Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

wtorek, 29 października 2019

KONKURS! Wygraj "Małe Licho i anioła z kamienia" Marty Kisiel


Oto nadeszła druga część niespodzianki, na którą Was szykowałam na Facebooku. Mam dla Was egzemplarz nowo wydanego drugiego tomu Małego Licha! O pierwszym tomie mogliście u mnie przeczytać tutaj. A o drugim... na drugiej stronie książki!

Dokładnie tak, tym razem zostałam poproszona o przeczytanie książki jeszcze zanim wyszedł jakikolwiek egzemplarz recenzencki. Pod koniec lata dostałam od wydawnictwa tekst powieści, a jak tylko ją przeczytałam (w błyskawicznym tempie, bo tak się czyta Martę Kisiel), napisałam kilka słów zachęcających. Możecie je znaleźć przed stroną tytułową:


Czuję się dumna i szczęśliwa, bo każdy fan Kisiel może teraz niechcący zahaczyć wzrokiem o adres Rozkmin, a przy okazji i znajomi Rozkmin mogą poczuć się mile połechtani, że znajdą mnie w książce. Co więcej, nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w żadnych patronatach, więc tym przyjemniej :)

Co do samej powieści, znajdziecie tu wszystko to, za co się kocha prozę Kisiel. Tym razem Bożek ma okazję się trochę bardziej usamodzielnić, bo wyjeżdża na ferie do pewnego domku w lesie, z dala od cywilizacji. Do pewnej cioci o bujnych, kręconych włosach, która jest lekarzem, ale nie tylko. I po raz pierwszy tak długo poza domem! Szykuje się niesamowita, zimowa przygoda.


Znawcy Kiślowersum natychmiast rozpoznają, o jakim domu mowa. A Ci, którzy nie znają innych książek autorki, szybko pokochają nowych fantastycznych przyjaciół: małego czorta z problemami ze zgryzem i umiłowaniem do kuchni oraz pełnego entuzjazmu i energii pieska bez nogi. A na dodatek do opisanej ferajny mamy też masę głodnych, przyjaznych macek w formie miniaturowego Przedwiecznego.

Jedyny problem to ten uciążliwy, wiecznie narzekający, zadzierający nosa anioł stróż... Jemu nigdy nic się nie podoba, doprawdy, alleluja!

Książeczka nie tylko zawiera ocieplającą czytelnicze serduszko jak kubek kakao w zimny wieczór historię o pewnym niereformowalnym aniele, ale również prześliczne, klimatyczne ilustracje Pauliny Wyrt. Dzięki nim opowieść o Bożku i jego zimowej przygodzie nabierają niesamowitych kształtów. Książeczka na dodatek wydana jest w miłej w dotyku twardej oprawie, z soczystą, niebieską okładką i naprawdę dużym i łatwym do czytania drukiem. W sam raz dla dziecka, ale rzecz jasna nie tylko :)


A teraz czas na zapowiadany w tytule konkurs! Razem z Wydawnictwem Wilga mamy dla Was jeden egzemplarz Małego Licha i anioła z kamienia Marty Kisiel, który zostanie wysłany do zwycięzcy!

Wystarczy odpowiedzieć na poniższe zadanie w komentarzu pod tym wpisem albo pod moimi udostępnieniami wpisu w mediach społecznościowych. A zadanie konkursowe brzmi:

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia spotykacie anioła stróża takiego, jak Licho albo Tsadkiel, który jest waszym własnym, spersonalizowanym kompanem na co dzień. Opiszcie go!


Na odpowiedzi macie czas do 2 listopada!

Będzie mi miło, jeśli udostępnicie w dowolny sposób informację o konkursie :)



Regulamin konkursu:

1. Organizatorem konkursu jest właścicielka bloga Rozkminy Hadyny oraz Wydawnictwo Wilga.

2. Nagrodą jest książka Małe Licho i anioł z kamienia Marty Kisiel.

3. Aby wziąć udział w konkursie, należy:

  • potwierdzić chęć udziału w zabawie poprzez komentarz pod tym postem (nie zapomnijcie  podać e-mail kontaktowy, jeśli dodajecie komentarz pod tym wpisem) lub pod postami Rozkmin w mediach społecznościowych,
  • odpowiedzieć na zadanie konkursowe. 

4. Konkurs trwa od 29 października do 2 listopada 2019 r.

5. Wyniki zabawy zostaną ogłoszone do trzech dni od zakończenia.

6. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie własnego widzimisię przez prowadzącą bloga spośród zgłoszeń spełniających wyżej wymienione wymagania.

7. Zwycięzca ma 48 godzin od ogłoszenia wyników na odpowiedź na mojego maila z podaniem adresu, na jaki ma zostać wysłana książka. Gdy zwycięzca nie zgłosi się, nagroda zostaje przekazana na rzecz innego uczestnika konkursu.

8. Aby przystąpić do rozdania trzeba być osobą pełnoletnią lub posiadać zgodę rodziców lub opiekunów.

9. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach (Dz. U. z 2004 roku Nr 4 poz. 272 z późniejszymi zmianami).

10. Nagrody wysyła wydawnictwo jedynie na terenie Polski.

11. Biorący udział w konkursie akceptuje powyższy regulamin.


Udanej zabawy i powodzenia!



A w ramach bonusu mam dla Was zdjęcie mojego kota, który bardzo się ucieszył, że robię zdjęcia z piórkiem w roli głównej i szybko mi je zabrał:

niedziela, 13 października 2019

Jedz, sklejaj ceramikę i kochaj. "Purezento" Joanny Bator


Czytając tę książkę, ogarnęło mnie przyjemne poczucie spokoju. Bator się dobrze czyta, w szczególności, gdy próbuje pisać trochę jak Murakami, niespiesznie, trochę tajemniczo, bardzo oszczędnie. Tak japońsko, jak tylko Europejczyk zafascynowany kulturą zen i ceremonią herbacianą potrafi. Purezento jest bardzo przyjemną, wyciszającą książką, która niestety jest też bardzo słaba.

Znacie zapewne ten typowy motyw z literacki powtarzany w dziesiątkach popularnych książek: kobieta porzuca swoje dotychczasowe życie i wyrusza w podróż życia, podczas której poznając obcą kulturę, poznaje też siebie, a przy okazji również i prawdziwą miłość: Jedz, módl się i kochaj czy Pod słońcem Toskanii. Dorzuciłabym też Dziką drogę, choć tam nie ma degustacji i miłości, jednak prosta symbolika palenia książek, by godzić się z przeszłością i wykuć nową siebie, pozostaje ta sama.

Otóż Bator zbiera wszystkie klisze związane z tym motywem, dorzuca do nich wszystkie klisze na temat Japonii i tworzy z tego pretensjonalną powieść dla tych, którzy kochają proste jak drut metafory.


Bezimienna bohaterka powieści próbuje pogodzić się ze stratą chłopaka, ale sobie z tym nie radzi. Życie przelatuje jej przez palce, wszystko wydaje się bez sensu, gdy zamiast ludzi z krwi i kości widzi zwierzęta, a przez jej dni przemykają czarne myśli w postaci rekinów ludojadów. W tym momencie odnajduje ją tajemnicza, mądra Japonka, która proponuje nietypową transakcję: Polka pojedzie do Japonii pilnować jej domu i kota, a ta w zamian sfinansuje całą podróż. Nie mając nic do stracenia, bohaterka się zgadza. I trafia do cudownego, w pełni wyposażonego domku w stylu japońskim, gdzie leczy się dusze zagubionych i poranionych życiem cudzoziemców.

Po drodze pojawia się więcej mistycznych Azjatów. Starszy sensei pozwala bohaterce zgłębić sztukę kintsugi, czyli starojapońskiej sztuki naprawy potłuczonej ceramiki złotem. Zachęca ją do praktykowania mindfulness, bycia tu i teraz, odrzuceniu rozpraszających myśli. Sklejone skorupy scala się na jakiś czas zwykłym plastrem, aż naczynie zaschnie, a potem blizny przemieniają się w złote żyłki wzbogacające całość.

„Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeśli pozostaniemy bierni. Wtedy prostu upływa, obojętny. Kintsugi pokazuje nam, jak objąć nasze uszczerbki, pęknięcia i rysy. Nasze rany. Słabość i ułomność. Naszą kruchość i przemijalność. Jeśli się postaramy, możemy stworzyć nową całość z rozbitych części i łączących je blizn. (...) Niedoskonałość i przemijanie to części tego, kim jesteśmy. Część naszej podróży. I to właśnie jest piękne.” (s. 159)

Tak jak sensei zmusza bohaterkę do pracy ponad siły, która doprowadza ją do paraliżującego bólu pleców i osłabienia organizmu, tak autorka wpycha symbolikę kintsugi czytelnikowi na siłę prosto do gardła. Niech się zachwyci, jaka piękna, jaka głęboka, jak pięknie wytłumaczona i podana na złotej łyżce aż do zadławienia.


Oprócz leczenia duszy poprzez naprawę cennej ceramiki, bohaterka ma okazję zachwycić się zwykłymi rzeczami, obserwacją natury i tym samym przemijalności, jak to zazwyczaj w japońskiej literaturze. Jeździ rowerem z majestatycznym i nieruchomym kotem w koszyku, kupuje ryby od miłego pana, którego totalnie nie rozumie, obserwuje ulice, ludzi, festiwale uliczne, próbuje nowych potraw. Odkrywa w sobie miłość do gotowania warzyw, ryb i tofu z ryżem, przeżywa kąpiele w japońskiej wannie niczym ceremonię oczyszczenia duszy, obserwuje świat z dachu domu i odkrywa na nowo swoje ciało.

Rzecz jasna oprócz jedzenia i duchowej pracy z czarkami do herbaty do dopełnienia tytułowego nawiązania potrzebujemy jeszcze miłości. Rzecz jasna pojawia się po jednej trzeciej książki i jest subtelna niczym uderzenie japońską packą na muchy w twarz:

„– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie.” (s. 92)

Nie wiem, czy potrzebujemy do tego komentarza. Strażniczka bramy wkrótce rozpala się ze zwierzęcego pożądania, a on jest klucznikiem i wchodzi do pokoju akurat, jak ona unosi się nad łóżkiem wśród powiewających tiulów...

Heh, żarcik.


Ostatnią cegiełką azjatyckiego mistycyzmu ratującego białą Europejkę jest element realizmu magicznego, który jest równie głęboki jak ten w ostatniej powieści Mukaramiego. Co ciekawe, również polega na dosłownym schodzeniu do podziemnych tuneli i jaskiń, wiecie, g ł ę b o k o  do  w n ę t r z a, do przestrzeni poza rzeczywistością. Jak bohater Murakamiego spaceruje po czymś w rodzaju zaświatów, a na koniec przeciska się wąskimi przejściami we wnętrzu ziemi, tak bohaterka Bator schodzi do gorących źródeł i ołtarzyka bogini matki. Mokro, wilgotno, ciepło i przyjemnie, jak u mamy. Spojler: to tam dokonuje się jej ostateczne uleczenie ran i otworzenie na drugiego człowieka.

I tak jak napisałam na początku, choć książka składa się z samych klisz, to wciąż ma właściwości odprężające. Nie żałuję czasu spędzonego na podążaniu za bezimienną bohaterką, bo była to czysta, egoistyczna przyjemność czytania o fantazji spełniającej skryte marzenia. Chętnie sama przeszłabym przez bóle kintsugi, by zagoić swoje wszystkie rany i dostać gotową receptę na szczęście. Tak samo jak czytając Dziką drogę miałam ochotę ruszyć na szlak i przekuć wysiłek w odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a czytając Jedz, módl się i kochaj chciałam zakochać się we włoskiej kuchni i odnaleźć łatwą duchowość w Indiach.

Mimo powyższego nie mogę powiedzieć, że Purezento to dobra książka. Ogłaszane na przepięknej okładce wielkie zaskoczenie w duchu zen okazało się płytką powiastką w duchu pop, przemycające zasadnicze pojęcia starożytnej etyki japońskiej. Mając w pamięci miejscami mało odkrywcze japońskie eseje autorki (Japoński wachlarz, Rekin z parku yoyogi), nie powinno mnie to jednak bardzo dziwić.


Purezento
Joanna Bator
Znak, 2017
283 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

sobota, 5 października 2019

W TERENIE #18: MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL KOMIKSU I GIER W ŁODZI 2019


Od 2014 przez cztery lata z rzędu raczyłam Was relacjami z kolejnych MFKiG (linki: 2017, 2016, 2015 i 2014). W zeszłym roku postanowiłam zrobić sobie przerwę, choć wciąż na festiwalu byłam, a w tym powracam z fotorelacją z wydarzenia. Wiecie, akredytacja medialna zobowiązuje, a poza tym zrobiłam parę przyjemnych zdjęć i chcę się podzielić opiniami o paru komiksach, między innymi o komiksie nagrodzonym w kategorii najlepszego polskiego komiksu tego roku! To co, zaczynamy?

Tym razem festiwal wydawał się bardziej kameralny niż do tej pory, a to przede wszystkim z powodu zmiany miejscówki. Zazwyczaj kojarzony z chodzeniem dookoła Atlas Areny, przysiadaniem na trybunach, bieganiem po schodach i spoglądaniem na tłum z góry, a do tego również z pobliskim dworcem Łódź Kaliska i dojeżdżaniem do centrum na obiad, tym razem zjazd odbył się dwadzieścia minut spacerem od ścisłego centrum na gwarnej Piotrkowskiej. Konkurował też z widowiskowym Festiwalem Światła, który przejmował główną ulicę Łodzi późnym wieczorem. Hale Expo-Łódź pomieściły w bardziej zwartej przestrzeni niż Atlas Arena zarówno część komiksową, jak i grową festiwalu. Oznaczało to mniej chodzenia niż zwykle, co jednak nie znaczy, że nogi nie bolały po dwóch dniach wędrowania od stoiska do stoiska.



Hala z większymi wystawcami komiksowymi z jednej strony mieściła scenę główną, a z drugiej autografową, jednocześnie zapewniając sporo miejsca na strefę planszówkową. Druga hala, z bardziej stonowanym oświetleniem, służyła graczom podczas rozgrywek komputerowych i konsolowych. Na korytarzu rozłożyli się bardziej indywidualni twórcy zinowi i internetowi, sale na piętrze gromadziły słuchaczy i uczestników prelekcji, dyskusji i paneli, a dzięki rozłożonym w pobliżu poduchom i kanapom można było wygodnie się rozłożyć i skupić na zakupionych komiksach. W razie głodu, festiwalowicze mogli wyjść przed budynek, gdzie czekał na nich wybór foodtrucków, a bezglutenowiec mógł zjeść obiad w Chudym Ciachu w Galerii Sukcesja po drugiej stornie ulicy. Generalnie zmianę miejsca oceniam zdecydowanie na plus, choć odrobinę brakowało mi znajomej atmosfery Atlas Areny.


Muszę jednak przyznać, że bardziej skondensowana przestrzeń wpłynęła też na to, że stoisk było odrobinę mniej niż zazwyczaj. Nie widziałam nigdzie Yatty ani niekończących się stoisk z kocimi uszami, koszulkami i kubkami. Do tego również nie było miejsca na dodatkowe atrakcje w stylu walk na miecze świetlne czy inne inicjatywy, strefę Star Wars ani wystawy. Te ostatnie zostały umiejscowione w zupełnie innej części Łodzi - w budynku EC1.


