdopodobniej takie spotkanie mogło wyglądać. To był świetny i przełomowy pomysł, by w erze rozkwitu zainteresowania podróżami kosmicznymi powstała produkcja propagująca program SETI, czyli poszukiwań rozumnych istot pozaziemskich.

Innym ważnym elementem książki to wyobrażenie, w jaki sposób ludzie muszą się zjednoczyć, by osiągnąć razem coś wielkiego, kolejny wielki krok w historii podboju kosmosu. Sagan twierdził, że do idealnej współpracy potrzebny jest wspólny cel, dzięki któremu będą ze sobą bez tajemnic i politycznych zagrywek współpracować ludzie z całego świata, dzieląc się swoimi osiągnięciami i metodami.


Wreszcie ogromną inspiracją do napisania książki była prawdziwa postać, znajoma Carla Sagana, dr Jill Tarter. Urodzona w latach czterdziestych naukowiec musiała zmierzyć się z wieloma przejawami mizoginii i nierówności zarówno od dziecka, jak i podczas kariery naukowej, zanim została szefową Centrum Badań nad SETI. To w większości jej doświadczenia stanowią fundament historii Ellie Arroway.

Sama powieść jest dość prosta w budowie. Dzieli się na trzy części, których tytuły sporo mówią o fabule: „Kontakt”, „Maszynę” i „Kosmos”. W pierwszej dowiadujemy się, jak dorastała Ellie, skąd wzięły się jej zainteresowania, jak parła do przodu, wspinając się po szczebelkach drabiny kariery naukowej. Wreszcie została kierowniczką centrum do badań nad SETI, nasłuchuje szeptów z kosmosu wyłapywanych przez ogromne radioteleskopy. Wszystko zaczyna się od tego, że sposród szumów i nieistotnego hałasu nagle odróżnia przesłanie z okolic Wegi w postaci ciągu liczb pierwszych. Wewnątrz tej wiadomości znajduje się zaszyfrowany na innym poziomie film z otwarcia letnich igrzysk olimpijskich w 1936 przez Adolfa Hitlera.

Jak się można łatwo domyślić, sprawa natychmiast staje się polityczna. Miesza się do tego rząd, armia, wszelakie służby, a Ellie musi reprezentować naukowy głos rozsądku. Wkrótce rozszyfrowywane są kolejne elementy wiadomości, która przeznaczona jest do całej ludzkości. I cała ludzkość jednoczy się w lęku przed nieznanym, spekulacjach, nadziei i wspólnej budowie tajemiczej maszyny.

O wiele później okazuje się, że Ellie, przeciwniczka religii, musi bronić swojej integralności niemal na wzór pierwszych chrześcijan, a potem na wiarę szukać znaku Twórcy. Końcówka jest niezbyt spektakularna, trochę dająca niedosyt, ale jednak bardzo znacząca i po przemyśleniu bardzo dobra. To sama podróż od rozgryzania wiadomości aż do wspólnego międzynarodowego wysiłku jest świetnym kawałkiem nie do końca wprawnej, ale przekonującej lektury. Znajdziemy tu dyskusje z przedstawicielami religii, rozważania naukowe, racje feministyczne, równościowe, sprawy bezpieczeństwa narodowego (sporo w książce poświęca się kwestii współpracy Związku Radzieckiego ze Stanami), przemyślenia na najróżniejszym poziomie, rozpatrujące konsekwencje samego uzyskania kontaktu spoza Ziemi na wszelkie możliwe sposoby.

Postacie nie są szalenie wyraziste: tutaj najlepiej według mnie spisała się moja lektorka audiobooka, starannie oddająca wszelakie akcenty bohaterów. Momentami to bardziej zarysy idei, choć niektórzy mocno się wybijają: jowialny, otwarty Rosjanin Vaygay Lunacharsky czy Joss Palmer, przedstawiciel prawd chrześcijańskich, nawiązuje z Ellie intrygującą, opartą na porozumieniu umysłów znajomość – scena z wahadłem Foucaulta i testem wiary jest bardzo obrazowa.

Ellie to dobrze pomyślana, pełnokrwista postać, z pobocznym wątkiem romansowym dorzuconym mimochodem, jako normalna część ludzkiej egzystencji, ale bez hollywoodzkich uniesień. Jej związek z matką i problemy rodzinne to również świetna przeciwwaga do kwestii kosmicznych; pokazuje, że jednak najbliżsi powinni być na szali ważkich problemów częścią równie ważną, co pozaziemskie technologie.

Nie wszystko się tu klei. Wyeliminowanie Drumlina z gry to była trochę deus ex machina, a oferta ze stacji kosmicznej i układ z Haddenem trochę mnie nużył, choć rozumiem, czemu miał służyć – odpolityzowaniu budowy maszyny. Narracja czasem ma momenty dłużyzn, czasem język jest dość suchy i monotonny, długie dywagacje dotyczące konkretnych kwestii zbytnio odwracają uwagę od głównej fabuły. Dialogi rzadko porywają, bo często są przegadane; brakuje lekkości pióra. To nie jest książka idealna, ale wciąż wciągająca, pasjonująca i wymagająca refleksji.

Wracając do filmu i do Lyndy Obst proponującej stworzenie szkieletu pod film, na początku Sagan ponoć był jednak bardzo oporny w uczeniu się prawideł sztuki pisania scenariuszy, narzekał na narzucone formy, dociekał i dopytywał; całe szczęście pracowała też z nim jego przyszła żona, Ann Druyan. W trudzie i znoju udało się jednak sklecić scenariusz do zaakceptowanego następnie przez studio filmu.


Walka o pokazanie pomysłu na dużym ekranie trwała zbyt długo. Przez następne dziesięć lat wytwórnia co trochę zmieniała scenarzystów zatrudnionych do poprawek w scenariuszu. Pomysł ewoluował i mutował: pojawił się projekt indiańskiego leśnika, który zostaje astronautą, ktoś ciągle upierał się na nastolatka, który leci na gapę w kosmos. Kością niezgody okazał się pomysł na dodanie wątku syna, z którym główna bohaterka traci kontakt, zamiast tego próbując porozumieć się z istotami pozaziemskimi. Szef studia był pewien, że to świetny pomysł. Sagan był zbulwersowany. Nie po to pisał postać silnej, mądrej kobiety z krwi i kości, która jest totalnie zaabsorbowana swoją pracą, by ją wciskać na siłę w stereotyp matki i potępiać za bycie złą opiekunką, podczas gdy dokonuje rzeczy wielkich. Męskiemu bohaterowi nie wciśnięto by takiego wątku, a przecież autor samą postacią Ellie próbował zmienić stereotypy.

