Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 10 stycznia 2018

KSIĄŻKA NAJPIERW: Subiektywny przegląd ekranizacji książkowych w 2018


Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem spisania wszystkich doniesień o planach powieściowych
ekranizacji krzyżujących się z moją potrzebą przeczytania najpierw materiału oryginalnego zanim obejrzę film. Nie udaje się to zawsze, na pewno nie uda się poznać wszystkiego, ale chyba warto zawczasu mieć w głowie plan, na co ma się ochotę i co warto przeczytać zanim pojawi się na ekranach kin. Poniższy przegląd będzie zdecydowanie subiektywny, nie znajdziecie tutaj wszystkiego, co może się pojawić w najbliższym roku, ale na pewno znajdziecie parę rzeczy, które wyjdą na pewno później niż w 2018. Będzie nieperfekcyjnie, kolejność przypadkowa, ale czegoś się dowiecie.

Przygotowani? A zatem, zapraszam na zestawienie!


Ready Player One Ernesta Cline'a



O czym: 2045 rok, ludziom żyje się źle, świat chyli się ku upadkowi; młody chłopak bierze udział w wyścigu o fortunę miliardera, szukając naszpikowanych odniesieniami popkulturalnymi easter eggów i rozwiązując zagadki w wirtualnej rzeczywistości. Rzecz ponoć kultowa, bardzo chcę przeczytać!
Kto: Reżyseruje Steven Spielberg, zagrają m.in. Olivia Cooke, Tye Sheridan i Simon Pegg
Kiedy: Premiera w Polsce: 6 kwietnia 2018; w Stanach: 28 marca 2018.
Zwiastun:




Żywe maszyny Philipa Reeve'a



O czym: To jest jakieś szaleństwo w stronę Mad Maxa: postapokaliptyczny krajobraz, a w nim Londyn, który jest maszyną pożerającą inne maszyny? Obczajcie ten zwiastun!
Kto: Scenariusz pisze Peter Jackson, wystąpią Hugo Weaving, Stephen Lang, Robert Sheehan
Kiedy: Premiera w Polsce: 4 stycznia 2019, w Stanach: 12 grudnia 2018
Zwiastun: 



Unicestwienie Jeffa VanderMeera



O czym: Pani biolog wyprawia się w niezbadane rejony, by odszukać przyczynę śmierci swojego męża. Może i brzmi to drętwo, ale obejrzyjcie zwiastun. Ciekawa obsada i intrygujący zagadka.
Kto: Natalie Portman, Gina Rodriguez, Oscar Isaac, reżyseria: Alex Garland, twórca Ex Machiny
Kiedy: 22 lutego 2018
Zwiastun:



Ktoś we mnie Sary Waters



O czym: Sarah Waters (uwielbiam ją, a nie czytałam!) tym razem pisze z męskiej perspektywy, bawiąc się konwencją opowieści o duchach. Okres powojenny, wiejski lekarz odwiedza pacjenta w starym, niepokojącym domu. Hux jako ofiara w stylowym horrorze? Tak!
Kto: Domhnall Gleeson, Ruth Wilson (ooch! moja ulubiona Jane Eyre!), Will Poulter i Charlotte Rampling 
Kiedy: wrzesień/sierpień 2018


Belcanto Ann Patchett



O czym: Amerykańska sopranistka wyjeżdża na prywatny koncert do ubogiego państwa Ameryki Południowej. Rezydencja japońskiego bogacza zostaje napadnięta przez terrorystów, przez co gwiazda zostaje uwięziona na długo. Jestem zainteresowana ze względu na aktorkę. No i rzecz jasna kocham Julianne Moore.
Kto: Julianne Moore w roli śpiewaczki operowej, Ken Watanabe jako japoński przemysłowiec. Kiedy: kiedyś w 2018


Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek Mary Ann Shaffer




O czym: I znów po wojnie, tak dokładniej drugiej wojnie światowej. Londyńska pisarka Juliet Ashton szuka inspiracji do dalszego pisania, kiedy poznaje towarzystwo zamieszkujące wyspę Guernsey nieopodal wybrzeża Normandii i zaczyna wgłębiać się w historię naznaczoną nazistami. Jak słyszę, że historia o pisarce, to dla mnie natychmiast po prostu brzmi ciekawie.
Kto: Michiel Huisman, Lily James, Glen Powell
Kiedy: kwiecień 2018


Mary Poppins P.L. Travers



O czym: Wiecie, że ja nigdy nie czytałam Mary Poppins? Oglądałam klasyk Disneya, widziałam Saving Mr Banks. A teraz szykuje się remake o dorosłych już bohaterach i ich dzieciach, których w czasach kryzysu gospodarczego w okresie międzywojnia odwiedza magiczna stara znajoma. 
Kto: Emily Blunt (och!) jako Mary Poppins, a na dokładkę Meryl Streep i Colina Firtha (oooooch)
Kiedy: 25 grudnia 2018
Trailer:



Fałdka czasu Madeleine L'Engle



O czym: Nowe dzieło wytwórni Disneya na podstawie książki science fiction dla dzieci. Czternastoletnia Meg wraz z bratem i przyjaciółką wyrusza w fantastyczną podróż w poszukiwaniu zaginionego ojca-naukowca. Chciałabym się dowiedzieć, o co tu biega. Szkoda tylko, że nie zachowano w polskim tytule filmy pierwszego tłumaczenia z książki. Jest takie urocze! Bardziej przyciąga niż nijaka Pułapka czasu, prawda?
Kto: Reese Witherspoon, Mindy Kaling i... Oprah Winfrey!
Kiedy: W Polsce: 9 marca 2018, na świecie: 7 marca 2018
Zwiastun:



Wszystkie jasne miejsca Jennifer Niven



O czym: Young adult, o którym mówi się, że jest następcą Gwiazd naszych wina. Nastolatka uczy się życia od chłopaka, który marzy o śmierci. Z ciekawości bym obczaiła.
Kto: Elle Fanning w roli głównej
Kiedy: Premiera w 2018.
Zwiastun:



Simon vs. the Homo Sapiens Agenda Becky Albertelli



O czym: Simon to młody chłopak, który nie zdecydował się wyjść z szafy i przyznać do swojej orientacji seksualnej, ale jest do tego zmuszony, gdy dowiaduje się o tym ktoś z jego klasy.
Kto: Gwiazdy kina young adult, Katherine Langford i Nick Robinson.
Kiedy: 16 Marca 2018
Zwiastun:



Ophelia Lisy M. Klein



Co: Najsłynniejsza tragedia Szekspira opowiedziana oczami Ofelii, na podstawie powieści z 2006 roku. Ponoć dziewczyna jest pokazana z ikrą, romans z Hamletem mrocznie, a oczywiście wszystko związane zostało soczystą tajemnicą. Mnie najbardziej ciekawi Rey i Malfoy w elżbietańskiej otoczce.
Kto: Daisy Ridley jako Ofelia, Tom Felton jako jej brat
Kiedy: 22 stycznia 2018