Z drobnych ciekawostek: to pierwszy konwent, na którym widziałam jakąkolwiek obecność Jojo. Jeśli nie znacie tych mang czy anime, JoJo's Bizarre Adventure to bardzo specyficzna rzecz, pełna kampu, dziwnego humoru, odjechanych pomysłów i jedynej w swoim rodzaju stylistyki. Komiks jest rysowany od lat osiemdziesiątych, ale animacja na jego podstawie pojawiła się dopiero niedawno i zyskuje coraz większą popularność również poza Japonią. Odważnym polecam obczaić.


Z innych newsów, świeżo po wydaniu angielskiego tłumaczenia świetnej komediowej mangi The Way of the Househusband pojawiła się również polska wersja. Trzymam kciuki, że tłumaczenie nie zawodzi, bo te krótkie historyjki o yakuzie, który zostaje bardzo oddanym sprawie kurem domowym, służącym swojej pracującej, ukochanej żonie, to naprawdę dobry ubaw. 


Inna manga, którą już czytałam i której koniecznie trzeba poświęcić uwagę, to The Girl from the Other Side: Siúil, A Rún. Pięknie rysowany, przepełniony niepokojącą, gęstą atmosferą mrocznej baśni komiks zaprasza do przedziwnego świata dziwnych stworzeń, osobliwej klątwy i zamkniętej z obawy przed zarazą ludzkości. W środku pełnego niebezpieczeństw lasu wrażliwy potwór o twarzy czarnego kozła opiekuje się małą dziewczynką, która nie do końca rozumie, co się dzieje, ale nie wolno jej dotknąć swojego opiekuna, bo stanie się coś strasznego. Czytajcie koniecznie. 


Z komiksów dla dzieci chyba warto się zainteresować Hildą. Oglądałam netfliksową ekranizację i ta bohaterka jest absolutnie zachwycająca. 


W części dla graczy można było usiąść i pograć czekające na chętnych klasyki na starych konsolach, zupełnie nowe pozycje reklamujące się na rynku na najnowszych i spróbować swoich sił w rozgrywce na zasadach wirtualnej rzeczywistości typu Light Saber w futurystycznych goglach na oczach. Teraz trochę żałuję, że nie posiedziałam tam dłużej, bo rytmiczne machanie mieczem świetlnym to fantastyczna zabawa i przy okazji odrobina ruchu. 


Najlepszym stoiskiem było dla mnie jednak to z Pusheenami. Setki Pusheenów w różnym wydaniu, do tego merch z Gudetamą, którego pieszczotliwie lubię nazywać panem Jajeczko, oraz całym mnóstwem różnych innych uroczych rzeczy. Jeśli obserwowaliście mnie na Insta Stories czy Facebooku w ubiegły weekend, to wiecie, że spotkałam też Pusheena ludzkich rozmiarów. Przytuliłam go. Było fantastycznie. 


Fajnie też było zobaczyć potwory z Odmętów absurdu w wersji pluszowej.


Podczas konkursu cosplayu pojawili się też sami najwięksi polscy wieszcze: Mickiewicz i Sienkiewicz, z krótką scenką. Tego się nie spodziewałam.
  

Na zakończenie relacji: bardzo uradowany Wolverine chillujący z kumplami. Enjoy.


A oto nasze łupy - moje i Ryby. Z tych, które już czytałam:

Będę koniecznie śledzić kolejne części Harleen, komiksu z Harley Quinn rysowanego przez Stjepana Šejića (tego od Sunstone!). Piękna kreska, fajny pomysł, świetne wykonanie. Jaram się niesamowicie.

Jane, lis i ja przekonała mnie od pierwszej strony, bo to klimatyczny i mądry komiks kanadyjski o problemach jedenastolatki, która pociesza się czytając Jane Eyre.

Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością to, wbrew pozorom, nie erotyk, a niesamowicie dojrzała i ważna manga o depresji, samookaleczaniu, dojrzewaniu do oderwania się od rodziny i podążaniu za własną wizją siebie.

Beletrystyka to krótkie, zabawne komiksy Belego, wydrukowane w formie zinu. Jeśli go nie obserwujecie na Facebooku, polecam, szczególnie że już kiedyś o nim pisałam (tutaj), a dodatkowo wsparł akcję odblokowania Rozkmin na fejsie :)

Wreszcie Brom Unki Odyi to pierwsza część większej historii, której już nie mogę się doczekać, a która już dostała nagrodę najlepszego polskiego komiksu tego roku. Poznajemy w nim całą ekipę nastolatków w różnym stopniu związanych ze zjawiskami paranormalnymi oraz jedną kozacką mamusię, która jest wiedźmą. Czyta się fantastycznie i natychmiast ma ochotę na więcej.

Czytajcie komiksy!

niedziela, 22 września 2019

Kanibale, satyra i niestrawność. "Jesień pod muchomorem" Poli Styx


Obawiam się, że nie jestem w stanie napisać rzetelnej recenzji tej książki. Siedzę i myślę już od dłuższego czasu, ale tekst, który wyłoni się teraz spod moich palców, będzie prawdopodobnie bardziej studium zrażenia się do lektury niż czymkolwiek innym. Trudno mi jednak stworzyć cokolwiek innego po chyba półtora miesiąca męczenia się z tą książką i po niesamowitej uldze, jaką poczułam, mogąc wreszcie zanurzyć się w innej lekturze.

Zacznijmy od początku.

Dostałam propozycję recenzji drugiej powieści Poli Styx, kontynuacji Powieści (anty)feministycznej z mięsem w tle. Zgodziłam się, bo wcześniej minęła mnie okazja na poznanie debiutującej autorki i trochę żałowałam, a tymczasem dostałam potwierdzenie, że drugą część można spokojnie czytać w oderwaniu od pierwszej. Otóż w moim przypadku wydaje się, że była to pomyłka. Natłok postaci, które czasem pojawiają się tylko jednorazowo, oraz wielość wątków rzucanych w czytelnika są od pierwszych stron trochę przytłaczające. Znajomość wcześniejszych losów bohaterów być może pomogłaby się szybciej rozeznać i wciągnąć do czytania.


Nie pomogło pojawienie się Instytutu Empirycznych Badań nad Kanibalizmem, wspomnienie ofiar postmedialnego patriarchatu i stowarzyszenia feministek Nemezis. Co prawda wkrótce okazało się, że nagromadzenie postaci typu artystka „specjalizująca się w malowaniu pejzaży terenów zniszczonych przez odkrywkowe kopalnie węgla brunatnego” to zabieg specjalny, a nie autentyczna feministyczna-lewacka szarża. Powieść po prostu jest satyrą na współczesny świat poprawności politycznej, gdzie w mieście matki Nerona, czyli na moje oko w Kolonii, kłębi się od imigrantów, ekologów, feministek, ekscentrycznych etnologów, artystów, studentów i rowerzystów. Przedstawiona w krzywym zwierciadle plejada specyficznych bohaterek, każda z nich w jakimś stopniu przerysowana i karykaturalna, próbuje nawigować w rzeczywistości modnych diet, nijakiej sztuki współczesnej, pisanych na kolanie bestsellerów i tropicieli teorii spiskowych. Mimo ciekawego pomysłu, mnie ta szyta grubymi nićmi humorystyczna satyra po prostu zmęczyła.

Co gorsza, żadna z postaci mnie nie zainteresowała na tyle, by z ciekawością śledzić jej losy, choć większość ma duży potencjał humorystyczny. To nie znaczy, że ten humor nie działał. Na przykład pani profesor, która wysyła studentkę na targ, by sprzedawała czarne koguty i obserwowała, czy przypadkiem nie zainteresują się nimi okoliczni kanibale w celu oprawiania mrocznych rytuałów czy podchody sekretarki instytutu, polegające na wypalaniu chemikaliami symboli na trawie i podrzucaniu gigantycznych azjatyckich insektów, by kontrolować niezdrowe hobby swojego partnera to naprawdę dobre historie, czasem idące nawet w stronę poziomu absurdu w nieśmiertelnym Lesiu Chmielewskiej. Mimo to jednak ten humor nie zawsze działa, w szczególności jak z lekkiego absurdu przychodzi w zawoalowane wyśmiewanie się z najnowszych trendów.