Gdy scenariusz przeniósł się wraz z szefem Casablanki do Warner Brosa, Sagan postanowił dopiąć swego, publikując historię w postaci książki. W 1985 Kontakt natychmiast stał się bestsellerem mimo gęstych rozpraw na tematy naukowe, polityczne, duchowe i religijne. W 1989 gość, który siedział na pomyśle, przeniósł się do Sony, a tymczasem Lynda Obst pojawiła się w Warner Bros. Dzięki cudownemu zbiegowi okoliczności wreszcie można było popchnąć film dalej. W 1993 wyrażono zgodę na produkcję, a w roli reżysera został posadzony George Miller, ten gość od Mad Maxów.

Wydawałoby się, że coś się wreszcie ruszy, jednak Warner Bros domagał się spektakularnej końcówki. Ponoć jedną z opcji było lądowanie kosmitów na orbicie ziemskiej i kosmiczny pokaz laserowy dla całej ludzkości. Inny pomysł zakładał cudowne przeniesienie Ziemi do centrum galaktyki. Miller z kolei domagał się pobocznego wątku z papieżem w roli głównej, ponieważ czemu nie. Wszystkie elementy produkcji przeciągały się tak niemiłosiernie, a Miller tak ślimaczył, dopieszczał i kombinował, że w końcu... został zwolniony. Pozwał więc Warner Brosa, wyleciał do rodzimej Australii i dokończył kręcenie Babe, świnki z klasą.

Tymczasem za film wziął się Robert Zemeckis, facet od Forresta Gumpa i Powrotów do przyszłości. Stwierdził, że w scenariusz jest fantastyczny oprócz ostatnich stron, dzięki czemu studio zgodziło się na mniej banalne zakończenie całości. Mniej więcej w tym samym okresie Sagan wraz z żoną wciąż blisko współpracowali przy scenariuszu, wykazując się jeszcze większym poziomem perfekcjonizmu niż Miller. Tutaj można przeczytać próbkę ich dopisków na marginesie scenariusza.

Oprócz tego Sagan pomimo rozwijającego się coraz bardziej raka zgodził się nawet na wystąpienie przed ekipą, by wyjaśnić naukowe podstawy ważne do zrozumienia pomysłu stojącego za filmem. Pracował na planie prawie do samego końca. Niestety zmarł w 1996 roku, zanim film wszedł do kin rok później. W roli głównej zagrała Jodie Foster, zatrudniona do tej roli jeszcze w latach osiemdziesiątych. Po latach czekania wreszcie udało się doprowadzić jej gorące pragnienie do spełnienia.

Na zwieńczenie tej smutnej historii walki z wiatrakami, ledwie tydzień po śmierci męża, Ann Druyan dostała pozew od Warner Brosa i Francisa Coppoli, który stwierdził, że pomysł na Kontakt był oryginalnie jego, a Sagan go bezczelnie zagarnął. Zażądał 250 tysięcy dolarów odszkodowania. Sprawa została ostatecznie umorzona, bo jeśli faktycznie do czegoś takiego doszło, Coppola za długo czekał z wypełnieniem pozwu – pomysł miał być omawiany z Saganem w 1975 roku, więc dziwne, że reżyser nie wszedł na drogę sądową po publikacji książki.

Sporo informacji na temat historii tworzenia filmu zaczerpnęłam z tego artykułu.


Niestety póki co nie udało mi się dotrzeć do filmu. Trudno go dostać na szybko. Ale bardzo chciałabym zobaczyć, jak wizja naukowca została przeniesiona na duży ekran. Co do książki – warto do niej zajrzeć, ale zaznaczam, że sporo idei zawartych zwięźle i linearnie w Błękitnej kropce wyrażonych jest oryginalnie w fabularyzowanym zarysie Kontaktu.

Kontakt

Carl Sagan

BBC Audiobooks America, 2009
czytała Laurel Lefkow
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 18 kwietnia 2018

Drobina kurzu zawieszona w strudze słonecznego światła. "Błękitna kropka" Carla Sagana


Sonda kosmiczna Voyager 1 została wysłana z Ziemi z zamiarem zebrania jak największej ilości danych na temat Układu Słonecznego. To Carl Sagan, ceniony astronom, wpadł na pomysł, by na koniec jej misji, po przeleceniu poza orbitę Plutona, pozwolić sondzie obrócić się na chwilę i popatrzeć za siebie, na Układ Słoneczny w całej okazałości. W ten sposób powstało wykonane w 1990 roku zdjęcie błękitnej kropki – Ziemi widzianej z odległości około 6,4 mld km. Ten widok poruszył Sagana do tego stopnia, że cztery lata później wygłosił słynną, poruszającą przemowę na temat naszej planety podczas wystąpienia na Uniwersytecie Cornella. W tym samym roku wydał też książkę pod tytułem Błękitna kropka, w której rozwija swoje przemyślenia, ale też załącza tekst przemowy:

Przyjrzyjmy się jeszcze raz tej kropeczce. To nasz dom. To my. Wszyscy, których kochamy, wszyscy, o których kiedykolwiek słyszeliśmy, wszyscy, który kiedykolwiek istnieli, żyli właśnie na niej. Oto siedlisko naszych radości i cierpień, tysięcy religii, ideologii i doktryn gospodarczych; każdy łowca i każdy wędrowiec, każdy bohater i każdy tchórz, każdy twórca i każdy niszczyciel cywilizacji, każdy król i każdy wieśniak, każda zakochana para, każdy ojciec i każda matka, każde ufne dziecko, każdy  wynalazca i każdy podróżnik, każdy moralista i każdy skorumpowany polityk, każda supergwiazda i każdy najwyższy wódz, każdy święty i każdy grzesznik w dziejach naszego gatunku żyli właśnie tutaj, na tej drobinie kurzu zawieszonej w strudze słonecznego światła.
(...) Nasza pyszałkowatość, poddawanie się złudzeniu, że zajmujemy we Wszechświecie jakąś wyróżnioną pozycję, znikają jednak w obliczu tego nikłego światełka. Nasza planeta to tyko samotna plamka w bezmiarze otaczających ją kosmicznych ciemności.
(...) Ziemia jest jedynym znanym dotąd światem, na którym narodziło się życie.
(...) W moim przekonaniu obraz ten może umocnić nasze poczucie odpowiedzialności i sprawić, że będziemy traktowali się nawzajem z większą życzliwością oraz będziemy dbali o naszą błękitną kropkę – jedyny dom, jaki kiedykolwiek mieliśmy. 
Carl Sagan, Błękitna kropka, s. 31-32

Tu jesteś. Źródło: NASA, zdjęcie z domeny publicznej.
Carl Sagan zrobił w życiu dużo zanim zmarł w 1996 roku. Pracował nad powstaniem potwierdzonej następnie teorii o wenusjańskiej atmosferze, spekulował nad oceanami płynów na Tytanie i orzekł, że zmiany na powierzchni Marsa wywołane są przez burze piaskowe. To on wskazywał efekt cieplarniany jako proces, który może doprowadzić do przemiany Ziemi w rozgrzane, nienadające się do życia piekło.Wspierał też projekt SETI, związany z poszukiwaniem inteligencji poza Ziemią, a także brał udział w skomponowaniu złotych płyt zawierających ziemskie pozdrowienia, muzykę i inne dane przedstawiające nasz gatunek potencjalnemu pozaziemskiemu znalazcy sond Voyager.

W zbiorowym wyobrażeniu jednak najbardziej zapisał się w pamięci popularnonaukowym cyklem telewizyjnym o kosmosie, przybliżającym Wszechświat zwykłemu zjadaczowi chleba, a także ze swojej przemowy o błękitnej kropce. Wielu z widzów zdecydowało się później sięgnąć po towarzyszącą serii książkę Kosmos, a Błękitna kropka to jej kontynuacja. Sagan zapisał się jako aktywny propagator nauki, adwokat krytycznego myślenia, opublikował wiele popularyzujących wiedzę o kosmosie książek. Za Rajskie ptaki dostał Pulitzera. Wiedział jednak, że nie dotrze do tłumów bez Hollywoodu, dlatego napisał też scenariusz, a następnie swoją jedyną powieść pt. Kontakt. Po wielu latach walki ze studiami (o czym napiszę w kolejny wpisie, bo jestem świeżo po lekturze) i rok po śmierci autora, udało się wyprodukować film z Jodie Foster w roli głównej. Wielokrotnie nagradzany, krytykowany przez współczesnych naukowców za status gwiazdy i frywolność, za wszelką cenę próbował przebić się do jak największej ilości ludzi, i uświadamiać, uświadamiać, uświadamiać.

Dopiero z takim wprowadzeniem można zacząć mówić o tomiszczu, jakim jest piękne, nowe polskie wydanie Błękitnej kropki



Z początku wydawało mi się, że porwałam się na zbyt okropną cegłę. Ta książka jest ciężka, w twardej oprawie, z obwolutą, na porządnym, kredowym papierze prezentuje olbrzymią ilość ilustracji, zdjęć, rysunków i grafów, a do tego ma ponad pięćset stron. Jednak w miarę czytania, już od pierwszych stron, nawet niezbyt zapalony kosmosem czytelnik wciągnie się w trochę gawędziarski, trochę mentorski, a trochę naukowy tekst pisany prostym, ale jednocześnie przekonującym i obrazowym językiem. Pełno tu metafor i odwołań, dzięki którym tłumaczenie nawet bardziej skomplikowanych naukowych teorii wydaje się w miarę przystępne, a czasem po prostu piękne.

Wczytując się w rozdział czwarty, Wielkie detronizacje, Sagan uświadamia nas, jak kształtowały się historycznie dzieje astronomii walczącej z antropocentryzmem. Zapatrzeni w czubek własnego nosa, odrzucaliśmy zarówno Kopernika, jak i Galileusza i wielu innych. Kurczowo trzymaliśmy się przekonania, że Ziemia jest w centrum świata, a jeśli nie Ziemia, to przynajmniej nasz Układ Słoneczny, jeśli nie układ, do chociaż Droga Mleczna musi być w jakiś sposób specjalna, w centrum... Tymczasem okazuje się, że wcale nie jesteśmy pępkiem Wszechświata, istnieje niewyobrażalna ilość galaktyk, światów i niezbadanej przestrzeni, a my sami wyewoluowaliśmy z małpy. To nie człowiek jest miarą wszechrzeczy. Nauka uczy pokory.


Niesamowicie podobał mi się rozdział Czy istnieje życie na Ziemi. Oto Sagan pozwala nam wcielić się w przedstawicieli obcej cywilizacji i za pomocą znanych nauce sposobów, stwierdzić, czy istnieje życie na Ziemi. Z daleka. Okazuje się, że to wcale nie takie łatwe. To prawda, już ze sporej odległości widać masy błękitu i zieleni, ale przecież trzeba się postarać i pobadać chwilę nasz glob, żeby stwierdzić, że to woda i rośliny zawierające chlorofil, przez co atmosfera pełna jest tlenu. Te trzy elementy sprawiają, że warto się trochę bliżej Ziemi przyjrzeć, jednak nawet na zbliżeniu, na którym widać szczegóły z dokładnością do około 10 metrów miasta, drogi i pola wyglądają po prostu na dziwne, bardzo geometryczne i skoncentrowane formacje. Dopiero na zdjęciu z dokładnością co do 1 metra widać ludzi. Wcześniej jednak dostrzega się samochody, cierpliwie tłoczące się w korkach i ustępujące drogi na skrzyżowaniach. Gdyby nie sztuczne światła nocą i wszelkiego rodzaju przekazy radiowe, telewizyjne, satelitarne, ludzi byłoby bardzo trudno dostrzec.