Czerwona jaskółka Jasona Matthewsa



O czym: Kończy się kariera primabaleriny, zaczyna się życie szpiega. Były agent CIA pisze powieść o spełnieniu wszystkich stereotypów dotyczących kobiet z Rosji: baletnica uczy się uwodzić, by pozyskać informacje od wrogów państwa. Szczerze – jeśli nie przeczytam, to chociaż obejrzę. Zwiastun robi wrażenie.
Kto: Jennifer Lawrence w roli głównej.
Kiedy: 2 marca 2018 
Zwiastun:



Gdzie jesteś, Bernadette? Marii Semple



O czym: Bernadette przepada. Nie miała przyjaciół, była znana z charakterku. Jej piętnastoletnia córka przekopuje jej pocztę, dokumenty i sekrety, by ją odnaleźć.
Kto: Cate Blanchett w roli Bernadette. Scenariusz piszą Scott Neustadter i Michael H. Weber, którzy popełnili 500 dni miłości.
Kiedy: 11 maja 2018


Crazy Rich Asians Kevina Kwana



O czym: Azjata z Nowego Jorku zabiera swoją dziewczynę na wesele w Singapurze. Dziewczyna musi zmierzyć się z azjatyckością zupełnie inną niż ta amerykańska, ze światem obrzydliwie bogatych, a także z siedzącą na górze forsy rodziną ukochanego. Brzmi zabawnie, ale i ciekawie kulturowo.
Kto: Constance Wu i Ken Jeong. 
Kiedy: 17 sierpnia 2018
Wywiad z obsadą:



Piotruś Królik Beatrix Potter



O czym: No dobrze, może i nie będę czytać opowiastki dla dzieci o króliku, który wytrwale walczy o dostęp do ogródka warzywnego właściciela pobliskiego domu, ale obsada i uroczy zwiastun są zbyt zachęcające, żeby pominąć ten film w zestawieniu :)
Kto: Głosy podkładają m.in. Margot Robbie, Daisy Ridley i Sia, w roli głównej Domnhall Gleeson
Kiedy: w Polsce 13 kwietnia 2018, w USA 9 lutego 2018



Dodatkowo na naszym rodzimym poletku chcę przeczytać i wyglądam na:



Ciemno, prawie noc Joanny Bator

O czym: Dziennikarka Alicja Tabor wraca do rodzinnego Wałbrzycha, by zająć się sprawą zaginięć dzieci; w trakcie pracy reporterskiej zagłębia się w tajemnice sprzed lat.
Kto: Reżyseruje Borys Lankosz, m.in. zagrają m. in. Magdalena Cielecka, Anja Rubik, Marcin Dorociński, Jerzy Trela
Kiedy: Premiera nieustalona, ale zdjęcia miały się zacząć ubiegłej jesieni.



Zły Leopolda Tyrmanda

O czym: Kultowa polska historia na granicy kryminału, romansu i westernu, opisująca półświatek powojennej Warszawy.
Kiedy: Zdjęcia ruszyć już w 2018, a premiera planowana jest na przełom 2019 i 2020.


Co więcej, ostrzę ząbki na poniższe serialowe ekranizacje:



Dobry omen Terry'ego Pratchetta i Neila Gaimana



O czym: Anioł i diabeł, zesłani na Ziemię, w sumie już przyzwyczaili się do ludzkich zwyczajów, technologii i generalnie życia. Dlatego gdy wielkimi krokami nadchodzi Apokalipsa... Czy komuś to w ogóle potrzebne? Po więcej zapraszam do mojej recenzji książki tutaj.
Kto: David Tennant jako Crowley, Michael Sheen jako Aziraphale i Jon Hamm jako Archanioł Gabriel. Czego chcieć więcej?
Kiedy: podobno kiedyś w 2018


Wodnikowe Wzgórze Richarda Adamsa



Co: BBC i Netflix mają zrobić czteroodcinkowy miniserial na podstawie książki dla dzieci, która ponoć krzywdzi pokolenia. Cywilizowana społeczność królików musi uciekać ze swojego miejsca zamieszkania i szukać nowego domu. Obsada serialu i piękne wydanie książki nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Kto: Nicholas Hoult, John Boyega, James McAvoy
Kiedy: Zapowiadano na ubiegły rok, ale przeniesiono na drugą połowę 2018.


Dodatkowe ciekawostki:

  • Denis Villeneuve, sprawca nowego Blade Runnera i Sicario, przymierza się do Diuny
  • Johnny Depp zagra w Niewidzialnym człowieku na podstawie Herberta George’a Wellsa
  • Jesienią tego roku ma pojawić się ekranizacja biografii Neila Armstronga. W rolę astronauty ma wcielić się Ryan Gosling, Claire Foy będzie grać jego żonę, a wszystkim tym kieruje reżyser La La Landu. Osobliwa historia.
  • Już 26 stycznia tego roku na ekrany polskich kin wejdzie zeszłoroczny film o Winstonie ChurchilluCzas mroku, też na podstawie książki. W roli głównej Gary Oldman.
  • Szykuje się kolejna część Millenium. Tym razem ekranizowana będzie czwarta część, a pierwsza, której nie pisał Larsson: Dziewczyna w pajęczej sieci. Claire Foy przejmuje rolę Lisbeth po Rooney Marze. Zupełnie mnie to nie rusza, ani nie mam ochoty czytać dalej.

A Wy? Na co czekacie? Czy coś będziecie czytać najpierw? Coś według Was pominęłam? 

czwartek, 4 stycznia 2018

W 2017 będę czytać po angielsku - podsumowanie wyzwania




Ubiegł trzeci rok prowadzenia anglistycznych wyzwań. Wyzwanie, które właśnie będę podsumowywać, skupiało się tylko na czytaniu po angielsku i miało dołączone wydarzenie na Facebooku. W poprzednich latach mieliście do wyboru dwa wyzwania, jedno polegające na czytaniu literatury angielskiej i drugie samego czytania po angielsku. 

Cóż, w tym roku postanowiłam zrezygnować ostatecznie z prowadzenia tego wyzwania. Zresztą, po co się powtarzać. Chyba moje wyzwanie było na tyle mało widoczne, że zostało przechwycone przez dziewczyny z innych blogów i powstała grupa Przeczytam 12 książek po angielsku w 2018 roku. Będę tam buszować, bo zniżki, nagrody i wszystko to, czego nie zapewniłam w ubiegłych latach moimi wyzwaniami.

A przechodząc do podsumowania 2017 roku. Gratuluję też wszystkim uczestnikom! WSZYSTKIM! Dzięki za wspólną zabawę:)



Podsumowanie wyzwania W 2017 będę czytać po angielsku

Rozkminy Hadyny – 26 pozycji
Ekruda – 18 pozycji
Agnieszka Wisniewska – 14 pozycji
Strona po stronie –  9 pozycji
Multikulturalny – 8 pozycji
Niekoniecznie papierowe – 2 pozycje
Czytam to i owo – 1 pozycja


Bardzo się cieszę, że chcieliście ze mną czytać! 

Gratuluję Ekrudzie, która spisała się wyśmienicie, a także Agnieszce, która wiernie i aktywnie oznaczała wszystkie lektury na wyzwaniu na Facebooku, kiedy sama zdążyłam zapomnieć, żeby tam wpisywać książki... Dziękuję też Samborowi i J., Wasze wyniki też są naprawdę super! I dziękuję też Tarninie i Karo za udział, oby czytanie po angielsku kwitło :)

Na zakończenie tych trzech lat z wyzwaniami, przepraszam, że kończę. Ale chyba jednak są inni, którzy potrafią lepiej zagrzać do czytania po angielsku, a ja sama, jak widzicie, nie potrzebuję zachęty. Jeśli jednak będziecie chcieli kontynuacji albo macie jakieś słowa porady – piszcie w komentarzach.