Osobiście najbardziej dotykają mnie żarty z glutenu. Osoby podążające za modą i z własnej fanaberii przechodzą na dietę paleo to jedno, a bycie celiakiem to drugie. Plany podtrucia kogoś, kto unika glutenu, mają dla mnie gorzki posmak, nawet jeśli prawdopodobnie chodzi o fanaberię, a nie prawdziwą chorobę. Może nie mam dystansu, bo dopiero od ponad roku sama muszę się na co dzień mierzyć z zupełnym niezrozumieniem celiakii i sugestiami, że przecież śladowe ilości glutenu mnie nie zabiją. Prawda, nie zabiją, ale przynajmniej uniknę anemii i zniszczonych jelit na dłuższą metę. Gdyby zaś ktoś mnie chciał zrobić na złość i podrzucić mi choć trochę mąki tortowej do obiadu, zniweczyłby tym samym miesiące moich starań.

W ogóle cały wątek Juliana Petardy, bo to jego dotyczą dietetyczne żarty, bardzo rzadko śmieszy. Sama zabawa postacią pisarki, która zamiast pisać swoją powieść, ukierunkowuje swoją energię na zniszczenie popularnego pisarza pokroju Remigiusza Mroza, jest wcale niezła. Natomiast cała intryga ze stalkingiem, próbami potrucia i wywołania skandalu, wraz z zakończeniem wątku jest dość niesmaczna.

Po przeczytaniu całości, stwierdzam, że sporo chaosu wprowadza tutaj nadmiar. Postaci z własnymi wątkami jest na tyle dużo, że łatwo się przynajmniej na początku pogubić, a nie wszystkie wątki znajdują zakończenie związane z całością. Co prawda większość łączy się na koniec w spójnym zakończeniu, ale pamiętnik Bianki czy całą historię roweru wraz z końcówką można by wyciąć bez szkody dla całości. Wreszcie choć styl pisania jest prosty i satyrycznie oszczędny, to fabuła ma tendencję do swobodnego meandrowania i dygresji.



Na koniec zaś muszę wspomnieć, że po pierwszych czterdziestu stronach książki dostałam wytłumaczenie od (jak podejrzewam) autorki, dlaczego mam problemy z przekonaniem się do jej książki. O ile dobrze zrozumiałam, jestem za młoda. Nie mam wystarczającego doświadczenia życiowego, obycia kulturalnego i prawdopodobnie dlatego jeszcze nie cieszę się z odpowiedniego dystansu do świata. Nie mam z czym konkurować. Niektórzy uważają, że sztuka powinna sama się bronić, ale w tym wypadku popełniłam niewybaczalny błąd. Powinnam wrócić do tej powieści za dwadzieścia lat.

Źródło - dyskusja o książce na fanpage'u Pożeracza.

Zaznaczam jednak, że moje perypetie z tą książką nie znaczą, że Wam się nie spodoba. Ba, widzę pełno pozytywnych recenzji w Internecie. Niech jesień będzie z Wami.


Jesień pod muchomorem
Pola Styx
Poczytne.pl, 2019
341 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki.

piątek, 23 sierpnia 2019

Miłość na trzy kontynenty. "Americanah" Chimamandy Ngozi Adichie


Kobiece włosy są polityczne.

Wyobraźcie sobie Baraka Obamę obok kobiety z wysoko upiętym kokiem z warkoczy, z zaplecionymi ciasno przy skórze warkoczykami w stylu cornrow, z krótkim barankiem mocno kręconych włosów, z dredami, z chmurą afro. Idą razem na spotkanie dyplomatyczne z innymi głowami państwa czy na ważną uroczystość.

Nie, w tej wizji jest coś nie tak. Coś tu nie pasuje.

Dopiero Michelle Obama z wyprostowanymi, ufryzowanymi, „normalnymi” włosami wygląda dobrze obok byłego prezydenta. I bardzo możliwe, że Obama nie wygrałby wyborów, gdyby jego żona nie miała „białej” fryzury.

Tymczasem Michelle tak naprawdę nie ma prostych włosów. Ma masę silnie skręconych sprężynek o teksturze zupełnie innej niż ta, która uznawana jest za domyślną. Nigdy o tym nie myślałam i trochę się zdziwiłam, widząc newsy ze zdjęciami byłej pierwszej damy USA w naturalnych włosach. W życiu mi nie przyszło do głowy patrząc na żonę amerykańskiego prezydenta, że jej włosy są konstruktem stricte wizerunkowym, polityczną zagrywką. I dopiero Adichie otworzyła mi oczy na intensywne starania wobec czarnych dziewczynek często od najmłodszych lat. Czarne włosy poddawane ekstremalnym zabiegom z użyciem toksycznych specyfików prostujących włosy. Paskudne chemikalia drażniące skórę głowy i przepalające włosy o wiele gorzej niż trwała. Wszystko po to, by mieć włosy, które uważane są w pracy, w urzędach, na stanowiskach za czyste, schludne i naturalne.

Mając naturalne, murzyńskie włosy, możesz nie dostać pracy. Stypendium. Podwyżki. Awansu. Wstępu do kraju.


Adichie zarzuca szeroką sieć: stara się zawszeć swoje obserwacje na temat bycia czarnym w Afryce, w Stanach Zjednocznonych, w Wielkiej Brytanii; bycia czarnym emigrantem i imigrantem, bycia deportowanym; bycia Afroamerykaninem od urodzenia i byciem Afrykańczykiem w Ameryce; wyjazdów i powrotów, traceniu i odnajdywaniu tożsamości i ojczyzny. Plecie swój misterny kilim spostrzeżeń, ironii i znaczeń ze słów stopniowo rozwijającej się opowieści, w centrum którego pozostaje rozdzielonych tysiącami kilometrów i doświadczeń dwójka kochanków: Efemelu i Obinze. Będziemy musieli dowiedzieć się, co się im przytrafiło od początku ich znajomości aż do sytuacji obecnej zanim dojdziemy do historii ich spotkania po latach, na które się zbierają na początku powieści.

Efemelu jest pewna siebie, bezpośrednia i wrażliwa; Obinze to oaza spokoju, uważny obserwator świata. Oboje są inteligentni, młodzi, pełni marzeń. On zawsze pragnął zobaczyć Stany Zjednoczone na własne oczy, pożerał amerykańskie książki. Ona nie do końca miała określone plany na przyszłość, ale analizowała sytuację swoich z trudem wiążących koniec z końcem rodziców i ciotki-utrzymanki generała. Ostatecznie ich drogi rozchodzą się i to zupełnie nie tak, jak kiedykolwiek by podejrzewali. Nauka na nigeryjskej uczelni okazuje się niemal niemożliwa z powodu strajków. Ona dostaje wizę do Stanów, on próbuje bezowocnie, aż postanawia spróbować szczęścia w Wielkiej Brytanii.

Obydwoje odtwarzają typowe ścieżki Afrykańczyków, którzy nie wychowali się w warunkach skrajnej biedy czy w buszu, a w klasie średniej cywilizowanego kraju. I, jak podkreśla Adichie, przez kulturę i społeczeństwo zostali uwarunkowani na wyglądanie na zachód czy północ, na aspirowanie do czegoś więcej, a tym czymś więcej nie może być Nigeria.

Obserwacji na tle rasowym, klasowym i narodowościowym jest całe mnóstwo, w większości zapisanych w postaci żywiołowego wpisu blogowego. Po kilkunastu latach w USA Efemelu przeszła wiele faz imigrantki z Afryki: szukanie pracy, depresję, zmianę akcentu, zmianę myślenia, adaptację – aż po świadome odrzucenie amerykańskiego stylu bycia, na skończeniu z prostowaniem włosów kończąc. Swoje spostrzeżenia spisywała na blogu, uświadamiając, drażniąc, zauważając i skłaniając do myślenia. Te zapiski mogą czasem irytować, bo ich wymowa jest ostrzejsza, bardziej zadziorna niż zwykły głos bohaterki. Mogą się też czasem wydawać za bardzo polityczne. Ale wydaje się, że taka miała być ich funkcja. Mają pobudzać, ale nie być wyrocznią. Czasem można spostrzec, że Efemelu się myliła, czasem sama zmienia nastawienie.


