Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 5 maja 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: KWIECIEŃ 2019



Nie wiem, kiedy ten czas zleciał, ale chyba po raz pierwszy w historii bloga nie było wpisu... przez miesiąc. Skupiłam się na pisaniu pracy, świętach, urodzinach, Pyrkonie (też w tym roku bez relacji), aż tu nagle już maj. Przeczytałam tylko trzy książki, ale jestem w trakcie kilku innych, wszystkie albo napisane przez Elizabeth Gaskell, albo jej biografie czy analizy twórczości. Wszystko to związane z tematem mojego doktoratu. Planuję jeszcze wpis na ten temat, ale póki co wolę się poświecić więcej czasu na pracę niż na bloga, bo kiedyś się muszę wreszcie obronić!

A jeśli chodzi o popkulruralny kwiecień?


Nice Guys. Równi goście (2016)


Dla tych, którzy są zniechęceni jedną i tą samą twarzą Ryana Goslinga, w tym filmie wreszcie udowadnia, że potrafi być dobrym aktorem. Russella Crowe'a również zadziwiająco przyjemnie się tutaj ogląda, a obaj panowie mają świetną chemię. Nice Guys to dopracowany wizualnie kryminał w stylu neo-noir o poszukiwaniu zaginionej dziewczyny i śmierci pornogwiazdy Misty Mountains.  Żartobliwy, lekki i trochę szalony komediodramat o Los Angeles z lat siedemdziesiątych i dwóch prywatnych detektywach z wachlarzem przywar to strzał w dziesiątkę na leniwy, niewymagający wieczór.

Kupa śmiechu gwarantowana.


Sok z żuka (1988)


Beetlejuice zestarzał się brzydko głównie jeśli chodzi o wszelkie efekty na green screenie, a cała reszta wciąż nieźle wygląda. W szczególności, że to film do oglądania dla postaci, efektów, tańca przy stole i wygłupów, a nie dla fabuły. Bo szczerze mówiąc, im bliżej się człowiek przygląda temu światu i tej historii, tym więcej widać dziur. Ale co tam. Michael Keaton bawi się tutaj jak mało kto, a Winona Ryder nie mogła być bardziej przerysowaną, nieszczęśliwą nastolatką.

Shake, shake, shake seniora!


The Twilight Zone (2019-)


Nie wiem, czy słyszeliście, ale pojawiło się wznowienie Strefy mroku, specyficznego serialu fantastycznego z lat sześćdziesiątych. Jordan Peele, komik stojący za Uciekaj! i To my, wskrzesza starą antologię klasycznych historii niesamowitych z dreszczykiem, na których wzorowało się trochę Black Mirror. Widziałam pierwsze dwa odcinki. Są ciekawe i niepokojące, w klimacie Czarnego lustra, ale bez skupiania się na technologii i wizjach przyszłości. Warto obczaić.


Shazam! (2019)


Shazam! to chyba najbardziej udany jak do tej pory film superbohaterski od DC. Zdecydowanie familijny, choć nie dla najmłodszej widowni, wzruszający, zabawny i wyważony. Nastolatek z przeszłością dostaje supermocy, dorosłe ciało na zawołanie i zadanie obrony ludzkości przed złymi mocami. Zamykając przez lata niewyjaśniony wątek swojej matki, okrywa siłę rodziny zastępczej (w której chyba brakuje tylko Sliniaka) i przyłatanego rodzeństwa.

Ogląda się z niesamowitą frajdą.


Hellboy (2004)


W ramach smutkania tegoroczną, podobno bardzo słabą adaptacją historii o Hellboyu, obejrzeliśmy sobie starego, dobrego Hellboya Guillermo del Toro. Słowo daję, że oglądałam ten film wieki temu, ale w ogóle absolutnie nic z niego nie pamiętałam. I dopiero tym razem byłam w stanie docenić biegających na początku nazistów i Rasputina, menażerię z biura od spraw paranormalnych, uroczego Abe'a Sapiena i świetnego, cudownie przesadzonego czerwonego diabła o złotym sercu. Chyba powinnam zabrać się za komiksy!


Cztery lwy (2010)


Co ja obejrzałam. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, czy ten film mi się spodobał, czy głownie mnie oszołomił. Specyficzna, brytyjska komedia o niewyobrażalnie niekompetentnych zamachowcach, parodiująca ignorancję i głupotę ślepo podążających za ideałem mordujących niewiernych dżihadystów. Bombowcy bardzo starają się zostać męczennikami, ale nie wychodzi im to w absolutnie przepiękny sposób. To trzeba zobaczyć, przy okazji pamiętając, że aktorzy sami są muzułmanami i wciąż świetnie się bawią.


Rilakkuma and Kaoru (2019– )


Japońskie firmy od słodkich zwierzaczków idą za ciosem i po sukcesie Aggretsuko od Sanrio, San-X proponuje kolejny serial oparty o już istniejących bohaterów stworzonych głównie pod zabawki. Ponoć była ilustratorka San-X wymyśliła misia Rilakkumę, który gównie leży, leni się, śpi i je, w ramach terapii odstresowującej, gdy firma wymagała od pracowników wymyślania jednego uroczego stworka na zabawki miesięcznie. Podobnie w ślicznie zrobionym, poklatkowym serialu główny cel misiów żyjących u pracującej w biurze Kaoru to zapewnić jej wsparcie i relaks po pracy. Sama produkcja jest odprężająca i spokojna, ale do bólu japońska, przez co wydaje się za bardzo zen, a za mało zamkniętą, do końca wyjaśnioną historią. Co ma też swoje plusy!