Angielskiego zaczytania w nowym roku!

poniedziałek, 1 stycznia 2018

PODSUMOWANIE! Kolejny rok rozkmin, rozkminy roku 2017



Witam Was wszystkich w nowym, 2018 roku!


Jak sobie pewnie przypominacie, co roku z okazji pierwszego stycznia uraczam Was rozminami roku ubiegłego (poprzednie wyglądały tak: 201320142015 i 2016). Stąd też niezmiennie czas na kolejne podsumowanie i rozkminowe nagrody, tym razem przyznawane lekturom, filmom i serialom, które poznałam w 2017.

Czytanie


W ubiegłym roku o tej porze martwiłam się tym, że przeczytałam tylko 40 książek w 2016 roku i nie dałam rady nawet pomarzyć o stawianym sobie co roku celu w postaci 52 książek. Było to szczególnie przygnębiające ze względu na fakt, że była to też moja osobista zniżka formy, bo normalnie nie miałam nigdy problemu z czytaniem około pięćdziesięciu książek rocznie. W tym roku spięłam się w sobie, przygotowałam stosowne pomoce (pamiętacie wpis o śledzeniu postępów w czytaniu?), aktywnie oznaczałam swoje lektury na rozkminowym koncie Goodreads, wpisywałam je na listę na specjalnym arkuszu Excela, obliczając, jak mi idzie, ile brakuje, kiedy mogę się rozluźnić, a kiedy przyspieszyć tempo, żeby zdążyć. Jak już wspominałam we wpisie urodzinowym, nie wyszło mi to na dobre. Popędzanie się na każdej chwili, kontrolowanie, ustawianie lektur pod względem długości, żeby wyrobić normę – zdecydowanie nie chcę tego powtarzać. Czas wrzucić na luz i przestać się przejmować.

Niemniej jednak, w 2017 roku przeczytałam równo 52 książki i aż dziesięć komiksów i mang. To lepszy wynik zarówno w jednej, jak i drugiej kategorii, niż ten z ubiegłego roku.

Garść statystyk:

  • Jeśli chodzi o same książki, w ubiegłym roku przebiegłam wzrokiem 19 666 stron. Wow, to jakaś kosmiczna liczba! 
  • Najczęściej czytanym autorem był Neil Gaiman. Cudownie się go czyta.
  • Książki papierowe stanowiły ponad 70% moich lektur, ebooki – ledwie 26,9%. Do tego przesłuchałam tylko jednego audiobooka. Papier FTW!
  • Aż 76,9% z książek przeczytanych to pozycje starsze, a nie nowości. To dobrze, nie poddaję się presji aż tak często.
  • Najdłuższą przeczytaną książką było To Kinga (1093 strony), a najkrótszą – Star Wars: The Force Awakens: The Visual Dictionary (80 stron). Niezła różnica!
  • Czytam zdecydowanie za dużo pisarzy i pomijam pisarki – niewiele ponad 35% autorów przeczytanych przeze mnie książek to kobiety. Mogłabym to poprawić. 
  • Moje lektury oceniam raczej pozytywnie, w pięciostopniowej skali prawie połowa miała cztery gwiazdki, a niewielki odsetek poniżej dwóch. Staram się omijać książki, które na pewno mnie rozczarują.
  • Ponad jedna trzecia czytanych przeze mnie książek to literatura piękna, inne gatunki to znacznie mniejszy odsetek, z minimalną preferencją fantastyki. Jednak do literatury pięknej można wrzucić niemal wszystko, więc czas się przyznać: jestem po prostu molowym wszystkożercą.

Jest dobrze!


Blog 


I znów, wbrew moim smętnych rozważaniom w połowie grudnia, moja blogowa przestrzeń radzi sobie całkiem nieźle. Rozkminy dobiły niedawno do pięciuset obserwujących na Facebooku, a to ponad 150 osób więcej niż w zeszłym roku, mniej więcej odpowiednik ilości, jaka obserwowała fanpage Rozkmin dwa lata temu. Jakoś ten wózek się kręci;)

Łącznie Rozkminy w tym roku wyświetlono 238 036 razy, co stanowi ponad dwukrotność całkowitej liczby z zeszłego roku. To naprawdę świetny wynik, ponad dwa razy większy niż w zeszłym roku! Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają, jeszcze raz, z całego serca.

Jakie były najczęściej czytane wpisy w tym roku?

  1. Cykl Nowiny Hadyny – co miesiąc podsumowanie popkulturalne wybija się zazwyczaj na tle recenzji książkowych
  2. SHARE WEEK 2017: Twórcy polecają twórców, czyli kogo czytać – polecanki blogowe biją inne wpisy na głowę
  3. Ceremonia parzenia herbaty, konkurs i latający człowiek. Czerwone dziewczyny – konkurs i jednocześnie relacja ze spotkania okołopremierowego ciekawej książki
Oprócz tego wykazujecie spore zainteresowanie wpisami okołoksiązkowymi, które zebrałam w ogólną kategorię Porady dla moli (można ją przeszukać wybierając zakładkę Czytanie i dalej Porady... pod logiem bloga na górze strony), między innymi:

Jeśli chodzi o raporty z wydarzeń, targów, festiwali w serii W terenie, mogliście u mnie tradycyjnie poczytać o Serialconie, PyrkonieTargach Książki w Warszawie, MFKiG w Łodzi. Zastanawiam się, czy ten cykl jest w ogóle potrzebny. Zawsze to sporo zachodu, żeby cały wyjazd biegać z ciężkim aparatem i robić zdjęcia, a jednak takie wpisy nie zbierają większej publiczności. Co o tym sądzicie?

Jeśli chodzi o gry, napisałam tylko o dwóch, bo i tyle udało mi się w ubiegłym roku skończyć: Wiedźmina 3 z dodatkami i Firewatch. Chciałabym skończyć w nowym roku zaczętą i rozgrzebaną Beyond Good and Evil, między innymi.

O dziwo, choć miałam w planach pisanie o kilku komiksach, napisałam tylko o mangowym Sherlocku. Postaram się może zrobić zbiorczy wpis komiksowy niedługo, żeby nadrobić ostatnie lektury.

Jeśli chodzi o Nerdozja, czyli książki nerdzkie, pisałam tylko o dwóch, obu związanych z Gwiezdnymi Wojnami. Chyba jestem zbyt monotematyczna ostatni, jeśli o to chodzi ;)

Za to w powieściach i rozmyślaniach związanych z literaturą angielską, czyli w cyklu Anglofilia, oj, tu był wysyp wpisów.

Prężnie działa rozkminowy Instagram, ostatnio odświeżyłam Tumblera, najczęściej jednak można mnie usłyszeć na Fejsie. Niestety z braku czasu, zastępstwa i odpowiedniego miejsca zdecydowałam się podczas wakacji zrezygnować comiesięcznego Silent Reading Party. Może jeszcze kiedyś wskrzeszę tę inicjatywę, ale najpierw musiałabym znaleźć pomocnika albo partnera.