Z trochę większego dystansu spoglądamy na Obinzego, a on jest bardziej zamknięty w sobie. Jeśli pisze i się otwiera, to dopiero w mejlu do bliskiej osoby. W Wielkiej Brytanii posuwa się do przestępstw, podszywa się pod kogoś innego (zresztą jak Efemelu), bezskutecznie próbuje dostać National Insurance Number, chwyta się najpodlejszych prac, ostatecznie próbuje nawet ożenić się dla pozwolenia na pobyt. To wszystko jest bardzo upokarzającego dla pełnego aspiracji, wykształconego chłopaka, jednak największą porażką jest deportacja. Poznawszy jeden biegun biedy i to, jak emigracja zmienia jego rówieśników, buduje swoje życie od zera w Nigerii, obserwując pusty świat konwenansów i fasad ludzi bogatych.

Obie ścieżki prowadza przez samotność, zwątpienie, niezrozumienie. Obie części tej historii są świetnie napisane: bardzo prawdziwie, namacalnie doświadczamy losów emigranta na obczyźnie, ale też wnikliwie obserwujemy innych oczami bohaterów. Złotowłosa Amerykanka Kimberley stara się być ostrożna i na wszelki wypadek nazywa każdą osobę o ciemnej skórze „piękną” zamiast „czarną”. Emenike porzuca swoje korzenie i jak kameleon wtapia się w londyńską śmietankę towarzyską, przyjmując idealną maskę. Ciotka Uju nie pozwalała mówić swojemu synkowi o ich przeszłości w Nigerii. Fryzjerka błaga swoją klientkę, by przekonała dowolnego z jej dwóch chłopaków, żeby ją poślubili. Salonowe rozmówki ujawniają uprzedzenia i ograniczenia, osobiste rozmowy mieszanych par naświetlają niezrozumienie i branie za pewnik.

Mimo tego, że to powieść gęsta od wątków rasowych, społecznych, psychologicznych, to jednak przede wszystkim historia miłosna. Relacja między bohaterami jest pełna zawodów, goryczy, nagromadzonych krzywd i trudnych decyzji. Świat zmienił ich, ukształtował w dojrzałych, świadomych, ale i bardziej lękliwych i ostrożnych ludzi. Wizja ich powtórnego spotkania trzyma w napięciu bardziej niż niejedna historia o pierwszym spotkaniu, choć może końcówka powieści jest pośpieszona i trochę męczy. W żadnej mierze nie olśniewa jak początek.


Można powiedzieć, że to książka przegadana, trochę arogancka, na pewno bardzo wyrazista. Przydało by się parę cięć, niektóre fragmenty mogą nużyć, inne irytować. Trochę tego za dużo: w poszczególnych częściach skupiamy się na zbyt wielu postaciach pobocznych, mniej istotnych dla głównej fabuły, choć ważnych dla jak największego zróżnicowania doświadczeń. Wciąż, to nie jest zapis totalny, a bardziej intymny, bo chodzi głównie o tę dwójkę, i ich historię często przyćmiewa detal. Pomimo tych wad będę się trzymać pierwszego wrażenia, że to naprawdę dobry i ważny kawałek literatury.

Dla osoby z kraju, w którym kwestie rasowe są – może nie na pograniczu, ale wciąż widok osoby czarnoskórej jest dość rzadki – to bardzo potrzebne głębokie zanurzenie w problemy, o jakich trudno inaczej widzieć. Americanah uwrażliwia, pomaga w zrozumieniu i przede wszystkim przybliża przez pokazanie na przykładzie pełnokrwistych postaci.

Lektura tym bardziej obowiązkowa, bo Adichie zawita w Krakowie już tej jesieni na Festiwalu Conrada.


Americanah
Chimamanda Ngozi Adichie
Alfred A. Knopf, 2013
477 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★



niedziela, 4 sierpnia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: CZERWIEC & LIPIEC 2019



Od czerwca dużo się u mnie działo. Najpierw dwa tygodnie podróży służbowej, potem tydzień intensywnej przerwy, potem dwa tygodnie wyjazdów urlopowych, tydzień przerwy, a potem znów tydzień na awaryjny wyjazd do domu rodzinnego. To pierwszy weekend od początku czerwca, kiedy odpoczywam we własnym mieszkaniu, bez perspektywy szybkiego pakowania się i kolejnych przygód.

Jakie to miłe uczucie, wreszcie móc poleżeć sobie w niedzielę na łóżku, opierając się o stertę miękkich poduszek, i cieszyć się wpadającym przez okno słońcem.

Mam nadzieję, że sytuacja mnie w miarę usprawiedliwia jeśli chodzi o zaległość czerwcowych nowin. Mogę się za to pochwalić, jakie miałam tempo czytania w lipcu, ale o tym za chwilę.

W czerwcu przeczytałam tylko:

  • kulturoznawczą opowieść o fandomie Jane Austen Among the Janeites Deborah Yaffe 
  • oraz  Faraona Prusa. Wierzcie czy nie, nie miałam go nigdy jako lektury szkolnej i sięgnęłam do niego dopiero teraz, z własnej woli. Było zabawnie! 
Natomiast w ubiegłym miesiącu wciągnęłam jak na zawrotną ilość sześciu książek, wiadomo, bo wreszcie miałam urlop. Nad jeziorem czy nad morzem czytałam:

  • Emigrację Malcolma XD, o której już pisałam na blogu, 
  • trzeci tom przygód profesorowej Szczupaczyńskiej, czyli Seans w domu egipskim Maryli Szymiczkowej (och, jak to się cudownie czyta!), 
  • Wyrd Sisters Terry'ego Pratchetta (wiedźmy są absolutnie fantastyczne), 
  • z polecenia magazynu „Książki” zajrzałam do historii wymyślonej amerykańskiej sekty dzięki After the Fire Willa Hilla, 
  • analizę życia seksualnego Polaków międzywojnia, czyli Epokę hipokryzji Kamila Janickiego, 
  • a na koniec, zainspirowana ogłoszoną wizytą autorki na tegorocznym Conradzie, pomyślnie zakończyłam drugie podejście do Americany Chimamandy Ngozi Adichie. Tę ostatnią najbardziej mam ochotę rozkminić na blogu.


Dodatkowo czytałam też komiksy: pierwszy omnibus Hellboya, The End of the Fucking World i zaczęłam serię Paper Girls.

A jeśli chodzi o popkulturę wizualną? Oj, była rozpusta!



Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001)
Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002)


Nie oglądałam tych filmów od czasów, kiedy wyszły. Czasem mignęły mi fragmenty w telewizji, ale nie robiłam sobie powtórek w całości oprócz Więźnia Azkabanu w liceum. Ostatnio nostalgia wygrała i obejrzeliśmy sobie dwa pierwsze filmy Columbusa, z Richardem Harrisem w roli Dumbledore'a i uczniami biegającymi, jak trzeba, w szatach hogwarckich, a nie dżinsach. Solidnie i wiernie zrobione, dłużą się trochę momentami, ale wciąż dobrze się je ogląda mimo często fatalnego CGI.  Świetnie dobrani aktorzy, magiczna muzyka, szacunek wobec oryginału i niesamowita atmosfera wciąż robią swoje.