Nawet jednak nasze rozgadanie w przestrzeni kosmicznej, nasze fale radiowe i wszelkie sygnały, dotrą do obcej cywilizacji, może to być za wiele setek lat, jeśli w ogóle.


Autor uświadamia wagę swojej dyscypliny i geologii porównawczej, dzięki której poprzez poznawanie innych planet, możemy dużo się dowiedzieć o procesach występujących na naszej rodzimej Ziemi. Opowiada o działalności wulkanicznej w naszym układzie, szeroko rozwodzi się o atmosferach, temperaturze i warunkach na innych planetach, sondach i badaniach dążących do zrozumienia, co dzieje się na najbliższych nam planetach, planetoidach, kometach i księżycach. Wszystko to przygotowuje grunt pod dalsze, szerokie i optymistyczne rozważania na temat tego, co jest lub byłoby dla nas możliwe w ciągu kolejnych kilkudziesięciu i kilkuset lat: odwiedziny na Marsie, zasiedlanie planetoid, wydobywanie surowców, przenosiny do innych układów, dogonienie pędzących przez przestrzeń kosmiczną Voyagerów.

Sagan nie jest jednak hurraoptymistyczny. Wiele razy powtarza w swojej książce, jak wiele zależy od nas samych. Musielibyśmy postawić na zupełnie inne cechy, porzucić wojny, scysje i drobnostki, a skupić się globalnie na utrzymaniu naszej błękitnej kropki w dobrej kondycji. Pierwszy krok to mądrość, która pozwoli nam na zarządzanie własnym podwórkiem. Jednak kto dał nam prawo do wykonania drugiego kroku, czyli zasiedlania innych światów? Jak możemy dokonywać wielkich rzeczy bez działania międzynarodowego, bez instytucji działających ponad podziałami i mających w posiadaniu wielkie fundusze? Autor wiele razy podkreśla, jak tragicznie może się skończyć przejęcie planu zmiany orbity jakiejś planetoidy przez szaleńca z posłuchem w rodzaju Hitlera czy Stalina, a także jak wiele środków NASA i SETI idzie na obronę, choć skończyła się zimna wojna, a które mogłyby pozwolić osiągnąć jeszcze więcej.


To nie tylko wnikliwa, popularyzatorska książka o kosmosie. To traktat o przyszłych możliwościach, zagrożeniach, krótkowzroczności i doniosłości. To niemalże filozoficzne miejscami dzieło, udowadniające człowiekowi jego małość w Wszechświecie, sprowadzające na ziemię, by potem pofrunąć na skrzydłach fantazji prosto pod niebiosa, między gwiazdy, na planety, gdzie niebo ma inny kolor, ale wciąż można po nim latać. Może nawet o własnych siłach.

Tak, jestem pod wrażeniem. Bardzo cieszę się, że postanowiłam bliżej poznać tego autora. Zarówno w Kontakcie, jak i w Błękitnej kropce przewijają się te same rozważania dotyczące religii, Boga, miejsca człowieka i naszej roztropności. Widać, jak bardzo naukowiec próbował rozgłosić swoje poglądy, zasiać ziarno nieufności, mądrości i natchnienia. To prawda, że czasem książka wchodzi poza granice mojego rozumienia jeśli chodzi o naukę, to prawda, że nie wszystko zrozumiałam, nie wszystko mnie interesowało. Ale wizja humanizmu na nowe tysiąclecie, jaką przekazał naukowiec, to piękna spuścizna, którą koniecznie trzeba przekazywać dalej, by oderwać się od plotkach o celebrytach, trywialnych wymian śmiesznych linków, gapienia się w ekrany. Spojrzeć w górę. I na swoją przyszłość.

Sagan zaczyna i kończy od przypomnienia, że wędrowanie mamy we krwi. Okres, kiedy wiedziemy życie osiadłe, to ledwie ułamek życia naszego gatunku, a niegdyś byliśmy głównie ludem zbieraczy i łowów, nomadów przemieszczających się z miejsca na miejsce, szukających pożywienia i wygodniejszego życia. Dlatego w obliczu wszystkich potencjalnych katastrof, jakie mogą spotkać i statystycznie, na chłodno szacując, z pewnością kiedyś spotkają Ziemię, trzeba liczyć się z kolejnymi podróżami. Z opuszczeniem naszego rodzinnego gniazda i wyprawą w gwiazdy, gdzie nie dosięgną nas meteoryty, Słońce nie przeobrazi się w piekielną siłę niszczącą, atmosfera nie uleci, zostawiając nas bez tlenu. Ale do tego, uczy nas naukowiec, musimy być mądrzejsi, roztropniejsi i dalekowzroczni.


Nie byłabym sobą, gdybym na zakończenie nie wytknęła jednej rzeczy. Ogólnie do tłumaczenia nie mam uwag, czytało się płynnie i z przyjemnością, a to był kawał roboty. Poraziła mnie tylko jedna rzecz: wytłumaczenie, że nazwa Urana po angielsku (Uranus) śmieszy dzieciaki, bo oznacza nocnik albo pisuar. Cóż, chyba pomyłka z urinal albo nie wiem, co tam się wydarzyło. Uranus jest śmieszny, bo można go przeczytać jako your anus...

Błękitna kropka. Człowiek i jego przyszłość w kosmosie

Carl Sagan

Zysk i S-ka, 2018
przełożył Marek Krośniak
564stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!



wtorek, 10 kwietnia 2018

Kobieta z niewyparzoną gębą i ważnym przesłaniem. "Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach" Amy Schumer


Skąd u mnie ta książka? Bo szalenie spodobał mi się żart w tytule odwołujący do serii Millenium. I przeczytałam na Instagramie jakiś cytat z książki, mocny tekst z pozytywnym przesłaniem dla kobiet. Wtedy zanotowałam sobie: a może przeczytam. Ostatnio przerzuciłam się na audiobooki, może też częściowo przesłucham.