A Wy – o czym najchętniej czytacie lub przeczytalibyście na Rozkminach w nowym roku?


A teraz czas na Rozkminowe nagrody 2017!


1. Najgłębsze rozkminy



Wahałam się między trzema pozycjami: Oryx & Crake Margaret AtwoodRękopisem znalezionym w Saragossie Jana Potockiego oraz American Pastoral Philipa Rotha. Palmę pierwszeństwa mimo wszystko jednak przyznaję tej ostatniej powieści, bo była bardzo nieoczywista i chwilę mi zajęło dojście do niektórych wniosków.

2. Największy kradziej czasu



Ze wszystkich tegorocznych lektur Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego zdecydowanie wciągnęło mnie najbardziej. Niedawno mogliście poczytać o tych wszystkich emocjach i wypiekach :)

3. Największe zaskoczenie 



Bez większego namysłu mogę przyznać, że największym pozytywnym zaskoczeniem były dla mnie fantastyczne Magiczne lata Roberta McCammona. Książka po wielokroć chwalona przez innych blogerów, przeczytana dopiero w tym roku, absolutnie zachwyciła, choć nie spodziewałam się aż tak cudownej lektury.

4. Najlepszy ubaw podczas czytania



Wiem, że mógłby się tu pojawić na przykład Pratchett, ale jednak Tajemnica domu Helclów Maryli Szymiczkowej, uroczy żart literacki, zabawa konwencją, krakowskimi stereotypami i prześmieszny, inteligentny humor związany z samym zachowaniem, charakterem i dulszczyzną profesorowej Szczupaczyńskiej trafiają prosto w moje gusta. Gorąco polecam, i tak, niedługo biorę się za drugą część, za długo to odkładam!

5. Największy gniot 



W tym roku podjęłam jeden wysiłek, by zapoznać się ze współcześnie popularnymi seriami young adult. Red Queen Victorii Aveyard była totalną porażką. Nie polecam, tam nic ciekawego nie ma może prócz spektakularnego rozczarowania.

6. Najlepszy komiks



Nie zrobiłam ostatecznie wpisu o pięciu tomach Kota rabina Joanna Sfara, które czytałam jeszcze latem. A to piękny, mądry komiks z rozedrganą, specyficzną kreską i dającymi do myślenia historiami związanymi z tolerancją, wiarą, przywiązaniem, przyjaźnią, miłością. Bardzo polecam.

A do tego w tym miejscu chciałabym jeszcze dać wyróżnienie pikantnej, uroczej serii Sunstone Stjepana Šejića, która mnie całkowicie podbiła.

7. Serial roku



W tym roku to tak strasznie trudny wybór! Widziałam tyle fantastycznych seriali, głównie komediowych, animowanych i kostiumowych: Community, Parks & Recreation, Rick and Morty, Legion, Samutaj Jack, Tabu, Opowieść podręcznej, Alias Grace, Anne with an A, Battlestar Galactica... Który z nich najbardziej zawładnął moją wyobraźnią? No dobrze. Przyznam się. Community. Genialny humor, kochani bohaterowie, piękna gra z telewizją. Idźcie i oglądajcie.

#andamovie

8. Film roku



W tym roku kina obrodziły filmami, które mnie osobiście poruszyły, rozbawiły, zachwyciły... Baby Driver, nowy Blade Runner, Split, Sztuka kochaniaSuperman: Homecoming, Thor: Ragnarok, Uciekaj, Wojna o Planetę Małp, a ze starszych filmów oglądanych w domu: John Wick, Oscar i Lucinda, Thelma i Louise. Jednak tutaj nie ma co się wahać, mój faworyt chyba jest jasny. Tak, nagroda idzie do... *werble* nowego epizodu Gwiezdnych Wojen!

9. Wyróżnienie



A na koniec szczególne wyróżnienie dla produkcji, która nie mieści się w moich kryteriach powyższych nagród. To musical broadwayowski, przez którego teraz niektóre frazy tak nieodłącznie kojarzą mi się z piosenkami Lina Manuela Mirandy, że jestem bezradna (no i już się zaczyna w głowie: Helpless | that boy is mine | that boy is mine...). A mianowicie? Hamilton!


Tak, te wszystkie bilety to filmy, na których byłam w tym roku w kinie.

Znakomitości w 2018!

sobota, 30 grudnia 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: GRUDZIEŃ 2017



W grudniu udało się wszystko zapiąć na ostatni guzik: doczytać z zapasem pięćdziesiąt dwie książki, obejrzeć całą oryginalną trylogię Gwiezdnych Wojen, a do tego Rogue One i Przebudzenie mocy (by godnie przygotować się na Last Jedi), ogarnąć święta, przygotować wpis podsumowujący rok na pierwszego stycznia. Rok zamknięty. Przede mną tylko wyprawa w góry na Sylwestra i Nowy Rok. Mogę się wyluzować.

Co czytałam? W tym miesiącu skończyłam trzy książki: The Productivity Project Chrisa Baileya, Textual Poachers Henry'ego Jenkinsa i przesłuchałam Jak zawsze Zygmunta Miłoszewskiego. Do tego zagryzłam dwoma pierwszymi tomami mangi One-Punch Man. W między czasie już czytam trzy kolejne książki, ale o tym już w styczniu. Póki co możecie śledzić moje postepy na Goodreads.

A co tam, panie, w popkulturze?


Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (2017)


Grudzień bezsprzecznie upłynął pod znakiem Gwiezdnych Wojen. Oglądanie poprzednich części w ramach ułożenia tego, co pamiętam, na swoim miejscu, by w pełni docenić wszelkie smaczki, które mogłyby się pojawić w nowym filmie. Zapraszanie znajomych na maratony. Czytanie ilustrowanego słownika Przebudzenia mocy. To wszystko sprawiło, że wyprawa do kina ze znajomymi na przedpremierę była tym bogatsza. A sam film... Wiem, że wielu ludziom się nie podobał albo co najmniej wywołał mieszane uczucia. Ja zaś jestem zachwycona do tej pory. I chodziłam jak ogłupiała, aż poszliśmy jeszcze raz, który był jeszcze lepszy.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że są fragmenty nie do końca dobrze poprowadzone, jakby twórcy nie wiedzieli, co zrobić z daną postacią. Albo wydają się być wypełniaczami bez zbytniej treści. Jest jeden moment, który trochę załamuje, bo wygląda zdecydowanie idiotycznie, gdy miał wzruszać. Trochę za dużo jest w nich nachalnych porgów. Jednak mimo tego, że film jest długi, ogląda się go w mgnieniu oka, ma sceny, przy których kręci się łza, sceny, przy których nie można wyjść z podziwu, zachwytu, dumy, sceny, po których trzeba sobie przypomnieć, jak się oddycha. Relacja Luke - Rey - Ben jest pokazana absolutnie fantastycznie. A nadzieja i oczekiwanie na następną część rozjaśniają mi dni, choć poczekam kolejne dwa lata. Nie szkodzi.

Dostałam figurkę Kylo pod choinkę...



Community (2009–2015)


Kilka dni temu pożegnałam Community. Jeszcze dooglądałam shorty, materiały specjalne, reklamy z obsadą. I już nic nie zostało. Pisałam już sporo o tym serialu komediowym w poprzednich Nowinach w listopadzie, więc nie będę się powtarzać, ale jeszcze wspomnę, że nie warto się zrażać na początku. Tylko oglądać. Żeby odkryć tę wyobraźnię, lekkość, cudowny humor twórców. Musiałam się dokształcać z telewizji oglądając ten serial. Już rozpoznam G.I. Joe i wiem, o czym jest Karate Kid. To wszystko, żeby docenić te wszystkie gatunkowe kombinacje, te zabawy konwencją, te nawiązania. Jeszcze raz polecam.




The Crown (2016- )


Na święta znów przepadłam, oglądając jeden odcinek po drugim, śledząc dalsze losy brytyjskiej rodziny królewskiej. Drugi sezon The Crown już nie odciąga postacią spoza pałacu Buckingham, tak jak w pierwszym sezonie najlepiej oglądało się te odcinki z Churchillem. Premierzy też są obecni, jednak na pierwszy plan zdecydowanie wychodzi trudne małżeństwo królowej Elżbiety i księcia Filipa, dzieciństwo księcia Karola w porównaniu z wspomnieniami jego ojca, usamodzielnianie się księżniczki Małgorzaty, losy korony w dobie krytycznych mediów, wpływ Jackie Kennedy na królową, wreszcie niechlubna historia współpracy z nazistami. Wszystkie te tematy były odważne, frapujące i jednocześnie nieco niepokojące do oglądania. Bo przecież wchodzimy z butami do czyjegoś życia, zaglądamy rodzinie królewskiej do sypialni, do oczu pełnych łez, do starych, wstydliwych akt. Świetna telewizja, ale chciałabym wiedzieć, czy królowe naprawdę podoba się, że tyle widzów przygląda się skrupulatnie najwrażliwszym detalom z jej życia.



Outlander (2014- )


Pierwszym odcinkiem Outlandera zachwycałam się już dość dawno na Facebooku. Potem serial poszedł w odstawkę, ale po Jej Wysokości wróciłam i oglądam już wiernie. Jestem na siódmym odcinku pierwszego sezonu. Póki co jest bardzo dobrze, zdarzają się dłużyzny, zdarzają się klisze, ale wszystko wynagradzane jest jednak dobrym wyczuciem, świetną obsadą, pięknymi zdjęciami i ciekawą historią. Generalnie fabuła zasadza się na pomyśle podróży w czasie; Brytyjka, która podczas drugiej wojny światowej amputowała kończyny na froncie, znienacka wrzucona jest o dwieście lat wstecz, gdzie wplątuje się w konflikt między szkockimi klanami i jakobitami a angielskimi żołnierzami występującymi w imieniu króla. Do tego jeszcze dochodzi fakt, że Claire poznaje praszczura swojego współczesnego męża, człowieka okrutnego i bezwzględnego, który przecież ma rysy jej ukochanego małżonka. Element fantastyki, wszędobylska szkockość, dźwięk dud, rozwiane włosy i przystojni a waleczni mężczyźni. Rozpieram się na fotelu i proszę o więcej.




Karate Kid (1984)


Jak już wspomniałam wcześniej, musiałam się dokształcić z zakresu historii współczesnej telewizji z powodu Community. Zostałam zatem posadzona przed ekranem w zupełnej, niewinnej ignorancji, żeby dowiedzieć się, czym jest ten cały Karate Kid. Wreszcie poznałam kultową postać pana Miyagiego i jego niekonwencjonalne metody nauki karate. Jak na film dla nastolatków z lat osiemdziesiątych, sam wątek Daniela i jego dziewczyny, choć typowy i drętwy, jest całkiem przekonujący, bo postaci momentami autentycznie ze sobą rozmawiają. Konflikt między dobrym chłopakiem a złymi łobuzami ze szkoły, a raczej złej szkółki karate, choć to oś filmu, jest bardziej żartobliwy niż poważny. Natomiast co naprawdę warto zapamiętać to pięknie rozpisana kiełkująca przyjaźń między starszym, japońskim panem, którego wojna mocno skrzywdziła, a młodym, ciekawym świata nastolatkiem. Scena nocnego pijaństwa, gdy dowiadujemy się o panu Miyagim odrobinę więcej, to rzecz, której się nie zapomina.



To wspaniałe życie (1946) 


Na koniec film, który miałam obejrzeć od kilku kolejnych świąt Bożego Narodzenia. Wreszcie się udało. Amerykański, rozwleczony klasyk świąteczny, na którym wychowały się pokolenia. Uproszczona wersja Opowieści wigilijnej, ucząca, że bycie dobrym, bezinteresownym i porzucenie marzeń na rzecz rodzinnego interesu zawsze się będzie bardziej opłacało niż osiągnięcie sukcesu kosztem zaprzedania duszy diabłu. Historia George'a Baileya mogłaby być opowiedziana w o połowę krótszym czasie, ale przez co najmniej pierwszą godzinę seansu oglądamy dzieciństwo i młodość bohatera, dobrego chłopaka, który chce się wyrwać ze swojego miasteczka i zwiedzać świat, ale przywiązują go zobowiązania wobec społeczności i ojca. Długo walczy, by ocalić prowadzoną niemal bezinteresownie organizację pożyczającą pieniądze biednym, by uchronić ich przed wpływami bogatego i bezwzględnego właściciela banku. Ostatecznie zbieg okoliczności doprowadza go do myśli samobójczych. Wtedy pojawia się uroczy i trochę gapowaty anioł stróż, który wystawia kawę na ławę, stwierdza, że musi go uratować i w ramach nauki pokazuje mu jego miasteczko tak, jakby George nigdy się nie narodził. Proste? Proste. Drugi raz oglądać nie będę, bo jednak nudnawe, przegadane sentymentalne i przeciągnięte. Ale warto znać, bo rzecz kultowa.


A jak minął Wasz grudzień?

środa, 27 grudnia 2017

Liga niezwykłych romantyków pod flagą biało-czerwoną. „Czterdzieści i cztery”


Doczytałam ostatnie stronice z zapartym tchem, odpędzając naprzykrzającego się Lubego, bo miałam skończyć już ponad pół godziny temu, ale nie mogłam się oderwać. Wczytałam się na koniec w posłowie autora, wchłaniając pełen obraz koncepcji i wizji powieści. Wreszcie pełnym namaszczenia, trochę smutnym ruchem zamknęłam okładkę, która opadła na grube stronice z głuchym dudnięciem. Olbrzymi uśmiech satysfakcji nie mógł mi jeszcze na długo zejść z ust.

Dawno nie miałam takiej reakcji na książkę. Dawno mnie nic tak kompletnie i cudownie nie wciągnęło. Czterdzieści i cztery Krzysztofa Piskorskiego może i na początku trochę zniechęca pokaźnym rozmiarem, ale jak już się zacznie czytać, trudno odstawić lekturę po pierwszej, mocnej scenie, która natychmiast wbija w fotel tudzież poduszkę. Napisana wartkim, filmowym językiem powieść przedstawia czytelnikowi fascynującą alternatywę dla dziewiętnastowiecznej historii Europy, łącząc ze sobą ciekawą, steampunkową wizję z martyrologią polskich powstań, literackim romantyzmem i współczesnym filmem awanturniczym. To Indiana Jones w świecie Dickensa z nostalgicznym hymnem patriotyzmu i nutką słowiańskiego poganizmu. Może i przesadzam, ale trudno mi zaklasyfikować tak pomysłowo obmyśloną powieść i nie chcę jej wrzucić do ogólnego wora z fantastyką. Najbliżej dla mnie będzie tu do skojarzenia z Ligą niezwykłych dżentelmenów (oczywiście komiksem, o którym pisałam już tutaj).

Nie upieram się, że to arcydzieło. Są pewne wady, nierówności, przede wszystkim słyszałam wiele zarzutów, że w porównaniu z poprzednimi książkami Piskorskiego, ta zdecydowanie blednie. Ale jednak ten tegoroczny Zajdel coś znaczy, prawda?

Zacznijmy jednak od początku.


W dziewiętnastym wieku, zamiast pary, gazu, prochu czy elektryczności, niemal na każdym kroku zaczęto wykorzystywać ether. Energia próżni została zaprzęgnięta do zasilania lamp, pierwszych samochodów i innych użytecznych, codziennych wynalazków, ale nade wszystko spostrzeżono jej potencjał do wytwarzania potężnej, ale niebezpiecznej broni. Najnowszym zaś odkryciem są etherowe bramy prowadzące do innych światów, łudząco podobnych do naszej Ziemi. Dodatkowo Europa z książki niedokładnie odpowiada tej rzeczywistej, między innymi Polska jeszcze nie została do końca podzielona, a małe Księstwo Warszawskie jeszcze się trzyma z sędziwym księciem Józefem Poniatowskim na czele. 

W tych okolicznościach poznajemy Elizę Żmijewską, dziewczynę w późnych latach dwudziestych, która niejedno widziała podczas powstania z 1830 roku. Rada Emigracyjna, a tak dokładniej Juliusz Słowacki, wysłała ją z ważną misją do Londynu, by tam wykonała wyrok na uważanym za zdrajcę ojczyzny, bogatym i sławnym na cały świat fabrykancie i wynalazcy, Konradzie Załuskim. Wysłanniczka przedziera się przez równoległe światy, poznając zupełnie nową rasę inteligentnych stworzeń, żyjącą głowę angielskiego arystokraty i londyński półświatek, by dopiąć swego i strzelić do Konrada, niegdyś przyjaciela z lat młodości, potem odszczepieńca, który nie dołączył do postania.

Tymczasem okazuje się, że uznawana za kapitalistyczne dobro do wykorzystania przez każdego energia etheru nie jest aż tak przyjazna ludzkości, jakby się to mogło wydawać...

Ta historia, choć nasączona detalami i dość zwariowana, czyta się błyskawicznie i z wypiekami. Zarysowany z rozmachem świat to dobrze przemyślana maszyna, w której jedno wpływa na drugie, zmieniając bieg historii jaką znamy. Między kartami powieści przebijają długie godziny pracy nad zapleczem historycznym, artystycznym i naukowym. Tutaj wynalazki wywołują problemy cywilizacyjne, wprawiają w ruch intrygi polityczne i rozruchy ludowe, łączą się z zagrożeniami biologicznymi, a nawet zgrabnie wikłają w wydarzenia w zgodzie z ich oryginalnym charakterem wielkie postaci: Słowackiego, Mickiewicza, Byrona. Napoleon Bonaparte utrzymywany jest przy życiu przez energię etheru i sprowadzane z innych światów specyfiki i gadżety, pojawiają się odpowiedniki luddystów, a poetka Eliza Żmijewska wciąż pośród tego wszystkiego ma czas myśleć nad układaniem wierszy.

Generalnie dla mnie ta historia na każdym poziomie była tak fascynująca, niesamowita i podniecająca, że nie mogłam się na dziwić, jakie to wszystko dobre.


Na pewno z czasem, gdy podniecenie i fascynacja opadają, dostrzega się, że jednak autor starał się wrzucić za dużo na raz do jednego wora. Dla przykładu, w prologu mamy świetną scenę ucieczki powstańców i scenę jak z Wiedźmina, z kapłanką pradawnej religii, magią krwi i starym duchem lasu. Który niestety już więcej się nie pojawia, a sam wątek wiary w Żmija, choć tak kusząco przedstawiony na początku, później pozostaje jednak traktowany po macoszemu i wcale nie odgrywa szczególnie ważnej roli. Podobnie z innymi zadzierzgniętymi szalenie ciekawie wątkami, które mogłyby znaleźć jakieś bardziej spektakularne rozwiązanie, ale wydają się niedbale porzucone, by jakoś dociągnąć główną fabułę do rozwiązania.

Eliza zdecydowanie jest jedną z ciekawszych kobiecych bohaterek, z jakimi miałam okazję się spotkać. To twarda, zdecydowana, pomysłowa kobieta o wielkiej intuicji, szczerym sercu, żelaznych zasadach i niesamowitych umiejętnościach. Mocno przypomina Minę z wspominanej już Ligi niezwykłych dżentelmenów i dość podobnie ją sobie wyobrażałam. A jednak czasem jej decyzje bywają dość sprzeczne z jej domniemanymi dokładnym przygotowaniem, chłodnym namysłem i precyzją snajpera. Któż planuje skomplikowany, wymagający plan, dokłada olbrzymich starań, żeby go wykonać, aż w końcu zachowuje się zupełnie niestosownie i marnuje swoją szansę? Kto, mając przed sobą jasny cel, wikła się przy okazji w niepotrzebną walkę, bo i tak musi przeczekać?

Część z tych problemów można wyjaśnić nierównością fabuły. Pierwszy akt, londyński, jest zdecydowanie najlepszy, najbardziej porywający, dwa kolejne jednak trochę kuleją. Epizod paryski według mnie można by w większości wyciąć, choć ma w sobie absolutnie fantastyczną scenę z olbrzymim, ale chyba nie do końca wykorzystanym potencjałem (dziady!). Wreszcie końcówka mocno zaskakuje zupełnie nieoczekiwanym rozwiązaniem akcji, trochę rozczarowującym jeśli chodzi o moc punktu klimatycznego, ale jednak w miarę jasno wiążącym wątki w jedną, sensowną całość. Czy jest to deux ex machina? Ja bym polemizowała, że jednak nie do końca, bo dostajemy elementy minimalnie wiążące się z mocno odjechanym rozwiązaniem. Zakończenie ujmuje i daje do myślenia, ale jednak coś tu jest nie do końca w smak, nie do końca w punkt. Choć główna fabuła zostaje wyjaśniona i zakończona, to wiele pobocznych wątków zostało pozostawionych bez komentarza.


Mimo tych wszystkich uwag, Czterdzieści i cztery to świetna lektura, zachwycająca bogactwem pomysłów, rozwiązań i śmiałą mieszanką mnie osobiście bardzo pociągających elementów. Cieszę się, że mam ją na półce.