Pokémon: Detektyw Pikachu (2019)


To był uroczy film z głupiutką fabułą. Prosty, nieprzekombinowany, z Pokemonami odtworzonymi z sercem i dobrym smakiem. Pikachu w CGI to wzór do naśladowania jakichkolwiek adaptacji kreskówek i gier na przyszłość, ale gdyby nie fantastyczny dubbing Ryana Reynoldsa tego filmu nie oglądało by się tak samo, choć humor w dialogach też trzymał klasę. Wyszłam z kina szczęśliwa.


Truposze nie umierają (2019)


Nowy Jarmusch to nie jest film dla osób, które nie czują satysfakcji bez spinającej się w logiczny ciąg fabuły, poodmykanych wątków, sensownej przyczyny wydarzeń, wytłumaczalnego zakończenia i głębszego morału. To bardziej granie na nosie, zabawa konwencją i kinem, sztuka dla sztuki i dobra zabawa na planie, plus plejada świetnych aktorów, którzy mieli ochotę wziąć udział w tej imprezie. Apokalipsa zombie nastaje z powodu absurdalnie wydumanych powodów, postacie poznajemy nawet nie po to, by potem obserwować, jak giną, dużo rzeczy się nie spina, matatekstualne gierki są wrzucone ni przypiął, ni wypiął, a wygłaszany na koniec monolog Toma Waitsa o zgubnym materializmie wykrzywia zęby. Ja się jednak sporo śmiałam na seansie, piękny Adam Driver jak nie zachwyca, jak zachwyca, a Tilda Swinton ma chyba najlepszą rolę w całości.



Rocketman (2019)

Po Bohemian Rhapsody wyszłam rozśpiewana, nie mogłam spocząć, póki nie przesłucham wszystkich płyt Queen, ale to nie był jakiś specjalnie dobry film, po prostu lubię muzykę Queen, a obraz miał sporo problemów, o których pisałam wcześniej. Biopic o Eltonie Johnie fabularnie wychodzi o niebo lepiej, poprowadzony jako opowiadanie nie do końca godnego zaufania narratora, bez większych przekłamań czy tuszowania niewygodnych faktów. Elton osobiście pilnował, by niczego nie wybielać, podczas gdy muzycy Queen przejęli produkcję Bohemian Rhapsody, by wypuścić ugrzeczniony obrazek. Rocketman wygrywa szczerością, musicalowością, bo genialne było wpisanie piosenek w narrację, pozwolenie innym postaciom niż głównemu bohaterowi na śpiewanie. Co prawda trochę przesadzili z łopatologiczną sceną pojednania na koniec, to jednak ogląda się wyśmienicie. No i brawa dla Tarona Egertona, który sam śpiewa!



Wyspa psów (2018)


Wes Anderson tworzy specyficzne filmy. Dużo dobrych aktorów, dużo postaci, dużo zgiełku, serca, ekscentryzmu i pięknych stylizacji. Wyspa psów jest w tym sensie podobna do chociażby Grand Budapest Hotelu. Jest to jednak przede wszystkim przepiękna animacja poklatkowa, w którą wrzucono dużo pieniędzy, by dopieścić każdy detal. Widać tu też zachwyt kulturą japońską, brzmieniem języka, estetyką; rzecz zresztą dzieje się w Japonii, większość postaci mówi po japońsku, a tłumaczenie odbywa się często konsekutywnie poprzez tłumaczkę z budki, komputer czy inne środki; często musimy się domyślić z kontekstu, o co chodzi. Zresztą, co mówią bohaterowie ludzcy jest drugorzędne, bo główną rolę grają mówiące po angielsku psy. Całość składa się na baśń tyleż nieprawdopodobną, co rozrywkową, a chodzi o ocalenie wygnanych przez właścicieli psów i ukrócenie spisku właścicieli kotów. Jest zabawnie, uroczo, jednak całość jest dziwnie zbalansowana, na przykład niektóre postaci giną w narracji pomimo większego podbudowania na początku, czasem zaś są zupełnie zbędne. Jeśli jednak lubicie animację poklatkową, zwierzęta i Japonię, koniecznie sobie obczajcie.


Spider-Man: Daleko od domu (2019)
Spider-Man 2 (2004)


Udało mi się też obejrzeć dwie drugie części Spidermana, jedną w kinie, drugą w ramach odświeżania staroci. Far From Home to lekki, przyjemny i przezabawny film, godny pierwszej części Pająka z Tomem Hollandem. Mysterio jest świetnie poprowadzony, Nick Fury to klasa sama w sobie, szczególnie z końcowym twistem, a uczucie między MJ i Peterem chyba nigdy nie było tak naturalnie przedstawione na ekranie. Aktorka grająca MJ robi w ogóle kupę dobrej roboty, a oglądanie Neda to jak zwykle czysta przyjemność. W porównaniu z tym, co można obejrzeć teraz na ekranie, Spiderman 2 blednie niesamowicie. Przydługie, niezręczne sceny, całkowity brak chemii między Mary Jane a Peterem, no i sam Tobey Maguire, trochę za stary jak na studenta... ratuje to całkiem niezły dr Octopus i motyw tracenia mocy powiązanego z wątpliwościami. No ale gdzie jest coś miarę Hero w napisach końcowych? ;)


Godzilla II: Król potworów (2019)
Godzilla kontra Kosmogodzilla (1994)


Kolejna para filmów zrodziła się z wypadu na nową Godzillę razem ze znajomymi, którzy zgodzili się potem wpaść do nas i ktoś rzucił pomysł, by obejrzeć jakąś starszą, japońska Godzillę. Wybór padł na Kosmogodzillę, film z 1994, ale wyglądający, jakby miał dwadzieścia lat więcej. Koszmarne efekty specjalne, gumowe stroje, drewniana gra aktorska, powolnie, ale też trochę niezrozumiale prowadzona fabuła to dokładnie to, co się kocha w złych filmach. Druga część nowej, amerykańskiej Godzilli jest być może równie głupia fabularnie, jednak przynajmniej jest budżet, dzieje się intensywnie, pojawiają się inne potwory z mitologii Godzilli... generalnie jest ubaw po pachy.


Ciemny kryształ (1982)


Może słyszeliście, pojawiły się słuchy, że Netflix robi prequel do filmu fantasy Dark Crystal? Oryginał był zrobiony zupełnie bez aktorów, za to z lalkami Jima Hensona, twórcy mupetów, czemu więc nie poznać tego osobliwego tworu lat osiemdziesiątych? Zarówno lalki, projekty postaci, świat filmu jest zrobiony mistrzowsko i do tej pory może zachwycać. Mroczna historia opowiada o wysłanym w celu uleczenia świata młodym Gelflingu, stworzeniu podobnym do elfa, który tak właściwie nie wie do końca, co ma zrobić. Co prawda główny bohater cierpi na typowy syndrom mdłego, nieciekawego protagonisty, ale za to wszystkie inne postaci są intrygujące: opętane niskimi żądzami Skeksisy, dobrotliwi magowie Mistycy, ekscentryczna, nieustraszona wiedźma Aughra i zmyślna, bystra Kira. Jeśli lubicie klimaty w stylu Niekończącej się historii, to coś dla Was.


Maska (1994)


Również na Neflix trafiła kultowa Maska, czyli popis życia Jima Carrey'a. Mam w domu wielkiego fana tego filmu, więc musieliśmy go sobie przy okazji powtórzyć. Historii chyba nikomu zarysowywać nie trzeba, prędzej muszę donieść, że dzięki fantastycznej robocie protetyków, wizażystów i oczywiście plastycznej twarzy Carrey'a powstało coś absolutnie niesamowitego. Efekty specjalne tworzone komputerowo minimalnie się zestarzały, ale wciąż wyglądają świetnie. Oglądając bez lektora, za to w oryginale, można docenić humor zawarty w samym głosie Maski i jest to zdecydowanie coś, co ginie w tłumaczeniu lektorskim. Generalnie, pomimo zgrzytów na poziomie traktowania kobiet (wiecie, że Stanley Ipkiss był protoincelem?), wciąż ogląda się wyśmienicie.