Avengers: Koniec gry (2019)


(Oczywiście, że bez spojlerów, za kogo Wy mnie macie?)

Chyba nie trzeba powtarzać: ostatni film zwieńczający pierwszą ponad dekadę filmów z uniwersum filmowego Marvela zdecydowanie udźwignął presję i dostarczył potężną dawkę rozrywki, satysfakcjonując dużą część oczekiwań publiczności. Każdy bohater dostaje swoją chwilę, jest wzruszająco, jest zabawnie i jest niesamowicie epicko. Na seansie przedpremierowym klaskałam razem z widownią kilka razy, nie mówiąc o ronionych czasem dość głośno łzach i salwach śmiechu. Wiadomo, nie wszystkie rozwiązania fabularne wszystkim podeszły, ale ja na seansie bawiłam się doskonale. Dali radę!


A jak Wam podeszli Avengersi, Shazam i inne produkcje, które widzieliście w ubiegłym miesiącu?

środa, 3 kwietnia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MARZEC 2019



Wreszcie zrobiło się cieplej. Zachmurzone niebo i szybko zapadający zmrok ustąpiły miejsca słońcu i błękitowi nieba. Co prawda T.S. Eliot twierdził, że „najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”, ale mnie nie przetłumaczysz. Ja zawsze w kwietniu podszyta jestem radosną energią. Zbliżają się moje urodziny, święta, Pyrkon, majówka... jest na co czekać :)

W marcu zaś pobiłam jakiś osobisty czytelniczy rekord ostatnich lat. Aż siedem skończonych lektur!
  • Zmierzch Osamu Dazaia (recenzowany tutaj)
  • The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar (o syrence z rozczarowaniem pisałam tutaj)
  • tom czwarty Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza (tu pisałam o pierwszych dwóch tomach)
  • Oczy uroczne Marty Kisiel (recenzja tutaj)
  • Kwiat wiśni i czerwona fasola Duriana Sukegawy (recenzowana tutaj)
  • Dziewczyna z konbini Sayaki Muraty (pisałam o niej tu)
  • Zapach mężczyzny Agnety Pleijel

A popkulturalnie?


Kapitan Marvel (2019)


Spotkałam wiele opinii, których przewija się, że to spoko film, ale nic specjalnego. A dla mnie to właśnie coś bardzo specjalnego. I nie mówię o świetnej roli kota czy myjącym naczynia Samuelu L. Jacksonie. To film przełomowy.

Kapitan Marvel mianowicie uzmysłowiła mi, jak bardzo polegam na domyślności męskiego bohatera w filmie superbohaterskim. Że oglądam filmy przez szklaną ścianę męskiego doświadczenia, której do tej pory nie zauważałam, bo była zbyt oczywista. Nie dała mi tego Wonder Woman ani żadna bohaterka z Marvela. Oglądając Carol Danvers po raz pierwszy poczułam dysonans, który mnie zupełnie naelektryzował: oto superbohaterka z własną agendą, charakterem, ale i zwykła dziewczyna, spoko babka otoczona kobiecymi wsparciami, mentorką, przyjaciółką, córką przyjaciółki; którą wkurzają prośby losowych facetów, żeby się uśmiechnęła. Kobieta, z którą mogę się utożsamiać, bliska, jak koleżanka. Z którą czuję wspólnotę, nie tak jak z Dianą, księżniczką wychowaną przez odcięte od świata plemię, nie tak jak z Czarną Wdową skonstruowaną jako spełnienie marzeń dla męskiego spojrzenia i pełen stereotyp femme fatale.

Carol Danvers to dla mnie pierwsza superbohaterka stworzona głównie z myślą o kobietach. Byłam tak tym odkryciem zaskoczona, że długo nie mogłam tego dobrze wyrazić i do tej pory czuję dziwne wzruszenie po tym uczuciu po wyjściu z kina. To dla mnie niespodziewanie naprawdę ważne, że wreszcie ktoś ze studia filmowego otwarcie zauważa moją obecność w kinie i zaprasza na seans. I że mogę zauważyć, że tak naprawdę do tej pory byłam traktowana jak duch. Obywatel drugiej kategorii, od którego chętnie się przyjmuje pieniądze za seans, ale głośno nie mówi, że chodzi do kina.

Do tej pory mnie boli, że dopiero po dwudziestu (!) filmach twórcy stwierdzili, że czas na film skierowany do kobiecej części publiczności...


Bumblebee (2018)

Czy jest możliwe, żeby film o transformersach miał sensowną, jasną fabułę, trójwymiarowych, ludzkich bohaterów, dobry montaż, od którego nie boli głowa i który pomaga zrozumieć bez problemu oglądany film? A, no i design postaci na tyle przyjemny dla oka i nieskomplikowany, żeby można było bez problemu podążać za każdym ruchem robotów ? Otóż, SZOK, jest to możliwe. Po Bayu pałeczkę franczyzy przejął Travis Knight, reżyser między innymi poklatkowego filmu Kubo i dwie struny. Człowiek, który autentycznie lubi i rozumie transformersy, umie poruszać lalkam i figurkami w przekonujący sposób, a na początek stworzył opowieść bliską Stalowemu gigantowi. Tylko z lekkim podtekstem w stronę Kształtu wody. Mnie się bardzo podobało!


Snowpiercer: Arka przyszłości (2013)

Sporym odkryciem była dla mnie niespodziewana postapokaliptyczna perełka, jaką jest Snowpiercer. To nie jest film dla każdego i wiem, że wielu osobom mógłby się nie spodobać, ale mnie wizja rozpędzonego przez martwy, zlodowaciały krajobraz pociągu ma w sobie coś zachwycającego. Każdy wagon pociągu przedstawia inny poziom społeczeństwa, inne wartości, tworząc metaforę smutnej, ale prawdziwej ludzkiej zbiorowości antyutopii. Determinacja i wytrwałość głównego bohatera (granego przez Chrisa Evansa!) sprawiają, że oglądanie tej podróży wgłąb siebie staje się pasjonującą przygodą. Zdecydowanie warto obczaić.


Żona (2017)

Fenomenalny popis aktorski Glenn Close autentycznie wycisnął mi z oczu łzy. Niestety siódma nominacja do Oskara wciąż nie doprowadziła ją do nagrody i choć Olivia Coleman była fantastyczna w Faworycie, tak szkoda, że aktorka pokroju Glenn Close wciąż nie została uhonorowana. Żona to film dość kameralny, rozgrywający się głównie między żoną a mężem. Mąż został właśnie nagrodzony nagrodą Nobla, więc oboje wybierają się do Sztokholmu na ceremonię. W międzyczasie dowiadujemy się coraz więcej o ich związku i o cichej, wiecznie uroczo uśmiechniętej kobiecie, która na każdym kroku asystuje swojemu zajętemu „wyższymi sprawami” mężczyźnie. Dla każdego, kto lubi oglądać filmy o literaturze, serdecznie polecam.


To my (2019)

Odkąd zauważył to mój Ryba, trudno mi przestawić się na inne myślenie o tytule tego filmu: angielskie „us” może nie tylko oznaczać „nas”, ale i „U.S.”, czyli Stany Zjednoczone. Jordan Peele po świetnym Uciekaj! znów bierze się za opisywanie swoich krajan poprzez zgrabnie pomyślany horror psychologiczny. W nowym filmie zastanawia się nad dualizmem natury ludzkiej, ale i natury Amerykanów, a także nad tym, jak fundamenty i historia kraju wpłynęły na współczesną Amerykę. Jest ciekawie, choć jak tylko głębiej zastanowić się nad pomysłem, tym bardziej podstawy filmu się kruszą. Co nie zmienia faktu, że przynajmniej możemy polegać na archetypie bliźniaka, by snuć kolejne odczytania i odgadywać wielorakie metafory.


Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977)


Znany klasyk Spielberga bardzo brzydko się zestarzał. Zamiast metafizyki, czuje się nudę. Kosmici mają idiotyczne pomysły na komunikację z ludźmi: przelatują nocą w kilku miejscach, powodując poparzenia słoneczne, jakimś sposobem uczą niektórych pewnej melodii, innym wbijają w głowę wizję jakiejś góry. Na koniec zaś urządzają elektroniczny koncert z pokazem świetlnym. Wygląd przybyszów z kosmosu rozczarowuje, końcówka wiele nie wnosi, bohaterów trudno polubić, a wszystko jest powolne i niezbyt ciekawe. Cóż. Dobrze, że Lucas nakręcił Gwiezdne wojny, bo inaczej kino nowej przygody nie byłoby warte specjalnej uwagi po latach.


Lekarstwo na miłość (1966)

Kalina Jędrusik, wraz z jej trzpiotowatą manierą, dziecinnym głosikiem, opadającymi zniewalająco powiekami podmalowanymi kocią kreską i lekko rozchylonymi, pełnymi wargami to idealna słodka idiotka. Dzięki oryginalnej historii Joanny Chmielewskiej z jej debiutanckiego Klinu, całe szczęście filmowa Joanna wielokrotnie, pomimo roztrzepania i zakochania, wykazuje się całkiem sporym rozsądkiem i błyskotliwością w rozpracowywaniu szajki przestępczej. O dziwo, jak na tak stary film, wciąż ogląda się to świetnie, wciąż można się szczerze pośmiać i pozachwycać piękną Jędrusik. Mimo to muszę przyznać jak na snobistycznego mola książkowego przystało: książka była lepsza!


Kedi - sekretne życie kotów (2016)

Zapomniałam w ubiegłym miesiącu wspomnieć o filmie, który obejrzałam z okazji międzynarodowego dnia kota. A wspomnieć trzeba koniecznie, bo to jeden z najlepszych filmów na świecie. To dokument w zupełności opowiadający o kotkach w Stambule. Przez cały seans rozpływałam się z zachwytu: były dzielne kocie mamy, małe kotki, zaborcze kocie urwisy, kocie herszty na dzielni, koci wygodnisie, spryciule i głodne biedaczki. Byli też ludzie na co dzień opiekujący się bezdomnymi kotami będącymi stałym elementem krajobrazu, opowiadający o swoich relacjach z kotami, czasem boskim połączeniem, czasem mechanizmem psychicznym, a czasem po prostu zwykłym przywiązaniem. Wzruszające historie, piękne krajobrazy i piękne koty. Proszę oglądać.


Co robimy w ukryciu (2019– )


A na koniec honorowe wspomnienie o świeżo wypuszczonym pierwszym odcinku serialu telewizyjnego, tworzonego przez Jemaine'a Clementa i Taikę Waititiego. Nikomu, kto zna film, nie będzie trzeba tłumaczyć, że to trzeba oglądać. Niepowtarzalna atmosfera mockumentu o wampirzych współlokatorach powraca, tym razem w historii o krwiopijcach z Ameryki. Uśmiałam się jak dzika i nie przegapię ani jednego odcinka.

niedziela, 24 marca 2019

Mały renesans japoński. "Zmierzch" Dazaia, "Kwiat wiśni i czerwona fasola" Duriana Sukegawy i "Dziewczyna z konbini" Sayaki Muraty


Nie jestem ekspertem, ale jako nałogowy czytelnik z zapędami japonofilskimi, mam wrażenie, że ostatnio polepszyła się na polskim rynku jeśli chodzi o przekłady z japońskiego. W liceum, kiedy odkryłam mangę, anime i Murakamiego, myszkowałam po dostępnych bibliotekach w poszukiwaniu innych powieści japońskich i znalazłam kilka: Ring Kojiego Suzukiego, Tsugumi Banany Yohimoto, Sprawę osobistą Kenzaburō Ōe. Na studiach odkryłam świetnego Kazuo Ishiguro, ale jednak to Japończyk wychowany w Wielkiej Brytanii i piszący po angielsku, więc trudno go zaliczyć do literatury japońskiej.

W ciągu ostatnich lat pojawia się jednak coraz więcej ciekawych głosów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydawnictwo Literackie szumnie wydało Czerwone dziewczyny Kazuki Sakuraby, o których pisałam, a także ściągnęło pisarkę do Polski na Big Booka. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego od 2016 wypuściło Serię z Żurawiem z literaturą z różnych stron, w tym już aż trzy powieści z Japonii: Kot, który spadł z nieba Takashiego Hiraidego (pisałam o nim tutaj), Kwiat wiśni i czerwona fasola Duriana Sukegawy i najświeższą pozycję, cieszącą się międzynarodowym rozgłosem Dziewczyna z konbini Sayaki Muraty. Wreszcie pojawiło się wydawnictwo Tajfuny – możecie pamiętać, jak się podniecałam w niedawnym wpisie – które poprawiło, opatrzyło wstępem i wznowiło Zmierzch Osamu Dazaia, zapowiadając kolejne wydania azjatyckiej literatury. 

Tym trzem ostatnim pozycjom zamierzam przyjrzeć się bliżej, by spróbować uchwycić ducha wydawanych teraz powieści japońskich. Wszystkie są bardzo krótkie, lekkie i oszczędne, ale czego może oczekiwać zwykły czytelnik i po którą sięgnąć?


Ci, którzy chcą liznąć trochę kultury, poznać klasykę powieści japońskiej i osadzić ją w sytuacji polityczno-społecznej, a także zanurzyć się w powojennym marazmie, smutku i nihilizmie, niech koniecznie zapoznają się z debiutem wydawnictwa Tajfuny.

Trzymając w ręce staranne, piękne wydanie Zmierzchu Dazaia: minimalistyczną okładkę ze złotymi wstawkami, wstęp Karoliny Bednarz odznaczający się od samej powieści szarawym papierem, dopasowany wzór we wnętrzu skrzydełek, wygodną czcionkę i obfitość przypisów, widać jak na dłoni całą pasję i uczucie włożone w stworzenie tej książki. Założycielka Tajfunów, japonistka i autorka reportażu Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet postarała się, by odpowiednio wprowadzić czytelnika w powieść, jaką ma właśnie napocząć:

„I w tym momencie, w 1946 roku – z cesarzem, który zrzekł się swojej boskości, w kraju okupowanym przez amerykańskie wojska, z Tokio w gruzach, z szalejącą inflacją, z tysiącami kobiet sprzedającymi swoje ciała amerykańskim oficerom i kalekami na ulicach – zaczyna się akcja Zmierzchu.”

Druzgocząca klęska Japonii w drugiej wojnie światowej i nagłe postawienie się dumnego, zamkniętego na obcych narodu w postawie służalczej wprowadziło tracących oparcie Japończyków w otępienie. Dotychczasowy porządek rzeczy legł w gruzach: po wojnie zniesiono ostatecznie pozycję uprzywilejowanej arystokracji i nagle przyzwyczajone do życia na poziomie rodziny szlacheckie znalazły się na poziomie wyprzedających swój cały dobytek biedaków. Odrętwienie, rozczarowanie, rozpacz stały się typowymi reakcjami na nową rzeczywistość.

I tu pojawia się Kazuko, dziewczyna z niegdyś bogatej rodziny, rozwiedziona (rzecz w tamtych czasach niesłychana), musi się wyprowadzić z domu rodzinnego, sprzedać swoje najlepsze ubrania i biżuterię, oby tylko starczyło na życie dla niej i załamanej, niknącej w oczach matki, powoli umierającej na suchoty. Brat Kazuko to obracający się wśród artystycznej bohemy nihilista i narkoman, a mężczyzna, którego pokochała, to żonaty alkoholik. Pomimo absolutnego pomysłu na to, jak się odnaleźć, Kazuko ma swój plan. Plan wywrotowy, absolutnie sprzeczny z oczekiwaniami społecznymi i dobrym wychowaniem. Nie mając innego sensownego wyjścia, stawia na swoim, próbując ustalić nowe reguły rzeczywistości według głosu własnego serca.

Jej brat, w dużej mierze inspirowany autorem, nie ma takiego planu ani determinacji. Sam Dazai prowadził awanturnicze życie, cierpiał na depresję i uzależnienia, kilka razy próbował wspólnego samobójstwa razem z kolejnymi kochankami. Udało mu się dopiero za piątym razem.

Zmierzch

Osamu Dazai

Tajfuny, 2019
151 stron
tłumaczenie Mikołaj Melanowicz
Odczucia: ★★★★/★★★★★





Ci, których interesują japońskie słodkości, relacje międzyludzkie, porozumienie między pokoleniami i niesprawiedliwość idiotycznych decyzji japońskiego rządu, niech sięgną po Duriana Sukegawę.

Na podstawie Kwiatu wiśni i czerwonej fasoli nakręcono znany film, uznawany przez niektórych za dużo lepszy niż pierwowzór, jednak sama powieść to cenny i taktowny głos w sprawie chorych na trąd. Wydawać by się mogło, że Japonia to taki nowoczesny, postępowy kraj, jednak głównie technologicznie. Jeśli chodzi o takie kwestie jak równouprawnienie czy tolerancja, jest znacznie gorzej niż w Stanach Zjednoczonych i Europie. Świetne wprowadzenie do tematu od strony społecznej daje wspomniana już Karolina Bednarz w reportażu Kwiaty w pudełku, wspominając też o wykluczaniu imigrantów, dzieci spoza małżeństwa i sytuacji kobiet, ale trochę miejsca również poświęca obozom dla trędowatych. Przez 89 lat chorzy na trąd byli obowiązkowo izolowani, wywożeni do specjalnych, zamkniętych miasteczek i zamykani bez możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym. Pomimo tego, że dostępny już był odpowiedni lek, a wyleczeni z choroby już nie zarażali, dopiero w 1996 roku (!) zniesiono ten nakaz. I dopiero wtedy niekiedy staruszkowie mogli wyjść na zewnątrz.

Kwiat wiśni to historia skupiająca się na Sentarō, zadłużonym, posępnym facetem z mroczną przeszłością, który z przymusu sprzedaje dorayaki, słodkie ciasteczka z nadzieniem z czerwonej fasoli. Pewnego dnia do jego budki zagląda starsza pani z powykręcanymi rękami i proponuje pomoc w przyrządzaniu pasty z fasoli. Wkrótce okazuje się, że kobieta jest mistrzynią jeśli chodzi o nadzienie do dorayaki, a przekomarzanie się z klientami sprawia jej niesamowitą przyjemność. Jednak wreszcie wychodzi na jaw, że Tokue w młodości przeszła trąd, a spora część społeczeństwa nie jest gotowa zapomnieć o takim stygmacie.

Wszystko to w oszczędnej formie okraszonej obserwacją przyrody podczas zmieniających się pór roku, a w szczególności pewnego drzewka  wiśniowego, podobnie jak w już wspomnianym Kocie, który spadł z nieba. Japońska estetyka umiaru, oszczędności i duchowości nieodmiennie związanej z upływającym czasem i przemianami w przyrodzie wyciska swoje piętno na niemal każdej japońskiej powieści, skutkując (według mnie) nieco oziębłym, surowym stylem.

Powieść w nieinwazyjny, cichy i refleksyjny sposób przygląda się relacjom Sentarō, Tokue i nastoletniej Wakany z problemami w domu, ich rozwijającej się powoli przyjaźni, otwieraniu się na drugą osobę i stopniowej akceptacji. Autor zabiera nawet czytelnika na spacer po byłym obozie dla trędowatych, gdzie wciąż mieszkają odrzuceni przez społeczeństwo staruszkowie. Co prawda czasem za dużo tu niespełnionych planów i rozterek Sentarō, a za mało o wiele ciekawszych, a zdecydowanie cichszych Wakany i Tokue, dlatego nastawiam się na oglądanie filmu. Podobno reżyserka poprawiła ten balans – bardzo pomocną analizą jest recenzja z Między sklejonymi kartkami.


Kwiat wiśni i czerwona fasola

Durian Sukegawa

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2018
174 stron
tłumaczenie Dariusz Latoś
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki





Na tych, którzy spragnieni są współczesnej, eksperymentującej prozy w stronę humorystycznego Kafki czy Gombrowicza, czeka wydana w 2016 roku Konbini ningen. Nowość, która odbiła się echem na całym świecie. 

Przedziwna, ekscentryczna historia skupia się na trzydziestosześcioletniej Keiko, która prawie nic nie czuje. Od dziecka brakowało jej empatii i nigdy nie rozumiała zasad społecznych, wymagań i poprawności. Osobiście uważam, że Keiko to po prostu psychopatka, która próbuje się wtopić w tłum, nie zwracać uwagi swoje niedopasowanie, jakoś przeżyć. Tymczasem dla niej niemowlę siostry to irytujący tłumoczek, a nie drogi siostrzeniec; najlepszym rozwiązaniem to ucieszenie pchnięciem noża. 

Keiko nie czuje potrzeby bycia przydatną społeczeństwu, nie chce partnera ani rodziny. Jedyny obowiązek czuje wobec swoich rodziców i siostry, dlatego w wieku osiemnastu lat postanowiła znaleźć pracę, skoro „tak trzeba”. Szybko okazało się, że podręcznik dla ekspedienta, filmiki uczące odpowiedniej mimiki, tonu głosu i postawy ciała to idealny kurs bycia normalnym dla Keiko. Praca tak bardzo jej się podoba, że przez kolejne osiemnaście lat pracuje niezmiennie dorywczo w sieciówkowym spożywczaku, czyli właśnie tytułowym konbini. Z czasem zaczyna utożsamiać się ze sklepem, słyszeć jego głos w głowie. Jedyne miejsce, dla którego żyje i w którym odpoczywa, to właśnie kobini. (Co ciekawe, autorka sama pracuje w takim sklepie!)

Po trzydzieste zaczynają się kolejne pytania: o męża, dzieci, lepszą pracę. Keiko znów musi szukać maski, by udawać normalność, a dotychczasowe wymówki przestają działać. A na horyzoncie pojawia się mężczyzna równie niedopasowany, co ona: bez pracy, bez mieszkania, bez motywacji, z długami i wielkim incelowym fochem na świat, że wszystko nie jest podane jak na talerzu.

Całość bardziej przypomina przypowieść, parabolę. Mniej psychologiczny portret osobowości psychopatycznej, a właśnie obrazek z życia człowieka do odczytywania metaforycznego. To i lekki, cierpki humor najbardziej mi się tu podobają.

Co mnie z kolei niebywale irytuje, to fakt, że powieść o tytule dosłownie znaczącym „człowiek, dla którego najważniejsze jest konbini” został przetłumaczony na angielski jako „kobieta z konbini”, a na polski „dziewczyna z konbini”. Brak mi słów. 

Zauważcie, że bohaterka nie odczuwa pociągu seksualnego, jest aseksualna, bycie kobietą jest dla niej obojętne, jest w dojrzałym wieku. Co więcej, czuje się bardziej stworzeniem, przedmiotem, czymś innym. Na końcu nawet słyszy, że nie jest człowiekiem. Tymczasem w tłumaczeniu musimy mieć „dziewczynę”...

Dziewczyna z konbini

Sayaka Murata

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2019
142 stron
tłumaczenie Dariusz Latoś
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki





Zauważcie, że wszystkie trzy z tych powieści traktują o odrzutkach. Osobach w jakiś sposób niedopasowanych do reszty społeczeństwa. Wszyscy ci bohaterowie szukają swojego miejsca, swojej drogi. A tymczasem japońskie społeczeństwo kojarzy się właśnie z mrowiskiem ludzkim, z trybikami w maszynie: każdy ma swoje miejsce, zna swoją rolę, sztywno dopasowuje się do standardów, w milczeniu znosi swój los. Liczy się konformizm, pochylona głowa, idealny ukłon.

Ten indywidualizm wpasowany w różne przemiany społeczne, od drugiej wojny światowej aż po czasy współczesne, wpisuje się w filary powieści japońskiej. Profesor uniwersytecki i krytyk literacki Ichikawa Makoto jako pierwszy z trzech nurtów w nowoczesnym pisarstwie swojego kraju wyróżnił ortodoksyjnych moralistów, którzy zajmują się kwestią konfliktu między człowiekiem a państwem, zaangażowanych społecznie w określanie miejsca Japonii w świecie i krytykowania materializmu, duchowej pustki i ślepemu naśladownictwu kultury amerykańskiej. Do tej tematyki wliczają się motywy starcia z opresyjnym, z góry określającym sztywne przepisy zachowania społeczeństwem a indywidualną jednostką. Brzmi znajomo, prawda? 

Przedstawicielem takiej literatury jest wspomniany na początku Kenzaburō Ōe, który w swoim przemówieniu podczas przyjmowania nagrody Nobla w 1994 opisywał Japonię jako państwo rozdarte, zagubione, wręcz chore. Z jednej strony po dotkliwej porażce podczas wojny i fatalnej sytuacji zaraz po, jak obserwujemy z Zmierzchu, Japończycy zwrócili oczy ku zwycięskim Stanom Zjednoczonym i zaczęli powielać wzorce zza oceanu, zalewając swój język pożyczkami z angielskiego, a życie amerykańską kulturą (to Disney był pierwszą inspiracją do dzisiejszego stylu anime). Z drugiej wkrótce to nastawienie doprowadziło do izolacji od reszty Azji i zapomnieniu, a nawet wstydliwym odrzuceniu własnej tradycji i wartości. 

W efekcie widzimy Japonię taką jak w Kwiecie wiśni: z trudnością łatającą rozsypujące się związki międzyludzkie, odkrywającą szpetne sekrety społeczeństwa odwracającego oczy od odmieńców; czy taką jak w Dziewczynie z konbini: powierzchowną, sztucznie ugrzecznioną, wykrzywiającą jednostkę, szukającą wzorców do naśladowania i kosztem indywidualności wcielającą  je w życie.




Do napisania powyższego tekstu korzystałam z artykułu Beaty Kubiak Ho-Chi pt. Współczesna literatura japońska 1980-2010. Pisarze, nurty, tendencje.

sobota, 16 marca 2019

Daj się zauroczyć. "Oczy uroczne" Marty Kisiel


Co z tego, że dom kupiony na Allegro pod wpływem impulsu. Postawiony błyskawicznie w ciągu jednego lata, otoczony lasem, bez podłączonego prądu czy nawet zasięgu komórkowego. Uroczy, drewniany domek zasypał śnieg, a właścicielka beztrosko napawa się słodkim lenistwem i spokojem przytulnej chatki. W koszu pełnym kocyków zagrzebał się przyjazny, młodociany czort z wadą wymowy oraz trójnogi pies. Nic więcej do szczęścia nie trzeba.

No, chyba że Marta Kisiel ma coś tutaj do powiedzenia. Zaczynają się dziać niepokojące rzeczy, w życzliwej lekarce Odzie budzi się gniewna natura wiły, czort Bazyl wyraźnie coś kombinuje, Roch niewytłumaczalnie zaczyna się boczyć, a w okolicy pojawiają się diabelnie groźne, przerażające stwory, wzmocnione magicznym czasem równonocy zimowej.

Oczy uroczne to trzeci tom serii po Dożywociu i Sile niższej, który powstał w ramach kontynuacji nagrodzonego Zajdlem opowiadania Szaławiła. Czy ktoś, kto nie czytał poprzednich części może się skusić na urok w oczach wiły? Jak najbardziej, bo jedynym elementem łączącym poprzednie części z Oczami urocznymi jest miejsce: chatka Ody została postawiona tam, gdzie niegdyś stała Lichotka, choć można doczytać Szaławiłę jako wstęp. Czy w takim razie wytrwali fani będą rozczarowani? Bynajmniej! Znajdą tu wszystko to, za co kocha się Kisiel. Kisiel krzepi, co tu dużo mówić; już wielokrotnie wspominałam o tym, jak bardzo uwielbiam tę niewymuszenie domową, cudowną atmosferę i niepowtarzalny humor.


Nowa bohaterka to czterdziestoletnia kobieta, której trudno nie lubić. Oda Kręciszewska nosi różowe glany, lubi się zaszyć w domowym zaciszu, ale potrafi wysiedzieć na nadgodzinach w poradni rodzinnej, gdy trzeba. A do tego jest wiłą, tylko że dowiedziała się o tym całkiem niedawno i do tej pory jeszcze nie zdążyła na dobre rozgryźć, co to dokładnie oznacza. Czasem wpada do niej Roch, słowiański demon pogody, milczący, ale pomocny facet. W jej piwnicy kryje się przejście do piekieł, wywędrował z niego zabawny, przyjazny czort, a czasem przypomina o sobie jego tatuś, zdecydowanie mniej przyjaźnie nastawiony. Wszystko jednak układało by się całkiem dobrze, gdyby nie słowiańskie demony i antyszczepionkowcy.

Pomimo wszechobecnego humoru i lekko zarysowanego trójkąta miłosnego, tak naprawdę to głównie opowieść o Odzie, która próbuje się odnaleźć w życiu, zarówno na poziomie fantastycznym, jak i zupełnie ludzkim. Z jednej strony to lekarka postawiona przed faktem powrotu odry i krztuśca, chorób dawno wyeliminowanych; profesjonalistka napotykająca fakcję ludzi nawołujących do odrzucenia szczepień. Budzi to w niej złość, frustrację i zniechęcenie, ale musi to przetrawić i znaleźć inne rozwiązanie niż gniew i krzyk. Z drugiej strony Oda to kobieta, która dowiedziała się całkiem niedawno, że wcale nie jest człowiekiem i że biologicznie niewiele ją łączy z własną rodziną. Jej wręcz nienaturalnie narastająca wściekłość, nie do końca uświadomione zdolności, brak wiedzy w zakresie istot mitologicznych i pogubienie uczuciowe czynią ją bardziej podatną na ataki bytów nadnaturalnych. A tymczasem do odkrycia czekają też tajemnice jej własnego pochodzenia...


Nienachalny, uroczy wątek romansowy wplata się idealnie w dwie ścieżki Ody, ludzką i mitologiczną. Po jednej stronie stoi Krzyś z przychodni, człowiek o wielkim sercu, słabych nerwach i słabości do słodyczy, a po drugiej chmurny płanetnik, chroniący ją bez słowa magicznymi zabezpieczeniami, występujący w pojedynkę przeciw wszelkim ciemnym mocom, piekący dodatkowe pierniki na święta, by zawieźć je do samotnej wiły. Oda zaś meandruje między tymi dwoma światami, próbując rozgryźć, która strona ją bardziej przyciąga i pomału dojrzewa do zrozumienia samej siebie.

Pisząc o Oczach urocznych, ciężko nie wspomnieć o Bazylu, który jest głównym elementem humorystycznym powieści. Przeciwwaga do niepowtarzalnego Licha z poprzednich części, mały czort z tyłozgryzem w skupieniu zajmuje się swoimi sprawami: pożera placki ziemniaczane w ilości przesadnej, zaprzyjaźnia się z ciamajdowatym Michałko, by grać z nim na komputerze i kręcić szemrane interesy, a przede wszystkim martwi się o jego kochaną „Odżinkę”. Większość jego wypowiedzi to czyste złoto.

Zastanawiając się głębiej, naprawdę nie mam żadnych negatywnych uwag co do tej powieści. To odtrutka na rzeczywistość i wszelkie smutki. Wciągająca, kojąca, prześmieszna. Wyśmienite połączenie mitologii słowiańskiej i komentarza na temat współczesnych problemów, doprawione solidną dawką humoru, ciepła i werwy. Mroczne starcie finałowe jest satysfakcjonujące, pełne napięcia i dobrze przemyślane. Czysta przyjemność czytania. Dajcie się zauroczyć.


Oczy uroczne

Marta Kisiel

Uroboros, 2019
352 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki


sobota, 9 marca 2019

Piękna, ale pusta muszla. "Syrena i pani Hancock" Imogen Hermes Gowar

 
Pod zniewalającą, intrygującą okładką kryją się dwie syreny, wypiękniony, stylizowany język, czasem wręcz dickensowscy bohaterowie i szum fal z pustej muszli. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak wielu osobom podoba się debiut absolwentki mojego erasmusowego uniwerku.

Imogen Hermes Gowar zaczęła snuć swoją powieść w muzeach, fantazjując na temat eksponatów takich jak sztuczne, zasuszone syreny. Studiowała archeologię, antropologię i historię sztuki, ale ostatecznie wylądowała na magisterce z kreatywnego pisania. To tam Syrena i pani Hancock przybrała ostateczny kształt i powab.

Syreny to temat na tyle fascynujący, że mało kto nie zatrzyma się nad piękną książką z obietnicą tego fantastycznego stworzenia na okładce. Romantycznie wyobrażane panny wodne (nie mylić z syrenami z mitologii greckiej) o falujących pod wodą, wzburzonych włosach i lśniących łuskach. Każdy, kogo przyciągnie do tej lektury właśnie z powodu chętki na takie tematy, mocno się rozczaruje. Syreny to tylko pretekst, wątek poboczny. Nie warte dogłębniejszego opisu czy zastanowienia.

Rozwijająca się powoli historia skupia się na średnio zamożnym, dość nijakim, acz niewątpliwie trochę samotnym kupcu, panu Hancocku, a także urodziwej, kokieteryjnej i lekkomyślnej kurtyzanie, Angelice Neal. Pan Hancock dowiaduje się, że jego kapitan wraca z kilkuletniej wyprawy po towary bez statku, ale za to z małą zasuszoną syreną, pół brzydkim, zębatym dzieckiem, pół rybą. Angelice umiera bogaty utrzymanek i musi jakoś wrócić do towarzystwa, w którym niegdyś brylowała; pieniądze się kończą, skóra nie młodnieje, a była burdelmama ma zakusy, by znów ją usidlić w swoim przybytku dla bogatego towarzystwa. Losy tej dwójki łączą się ze sobą poprzez syreny właśnie, by obrodzić niespodziewanym uczuciem.


Najbardziej tutaj cierpi tempo akcji. Pierwsza połowa książki wydaje się meandrować bez celu, zapowiadając wiele ciekawych wątków, ale druga połowa ostatecznie zawodzi. Dla przykładu Polly, czarnoskóra kurtyzana z wykwintnego domu uciech pani Chappell, jest traktowana ze specjalną uwagą, dostaje ciekawy, intrygujący epizod, zakończony psującą podbudowaną mocno historię, rozczarowującą scenę. I to koniec, Polly już więcej nie wraca. Podobnie potraktowana jest Sukie, z początku narrator poświęca jej dużo czasu, by na koniec potraktować po macoszemu i porzucić dla końcowego wątku. Najchętniej wzięłabym nożyczki, igłę i nitkę i przearanżowała tę powieść, by zacząć od najlepszego fragmentu: gdy Angelica rzuca mimochodem do pana Hancocka, że będzie jego, jeśli podaruje jej syrenę. Od tego „krokodyla daj mi luby” przeszłabym do lepszego przedstawienia ostatniego, najciekawszego wątku w duchu prawdziwego realizmu fantastycznego, a wyrzuciłabym spokojnie do kosza większą część przerażająco wolno rozwijającego się początku.

I przede wszystkim wywaliłabym przez okno te wszystkie głupie sceny jak z sitcomu! Jak do opowieści o syrenach pasuje obrazek upadającej na tyłek, pięknej Angeliki, nad którą rechoczą oficerowie? Ciągłe przekomarzania o pieniądze między kurtyzaną a jej samozwańczą gospodynią-przyjaciółką? Nieustanne wizyty pani Chappell i jej przybocznych prostytutek? A już najbardziej trudno mi przystawić do całości rozbuchaną scenę erotycznego przedstawienia i późniejszej orgii, przyozdobionych w muszle i wodorosty nagich tancerzy i tancerki z zafarbowanymi na zielono włosami łonowymi włącznie, co brzmi trochę jak wymysł producenta serialu HBO. Mimo całej tej wymyślnej historii, która ma doprowadzić pana Hancocka do szalonego uczucia do Angeliki, wciąż nie widzę tutaj szczególnej logiki ani nie czuję między nimi żadnej chemii.  


Sami bohaterowie nie są też szalenie przekonujący. W rolach głównych nudny jak flaki z olejem pan Hancock, denerwująca, trzpiotowata i egoistyczna Angelica, z którą chyba mamy się utożsamiać. Natępnie plejada często zupełnie niewykorzystanych postaci: czarnoskórego służącego z domu rozpusty, służącej pana Hancocka, prostytutki z domu pani Chapell, Sukie i jej siostry, kolegów z kantorka i najlepszego kapitan floty pana Hancocka, sąsiadek państwa Hancocków. Z czasem zaczyna się robić tłoczno, a tak naprawdę nikomu nie zostaje poświęcone wystarczająco czasu, by ktoś miał szansę znacząco zaistnieć. Wyjątkiem jest napisana z humorystycznym polotem pani Chappell, ekskluzywna burdelmama o wyglądzie przysadzistego fotela i smykałce do biznesu, a także sprytnie podkręcona zarządczyni i pokojowa Angeliki, której intryga zbacza w stronę mojej ukochanej prozy Sary Waters.

Wymieniając te wszystkie postacie, okazuje się, że osiemnastowieczny Londyn Gowar to przede wszystkim świat kobiet. Natykamy się też na ledwo zarysowane rozważania na temat pozycji kobiety w społeczeństwie: jak blisko jest od prostytucji do małżeństwa, jak działa na kobiety ciągła zależność, brak własnych pieniędzy, własności, możliwości. Niestety jednak nie pojawia się tutaj żadne zdefiniowane zdanie na ten temat, jakiś wyraźny głos. Podobnie jest z wątkiem czarnoskórych w na wskroś białym Londynie, który ostatecznie wykoleja się wraz z nieprowadzącą do niczego historią Polly. Tak jakby autorka chciała bardzo dodać te motywy do powieści, ale nie miała na ich temat za dużo do powiedzenia.
  

Realizm magiczny budzi się tutaj last minute. Naprawdę ciekawa historia, tęskna, nieodgadniona i z prawdziwym potencjałem zaczyna się zbyt późno i kończy zbyt wcześnie. Nie ma szansy należycie wybrzmieć, zagłuszona niepotrzebnym tłem. Zwodniczym szumem w pustej muszli przystawionej do policzka.

The Mermaid and Mrs Hancock

Imogen Hermes Gowar

Harper, 2018
496 stron
Odczucia: ★★/★★★★★