Czterdzieści i cztery

Krzysztof Piskorski

Wydawnictwo Literackie, 2016
520 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


sobota, 23 grudnia 2017

Pierwotny sen ludzkości a pierwsza miesiączka. „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki”


Kiedy ja ostatnio czytałam coś szwedzkiego? Zamknęłam się tak bardzo w literaturze anglosaskiej, polskiej, z rzadka japońskiej, że straciłam z celownika mój niegdysiejszy cel na studiach, by rozszerzać horyzonty i czytać nieoczywiście, próbować słów egzotycznych, obcych, innych, rezygnować z kanonu i sięgać czytaniem w cały świat. A tymczasem ostatni raz literacko wybrałam się do Szwecji... kiedy kilka lat temu. Przy okazji trylogii Millennium. Spory przeskok.

Z Agnetą Pleijel spotkałam się tylko i wyłącznie dzięki Ani z Literackich Skarbów i Oli z Parapetu Literackiego. Zaproponowały, żebym wpadła z nimi na Festiwal Conrada i posłuchała wywiadu z autorką na żywo. Wyczytawszy, że zupełnie nieznana mi pisarka ma na koncie między innymi Lorda Nevermore, książkę o Witkacym i Malinowskim, zgodziłam się prędko. W ten sposób posłuchałam nie tylko Pleijel, która wydała mi się ciekawą, inteligentną i bystrą osobą, ale też jej pełnej entuzjazmu i zachwytu tłumaczki, potem posłuchałam fragmentu kontynuacji Wróżby, który mnie momentalnie porwał... i byłam kupiona. To znaczy poszłam na Targi Książki i kupiłam sobie naprawdę wyśmienitą książkę.

Wydana na grubym, przyjemnym w dotyku papierze, w minimalistycznej oprawie i pięknej, miękkiej obwolucie, Wróżba pozwala nam zajrzeć w przebłyskach do wspomnień szwedzkiej dziewczynki dorastającej w latach pięćdziesiątych. To powieść autobiograficzna, co może trochę niektórych razić jako zbędny ekshibicjonizm, ja jednak nie mam co do tego żadnych zażaleń z powodu z powodu pięknego, oszczędnego stylu i beztroskiej, szczerej autentyczności bijącej w oczy już od pierwszych stron.



Na dziewczynkę mówią Neta. Ma dwie siostry i rodziców, którzy są jak ogień i woda. On: matematyk, ścisłowiec, poświęcony karierze, wolałby kobietę radośniejszą i łatwiejszą w obyciu. Ona: niespełniona artystka, pianistka, zamknięta w roli matki i żony, rozgoryczona, rozpięta na krzyżu i brocząca krwią z powodu rodziny. Często się nie układa. Często też się przeprowadzają. Ojciec bywa nieobecny, matka trudna, a sama Neta czuje się wyalienowana, samotna, w potrzasku.

Dziewczyna jest ciekawska, chodzi własnymi ścieżkami, lubi próbować nowych rzeczy, pragnie być lubiana. Szuka tego w książkach i filmach, na które jest często za młoda, w przygodach z chłopakami na prywatkach, w szaleńczej pogoni na rowerze, w odważnych występach teatralnych. Jej matka nigdy nie jest z niej dumna, nawet trudno o chwilę uwagi dla dziecka. Nie zauważa rosnących piersi dziewczynki, więc ta musi sobie sama kupić pierwszy stanik. Gdy Neta staje się kobietą, matka pokazując pośpiesznie, jak sobie z tym radzić, szybko wpędza córkę w poczucie wstydu i niższości. A tymczasem Neta obserwuje, pyta, drąży, eksperymentuje. Poznaje swoje ciało, zadaje pytania o Boga, o moralność, o sens. Czasem błądzi, czasem zapędza się w kozi róg, czasem nie może już dłużej być w swoim własnym domu. Czasem widzi rzeczy, które kompletnie nie wpasowują się w jej wyobrażenia o ojcu, nie potrafi ich nazwać. Z perspektywy wieku widzi, że nie był bez winy, że matka naprawdę musiała wiele wycierpieć.

Fabuła jest nielinearna, porwana, pełna dziur. Wspomnienia wyłaniają się z konkretnych ciągów skojarzeń. Struktura powieści rozmywa się bez jasno określonych punktów zwrotnych, kulminacyjnych. Płynie jak rzeka strumieniem świadomości autorki, przetapiającej swoje myśli w suche, ale bardzo obrazowe i często piękne zdania, akapity, rozdziały. Tę prozę czyta się w mgnieniu oka, sama powieść jest naprawdę bardzo krótka, ale zostawia ślad, intryguje, wbija się jak drzazga. Samotność, odosobnienie, niewiedza, poznawanie życia po omacku i wyrzuty sumienia mieszają się w jeden dojrzewający, niepewny niczego umysł bystrej, ale czasem ślepej na pewne rzeczy nastolatki.



Cudownie czytać literaturę pisaną przez kobietę, która bez popadania w szufladkę literatury kobiecej, przedstawia dojrzewanie w realistyczny, namacalny, bardzo cielesny sposób. Znienacka miesiączka czy biustonosz wydają się uniwersalnym doświadczeniem, nośnikiem znaczenia ludzkiego, a nie tylko kobiecego. To mnie najbardziej poruszyło, ale nie zapominam też o tym, jak dobrze, jednocześnie z dobrym smakiem, ale też bolesną otwartością autorka przedstawia konflikt na płaszczyźnie rodzice-dziecko. Dzięki temu stawiam Wróżbę na półce niedaleko wstrząsającej Pianistki Elfriede Jelinek i mocnego Szumu Magdaleny Tulli.

Jednak odmawiam tej książce pełni zachwytu. To przetwarzanie swoich własnych doświadczeń nie przemieniło się w literaturę genialną, zachwycającą, poruszającą do głębi. W dobrą, owszem, ale czegoś zabrakło.  Sam powracający, głównie z tytule, motyw wróżby wcale do mnie nie przemawia. Nie pasuje do Nety i jej historii. Może autorka powinna się dłużej wsłuchiwać w głosy przeszłości, a potem przemienić je w dzieło bardziej zwięzłe, lepiej związane znaczeniami, objawiające? Historia opowiedziana w ten sposób bardziej przypomina luźne, zapisane ulotnymi wrażeniami kartki niż spójną całość.

Mam wrażenie, że wciąż brodzimy w nabierającym kształtów „pierwotnym śnie ludzkości”, jak napisała Pleijel.


Wróżba. Wspomnienia dziewczynki

Agneta Pleijel

Tłumaczenie: Justyna Czechowska
Karakter, 2016
256 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


wtorek, 19 grudnia 2017

Should I stay or should I go? Testuję EmpikGO


Trudno było ostatnio, żeby o uszy nie obiła się wieść o niedawno wypuszczonej przez Empik aplikacji na smartfony. EmpikGO to przeniesiona na komórkę książkowa oferta sklepu, umożliwiająca nawet bez pobierania całości słuchać kupionych na swoim koncie audiobooków i czytać ebooki. Brzmi całkiem sensownie, prawda? Dostęp do swoich zakupów staje się zdecydowanie wygodniejszy, gdy nie trzeba ściągać, a potem kopiować swoich materiałów na telefon czy czytnik przed wyruszeniem w drogę.