Zaklęta w sokoła (1985)


Ze smutkiem pisze się o tym filmie teraz, po śmierci Rutgera Hauera, choć oglądaliśmy go jeszcze zanim świat obiegła ta przygnębiająca wiadomość. Ladyhawke została wpisana na moją listę do obejrzenia z powodu Ready Player One, bo znałam mniej więcej historię, ale nigdy nie widziałam tego filmu w całości. Zresztą sam pomysł na tą baśń fantasy jest szalenie romantyczny: kochankowie zaklęci w zwierzęta tak, że nigdy nie mogą się spotkać w ludzkiej postaci. Gorzej z wykonaniem, powolną akcją, niemiłosiernymi syntezatorami, słabą choreografią walk i efektami specjalnymi. Scena przemiany w sokoła sprawia, że człowiekowi się trochę odechciewa oglądać... Wciąż jednak jest to klasyk, który warto znać, a który po prostu się okrutnie zestarzał.


Stranger Things (2016- )


Pierwsza reakcja na trzeci sezon: o jak oni urośli! Jeśli odkładacie oglądanie nowej odsłony historii o małym, amerykańskim miasteczku, w którym dzieją się dziwne, niepokojące rzeczy, rzućcie wszystko i koniecznie to nadróbcie! Aktor wcielający się w szeryfa Hoppera daje fantastyczny popis aktorski, Joyce depcze mu po piętach, a serca fanów drżą z emocji. Klimat wciąż jest świeży, nawet świeższy niż w drugim sezonie, bo tym razem nie ma powielania schematów i ani jednego niepotrzebnego odcinka, a w drugim sezonie jeden taki się zdarzył. Atmosfera jest gęsta i miewałam ciary, dzieciaki są fantastyczne, nie mówiąc o kradnącej prawie każdą scenę Erice. Warto było czekać.



Aggretsuko (2018– )

Drugi sezon serialu animowanego nie dla dzieci o ciężko pracującej czerwonej pandzie zdecydowanie nie zawodzi. Przyjemnie pogłębia wątki większości postaci, co w szczególności należy się drugoplanowym comic reliefom, a także zagląda do życia starszych koleżanek z pracy Retsuko. Mamy też pięknie poprowadzony wątek, który chyba trochę zbyt blisko ociera się o osoby, które wielu z nas mogło spotkać w swojej karierze: siejących emocjonalny zamęt, zastraszających, dwulicowych. Nie wolno też zapomnieć o bardzo prawdziwie przedstawionej nadopiekuńczej mamie, która próbuje za wszelką cenę poznać Retsuko z potencjalnym przyszłym mężem. Mimo ciężkich tematów, lekki humor i dystans pozwalają wyśmiać lęki, które są chyba uniwersalne. Póki co ta seria bardzo dobrze się rozwija i nie mogę się doczekać ciągu dalszego.


Neon Genesis Evangelion (Serial TV 1995-1996)
The End of Evangelion (1997)


W liceum, gdy skończyłam serial i wieńczący go film, myślałam, że jak wrócę do Evangeliona jak będę dojrzalsza, mądrzejsza, to może coś więcej zrozumiem. Może odkryją się przede mną jakieś ukryte sensy, może układanka znaczeń ułoży się w coś bardziej oczywistego. Totalna bzdura. Obejrzałam jeszcze raz i miałam bardzo podobne odczucia: że coś mi umyka, że za dużo tu wzniosłych odniesień, które nie do końca prowadzą do głębszych znaczeń, że albo ja jestem jakaś mało kumata, albo ta historia jest opowiadana tak, żeby było trudno za nią nadążyć. Ostatecznie przed filmem poczytałam sobie różne fanowskich teorie i wyjaśnienia, po czym oglądając film, wreszcie rozumiałam, co się dzieje. Ten serial trzeba chyba oglądać z notatnikiem z zapiskami i głowić się dość długo, żeby dokopać się do tego, co można teraz łatwo przeczytać po krótkim googlowaniu. I to jest mój główny zarzut: to serial, w którym się dużo mówi, ale który nie chce opowiadać.

Pomijając ten, hm, drobny szkopulik, to naprawdę dzieło zmieniające pokolenie. Oglądając, widzi się te wszystkie inspiracje późniejszych twórców, widzi się serial o dużych robotach i ich pilotach w wieku szkolnym, który z każdym odcinkiem wkracza w coś coraz mroczniejszego, coraz bardziej zakrada się w ludzką psychikę, aż w końcu finał historii o robotach, aniołach i tajnych organizacjach okazuje się zasłoną dymną dla dramatu psychologicznego. Twórca pisał Evangeliona, jednocześnie traktując go jako swoją terapię w walce z depresją, a jego postaci na koniec leżą przed nami zupełnie odsłonięte, jak eksponaty po sekcji zwłok, a delikatna ręka animatorów wskazuje nam kolejne lęki, ukryte pragnienia, żale, najgorsze upadki, które składają się na skomplikowanych i skonfliktowanych wewnętrznie bohaterów. W tym sensie to serial bardzo potrzebny i przełomowy. I, jak snobistycznie powtarzali moi znajomi z pewnego fanklubu anime, nie można być prawdziwym otaku, nie przeżywszy seansu Evangeliona.



Na zakończenie zdradzę, że zaczęłam oglądać Star Treka: The Next Generation i cierpię przy słabym pierwszym sezonie (ale Data wszystko wynagradza), a także gram też sobie w Yakuzę 0 i mam przy tym dziką radochę.

A co u Was?

niedziela, 21 lipca 2019

Mordo, ty jesteś dla mnie najlepsza morda. "Emigracja" Malcolma XD


Szukając pokoju do wynajęcia w Wielkiej Brytanii na semestr Erasmusa, po raz pierwszy usłyszałam znamienne: „Tylko nie wynajmuj od Polaka. Polakom za granicą nie można ufać”. Ponoć rodak prędzej wyroluje rodaka w UK niż kogoś innej narodowości. Wiecie, żeby nie robić złego wrażenia na obcych. Ale swojaka to już nie szkodzi.

Ile w tym podejściu jest prawdy – nie miałam okazji się przekonać. Ostatecznie nie wynajęłam pokoju od Polki z ogłoszenia, tylko do rodzinki Brytyjczyków. Na wszelki wypadek.

Jednak co przeżyłam na uniwersytecie, bezowocnie szukając pracy na te trzy miesiące, zdobywając number NI, próbując otworzyć konto bankowe i rozbijając się na Couchsurfingu, to moje. Na uroki emigracji najbardziej jednak otworzyła mi oczy wizyta u znajomego w Londynie, gdzie dzielił pokój z Ukraińcem w średnim wieku, w ciasnym mieszkanku przepełnionym biedującymi emigrantami z Europy Wschodniej, w dzielnicy, gdzie trudno znaleźć białego Brytyjczyka.

– Szybko znajdziesz dobrą pracę z takim dobrym akcentem! – zachwycała się Słowaczka czy Czeszka, której przedstawił mnie znajomy. Nie mogła uwierzyć, gdy powiedziałam jej, że nie przyjechałam pracować, tylko głównie studiować. Niestety jednak brytyjskie ceny wkrótce przeżarły mi zawartość studenckiego portfela i wkrótce zamiast obiadu wolałam zapchać się paczką ciasteczek za funta. I też zaczęłam rozglądać się za pracą.


Malcolm XD pisze właśnie o takich miejscach, jak to mieszkanie w Shadwell, w bloku z otwartą klatką schodową, z praniem porozwieszanym na każdym wolnym kawałku sznura, z biednymi, przepracowanymi lokatorami spoglądającymi na ciebie z niechęcią, gdy niechcący zaglądasz im przez otwarte drzwi, idąc do swojej klitki.