Czy ja w ogóle lubię Amy Schumer? Jest dla mnie prawdziwsza niż ta babka od All About That Bass, która śpiewa w którymś momencie piosenki o pogardzie do chudych lasek. Oglądałam Trainwreck, widuję ją tu i ówdzie od czasu do czasu, generalnie bez przesadyzmu. Lubię jej przekonanie, zaczepność i upór, niekoniecznie zawsze humor. Lubię ją za to, że nie próbuje się zmieniać mimo bycia w świetle fleszy, odwraca stereotypy, pokazuje siebie jako człowieka, a nie wyłącznie kobietę, z prawem do bycia takim, jaki jest. Porusza tematy trudne dla Hollywood i mass mediów, afirmuje swoje ciało z dystansem i humorem. Podoba mi się jej energia, jej persona, jej bezczelny styl.

Czemu więc nie zajrzeć do jej pozytywnej, szczerej książki, na jakąś się zapowiadała jej autobiografia?

To prawda, wszyscy teraz piszą autobiografie. Każdy celebryta, każda gwiazdeczka, każdy bloger. Umowa na książkę to dobry interes. The Guardian uświadomił mnie, że wysyp autobiografii komiczek na anglosaskim rynku doprowadził do ukucia osobnej nazwy: femoir, od połączenia female, czyli kobiecy, oraz memoir, czyli wspomnienia. Kobiety dziarsko zabrały się za pisanie książek głównie po to, by reklamować swoją markę. Amy Schumer nie jest jedyną komediantką i aktorką kojarzoną z komedią z autobiografią na koncie: Ellen DeGeneres, Tina Fey, Mindy Kaling, Lena Duhnam, Amy Poehler's i wiele innych też spisały swoje wspomnienia.


Trudno też mieć nadzieję, że każde słowo z takiej książki będzie szczere, pisane od serca i że przeczytamy jakieś prywatne, sensacyjne zwierzenia. Każda z tych książek balansuje na cienkiej granicy między wyśmiewaniem się ze swoich słabości a zaprezentowaniem jako silna, inspirująca osobowość; byciem everymanką i gwiazdą; intymnymi wyznaniami z buduaru a budowaniem swojego wizerunku publicznego. Schumer próbuje zasłaniać się przed tym przez zaprzeczanie: to nie jest autobiografia, bo przecież jeszcze jestem za młoda na spisanie całego życia; to nie jest poradnik samopomocowy mimo rzucanych na prawo i lewo rad i przekazów; nie próbuję być lubiana, jestem taka, jaka jestem... a przecież tu głównie chodzi o pieniądze i promocję.

Nawet z pełną świadomością powyższej perfidii takiej gwiazdorskiej książki trudno mi było nie zapomnieć całkowicie o Amy-showmance i miejscami widzieć tylko skrzywdzoną życiem, ale jednak osiągającą olśniewające sukcesy kobietę pełną wad, sprzeczności, inteligencji i uporu. Naprawdę, miejscami czytając Dziewczynę z tatuażem... czułam się znowu trochę jak przy czytaniu Elegii dla bidoków. Oto kolejna książka przedstawiająca prawdziwe, smutne życie Amerykanów, którzy jakimś cudem przebili się przez przeciwności losu. Co prawda Amy nie jest redneckiem, a żydówką z Nowego Jorku i urodziła się w bogatej rodzinie, los jednak chciał, że firma ojca podupadła, majątek się rozszedł, matka rozeszła się z ojcem swoich dzieci, by związać się z tatą bliskiej przyjaciółki Amy, a ojciec wpadł w alkoholizm i zachorował na stwardnienie rozsiane. I tak z dziewczynki chodzącej do prywatnych szkół Amy wyrosła na introwertyczną nastolatkę-kleptomankę z powikłaną sytuacją z manipulującą matką, trudną relacją z ojcem, który nie potrafi publicznie trzymać swoich zwieraczy na wodzy, uciekająca w tuzin mało płatnych prac, od kelnerstwa aż po początki stand-upu.


Właśnie te fragmenty o rodzinie, o początkach kariery, a także najtrudniejsze historii związkowe, brzmią najbardziej prawdziwie pośród naigrywań z dziecięcych pamiętników, listu do waginy, historiach o szybkich numerkach, absurdalnych instrukcji pogrzebowych. Pośród czasem wulgarnego, czasem średniego humoru, Amy opowiada o wysportowanym, przystojnym chłopaku, który okazał się hoarderem, czyli osobą, która nałogowo gromadzi przedmioty. O swoim pierwszym razie z pogranicza gwałtu, gdy jej licealny chłopak odebrał jej dziewictwo, gdy spała obok. O długotrwałym, burzliwym związku z facetem, który znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie. Opowiadając o tym wszystkim, Amy często przytacza statystki, tłumaczy, jak często przytrafia się to samo innym kobietom w jej wieku. O tym, że skali przemocy od wewnątrz czasem się nie zauważa aż do samego końca. O tym, że od dziecka trzeba uczyć granic drugiej osoby. O psychice kobiet, które automatycznie przechodzą do pocieszania osoby, która je skrzywdziła. To wszystko okraszone jest napomknieniami o tym, gdzie można znaleźć więcej informacji na dany temat. Sama obejrzałam odcinek wspomnianego przez nią amerykańskiego programu Hoarders, wysłuchałam polecanego TED talku o przemocy domowej, długo przeżywałam to, jak często zdarza się kobietom przechodzić do porządku dziennego z sytuacjami, które nie powinny mieć miejsca. Nie w ten sposób.

Nie pomija też kwestii traktowania kobiet w show businessie. Przytacza całą kuriozalną korespondencję z dziennikarzem z pewnego magazynu dla panów, dla którego zgodziła się napisać artykuł. Poszło o to, że jej żartobliwy tekst był okraszony zdjęciami szczupłych, niezwiązanych z tematem kobiet i dziennikarz za nic nie chciał, żeby pojawiło się tam jej zdjęcie. W domyśle: bo nie wpisuje się w najnowsze kanonów piękna. Opowiada też o wywiadach, których udzielała na całym świecie w związku z promowaniem swojego pierwszego filmu. O tym, jak wielki dziennikarze kładli nacisk na to, że jest kobietą (Jak to, kobieta robi filmy? Chyba ma specjalny przekaz tylko dla kobiet) oraz na to, że w Wykolejonej to mężczyzna ma stereotypowo kobiece cechy, a kobieta męskie.

Pomijając głupawe wstawki, przechwałki, inspiracyjne sentencje, rozpasane głupotki, frazesy i nawiązania popkulturowe, Amy ma naprawdę sporo do zaoferowania, nie tylko w kwestii samooceny, wyglądu, seksualności. Sporo miejsca poświęciła też strzelaninie w USA na seansie jej filmu, rozwodząc się nad problemem systemu amerykańskiego, nieodpowiedzialnie zaplanowanym dostępie do broni. Żarliwie głosi bezpieczeństwo używania broni palnej i na końcu jej wspomnień podaje instrukcje, co może zrobić ktoś przekonany do jej argumentów, żeby poprawić politykę w tej kwestii.

Ostatnie pytanie, które trzeba sobie zadać, to czy Amy mnie śmieszyła? Szczerze mówiąc, nie za bardzo. To średnia książka pisana wylewającym się monologiem wewnętrznym, świetnie się ją słucha w postaci audiobooka czytaną głosem samej Amy, jednak nie powala. Fani komediantki powinni koniecznie przejrzeć wydanie książkowe, znajdą tam bowiem sporo osobistych zdjęć. I przede wszystkim dostaną wyjaśnienie znaczenia tytułowego tribala na lędźwiach Amy. Wszyscy inni powinni raczej wsłuchać się w głos kobiety, która nie ma ograniczeń przez powiedzeniem o sobie za dużo, ale dzięki temu pozwala zastanowić się nad oczywistościami, które nie powinny być takie oczywiste.


Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach

Amy Schumer

Wydawnictwo Kobiece, 2018
przełożył Przemysław Hejmej
351 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki!

niedziela, 8 kwietnia 2018

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MARZEC 2018



Już ósmy marca, a ja dopiero teraz zebrałam się na wpis podsumowujący ubiegły miesiąc. Mam nadzieję, że wybaczycie – ostatnio mam naprawdę sporo na głowie – ale obiecuję w najbliższym czasie sporą ilość recenzji!

W marcu głównie przesłuchałam aż pięć książek:

  • Mortal engines Philipa Reeve'a zrecenzowana tutaj
  • Hillbilly Elegy: A Memoir of a Family and Culture in Crisis J.D. Vance'a w kolejce do recenzji
  • Fahrenheit 451 Raya Bradbury'ego w kolejce do recenzji
  • Dziewczyna z tatuażem na lędźwiach Amy Schumer w kolejce do recenzji
  • The Princess Diarist Carrie Fisher w kolejce do recenzji

Teraz czytam sporo na raz, ale w pierwszej kolejności muszę skończyć i napisać o Błękitnej kropce Carla Sagana, bo dostałam egzemplarz recenzencki :)

Wiecie też, że w marcu wybrałam się do Sztokholmu na wyjątkową sztukę teatralną – reportaż z wyprawy można przeczytać tutaj.

Przypominam, że już wkrótce w Krakowie można będzie się wybrać na SerialCon, jedyny w Polsce konwent serialowy! Jeszcze nie ma rozkładu, ale już zapraszam do rezerwowania sobie 3 maja, bo właśnie wtedy (mam nadzieję) będę mieć moją prezentację o fanach: o tym, skąd się wzięli, jak rozwijały się stereotypy, jaka za nimi stoi teoria. Do tego będą przykłady z seriali!

A popkulturalnie?



Anihilacja (2018)


Może książka Jeffa VanderMeera, która służyła za pierwowzór filmu Alexa Garlanda (odpowiedzialnego między innymi za Ex Machinę), jest lepsza. Tak przynajmniej słyszałam. Sam pomysł na fabułę brzmi fascynująco: oto pani naukowiec, była żołnierka, chce przekonać się, co się stało z jej mężem, który wrócił ze ściśle tajnej Strefy X. Udaje się na składającą się z samych kobiet wyprawę wgłąb tęczowo połyskującej przestrzeni, gdzie zwierzęta i rośliny w zadziwiający, czasem piękny, a czasem straszny sposób mutują, wymieniając się DNA. Film... jest dziwny. Miejscami słaby, raczej mocno średni, raczej mało przekonujący. Ma jeden moment, po którym autentycznie można mieć koszmary, ale wydaje się, że na ten właśnie moment wydano cały budżet i reszta efektów CGI wygląda miernie. Niewątpliwie jest to produkcja z cyklu tych, które potrafią mocno zryć banię, ale końcówka jednak jest zbyt przesadzona, jednocześnie niedopowiedziana i oczywista, przedziwniona, że trudno ją docenić. Jak ktoś lubi Natalie Portman ze zmartwioną miną, to pozycja obowiązkowa.



Dzikie łowy (2016)


Taika Waititi, ten śmieszny człowiek od ostatniego Thora i mockumentu o wampirach Co robimy w ukryciu, nakręcił też zdecydowanie mniej znany, ale absolutnie przeuroczy komediodramat Dzikie łowy. Sam Neill, ten burkliwy, ale odważny i kompetentny koleś z pierwszego Parku Jurajskiego, znów wchodzi w rolę niemiłego, zamkniętego w sobie dzikusa, który powoli otwiera się na ludzi dzięki charakternemu dzieciakowi. Ricky Baker to trudny chłopak z blokowiska, rządzi się prawami ulicy, wpycha w siebie tony jedzenia i generalnie unika wszelkiej roboty. Jako sierota, jest przerzucany przez system socjalny od jednego miejsca do drugiego, aż trafia do domu, w którym po raz pierwszy znajduje miłość. Niestety los zabiera mu nowo poznane ciepło, ale chłopak nie daje za wygraną. Postanawia uciec od chcącej go przejąć urzędniczki i wkrótce cała Nowa Zelandia przeszukuje busz, by odnaleźć rzekomo porwanego przez przybranego wujka Hectora urwisa. To piękna, mądrze zabawna i poruszająca historia. Bardzo polecam!



Czarne lustro (2011- )


Udało mi się też świeżo skończyć oglądać Black Mirror. To była ciężka przeprawa, ale nie dlatego, że to zły serial. Absolutnie nie! To rzecz świetna, którą zdecydowanie trzeba obejrzeć. Chodzi bardziej o to, że osoby o słabych nerwach jednak mocno przeżywają każdą z tych ponurych, niepokojących historii. Każdy odcinek to osobna opowieść, jednak wątki, motywy, technologie i piosenki powracają jak echo, przeplatając się, przypominając o poprzednich historiach.

To przestrogi na przyszłość. Dylematy i pytania moralne, których nie postawilibyśmy sobie bez konfrontacji z drażniącymi, poruszającymi sytuacjami. Nowe problemy społeczne i tragedie wynikające z nowinek technicznych, gadżetów, maszyn, systemów. Jak traktować cyfrowego klona człowieka? Czy to pozbawiony praw elektroniczny byt pomimo tego, że odczuwa, myśli i przeżywa jak cielesny człowiek? A co, jeśli przedłużymy komuś życie poprzez elektroniczną kopię umysłu? Czy to wciąż pozbawiony praw byt? Jeśli nie, jak możemy go traktować inaczej niż inne klony? Podobnych pytań, problemów i przerażających wizji przyszłego społeczeństwa ludzkości jest w tym serialu pełno.

Jedne odcinki są trochę słabsze od innych, ale prawie wszystkie są na wysokim poziomie. Trudno zapomnieć o sugestywnym i pięknym San Junipero, Shut Up and Dance o fatalnych skutkach szpiegującej technologii i okrutnym igraniu życiem innych ludzi, wyciskaczu łez Be Right Back o żałobie po zmarłym mężu uzupełnionej o kuriozalne rozwiązanie technologiczne, The Entire History of You o podkręconym na maksa obsesyjnym analizowaniu drobnych szczegółów, tragicznym Fifteen Million Merits i wszędobylskich, agresywnych reklamach i telewizji niszczących niewinność, wreszcie rozszarpującym na kawałeczki White Christmas o ojcu, który nie może patrzeć na swoje dziecko z powodu odgórnie zarządzonego filtra na oczach. Po każdym z tych odcinków potrzebna była dłuższa przerwa, żeby wrócić do siebie. Nie widzieliście? Na co jeszcze czekacie!


A co u Was słychać popkulturalnie?

sobota, 31 marca 2018

W TERENIE#14: Spektakl Visit Qo'noS i Sztokholm!


Może nie słyszeliście, ale na naszej planecie pojawili się kosmici. I wcale nie są zielonymi ludzikami, a rasą dumnych, honorowych i gwałtownych wojowników. Grupa Klingonów z domu Duras, Ban’Shee, Mara, Morath i Klag, w porozumieniu z Klingońskim Instytutem Wymiany Kulturowej zorganizowali z Szwecji specjalne spotkania w teatrze Turteatern w Sztokholmie, by przedstawić swoją kulturę ignoranckim Terranom. W piątek 23 marca byłam jedną z tych Ziemian, którzy dostąpili zaszczytu oglądania próbki kultury klingońskiej, wysłuchali, jak bardzo Klingoni pogardzają naszą słabą według nich rasą, a także uśmiali się serdecznie z genialnej komedii odgrywanej na scenie przez czwórkę utalentowanych aktorów.

Tak, nie pomyliliście się. Pojechałam na weekend do Sztokholmu, żeby zobaczyć hołd dla najbardziej charakternej i awanturniczej rasy ze Star Treka. I było absolutnie genialnie. 

Zapraszam na fotoreportaż.


Już w kolejce do wejścia na scenę inni widzowie byli zdziwieni, jak bardzo moja ekipa się poświeciła, żeby należycie powitać Klingonów. Nie dość, że przyjechaliśmy specjalnie z Polski, to jeszcze wystąpiliśmy w strojach Gwiezdnej Floty, wyposażeni w fazery i komunikatory. 


Tak wyglądało nasze przygotowanie do wyprawy do teatru.


Tymczasem niezależnie od stroju już od pierwszych słów sztuki wszystkich na widowni zmroziło. Klingoni byli głośni, agresywni i roszczeniowi. Niedwuznacznie dali nam do zrozumienia, że są absolutnie obrzydzeni tym, że muszą z nami przebywać, że nasze zwyczaje są dla nich mierżące, cywilizacja słaba i niegodna, a tak w sumie to nadajemy się tylko na sługusów. Ale takie mają rozkazy, żeby nas przynajmniej trochę uświadomić, bo jest szansa, że ktoś wybierze na Qo’noS, rdzenną planetę Klingonów. Moglibyśmy przynajmniej okazać tyle przyzwoitości, by liznąć ichniejszej kultury.

I tak zostaliśmy uświadomieni w temacie geografii, historii, sztuki, zwyczajów, kuchni i wielu innych aspektów klingońskiego życia. Rozdawano Krwawe Wino, Gagh, czyli przysmak przyrządzony z wężowatych glizd (spróbowałam – bardzo słone i za nic nie da się szybko domyć rąk po tym sosie). Odegrano historię legendarnego Kahlessa Niezapomnianego oraz baśń o dwóch sercach, którą przytacza się przy ceremoniach ślubnych. Zainscenizowano po raz pierwszy publicznie Romea i Julię w oryginalnym klingońskim. Zaśpiewano kawałek opery.


A także pogardzano, wyzywano, poniżano, szczególnie podczas sekcji analizującej różnice pomiędzy ludźmi a Klingonami – ta wywołała ogromne salwy śmiechu, bo była fantastycznie komediowo odegrana. Przykład? Jak ludzie wychowują dzieci: „Nie bijcie się, kochane misiaczki, kochanie, przestań, oddaj tę zabawkę”. Jak Klingonie wychowują dzieci? „Walczcie ze sobą na śmierć i życie, inaczej rodzina straci honor!”

Chyba największy afront, jaki uczyniliśmy naszym galaktycznym sąsiadom, to ich przedstawienie w najnowszym serialu startrekowym Discovery, które ostatnio tak krytykowałam. Osobny fragment przedstawienia został poświęcony wtłaczaniu widowni do głowy, że Klingoni ani nie wyglądają, ani nie mówią, ani nie pieprzą tak, jak zostało to pokazane w serialu. Oj, byli wściekli, jak bardzo krzywdzący dla nich był ten serial. I bardzo słusznie!


Spektakl, na którym byliśmy, był przedostatni. Grano go od lutego do marca. Największy łut szczęścia, jaki nas spotkał, to ogłoszenie już po tym, jak kupiliśmy bilety, że po tym konkretnym przedstawieniu wystąpi Marc Okrand. Amerykański lingwista, który został jako pierwszy wynajęty do filmów i seriali z cyklu Star Trek, żeby rozpisać język klingoński, przyjechał do Sztokholmu tak jak my, jako widz. 

Zaserwował jednak zgromadzonym na pogadankę na temat swojej historii i anegdotek związanych z filmowaniem scen po klingońsku, tłumaczeniem, spisywaniem słownika, tworzeniem reguł gramatycznych w biegu, pod wpływem wymowy czy pomyłki aktora. Z czasem musiał starać się naprawdę nieźle gimnastykować, by wymyślać kolejne synonimy, końcówki fleksyjne i przyimki, dostosowując się do pojedynczych, już nagranych scen. Przedstawił, skąd się wziął jego pomysł na składnię języka – po prostu wziął najmniej spotykaną strukturę zdania na świecie, z dopełnieniem na początku – i to, jak ten sztuczny język ożył po wydaniu słownika. Teraz ludzie sami tworzą, wymawiają i zniekształcają słowa po klingońsku, przez co powstają takie niepoprawne zbitki językowe, jak nazwa kultowej już broni – bat'leth.


Po wystąpieniu podeszliśmy do Marka prosząc o zdjęcie, przy okazji pytając, czy kojarzy książeczkę z rozmówkami klingońskimi, którą przywieźliśmy specjalnie ze sobą. Okazało się, że zna aktora, który podkładał głos pod nagrania z przykładową klingońską wymową!



Podczas pogadanki Marka z boku widowni cały czas stał jeden z Klingonów z przedstawienia, Klag, w pełnym przebraniu. Popijał piwo i co jakiś czas zgryźliwie komentował między innymi prawdziwe znaczenie takich dramatów Szekspira jak Hamlet („Komedia!”) czy Wiele hałasu o nic („Tragedia!”). Gdybyście nie wiedzieli, dopiero niedawno Instytut Języka Klingońskiego zebrał się do odtwarzania sztuk szekspirowskich do oryginalnego klingońskiego. Otóż Szekspir bezczelnie użył istniejących już scenariuszy dramatycznych z innej planety, które mają oryginalnie zupełnie inny wydźwięk. Na przykład Hamlet ukazuje kryzys archetypu klingońskiego woja, odważnego, gwałtownego, podejmującego błyskawiczne decyzje, szybko wyzywającego na pojedynek, za wszelką cenę broniącego honoru.


Klag potwierdził, że szanuje Kraków za ziejącego ogniem smoka i zapiekankas, mimo tego że to ludzkie miasto.


Po spotkaniu z twórcą słownika była też chwila dla Akademii Klingońskiej, szwedzkiego stowarzyszenia mającego na celu naukę i popularyzację klingońskiego. To oni tłumaczyli fragmenty Romea i Julii oraz inne kawałki na potrzeby spektaklu.

Okazało się, że Mark nie raz natychmiast dostawał odpowiedź, gdy nie pamiętał jakiegoś słówka podczas swoich wypowiedzi, bo tych dwóch nerdów zna jego słownik chyba na pamięć! Jeśli będziecie mieli ochotę pouczyć się klingońskiego, walcie do tych gości. Mówią też świetnie po angielsku.


Jeśli chodzi o sam Sztokholm, miałam wrażenie, że to najprzyjaźniejsze miejsce na świecie. Proste, zrozumiałe oznakowanie metra i autobusów, wszędzie informacje po angielsku, doskonała informacja turystyczna. Ludzie sami podchodzili do szukających drogi, bezinteresownie oferując pomoc, ustawiali się w grzecznych kolejkach, zero rozpychania. Wszyscy zadbani, piękni... i wysocy. Tak, czułam się dość nisko ;)


Uliczki starego miasta, Gamla Stan, były urokliwe, zawiłe i kryły wiele fantastycznych restauracji i sklepików z pamiątkami tak uroczymi, że trudno było mimowolnie nie wykrzykiwać od czasu do czasu słów zachwytu.


Niestety nie zwiedziliśmy zbyt dużo w ciągu weekendowego wypadu prócz jednego muzeum, targu z żywnością, starego miasta, pałacu i parlamentu (te dwa ostatnie tylko z zewnątrz), ale chętnie jeszcze kiedyś wrócimy. Naprawdę szalenie nam się podobało, choć lokalne ceny mocno obciążyły nasze polskie portfele.



Fantastyczne było jednak między innymi to, że na bilecie 72-godzinnym nie tylko mieliśmy z głowy przejazdy autobusami i metrem, ale o dziwo też promami. Świetna sprawa!



Na koniec mam do zachwalenia pewną nerdzką księgarnię, w której można się zgubić, a potem przetracić wszystkie pieniądze. Dwupiętrowy sklep z wszelkimi dobrami, Science Fiction Bookhandlen, to dwa piętra czystej przyjemności nerdzenia. Półki z książkami, komiksami, filmami, gadżetami z wszystkich najpopularniejszych tytułów mogą zawstydzić niejeden konwent. Sama nie mogłam zwalczyć pokusy, jak zobaczyłam moje ulubione komiksy Sarah's Scribbles i Hark! A Vagrant po angielsku, a do tego rewelacyjną grę karcianą na podstawie Jane Austen – Marrying Mr Darcy. Jednym i drugim chwaliłam się na Instagramie.

I co tu dużo mówić, koniecznie wybierzcie się do tego sklepu jak będziecie w centrum Sztokholmu! Bookspot jakich mało:)







To by było na tyle mojej relacji z weekendu w Sztokholmie. Miasto na medal!


Chcecie więcej na ten temat? Ryba też zrobił relację ;)