Kiedy zaoferowano mi kupon na zakupy w EmpikGO, blogerską przepustkę do nowości, postanowiłam jednak sprawdzić na własną rękę, czy to na pewno taka sielanka, jakiej wizję kreują reklamy.

Przesyłka z kuponem przyszła do mnie w poniedziałek pod wieczór. Całe szczęście, że pomimo dodatkowych zajęć i spotkania ze znajomymi na pub quiz, a także mimo chwili szarpana się z aplikacją i ostatecznego użycia komputera i strony Empiku, zdążyłam jeszcze podładować moje konto empikowe kodem z karty i kupić audiobooku na próbę. Już następnego dnia moje środki przepadły. Gdyby nie to, że już miałam jedną książkę elektroniczną na koncie, moja recenzja mogłaby skupiać się tylko i wyłącznie na słuchaniu książek czytanych przez EmpikGO.


Sama aplikacja wygląda czysto, minimalistycznie i estetycznie, a do tego jest w miarę intuicyjna. Na głównym ekranie oferuje przede wszystkim promowane nowości i bestsellery, a żeby wyszukać inne pozycje, trzeba zagłębić się w zakładkę z kategoriami, które dzielą ofertę sklepu na tematy modne, gatunki, grupy wiekowe i audiobooki bądź ebooki. Wejście w ogólne kategorie zwykle kończy się ponownym trafieniem na nowości i bestsellery i chwilę trzeba przewijać, żeby dotrzeć do innego rodzaju pozycji. Ostatecznie najlepszym sposobem na wyszukiwanie jest lupka, która pozwala na sprawdzenie oferty pod kątem konkretnych fraz. Aplikacja nie oferuje jeszcze pozycji rekomendowanych czy opartych na wcześniejszych zakupach, a może to byłoby niezłe rozwiązanie dla tych, których półki z rekomendacjami dla wszystkich trochę męczą?

Dobre jest to, że aplikacja posiada przyjazną biblioteczkę posiadanych już materiałów i ma możliwość zaznaczenia pracy wyłącznie online. Do tego środkowy przycisk pozwala bez zbędnych ceregieli od razu trafić do ostatnio używanej lektury. Wreszcie ostatnia zakładka pozwala na wejście w ustawienia konta, jednak z tego co rozumiem, przez aplikację można płacić tylko kartą płatniczą, ale kartą z kodem już nie. Przydałaby się jednak możliwość płacenia kartą czy kodem, bo akurat ja najczęściej kupuję w Empiku właśnie w ten sposób.

Przechodząc do zasadniczej funkcji aplikacji, czas na moją relację ze słuchania kupionego na próbę audiobooka. Co prawda nie słucham książek zbyt często, ale swoje o aplikacjach audiobookowych wiem: najlepsze dla mnie były te, w których można było dostosować prędkość czytania. Ileż to się nadenerwowałam, słuchając w nieskończoność o ilości skarpetek i majtek kupionych przez Lisbeth Salander, nie mogąc przyspieszyć powolnego lektora trylogii Millenium; jakże ułatwiło mi życie słuchanie uciążliwego Shantaramu na przyśpieszeniu, żeby go szybciej skończyć. EmpikGO ma taką funkcję, maksymalnie do podwójnej prędkości, choć straszna szkoda, że tylko w ćwiartkach, co znaczy, że nie można przyśpieszyć lektora tylko odrobinę. Nie ma też możliwości zwolnienia, co na przykład osobie uczącej się języka mogło by się przydać. Drugą bardzo przydatną funkcjonalnością, którą posiadają niektóre aplikacje do słuchania audiobooków, a której mnie brakowało w EmpikGO, to minimalne cofanie tekstu podczas wznowienia czytania, dzięki czemu słuchacz może szybko sobie przypomnieć, gdzie był, albo nadrobić, czego nie usłyszał między przeszkodą w słuchaniu, a odblokowywaniem ekranu i stopowaniem.


Zdecydowanie bardzo uciążliwe w słuchaniu audiobooków jest to, że oprócz spisu rozdziałów nie ma możliwości sprawdzenia, ile godzin trwa całość ani ile procent czy godzin zostało jeszcze do przesłuchania. Mnie osobiście szalenie to denerwuje, że nie mam choć minimalnej oceny, jak długa jest książka, której słucham. Jednak najbardziej drażniące było częste zatrzymywanie się, wyłączanie, zatrzymywanie aplikacji, długość ładowania kolejnych rozdziałów mimo sprawnego internetu (aż idąc ulicą, zdejmowałam rękawiczki i sprawdzałam, czy coś się nie popsuło, a to tylko ładowanie), resetowanie momentu, w którym przerwało się słuchać danego rozdziału. Nie zliczę, ile razy musiałam szukać mojego fragmentu, bo aplikacja się znów zatrzymała albo tylko ją zminimalizowałam. Szczerze mówiąc, czułam się podobnie jak w okresie, gdy wciąż musiałam od nowa resretować i włączać crashującą się apkę PokemonGO.

Do tego jeszcze dochodzi przedziwny zwyczaj aplikacji (a nie mogę znaleźć sposobu na jego wyłączenie) do automatycznego włączania czytania audiobooka, gdy podłączam słuchawki. I nie, to nie jest ogólne ustawienie moich słuchawek czy telefonu, z żadną inną aplikacją muzyczną tak mi się nie dzieje. Nawet gdy telefon jest zablokowany, a aplikacja jest zminimalizowana w tle, lektor zaczynał czytać, a ja się o tym orientowałam, gdy już zdążyło przejść parę rozdziałów.

Z wyłączeniem tych problemów, słuchało się przyjemnie, a sama funkcjonalność przewijania, skakania do innych rozdziałów, stopowania, działała dobrze. Miłym dodatkiem jest ustawienie czasomierza, który wyłącza aplikację po pewnym czasie, co niektórym może się bardzo przydać przy zasypianiu. Podobnie czytnik ebooków, choć długo trzeba czekać na (naprawdę) każdorazowe załadowanie książki do aplikacji, wydaje się być całkiem sprawny. Przede wszystkim pokazuje się tam procent przeczytanych stron oraz ilość stron przeczytanych i całościową liczbę stron w publikacji, a strony wyświetlają się przejrzyście i wygodnie. Jest też całkiem spory wybór kolorów tła, w tym ciemnego do czytania nocnego, a także stylu i wielkości czcionki.


Wydaje się, że EmpikGO potrzebuje jeszcze, khem, trochę, jeśli nie sporo, dopracowania, choć ogólny zamysł jest naprawdę świetny i funkcjonalny. Przede wszystkim, czy mamy na polskim rynku jakiś inny sklep z tak olbrzymią ofertą, który jednocześnie pozwala na przeglądanie zakupionych książek w tak wygodny sposób, prosto z pulpitu swojego smartfona? Muszę tu jeszcze dodać, że aplikacja do słuchania audiobooków, której ja używałam i bardzo sobie chwaliłam, niestety jest płatna. Natomiast w EmpikGO, który ma tak upragnioną przeze mnie funkcję ustawiania szybkości czytania, płaci się tylko za książkę. Może warto więc poczekać, aż Empik udoskonali swoją aplikację?


Dziękuję uprzejmie ekipie promującej aplikację za kod do testowania :)