Tylko że, rzecz jasna, z potężną dawką humoru i przesady, dzięki którym ta samotność, bezradność i bieda nie są aż tak strasznie. Bo prawdziwą siłą tej powieści to przede wszystkimi styl. Nie znam żadnego innego polskiego pisarza, który by próbował oddać współczesny język internetu, Ponglisza i imprezowego, anegdotycznego gawędziarstwa. Zbliża się do niego Piotr C. od pokolenia Ikea. Ale język Malcolma XD to czystej wody przeniesienie humorystycznego, długiego komentarza na portalu społecznościowym do długiej narracji z fabułą. W końcu to on napisał pastę o ojcu wędkarzu, która dla mnie z każdym czytaniem jest równie zabawna. Przykład z książki? Proszę uprzejmie:

„Czuliśmy, że odpowiedź na to pytanie będzie znał nasz landlord, więc komisyjnie we trzech do niego poszliśmy. Okazało się, że zarówno my, jak i Paweł z Dąbrowy mieliśmy rację – pół roku wcześniej był burdel, ale teraz już nie ma, ponieważ się wyprowadził ze względu na skargi sąsiadów. (...) Co ciekawe, ten były burdel był polsko-pakistański, więc klienci wywodzili się głównie z tych dwóch nacji. Taki stan rzeczy sprowadził na nas jeszcze trochę niedogodności, szczególnie w postaci najebanych i niedoinformowanych typów napierdalających nam o 4 w nocy w okna z krzykiem FATIMAAAAA, FATIMAAAA, LET ME IN, I LOVE YOU!!!” (s. 142-143)



Całość emigracyjnych wspomnień głównego bohatera spisana jest właśnie w stylu nieprzerwanego monologu wygłaszanego jednym tchem, pełnego wyrażeń, które można usłyszeć pod sklepem, na ławce między blokami czy na niezobowiązującym melanżyku w pustym, obskurnym mieszkaniu, z najtańszym alkoholem, jaki dało się znaleźć w okolicy. A jednocześnie przez ten styl prześwieca wykształcenie, czasem między przekleństwami pojawia się słownictwo niemal uniwersyteckie, a komentarze kulturowo-społeczno-historyczne opierają się na pewnej solidnej wiedzy. Czyta się to więc nie jak bełkot chama, a ekscentryczną historię człowieka wrażliwego, który łączy fakty i odczucia, na poczekaniu potrafi wypluć z siebie dłuższą przemowę w obronie uciemiężonej przez stulecia Polski, odwołuje się do statystyk i analizuje rzeczywistość z perspektywy osoby świadomej i oczytanej.

„Czytałem kiedyś, że jak pod koniec drugiej wojny światowej żołnierze Armii Czerwonej doszli po kilku latach zapierdalania z buta przez mróz, błoto, spalone wsie i z karabinami NKWD-zistów przy plecach do Niemiec, to nie mogli się nadziwić, po co ci w ogóle zaczynali wojnę. W tamtych czasach nawet większość domów w Polsce nie miała kibla, a zamiast podłogi było klepisko, a co dopiero jakaś chata we wsi pod Krasnojarskiem, skąd taki czerwonoarmista przyszedł na piechotę. I nagle doszedł do Niemiec, czy jak kto woli Ziem Odzyskanych, a tam domy z cegły, w nich porcelana, zegary i nawet takie luksusy jak kibel ze spłuczką, to musiał mieć srogie grzyby, dlaczego temu Niemcowi w ogóle chciało się z tego domu wychodzić, a co dopiero zamarznąć na śmierć gdzieś pod Stalingradem walcząc o 1000-letnią Rzeszę, która w dodatku w rzeczywistości przetrwała o jakieś 988 lat krócej, niż gwarantował producent. Żeby mieć pewność, dlaczego chciało im się wychodzić z domu, to trzeba zapytać tych, co głosowali na Hitlera, natomiast moja teoria jest taka, że podobnie jak w przypadku mojego starego, w tamtym okresie również moim, a w okresie przyszłym również tych typów, co kręcili później zamieszki w Londynie, wynikało to z subiektywnego poczucia braku należytego uszanowania.” (s. 173)


Najsłabszym elementem powieści jest sama fabuła. Zaczynamy od zdecydowanie oderwanego od całości wstępu, anegdotki o miasteczku głównego bohatera, która nie do końca skleja się z ciekawszą historią drogi do Wielkiej Brytanii i kolejnych przygód na Wyspach, a kończymy dość nieoczekiwanie i wydaje się, że trochę zbyt wcześnie pomimo bardzo dobrego, humorystycznego zwrotu akcji. Wydaje się, że choć sama opowieść o dziwnych przypadkach i perypetiach idzie do przodu wartko i zgrabnie, tak jednak ten początek i koniec mógł być lepiej przemyślany i bardziej zrównoważony. Wciąż jednak, jak na debiutanta, który zdobył rozgłos copy pastą, to bardzo dobra rzecz, którą czyta się błyskawicznie i wśród ogólnych kwików i poryków wesołości.

Jak bowiem nie skręcać się ze śmiechu, czytając o akcjach takich jak wyskoki tirowca Zbyszka,  kombinacje Cyganów z kamperami, holenderskiej policji szukającej terrorystycznych wrażeń, planie profesorka na temat sejfu w squacie czy przygodach rikszarzy. To są historie godne przytaczania przy każdym piwie ze znajomymi, tak nieprawdopodobne, że pewnie prawdziwe i ja chciałabym ich słuchać po kilkanaście razy. Tylko opowiadanych właśnie tym stylem, czasem WIELKIMI WOŁAMI, bo nacisk i intonacja czasem robią najlepszą robotę w takim gawędziarstwie. Co historia, to lepsza, już sama nie wiem, czy bardziej się uśmiałam przy zakończeniu rozdziału o byłym burdelu, przy zbieraniu kapusty gdzieś na drodze z Londynu do Sheffield, czy przy bezbłędnym Romanie z Kielc, fanie kolejarstwa:

„Roman natomiast miał tak na oko z 35 lat i ryj tak kryminalny, że 10 lat to na pewno przesiedział. Na dłoniach wydziarane jakieś gónopajęczyny w jakości takich naklejanych tatuaży dla dzieci, co kiedyś dawali w czipsach na halloween. Na szyi miał miał natomiast wytatuowaną koronę – symbol przymierza  pomiędzy Kielcami a piłką. Nad szyją i koroną mieściła się jego głowa, a w niej oczy. W każdej wsi oraz dzielnicy miasta w Polsce krążą opowieści o tym, jak to ktoś komuś poderwał dziewczynę czy tam ukradł telefon na imprezie i ten drugi potem dojechał tego pierwszego z 10 kolegami i podobno tak mu wpierdolili, że nawet ktoś mu po głowie skakał. Oczy Romana mówiły, że w takich sytuacjach to właśnie on był tym, co skakał po głowie, bo jemu nie wystarczy, że typek już leży przekopany, tylko jeszcze się trzeba pobawić, a jak ktoś na koniec zabawy nie jeździ na wózku inwalidzkim do końca życia, to znaczy, że zabawa się nie udała.” (s. 81-82)

Podsumowując, to Emigracja to książka idealna na wakacje. Rozdziały są krótkie, nieskomplikowane, szybko się je czyta, pośmiać się można od serca, a czasem nawet zasępić nad kondycją Europy i ludzkości w ogóle. Ale nie za bardzo, tylko tak trochę. Bo chyba najlepszy z tego wszystkiego jest ten piękny, potoczny język. Warto obczaić dla samego fenomenu gościa od ojca wędkarza.

Tylko niech Was nie zmyli okładka, że niby pewnie autor nic o świecie nie wie i w życiu w Wielkiej Brytanii nie był, bo na grafice w środku Londynu są niby jakieś bookstore'y i music store'y. Tam zdecydowanie powinny być shopy, żeby nie psuć wrażenia, bo środek jest stuprocentowo brytyjsko-polski. Tak bardzo, jak promocja na polskie Żubry w brytyjskim Tesco Expressie.


Emigracja

Malcolm XD

W.A.B., 2019
238 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki