Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

piątek, 23 sierpnia 2019

Miłość na trzy kontynenty. "Americanah" Chimamandy Ngozi Adichie


Kobiece włosy są polityczne.

Wyobraźcie sobie Baraka Obamę obok kobiety z wysoko upiętym kokiem z warkoczy, z zaplecionymi ciasno przy skórze warkoczykami w stylu cornrow, z krótkim barankiem mocno kręconych włosów, z dredami, z chmurą afro. Idą razem na spotkanie dyplomatyczne z innymi głowami państwa czy na ważną uroczystość.

Nie, w tej wizji jest coś nie tak. Coś tu nie pasuje.

Dopiero Michelle Obama z wyprostowanymi, ufryzowanymi, „normalnymi” włosami wygląda dobrze obok byłego prezydenta. I bardzo możliwe, że Obama nie wygrałby wyborów, gdyby jego żona nie miała „białej” fryzury.

Tymczasem Michelle tak naprawdę nie ma prostych włosów. Ma masę silnie skręconych sprężynek o teksturze zupełnie innej niż ta, która uznawana jest za domyślną. Nigdy o tym nie myślałam i trochę się zdziwiłam, widząc newsy ze zdjęciami byłej pierwszej damy USA w naturalnych włosach. W życiu mi nie przyszło do głowy patrząc na żonę amerykańskiego prezydenta, że jej włosy są konstruktem stricte wizerunkowym, polityczną zagrywką. I dopiero Adichie otworzyła mi oczy na intensywne starania wobec czarnych dziewczynek często od najmłodszych lat. Czarne włosy poddawane ekstremalnym zabiegom z użyciem toksycznych specyfików prostujących włosy. Paskudne chemikalia drażniące skórę głowy i przepalające włosy o wiele gorzej niż trwała. Wszystko po to, by mieć włosy, które uważane są w pracy, w urzędach, na stanowiskach za czyste, schludne i naturalne.

Mając naturalne, murzyńskie włosy, możesz nie dostać pracy. Stypendium. Podwyżki. Awansu. Wstępu do kraju.


Adichie zarzuca szeroką sieć: stara się zawszeć swoje obserwacje na temat bycia czarnym w Afryce, w Stanach Zjednocznonych, w Wielkiej Brytanii; bycia czarnym emigrantem i imigrantem, bycia deportowanym; bycia Afroamerykaninem od urodzenia i byciem Afrykańczykiem w Ameryce; wyjazdów i powrotów, traceniu i odnajdywaniu tożsamości i ojczyzny. Plecie swój misterny kilim spostrzeżeń, ironii i znaczeń ze słów stopniowo rozwijającej się opowieści, w centrum którego pozostaje rozdzielonych tysiącami kilometrów i doświadczeń dwójka kochanków: Efemelu i Obinze. Będziemy musieli dowiedzieć się, co się im przytrafiło od początku ich znajomości aż do sytuacji obecnej zanim dojdziemy do historii ich spotkania po latach, na które się zbierają na początku powieści.

Efemelu jest pewna siebie, bezpośrednia i wrażliwa; Obinze to oaza spokoju, uważny obserwator świata. Oboje są inteligentni, młodzi, pełni marzeń. On zawsze pragnął zobaczyć Stany Zjednoczone na własne oczy, pożerał amerykańskie książki. Ona nie do końca miała określone plany na przyszłość, ale analizowała sytuację swoich z trudem wiążących koniec z końcem rodziców i ciotki-utrzymanki generała. Ostatecznie ich drogi rozchodzą się i to zupełnie nie tak, jak kiedykolwiek by podejrzewali. Nauka na nigeryjskej uczelni okazuje się niemal niemożliwa z powodu strajków. Ona dostaje wizę do Stanów, on próbuje bezowocnie, aż postanawia spróbować szczęścia w Wielkiej Brytanii.

Obydwoje odtwarzają typowe ścieżki Afrykańczyków, którzy nie wychowali się w warunkach skrajnej biedy czy w buszu, a w klasie średniej cywilizowanego kraju. I, jak podkreśla Adichie, przez kulturę i społeczeństwo zostali uwarunkowani na wyglądanie na zachód czy północ, na aspirowanie do czegoś więcej, a tym czymś więcej nie może być Nigeria.

Obserwacji na tle rasowym, klasowym i narodowościowym jest całe mnóstwo, w większości zapisanych w postaci żywiołowego wpisu blogowego. Po kilkunastu latach w USA Efemelu przeszła wiele faz imigrantki z Afryki: szukanie pracy, depresję, zmianę akcentu, zmianę myślenia, adaptację – aż po świadome odrzucenie amerykańskiego stylu bycia, na skończeniu z prostowaniem włosów kończąc. Swoje spostrzeżenia spisywała na blogu, uświadamiając, drażniąc, zauważając i skłaniając do myślenia. Te zapiski mogą czasem irytować, bo ich wymowa jest ostrzejsza, bardziej zadziorna niż zwykły głos bohaterki. Mogą się też czasem wydawać za bardzo polityczne. Ale wydaje się, że taka miała być ich funkcja. Mają pobudzać, ale nie być wyrocznią. Czasem można spostrzec, że Efemelu się myliła, czasem sama zmienia nastawienie.


Z trochę większego dystansu spoglądamy na Obinzego, a on jest bardziej zamknięty w sobie. Jeśli pisze i się otwiera, to dopiero w mejlu do bliskiej osoby. W Wielkiej Brytanii posuwa się do przestępstw, podszywa się pod kogoś innego (zresztą jak Efemelu), bezskutecznie próbuje dostać National Insurance Number, chwyta się najpodlejszych prac, ostatecznie próbuje nawet ożenić się dla pozwolenia na pobyt. To wszystko jest bardzo upokarzającego dla pełnego aspiracji, wykształconego chłopaka, jednak największą porażką jest deportacja. Poznawszy jeden biegun biedy i to, jak emigracja zmienia jego rówieśników, buduje swoje życie od zera w Nigerii, obserwując pusty świat konwenansów i fasad ludzi bogatych.

Obie ścieżki prowadza przez samotność, zwątpienie, niezrozumienie. Obie części tej historii są świetnie napisane: bardzo prawdziwie, namacalnie doświadczamy losów emigranta na obczyźnie, ale też wnikliwie obserwujemy innych oczami bohaterów. Złotowłosa Amerykanka Kimberley stara się być ostrożna i na wszelki wypadek nazywa każdą osobę o ciemnej skórze „piękną” zamiast „czarną”. Emenike porzuca swoje korzenie i jak kameleon wtapia się w londyńską śmietankę towarzyską, przyjmując idealną maskę. Ciotka Uju nie pozwalała mówić swojemu synkowi o ich przeszłości w Nigerii. Fryzjerka błaga swoją klientkę, by przekonała dowolnego z jej dwóch chłopaków, żeby ją poślubili. Salonowe rozmówki ujawniają uprzedzenia i ograniczenia, osobiste rozmowy mieszanych par naświetlają niezrozumienie i branie za pewnik.

Mimo tego, że to powieść gęsta od wątków rasowych, społecznych, psychologicznych, to jednak przede wszystkim historia miłosna. Relacja między bohaterami jest pełna zawodów, goryczy, nagromadzonych krzywd i trudnych decyzji. Świat zmienił ich, ukształtował w dojrzałych, świadomych, ale i bardziej lękliwych i ostrożnych ludzi. Wizja ich powtórnego spotkania trzyma w napięciu bardziej niż niejedna historia o pierwszym spotkaniu, choć może końcówka powieści jest pośpieszona i trochę męczy. W żadnej mierze nie olśniewa jak początek.


Można powiedzieć, że to książka przegadana, trochę arogancka, na pewno bardzo wyrazista. Przydało by się parę cięć, niektóre fragmenty mogą nużyć, inne irytować. Trochę tego za dużo: w poszczególnych częściach skupiamy się na zbyt wielu postaciach pobocznych, mniej istotnych dla głównej fabuły, choć ważnych dla jak największego zróżnicowania doświadczeń. Wciąż, to nie jest zapis totalny, a bardziej intymny, bo chodzi głównie o tę dwójkę, i ich historię często przyćmiewa detal. Pomimo tych wad będę się trzymać pierwszego wrażenia, że to naprawdę dobry i ważny kawałek literatury.

Dla osoby z kraju, w którym kwestie rasowe są – może nie na pograniczu, ale wciąż widok osoby czarnoskórej jest dość rzadki – to bardzo potrzebne głębokie zanurzenie w problemy, o jakich trudno inaczej widzieć. Americanah uwrażliwia, pomaga w zrozumieniu i przede wszystkim przybliża przez pokazanie na przykładzie pełnokrwistych postaci.

Lektura tym bardziej obowiązkowa, bo Adichie zawita w Krakowie już tej jesieni na Festiwalu Conrada.


Americanah
Chimamanda Ngozi Adichie
Alfred A. Knopf, 2013
477 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


niedziela, 4 sierpnia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: CZERWIEC & LIPIEC 2019



Od czerwca dużo się u mnie działo. Najpierw dwa tygodnie podróży służbowej, potem tydzień intensywnej przerwy, potem dwa tygodnie wyjazdów urlopowych, tydzień przerwy, a potem znów tydzień na awaryjny wyjazd do domu rodzinnego. To pierwszy weekend od początku czerwca, kiedy odpoczywam we własnym mieszkaniu, bez perspektywy szybkiego pakowania się i kolejnych przygód.

Jakie to miłe uczucie, wreszcie móc poleżeć sobie w niedzielę na łóżku, opierając się o stertę miękkich poduszek, i cieszyć się wpadającym przez okno słońcem.

Mam nadzieję, że sytuacja mnie w miarę usprawiedliwia jeśli chodzi o zaległość czerwcowych nowin. Mogę się za to pochwalić, jakie miałam tempo czytania w lipcu, ale o tym za chwilę.

W czerwcu przeczytałam tylko:

  • kulturoznawczą opowieść o fandomie Jane Austen Among the Janeites Deborah Yaffe 
  • oraz  Faraona Prusa. Wierzcie czy nie, nie miałam go nigdy jako lektury szkolnej i sięgnęłam do niego dopiero teraz, z własnej woli. Było zabawnie! 
Natomiast w ubiegłym miesiącu wciągnęłam jak na zawrotną ilość sześciu książek, wiadomo, bo wreszcie miałam urlop. Nad jeziorem czy nad morzem czytałam:

  • Emigrację Malcolma XD, o której już pisałam na blogu, 
  • trzeci tom przygód profesorowej Szczupaczyńskiej, czyli Seans w domu egipskim Maryli Szymiczkowej (och, jak to się cudownie czyta!), 
  • Wyrd Sisters Terry'ego Pratchetta (wiedźmy są absolutnie fantastyczne), 
  • z polecenia magazynu „Książki” zajrzałam do historii wymyślonej amerykańskiej sekty dzięki After the Fire Willa Hilla, 
  • analizę życia seksualnego Polaków międzywojnia, czyli Epokę hipokryzji Kamila Janickiego, 
  • a na koniec, zainspirowana ogłoszoną wizytą autorki na tegorocznym Conradzie, pomyślnie zakończyłam drugie podejście do Americany Chimamandy Ngozi Adichie. Tę ostatnią najbardziej mam ochotę rozkminić na blogu.


Dodatkowo czytałam też komiksy: pierwszy omnibus Hellboya, The End of the Fucking World i zaczęłam serię Paper Girls.

A jeśli chodzi o popkulturę wizualną? Oj, była rozpusta!



Harry Potter i Kamień Filozoficzny (2001)
Harry Potter i Komnata Tajemnic (2002)


Nie oglądałam tych filmów od czasów, kiedy wyszły. Czasem mignęły mi fragmenty w telewizji, ale nie robiłam sobie powtórek w całości oprócz Więźnia Azkabanu w liceum. Ostatnio nostalgia wygrała i obejrzeliśmy sobie dwa pierwsze filmy Columbusa, z Richardem Harrisem w roli Dumbledore'a i uczniami biegającymi, jak trzeba, w szatach hogwarckich, a nie dżinsach. Solidnie i wiernie zrobione, dłużą się trochę momentami, ale wciąż dobrze się je ogląda mimo często fatalnego CGI.  Świetnie dobrani aktorzy, magiczna muzyka, szacunek wobec oryginału i niesamowita atmosfera wciąż robią swoje.


Pokémon: Detektyw Pikachu (2019)


To był uroczy film z głupiutką fabułą. Prosty, nieprzekombinowany, z Pokemonami odtworzonymi z sercem i dobrym smakiem. Pikachu w CGI to wzór do naśladowania jakichkolwiek adaptacji kreskówek i gier na przyszłość, ale gdyby nie fantastyczny dubbing Ryana Reynoldsa tego filmu nie oglądało by się tak samo, choć humor w dialogach też trzymał klasę. Wyszłam z kina szczęśliwa.


Truposze nie umierają (2019)


Nowy Jarmusch to nie jest film dla osób, które nie czują satysfakcji bez spinającej się w logiczny ciąg fabuły, poodmykanych wątków, sensownej przyczyny wydarzeń, wytłumaczalnego zakończenia i głębszego morału. To bardziej granie na nosie, zabawa konwencją i kinem, sztuka dla sztuki i dobra zabawa na planie, plus plejada świetnych aktorów, którzy mieli ochotę wziąć udział w tej imprezie. Apokalipsa zombie nastaje z powodu absurdalnie wydumanych powodów, postacie poznajemy nawet nie po to, by potem obserwować, jak giną, dużo rzeczy się nie spina, matatekstualne gierki są wrzucone ni przypiął, ni wypiął, a wygłaszany na koniec monolog Toma Waitsa o zgubnym materializmie wykrzywia zęby. Ja się jednak sporo śmiałam na seansie, piękny Adam Driver jak nie zachwyca, jak zachwyca, a Tilda Swinton ma chyba najlepszą rolę w całości.



Rocketman (2019)

Po Bohemian Rhapsody wyszłam rozśpiewana, nie mogłam spocząć, póki nie przesłucham wszystkich płyt Queen, ale to nie był jakiś specjalnie dobry film, po prostu lubię muzykę Queen, a obraz miał sporo problemów, o których pisałam wcześniej. Biopic o Eltonie Johnie fabularnie wychodzi o niebo lepiej, poprowadzony jako opowiadanie nie do końca godnego zaufania narratora, bez większych przekłamań czy tuszowania niewygodnych faktów. Elton osobiście pilnował, by niczego nie wybielać, podczas gdy muzycy Queen przejęli produkcję Bohemian Rhapsody, by wypuścić ugrzeczniony obrazek. Rocketman wygrywa szczerością, musicalowością, bo genialne było wpisanie piosenek w narrację, pozwolenie innym postaciom niż głównemu bohaterowi na śpiewanie. Co prawda trochę przesadzili z łopatologiczną sceną pojednania na koniec, to jednak ogląda się wyśmienicie. No i brawa dla Tarona Egertona, który sam śpiewa!



Wyspa psów (2018)


Wes Anderson tworzy specyficzne filmy. Dużo dobrych aktorów, dużo postaci, dużo zgiełku, serca, ekscentryzmu i pięknych stylizacji. Wyspa psów jest w tym sensie podobna do chociażby Grand Budapest Hotelu. Jest to jednak przede wszystkim przepiękna animacja poklatkowa, w którą wrzucono dużo pieniędzy, by dopieścić każdy detal. Widać tu też zachwyt kulturą japońską, brzmieniem języka, estetyką; rzecz zresztą dzieje się w Japonii, większość postaci mówi po japońsku, a tłumaczenie odbywa się często konsekutywnie poprzez tłumaczkę z budki, komputer czy inne środki; często musimy się domyślić z kontekstu, o co chodzi. Zresztą, co mówią bohaterowie ludzcy jest drugorzędne, bo główną rolę grają mówiące po angielsku psy. Całość składa się na baśń tyleż nieprawdopodobną, co rozrywkową, a chodzi o ocalenie wygnanych przez właścicieli psów i ukrócenie spisku właścicieli kotów. Jest zabawnie, uroczo, jednak całość jest dziwnie zbalansowana, na przykład niektóre postaci giną w narracji pomimo większego podbudowania na początku, czasem zaś są zupełnie zbędne. Jeśli jednak lubicie animację poklatkową, zwierzęta i Japonię, koniecznie sobie obczajcie.


Spider-Man: Daleko od domu (2019)
Spider-Man 2 (2004)


Udało mi się też obejrzeć dwie drugie części Spidermana, jedną w kinie, drugą w ramach odświeżania staroci. Far From Home to lekki, przyjemny i przezabawny film, godny pierwszej części Pająka z Tomem Hollandem. Mysterio jest świetnie poprowadzony, Nick Fury to klasa sama w sobie, szczególnie z końcowym twistem, a uczucie między MJ i Peterem chyba nigdy nie było tak naturalnie przedstawione na ekranie. Aktorka grająca MJ robi w ogóle kupę dobrej roboty, a oglądanie Neda to jak zwykle czysta przyjemność. W porównaniu z tym, co można obejrzeć teraz na ekranie, Spiderman 2 blednie niesamowicie. Przydługie, niezręczne sceny, całkowity brak chemii między Mary Jane a Peterem, no i sam Tobey Maguire, trochę za stary jak na studenta... ratuje to całkiem niezły dr Octopus i motyw tracenia mocy powiązanego z wątpliwościami. No ale gdzie jest coś miarę Hero w napisach końcowych? ;)


Godzilla II: Król potworów (2019)
Godzilla kontra Kosmogodzilla (1994)


Kolejna para filmów zrodziła się z wypadu na nową Godzillę razem ze znajomymi, którzy zgodzili się potem wpaść do nas i ktoś rzucił pomysł, by obejrzeć jakąś starszą, japońska Godzillę. Wybór padł na Kosmogodzillę, film z 1994, ale wyglądający, jakby miał dwadzieścia lat więcej. Koszmarne efekty specjalne, gumowe stroje, drewniana gra aktorska, powolnie, ale też trochę niezrozumiale prowadzona fabuła to dokładnie to, co się kocha w złych filmach. Druga część nowej, amerykańskiej Godzilli jest być może równie głupia fabularnie, jednak przynajmniej jest budżet, dzieje się intensywnie, pojawiają się inne potwory z mitologii Godzilli... generalnie jest ubaw po pachy.


Ciemny kryształ (1982)


Może słyszeliście, pojawiły się słuchy, że Netflix robi prequel do filmu fantasy Dark Crystal? Oryginał był zrobiony zupełnie bez aktorów, za to z lalkami Jima Hensona, twórcy mupetów, czemu więc nie poznać tego osobliwego tworu lat osiemdziesiątych? Zarówno lalki, projekty postaci, świat filmu jest zrobiony mistrzowsko i do tej pory może zachwycać. Mroczna historia opowiada o wysłanym w celu uleczenia świata młodym Gelflingu, stworzeniu podobnym do elfa, który tak właściwie nie wie do końca, co ma zrobić. Co prawda główny bohater cierpi na typowy syndrom mdłego, nieciekawego protagonisty, ale za to wszystkie inne postaci są intrygujące: opętane niskimi żądzami Skeksisy, dobrotliwi magowie Mistycy, ekscentryczna, nieustraszona wiedźma Aughra i zmyślna, bystra Kira. Jeśli lubicie klimaty w stylu Niekończącej się historii, to coś dla Was.


Maska (1994)


Również na Neflix trafiła kultowa Maska, czyli popis życia Jima Carrey'a. Mam w domu wielkiego fana tego filmu, więc musieliśmy go sobie przy okazji powtórzyć. Historii chyba nikomu zarysowywać nie trzeba, prędzej muszę donieść, że dzięki fantastycznej robocie protetyków, wizażystów i oczywiście plastycznej twarzy Carrey'a powstało coś absolutnie niesamowitego. Efekty specjalne tworzone komputerowo minimalnie się zestarzały, ale wciąż wyglądają świetnie. Oglądając bez lektora, za to w oryginale, można docenić humor zawarty w samym głosie Maski i jest to zdecydowanie coś, co ginie w tłumaczeniu lektorskim. Generalnie, pomimo zgrzytów na poziomie traktowania kobiet (wiecie, że Stanley Ipkiss był protoincelem?), wciąż ogląda się wyśmienicie.


Zaklęta w sokoła (1985)


Ze smutkiem pisze się o tym filmie teraz, po śmierci Rutgera Hauera, choć oglądaliśmy go jeszcze zanim świat obiegła ta przygnębiająca wiadomość. Ladyhawke została wpisana na moją listę do obejrzenia z powodu Ready Player One, bo znałam mniej więcej historię, ale nigdy nie widziałam tego filmu w całości. Zresztą sam pomysł na tą baśń fantasy jest szalenie romantyczny: kochankowie zaklęci w zwierzęta tak, że nigdy nie mogą się spotkać w ludzkiej postaci. Gorzej z wykonaniem, powolną akcją, niemiłosiernymi syntezatorami, słabą choreografią walk i efektami specjalnymi. Scena przemiany w sokoła sprawia, że człowiekowi się trochę odechciewa oglądać... Wciąż jednak jest to klasyk, który warto znać, a który po prostu się okrutnie zestarzał.


Stranger Things (2016- )


Pierwsza reakcja na trzeci sezon: o jak oni urośli! Jeśli odkładacie oglądanie nowej odsłony historii o małym, amerykańskim miasteczku, w którym dzieją się dziwne, niepokojące rzeczy, rzućcie wszystko i koniecznie to nadróbcie! Aktor wcielający się w szeryfa Hoppera daje fantastyczny popis aktorski, Joyce depcze mu po piętach, a serca fanów drżą z emocji. Klimat wciąż jest świeży, nawet świeższy niż w drugim sezonie, bo tym razem nie ma powielania schematów i ani jednego niepotrzebnego odcinka, a w drugim sezonie jeden taki się zdarzył. Atmosfera jest gęsta i miewałam ciary, dzieciaki są fantastyczne, nie mówiąc o kradnącej prawie każdą scenę Erice. Warto było czekać.



Aggretsuko (2018– )

Drugi sezon serialu animowanego nie dla dzieci o ciężko pracującej czerwonej pandzie zdecydowanie nie zawodzi. Przyjemnie pogłębia wątki większości postaci, co w szczególności należy się drugoplanowym comic reliefom, a także zagląda do życia starszych koleżanek z pracy Retsuko. Mamy też pięknie poprowadzony wątek, który chyba trochę zbyt blisko ociera się o osoby, które wielu z nas mogło spotkać w swojej karierze: siejących emocjonalny zamęt, zastraszających, dwulicowych. Nie wolno też zapomnieć o bardzo prawdziwie przedstawionej nadopiekuńczej mamie, która próbuje za wszelką cenę poznać Retsuko z potencjalnym przyszłym mężem. Mimo ciężkich tematów, lekki humor i dystans pozwalają wyśmiać lęki, które są chyba uniwersalne. Póki co ta seria bardzo dobrze się rozwija i nie mogę się doczekać ciągu dalszego.


Neon Genesis Evangelion (Serial TV 1995-1996)
The End of Evangelion (1997)


W liceum, gdy skończyłam serial i wieńczący go film, myślałam, że jak wrócę do Evangeliona jak będę dojrzalsza, mądrzejsza, to może coś więcej zrozumiem. Może odkryją się przede mną jakieś ukryte sensy, może układanka znaczeń ułoży się w coś bardziej oczywistego. Totalna bzdura. Obejrzałam jeszcze raz i miałam bardzo podobne odczucia: że coś mi umyka, że za dużo tu wzniosłych odniesień, które nie do końca prowadzą do głębszych znaczeń, że albo ja jestem jakaś mało kumata, albo ta historia jest opowiadana tak, żeby było trudno za nią nadążyć. Ostatecznie przed filmem poczytałam sobie różne fanowskich teorie i wyjaśnienia, po czym oglądając film, wreszcie rozumiałam, co się dzieje. Ten serial trzeba chyba oglądać z notatnikiem z zapiskami i głowić się dość długo, żeby dokopać się do tego, co można teraz łatwo przeczytać po krótkim googlowaniu. I to jest mój główny zarzut: to serial, w którym się dużo mówi, ale który nie chce opowiadać.

Pomijając ten, hm, drobny szkopulik, to naprawdę dzieło zmieniające pokolenie. Oglądając, widzi się te wszystkie inspiracje późniejszych twórców, widzi się serial o dużych robotach i ich pilotach w wieku szkolnym, który z każdym odcinkiem wkracza w coś coraz mroczniejszego, coraz bardziej zakrada się w ludzką psychikę, aż w końcu finał historii o robotach, aniołach i tajnych organizacjach okazuje się zasłoną dymną dla dramatu psychologicznego. Twórca pisał Evangeliona, jednocześnie traktując go jako swoją terapię w walce z depresją, a jego postaci na koniec leżą przed nami zupełnie odsłonięte, jak eksponaty po sekcji zwłok, a delikatna ręka animatorów wskazuje nam kolejne lęki, ukryte pragnienia, żale, najgorsze upadki, które składają się na skomplikowanych i skonfliktowanych wewnętrznie bohaterów. W tym sensie to serial bardzo potrzebny i przełomowy. I, jak snobistycznie powtarzali moi znajomi z pewnego fanklubu anime, nie można być prawdziwym otaku, nie przeżywszy seansu Evangeliona.



Na zakończenie zdradzę, że zaczęłam oglądać Star Treka: The Next Generation i cierpię przy słabym pierwszym sezonie (ale Data wszystko wynagradza), a także gram też sobie w Yakuzę 0 i mam przy tym dziką radochę.

A co u Was?

niedziela, 21 lipca 2019

Mordo, ty jesteś dla mnie najlepsza morda. "Emigracja" Malcolma XD


Szukając pokoju do wynajęcia w Wielkiej Brytanii na semestr Erasmusa, po raz pierwszy usłyszałam znamienne: „Tylko nie wynajmuj od Polaka. Polakom za granicą nie można ufać”. Ponoć rodak prędzej wyroluje rodaka w UK niż kogoś innej narodowości. Wiecie, żeby nie robić złego wrażenia na obcych. Ale swojaka to już nie szkodzi.

Ile w tym podejściu jest prawdy – nie miałam okazji się przekonać. Ostatecznie nie wynajęłam pokoju od Polki z ogłoszenia, tylko do rodzinki Brytyjczyków. Na wszelki wypadek.

Jednak co przeżyłam na uniwersytecie, bezowocnie szukając pracy na te trzy miesiące, zdobywając number NI, próbując otworzyć konto bankowe i rozbijając się na Couchsurfingu, to moje. Na uroki emigracji najbardziej jednak otworzyła mi oczy wizyta u znajomego w Londynie, gdzie dzielił pokój z Ukraińcem w średnim wieku, w ciasnym mieszkanku przepełnionym biedującymi emigrantami z Europy Wschodniej, w dzielnicy, gdzie trudno znaleźć białego Brytyjczyka.

– Szybko znajdziesz dobrą pracę z takim dobrym akcentem! – zachwycała się Słowaczka czy Czeszka, której przedstawił mnie znajomy. Nie mogła uwierzyć, gdy powiedziałam jej, że nie przyjechałam pracować, tylko głównie studiować. Niestety jednak brytyjskie ceny wkrótce przeżarły mi zawartość studenckiego portfela i wkrótce zamiast obiadu wolałam zapchać się paczką ciasteczek za funta. I też zaczęłam rozglądać się za pracą.


Malcolm XD pisze właśnie o takich miejscach, jak to mieszkanie w Shadwell, w bloku z otwartą klatką schodową, z praniem porozwieszanym na każdym wolnym kawałku sznura, z biednymi, przepracowanymi lokatorami spoglądającymi na ciebie z niechęcią, gdy niechcący zaglądasz im przez otwarte drzwi, idąc do swojej klitki.

Tylko że, rzecz jasna, z potężną dawką humoru i przesady, dzięki którym ta samotność, bezradność i bieda nie są aż tak strasznie. Bo prawdziwą siłą tej powieści to przede wszystkimi styl. Nie znam żadnego innego polskiego pisarza, który by próbował oddać współczesny język internetu, Ponglisza i imprezowego, anegdotycznego gawędziarstwa. Zbliża się do niego Piotr C. od pokolenia Ikea. Ale język Malcolma XD to czystej wody przeniesienie humorystycznego, długiego komentarza na portalu społecznościowym do długiej narracji z fabułą. W końcu to on napisał pastę o ojcu wędkarzu, która dla mnie z każdym czytaniem jest równie zabawna. Przykład z książki? Proszę uprzejmie:

„Czuliśmy, że odpowiedź na to pytanie będzie znał nasz landlord, więc komisyjnie we trzech do niego poszliśmy. Okazało się, że zarówno my, jak i Paweł z Dąbrowy mieliśmy rację – pół roku wcześniej był burdel, ale teraz już nie ma, ponieważ się wyprowadził ze względu na skargi sąsiadów. (...) Co ciekawe, ten były burdel był polsko-pakistański, więc klienci wywodzili się głównie z tych dwóch nacji. Taki stan rzeczy sprowadził na nas jeszcze trochę niedogodności, szczególnie w postaci najebanych i niedoinformowanych typów napierdalających nam o 4 w nocy w okna z krzykiem FATIMAAAAA, FATIMAAAA, LET ME IN, I LOVE YOU!!!” (s. 142-143)



Całość emigracyjnych wspomnień głównego bohatera spisana jest właśnie w stylu nieprzerwanego monologu wygłaszanego jednym tchem, pełnego wyrażeń, które można usłyszeć pod sklepem, na ławce między blokami czy na niezobowiązującym melanżyku w pustym, obskurnym mieszkaniu, z najtańszym alkoholem, jaki dało się znaleźć w okolicy. A jednocześnie przez ten styl prześwieca wykształcenie, czasem między przekleństwami pojawia się słownictwo niemal uniwersyteckie, a komentarze kulturowo-społeczno-historyczne opierają się na pewnej solidnej wiedzy. Czyta się to więc nie jak bełkot chama, a ekscentryczną historię człowieka wrażliwego, który łączy fakty i odczucia, na poczekaniu potrafi wypluć z siebie dłuższą przemowę w obronie uciemiężonej przez stulecia Polski, odwołuje się do statystyk i analizuje rzeczywistość z perspektywy osoby świadomej i oczytanej.

„Czytałem kiedyś, że jak pod koniec drugiej wojny światowej żołnierze Armii Czerwonej doszli po kilku latach zapierdalania z buta przez mróz, błoto, spalone wsie i z karabinami NKWD-zistów przy plecach do Niemiec, to nie mogli się nadziwić, po co ci w ogóle zaczynali wojnę. W tamtych czasach nawet większość domów w Polsce nie miała kibla, a zamiast podłogi było klepisko, a co dopiero jakaś chata we wsi pod Krasnojarskiem, skąd taki czerwonoarmista przyszedł na piechotę. I nagle doszedł do Niemiec, czy jak kto woli Ziem Odzyskanych, a tam domy z cegły, w nich porcelana, zegary i nawet takie luksusy jak kibel ze spłuczką, to musiał mieć srogie grzyby, dlaczego temu Niemcowi w ogóle chciało się z tego domu wychodzić, a co dopiero zamarznąć na śmierć gdzieś pod Stalingradem walcząc o 1000-letnią Rzeszę, która w dodatku w rzeczywistości przetrwała o jakieś 988 lat krócej, niż gwarantował producent. Żeby mieć pewność, dlaczego chciało im się wychodzić z domu, to trzeba zapytać tych, co głosowali na Hitlera, natomiast moja teoria jest taka, że podobnie jak w przypadku mojego starego, w tamtym okresie również moim, a w okresie przyszłym również tych typów, co kręcili później zamieszki w Londynie, wynikało to z subiektywnego poczucia braku należytego uszanowania.” (s. 173)


Najsłabszym elementem powieści jest sama fabuła. Zaczynamy od zdecydowanie oderwanego od całości wstępu, anegdotki o miasteczku głównego bohatera, która nie do końca skleja się z ciekawszą historią drogi do Wielkiej Brytanii i kolejnych przygód na Wyspach, a kończymy dość nieoczekiwanie i wydaje się, że trochę zbyt wcześnie pomimo bardzo dobrego, humorystycznego zwrotu akcji. Wydaje się, że choć sama opowieść o dziwnych przypadkach i perypetiach idzie do przodu wartko i zgrabnie, tak jednak ten początek i koniec mógł być lepiej przemyślany i bardziej zrównoważony. Wciąż jednak, jak na debiutanta, który zdobył rozgłos copy pastą, to bardzo dobra rzecz, którą czyta się błyskawicznie i wśród ogólnych kwików i poryków wesołości.

Jak bowiem nie skręcać się ze śmiechu, czytając o akcjach takich jak wyskoki tirowca Zbyszka,  kombinacje Cyganów z kamperami, holenderskiej policji szukającej terrorystycznych wrażeń, planie profesorka na temat sejfu w squacie czy przygodach rikszarzy. To są historie godne przytaczania przy każdym piwie ze znajomymi, tak nieprawdopodobne, że pewnie prawdziwe i ja chciałabym ich słuchać po kilkanaście razy. Tylko opowiadanych właśnie tym stylem, czasem WIELKIMI WOŁAMI, bo nacisk i intonacja czasem robią najlepszą robotę w takim gawędziarstwie. Co historia, to lepsza, już sama nie wiem, czy bardziej się uśmiałam przy zakończeniu rozdziału o byłym burdelu, przy zbieraniu kapusty gdzieś na drodze z Londynu do Sheffield, czy przy bezbłędnym Romanie z Kielc, fanie kolejarstwa:

„Roman natomiast miał tak na oko z 35 lat i ryj tak kryminalny, że 10 lat to na pewno przesiedział. Na dłoniach wydziarane jakieś gónopajęczyny w jakości takich naklejanych tatuaży dla dzieci, co kiedyś dawali w czipsach na halloween. Na szyi miał miał natomiast wytatuowaną koronę – symbol przymierza  pomiędzy Kielcami a piłką. Nad szyją i koroną mieściła się jego głowa, a w niej oczy. W każdej wsi oraz dzielnicy miasta w Polsce krążą opowieści o tym, jak to ktoś komuś poderwał dziewczynę czy tam ukradł telefon na imprezie i ten drugi potem dojechał tego pierwszego z 10 kolegami i podobno tak mu wpierdolili, że nawet ktoś mu po głowie skakał. Oczy Romana mówiły, że w takich sytuacjach to właśnie on był tym, co skakał po głowie, bo jemu nie wystarczy, że typek już leży przekopany, tylko jeszcze się trzeba pobawić, a jak ktoś na koniec zabawy nie jeździ na wózku inwalidzkim do końca życia, to znaczy, że zabawa się nie udała.” (s. 81-82)

Podsumowując, to Emigracja to książka idealna na wakacje. Rozdziały są krótkie, nieskomplikowane, szybko się je czyta, pośmiać się można od serca, a czasem nawet zasępić nad kondycją Europy i ludzkości w ogóle. Ale nie za bardzo, tylko tak trochę. Bo chyba najlepszy z tego wszystkiego jest ten piękny, potoczny język. Warto obczaić dla samego fenomenu gościa od ojca wędkarza.

Tylko niech Was nie zmyli okładka, że niby pewnie autor nic o świecie nie wie i w życiu w Wielkiej Brytanii nie był, bo na grafice w środku Londynu są niby jakieś bookstore'y i music store'y. Tam zdecydowanie powinny być shopy, żeby nie psuć wrażenia, bo środek jest stuprocentowo brytyjsko-polski. Tak bardzo, jak promocja na polskie Żubry w brytyjskim Tesco Expressie.


Emigracja

Malcolm XD

W.A.B., 2019
238 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★
Dziękuję wydawnictwu za egzemplarz recenzencki


niedziela, 16 czerwca 2019

ANGLOFILIA #9: W obronie biednych, w pogoni za sensacją. Elizabeth Gaskell


Wczytując się z biografie takich angielskich pisarek stulecia gorsetu i krynoliny, jak Jane Austen czy siostry Brontë, napotykamy wiele samotności, odosobnienia, problemy finansowe, przedwczesną śmierć, zawody miłosne, niewiele kontaktu z wielkim światem i żadnego długiego związku małżeńskiego. Biografia Elizabeth Gaskell, przez współczesnych pieszczotliwie nazywana panią Gaskell, to zupełne przeciwieństwo takiego cichego życia na prowincji. Jej świat wypełniony był rodziną, podróżami po Europie i bywaniem na salonach, długie listy zapisane wylewnym, serdecznym, rozgadanym stylem, dom zawsze gwarny od gości. Po wieczorze w teatrze lubiła sobie podjeść, w listach do męża poplotkować, w domu utrzymywać wiejskie niemal obejście, ogródek i kury, a po długiej, wyczerpującej pracy nad książką – skoczyć do znajomych do Paryża czy odciąć się od krytyków na wakacjach we Włoszech.


Z jej historii, listów i powieści ukazuje się serdeczna, szczera, otwarta, wrażliwa i niezwykle przyjacielska osoba. Trochę próżna, bardzo uparta, z powołaniem. A przede wszystkim środkami, by pomimo wielu czasochłonnych obowiązków pani domu, które bardzo na niej ciążyły, wyrażać swoje opinie i zmieniać nastawienie publiczne w stosunku do biednych, uciemiężonych, odrzuconych.


Jej mąż dawał jej dużo swobody, tak że była praktycznie bardzo niezależna. Miała swoje pieniądze, swoje zachcianki, swoje podróże. Wspólne były ich zainteresowania, zarówno literackie, jak i światopoglądowe. Jej debiut był tak naprawdę debiutem wspólnym: razem z mężem opublikowali wiersz przedstawiający ubogich w stylu inspirowanym przez poetę Crabbe'a, którego oboje podziwiali. Wywodzili się ze starych rodzin unitariańskich, wyznających dość otwarte, zdroworozsądkowe zasady odłamujące się od Kościoła Anglikańskiego. On był pastorem i z czasem objął parafię w Manchesterze, miejscu, z którego Elizabeth bardzo często uciekała z powodu powietrza zanieczyszczonego dymami fabrycznymi. Jednak oboje zostali tam do końca, pochylając się nad smutnym losem uciskanych robotników.



W młodości podziwiana za urodę dorobiła się inspirowanego antykiem popiersia z pustym okiem, dostojnym licem i wyraźnie zaznaczonymi sutkami, a także portretu z frywolnymi lokami, spojrzeniem przez nagie ramię i wielkimi, błękitnymi oczami. Dopiero spoglądając na szkice starszej Gaskell, tej czterdziestoletniej, skupionej na pracy pani w węźle na karku, z ostro zarysowanym nosem, widzimy obraz pisarki. Swoją własną twórczość bowiem zaczęła w wieku dojrzałym, dopiero po urodzeniu gromadki dzieci, odchowaniu ich i straceniu małego synka. Jej pierwsza powieść została napisana właśnie w celu utulenia bólu po zmarłym chłopczyku.


Mary Barton, przygnębiająca, szeroko zakrojona powieść o wielu bohaterach, dramatycznych wydarzeniach, pościgach, morderstwach, gwałtownych chorobach i zbiegach okoliczności, choć nigdy nie była arcydziełem i cierpiała na zbytni sentymentalizm, wzbudziła potężne kontrowersje. Gaskell pokazywała w niej życie rodzin robotniczych z dużego miasta, dyskretnie zarysowywała pogłębiajace się ubóstwo, szybko przechodząc do skrajnej nędzy. Jej uczucia leżały po stronie Johna Bartona, ojca Mary, który od szczęśliwego człowieka z pierwszych stron książki, pełnego nadziei, gdy idzie do Londynu zanieść petycję Czartystów do parlamentu, przechodzi kolejne stadia rozczarowania światem, nie tylko z powodu prywatnych nieszczęść, ale przede wszystkim z powodu bezsilności wobec dziejącej się wokół krzywdy. Ostatecznie rozgoryczenie prowadzi go aż do zamachu na właściciela fabryki i właśnie to, że wymowa książki zmusza czytelnika do sympatyzowania z agresywnym robotnikiem, wywołała burzę wśród czytelników, niepomnych historii głównej bohaterki, Mary, uczciwej dziewczyny o krystalicznie czystym charakterze.


Autorka nie dawała za wygraną i kolejną powieścią Ruth wzbudziła jeszcze większe zamieszanie, do tego stopnia, że niektórzy wręcz uważali ją za niemoralną bezbożnicę i wyzywali od demoralizatorek. Tymczasem Gaskell, po udzieleniu pomocy upadłej dziewczynie i wysławszy ją do kolonii brytyjskiej, by mogła zacząć życie od nowa jako wdowa z dzieckiem, postanowiła opisać taki przypadek bezgranicznie dobrej, czystej, ale naiwnej i dlatego uwiedzionej dziewuszki. Ruth utożsamiana jest w powieści z siłami natury, tęskni za przyrodą, wpatruje się w kwieciste wzory na tapecie i zostaje ukroronowana wieńcem z białego kwiecia przez swojego wybranka. Co niepokoiło wielu czytelników, to fakt, że miłość i pożądanie przychodzi jej naturalnie i bezkrytycznie, nie postrzega bycia ze swoim ukochanym bez ślubu jako grzech. Jej charakter pozostaje idealnie czysty nawet po urodzeniu dziecka, gdy przygarnia ją pastor ze swoją siostrą, podając dziewczynę za swoją krewną, której mąż zmarł. Aktem ostatecznego odkupienia swoich win jest opieka nad zakaźnie chorymi na cholerę, jednak dla większości wiktoriańskich czytelników powieść wciąż była szokująco nie do przyjęcia.


Gdyby nie publikowane w międzyczasie opowiadania o miasteczku Cranford, a następnie ponowna, tym razem zdecydowanie lepsza próba zmierzenia się z tematem nędzy robotników w Północy i Południu, Gaskell nie byłaby zbyt opiewaną autorką. Obydwa przedsięwzięcia związane były ze współpracą z Karolem Dickensem, który zaprosił ją do publikowania w jego tygodniku „Household Words”. Współpraca o tyle trudna, bo zaczęła się od gorących zapewnień Dickensa, że on wszystko od niej przyjmie, a ona ma się absolutnie nie martwić długością rozdziałów. Z Cranford nie było zbytniego problemu, a czytelnicy uwielbiali urokliwe, ironiczne opowieści z miasteczka zamieszkanego przez starsze panie, tak przy Północy i południu Dickens zaczynał tracić cierpliwość i naciskać coraz bardziej na krótsze, bardziej zwarte rozdziały, a Gaskell była rozeźlona narzuconym tempem. Dickens czasem ingerował w jej pracę, by potem odpisać na jej protesty, by nic nie zmieniać, w ostatniej chwili, informując, że już za późno. W którymś momencie Dickens pisał w liście do znajomego, że gdyby był mężem Gaskell, prałby ją, ile wlazło, a Gaskell wyraziła swoje oburzenie w przedmowie do książkowego wydania powieści, w której dopisała dwa rozdziały i rozciągnęła ostatni do czterech.


Mimo tego, że ekranizacja Północy i Południa z 2004 doprowadziła wiele fanek do obsesji na punkcie pana Thorntona podobnej do zamieszania wywołanego morką koszulą Colina Firtha jako pana Darcy'ego z 1995 (więcej na ten temat w tym wpisie), chyba najbardziej znaną jej książką pozostaje Craford, posklejana z opowiadań o miasteczku amazonek. Gaskell wpisywała swoje wspomnienia z dzieciństwa w Knutsford, miejscu zamieszkanym przez ciotki i dalszą rodzinę, gdzie tragedią była koronka zjedzona przez kota, ukochana krowa potrafiła dostać piżamkę, a szczytem rozkoszy była partyjka w wista. Pod humorystyczną mozaiką historii ukrywa się uszczypliwa diagnoza małego społeczeństwa broniącego się przed nowościami, ale które nie potrafi przetrwać bez współpracy ze światem zewnętrznym pomimo ogromnej dawki sąsiedzkiej pomocy.



Gdy Gaskell poznała Charlottę Brontë, natychmiast ją pokochała – a dokładniej mówiąc, zauroczyła się w tajemniczym, odosobnionym życiu cenionej już wtedy autorki Jane Eyre. Gaskell przeczuwała jakąś tragedię i wielkie cierpienie, które ukształtowało chorobliwie nieśmiałą, ale pełną pasji kobietę ze wzgórz Yorkshire. Niestety, ich przyjaźń nie trwała długo, bo ledwie pięć lat. Na wieść o śmierci ostatniej córki Patricka Brontë, Gaskell wybrała się na parafię w Haworth i dostała pozwolenie na napisanie autoryzowanej biografii swojej przedwcześnie zmarłej przyjaciółki. Pisanie Życie Charlotte Brontë było niesamowicie czasochłonne i wymagające. Gaskell rozesłała prośby o listy od Charlotty, zaprzęgła swoje córki do kopiowania korespondencji, wybrała się nawet do Brukseli, by spotkać się z Hegerem, żonatym nauczycielem Charlotty, w którym ta zadurzyła się do tego stopnia, by napisać później awanturnicze uczucie łączące Jane Eyre i pana Rochestera. Przyjaciółka pisarki jednak wiedziała, że pewnych rzeczy wiktoriańskiemu czytelnikowi przekazać nie można, a jej biografia miała być pomnikiem pochwalnym, który miał unieśmiertelnić Charlottę. Temat Hegera jest pominięty, a dziki charakter powieści pisanych przez siostry z wrzosowisk został zrzucony na szkołę, opisaną w Jane Eyre jako Lowood, a także romans ich brata Branwella z podłą, żonatą damą, która go uwiodła, a potem pozostawiła, by popadł w alkoholizm i ostatecznie zmarł.


Biografia wydana ledwie dwa lata po śmierci jej bohaterki została odebrana z wielkim entuzjazmem, choć nie obyło się bez pozwów sądowych i utarczek między osobami i instytucjami, które Gaskell oczerniła. Kolejne edycje książki zawierają poprawki, stopniowo wprowadzane z powodu protestów. O dziwo, sam ojciec rodzeństwa, ekscentryczny, terroryzujący rodzinę rozbijaniem mebli, napadami złego humoru i zamykaniem się w samotności, przyjął opis swoich dziwactw z entuzjazmem i aprobatą.


Pisanie o Brontë wyczerpało Gaskell psychicznie. Autorka najpierw uciekła do Włoch na wakacje swojego życia, a potem zarzekła się, że już więcej żadnych biografii pisać nie będzie. Na kolejną powieść fani pani Gaskell musieli czekać aż sześć lat. Kochankowie Sylwii to książka osadzona podczas końcówki osiemnastego wieku, skupiająca się tylko na kilku bohaterach, w małym nadmorskim miasteczku na wschodnim wybrzeżu Anglii. Będąc w Whitby, usłyszała tam smutną historię o niespełnionych kochankach, rozdzielonych przez gangi wcielające przemocą cywilów do marynarki i postanowiła napisać równie przygnębiającą i romantyczną historię, w której każdy bohater pragnie kogoś, kto nie chce z nim być. Magia tej powieści historycznej tkwi w szczegółach, w doskonale odwzorowanym dialekcie, w opisach charakterów, w przypominającym grecką tragedię intrydze zasadzającej się na jednym kłamstwie, w klimatycznej, rozdzierającej serce ostatniej scenie.


Warto wspomnieć, że w pierwszych powieściach Gaskell uwieczniła wiele elementów dialektu Lancashire, a w Kochankach Sylwii – Yorkshire. Oboje z mężem interesowali się dialektami, on pisał wręcz na ten temat prace, ale to Gaskell została potem cytowana w słownikach dialektów brytyjskich.



Jej ostatnia powieść, uznawana obecnie za najlepszą w jej dorobku, jest niestety niedokończona. Brakuje jej ledwie końcówki ostatniego rozdziału. W trakcie pisania, w kwiecie wieku, podczas wizyty w długo planowanym, kupionym w tajemnicy przed mężem domu letnim (by zrobić mu niespodziankę!), otoczona dorosłymi córkami, zmarła podczas popołudniowej herbaty. Zasłabła w połowie zdania. Wielka szkoda nie tylko dla rodziny, ale też dla literatury. Żony i córki to powieść niespieszna, urokliwa, w której studium charakterów, analiza warstw społeczności małego angielskiego miasteczka i historia Molly, córki miejscowego lekarza, stawiają ją w równym rzędzie z najlepszymi powieściami zaliczanymi do wiktoriańskiej klasyki. Cała historia przedstawiona jest na zasadzie lustrzanych odbić: Molly, szczera, prostolinijna i żarliwa oraz jej przyszywana siostra Cynthia, zamotana w intrygi, zmanierowana przez modne towarzystwo, nie jest w stanie prawdziwie kochać; oddana, poświęcająca się żona i kochająca matka pani Hamley oraz pani Kirkpatrick, macocha Molly, kobieta płytka, egoistyczna, łasa na zbytki i nieświadomie idealnie hipokrytyczna; dumny, stary, hołdujący tradycjom, ale podupadający ród Hamleyów oraz modni, bajecznie bogaci Lady i Lord Cumnor. Miłość Molly i narzeczeństwa Cynthii to tylko powód, by pokazać niepisane zależności, mechanizm plotek czy bohaterów takich jak chociażby wzorowany na młodym Darwinie młody Roger Hamley.


Gaskell ma również na swoim koncie kilkadziesiąt opowiadań i kilka dłuższych nowelek, niektóre sielskie, smutne i piękne jak Kuzynka Phyllis, inne ocierające się o grozę i gotyk jak Szara kobieta, niektóre inspirowane ukochaną Walią jak Studnia z Pen-Morfa, a nawet jedna niesamowita historia w stylu Szkarłatnej litery, Wiedźma Lois. Przez większą część dwudziestego wieku Gaskell uważano za drugorzędną pisarkę, a dopiero w latach dziewięćdziesiątych została odkryta w świetle teorii feministycznej, a jej dorobek jest odczytywany na nowo jako głos kobiety w patriarchalnym, ograniczonym świecie dziewiętnastego wieku. Warto wspomnieć, że czuły wzajemne duchowe pokrewieństwo z George Eliot jeśli chodzi o niezłomność wartości, jakie wyznawały i ponoć można nawet powiedzieć, że Gaskell w jakimś stopniu wpłynęła na uształtowanie jednej z najlepszych pisarek tamtego okresu.


A co ja o niej sądzę? Mnie zależy, żebyście znali panią Gaskell. Pamiętali, że była taka matczyna, żywa, bojowa kobieta, która narobiła tyle szumu. A jak będziecie ciekawi jej twórczości, sięgnijcie przede wszystkim po Cranford, Żony i córki oraz Północ i południe. Jej pierwsze powieści są mocno męczące i przygnębiające, ale ciekawa jest sama historia stojąca za silnymi przekonaniami pani Gaskell. Dla spragnionych tej historii – gorąco polecam biografię Jenny Uglow. Palce lizać.


niedziela, 2 czerwca 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MAJ 2019



Tak się naobiecywałam, tak sobie postanawiałam, no i nic z tego nie wyszło. Bardzo Was przepraszam, ale w tym miesiącu znów nie napisałam o żadnej książce. Mam jakiś przestój, potrzebuję odpoczynku i naprawdę nie miałam ochoty ostatnio pisać. Po tylu latach regularnego pisania to nic dziwnego.

Może po prostu dajcie mi chwilę na odsapnięcie, kredyt zaufania, a ja wkrótce do Was wrócę z czymś naprawdę fajnym, ok?

Podsumowując maj czytelniczo, mogę się pochwalić, że skończyłam czytać aż osiem książek. Niektóre krótsze, inne szalenie długie, ale większość związana z autorką powieści, których tłumaczeniami zajmuję się naukowo. Zaliczyłam Sylvia's Lovers i Wives and Daughters Elizabeth Gaskell, i tym sposobem przeczytałam wszystkie powieści tej autorki. Teraz skupiam się na opowiadaniach. Przeczytałam też parę książek o autorce i jej twórczości, z których najlepszą była fenomenalna, ale ceglasta Elizabeth Gaskell: A Habit of Stories Jenny Uglow. Dla przyjemności zaś wciągnęłam Tokyo Lifestyle Book Aleksandry Janiec, marząc o wycieczce do Tokio, pośmiałam się przy Ostatniej arystokratce Evžena Bočka i troszkę zmęczyłam Cesarza Ośmiu Wysp Lian Hearn, który długo nie chciał mnie wciągnąć z powodu nadmiaru łatwo mylących się imion i nazw, ale ostatecznie okazał się dość przyjemnym fantasy osadzonym w samurajskiej Japonii.

A jeśli chodzi o popkulturę?


Kruk (1994)


The Crow był na mojej liście filmów do obejrzenia już od dłuższego czasu. Tytułowy superbohater to depresyjne, metalowe wydanie słodkiego transwestyty z Rocky Horror Picture Show, spełnienie marzeń nastoletnich gotek z lat dziewięćdziesiątych i inspiracja makijażu Jokera Heatha Ledgera. Brandon Lee wcielił się w muzyka rockowego, zamordowanego wraz ze swoją narzeczoną przez lokalnych rzezimieszków, przywróconego do życia przez tajemniczego kruka. Zwierzę wyraźnie posiada nadnaturalne zdolności, obdarza wskrzeszonego mężczyznę siłą, nieśmiertelnością i zmysłem obserwacji z przestworzy, by ten mógł pomścić swoją ukochaną. Przesadna, kampowa, absolutnie piękna stylistyka adaptacji mrocznego komiksu wyszła naprawdę dobrze i do tej pory świetnie się ją ogląda. No i do tego ta ścieżka dźwiękowa. Cień na film rzuca fakt, że był to ostatni film Brandona. Aktor zmarł tragicznie podczas kręcenia filmu z powodu wadliwie przygotowanego naboju w pistolecie, ironicznie osamotniając swoją narzeczoną.


Kiss Kiss Bang Bang (2005)


W zeszłym miesiącu pisałam o Nice Guys, zabawnej, rozrywkowej czarnej komedii neo-noir. Dokładnie w tym samym stylu jest Kiss Kiss Bang Bang z Downeyem Juniorem, tylko że... jest dużo słabsze. Bardzo szybko zapomina się nie tylko fabułę, ale cały film, który usilnie próbuje być cool przez metatekstualne wstawki i komentarze zawodnego narratora. Główny bohater jak wielu snuje się po Los Angeles, marząc o karierze aktora. Spotyka tam swoją znajomą z dzieciństwa, z którą dzieli ten sam los, przy okazji mieszając się w całe mnóstwo dziwnych sytuacji z powodu śledztwa, w którym pomaga prywatnemu detektywowi, który (chyba) jest gejem. Całość jest tak podkręcona na maksa cool dialogami i cięciami, że trudno do końca się rozeznać, co się czasem dzieje. Ale chyba to nie o sens tu chodzi, tylko klasykę: strzelaniny i napięcie seksualne. Tylko że chyba coś tu nie wyszło. Ja podziękuję i wysiadam.


John Wick 3 (2019)


Yup, poszłam na nocny maraton wszystkich trzech Johnów Wicków, bo to tak dobra franczyza: beztroska zabawa typowymi kliszami filmów akcji klasy B, piękny Keanu z kamienną twarzą i coraz wymyślniejsze sceny walki. Trzeci Wick jedzie po bandzie. Jak jedynka była prostą jak drut fabułą skupiającą się na rosyjskiej mafii, a dwójka troszkę bardziej rozbudowywała świat, zaglądając za kulisy mafii włoskiej, tak w trójce spotykamy dużo więcej różnych organizacji przestępczych, zanurzamy się na maksa w świat płatnych zabójców, Najwyższej Rady, złotych monet, signum i hoteli Continental. Jest jeszcze więcej zwierzątek, jeszcze więcej bijatyk, pościgi na koniu, pokonywanie wrogów czym popadnie (nawet książką!), setki szklanych ścian rozbijających się w drobny mak... Dzieje się bardzo intensywnie, ale to wciąż świetna rozrywka, przy której można się mocno pośmiać.


Bogaci bankruci (2003- )

W maju królował u mnie na ekranie Arrested Developement, kolejny polecony przez mojego Rybę serial komediowy, do którego podchodziłam z dużym sceptycyzmem, a który ostatecznie wkupił się w moje łaski. Po ponad dwóch sezonach mogę z czystym sercem polecać każdemu. Specyficzny humor opowieści o dysfunkcyjnej rodzince bardzo złych ludzi, niegdyś bajecznie bogatych, teraz w tarapatach prawnych i finansowych, trzeba koniecznie wypróbować na własnej skórze. Kręcony z ręki sitcom z wszystkowiedzącym narratorem, przerywnikami na materiały archiwalne i innymi atrakcjami został anulowany po trzech sezonach, ale został przywrócił go niedawno Netflix, na którym można oglądać kolejne dwa sezony.


Żony i córki (1999)


W ramach czytania Gaskell, obowiązkowo zajrzałam też do ekranizacji jej powieści. Ślicznie zrobiony czteroodcinkowy serial BBC z niespodzianką w postaci Rosamund Pike w małej roli Lady Harriet to prawdziwy wyciskacz łez, a przynajmniej tak zadziałał na mnie. Sama książka niesamowicie mi przypadła do gustu i trafiła prosto do serca z fabułą mocno zahaczającą o historie Jane Austen, z ujmującym humorem, ostrym, ironicznym piórem i wprawnymi dialogami. Adaptacja filmowa została naprawdę zgrabnie poprowadzona, szczególnie jeśli chodzi o dobór aktorów. Dla każdego miłośnika kina kostiumowego, historii obyczajowych i brytyjskiej prowincji pozycja obowiązkowa!


Good Omens (2019)


W tym momencie jestem w trakcie bingowania ekranizacji Dobrego omenu, która wyszła wreszcie w ten piątek! Na Amazon Prime można sobie spokojnie założyć w tym celu darmowe konto na tydzień i lecieć oglądać już teraz. Zaraz. Natychmiast! JAKIE TO DOBRE! Nie zliczę, ile razy łapałam się za twarz z nadmiaru uczuć, bo Michael Sheen wcielający się w anioła Azirafaela jest zbyt uroczy i brytyjski, a David Tennant jako demon Crowley zbyt piękny i mroczny. Dobry omen to książkowa kooperacja Neila Gaimana i nieżyjącego już Terry'ego Pratchetta, którą się zachwycałam parę lat temu (tutaj przypominam wpis). Traktuje o końcu świata. Nic więcej nie trzeba wiedzieć, idźcie już oglądać!


Queer Eye (2018)


Jedenasty sezon RuPaula mi się kończy (#teamYvieOddly), i już zaczęłam się rozglądać na substytutem. W liceum oglądałam brytyjski pierwowzór netfliksowego wznowienia starego już dość Queer Eye for the Straight Guy, tłumaczonego po polsku jako Porady różowej brygady (brytyjskie i queer, musiałam oglądać). Czemu więc nie sprawdzić, jak seria sobie radzi współcześnie? Mam słabość do telewizji przebierankowej, sprzątaniowej i renowacyjnej, bardzo lubię oglądać ludzi, którym się urządza od nowa domy albo ubiera w sensowne ciuchy. Nie pytajcie, ja wiem, że to wszystko ustawiane, płytkie i na pokaz. Ale te odnowione i posprzątane mieszkania wyglądają tak pięknie! Yas, queen!


What Remains of Edith Finch (2017)


Czy macie ochotę pozwiedzać wypełniony książkami, sekretnymi przejściami i wszelakimi dziwactwami dom pewnej dziwnej, a możliwe, że przeklętej rodziny? Spokojna, klimatyczna, śliczna gra What Remains of Edith Finch zajmie Wam tylko jakieś dwie-trzy godziny, ale zostanie w Waszych sercach na dłużej. To piękna opowieść o dziewczynie wracającej po latach do szalonej, wznoszącej się na wiele frywolnych pięter posiadłości rodzinnej, by rozgryźć, czemu jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. I czemu tyle osób z jej rodziny zaginęło, zwariowało i zmarło. Czasem jest smutno, ale w przeważającej mierze zachwycająco: wiele tu historii o dziecięcej wyobraźni, uciekających przed lękami dorosłych, obsesjach i miłości. Minigierki, w których wciela się w śniącą niepokojące sny dziewczynkę, bawiącego się w kąpieli niemowlaka czy otępiałego od jednostajnej, okrutnej pracy faceta są naprawdę fantastyczne: niepokojące i symboliczne. To gra dla tych, którzy tak jak ja bardzo lubią rozgrywki w stylu Firewatch czy Life is Strange.



Sherlock Holmes: Detektyw doradczy


Na koniec wspomnę o jeszcze jednej grze, tym razem nie komputerowej. Tutaj dostaje się w swoje ręce mapę Londynu, książkę adresową, plik gazet z epoki i scenariusz, a następnie wciela się w pomocników Sherlocka Holmesa. Najpierw czytamy dwie-trzy strony wprowadzenia do historii, w której na pewno pojawi się trup, a potem decydujemy, jak prowadzimy nasze śledztwo. Idziemy do kostnicy, na policję czy do miejsca, gdzie ostatnio widziano zamordowanego? Celem jest rozwiązać zagadkę szybciej, niż Sherlock, choć to diabelnie trudne! To gra na dużo myślenia, czasem rozgryzanie szyfrów czy przedzieranie się przez dużą ilość artykułów, w których każde słowo może być wskazówką. W pudełku jest aż dziesięć scenariuszy, każdy na dłuższe, parogodzinne posiedzenie. Bawiłam się wyśmienicie, ale z trzech podejść tylko raz zbliżyłam się do wyniku Sherlocka.


A jak Wam minął maj?

niedziela, 5 maja 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: KWIECIEŃ 2019



Nie wiem, kiedy ten czas zleciał, ale chyba po raz pierwszy w historii bloga nie było wpisu... przez miesiąc. Skupiłam się na pisaniu pracy, świętach, urodzinach, Pyrkonie (też w tym roku bez relacji), aż tu nagle już maj. Przeczytałam tylko trzy książki, ale jestem w trakcie kilku innych, wszystkie albo napisane przez Elizabeth Gaskell, albo jej biografie czy analizy twórczości. Wszystko to związane z tematem mojego doktoratu. Planuję jeszcze wpis na ten temat, ale póki co wolę się poświecić więcej czasu na pracę niż na bloga, bo kiedyś się muszę wreszcie obronić!

A jeśli chodzi o popkulruralny kwiecień?


Nice Guys. Równi goście (2016)


Dla tych, którzy są zniechęceni jedną i tą samą twarzą Ryana Goslinga, w tym filmie wreszcie udowadnia, że potrafi być dobrym aktorem. Russella Crowe'a również zadziwiająco przyjemnie się tutaj ogląda, a obaj panowie mają świetną chemię. Nice Guys to dopracowany wizualnie kryminał w stylu neo-noir o poszukiwaniu zaginionej dziewczyny i śmierci pornogwiazdy Misty Mountains.  Żartobliwy, lekki i trochę szalony komediodramat o Los Angeles z lat siedemdziesiątych i dwóch prywatnych detektywach z wachlarzem przywar to strzał w dziesiątkę na leniwy, niewymagający wieczór.

Kupa śmiechu gwarantowana.


Sok z żuka (1988)


Beetlejuice zestarzał się brzydko głównie jeśli chodzi o wszelkie efekty na green screenie, a cała reszta wciąż nieźle wygląda. W szczególności, że to film do oglądania dla postaci, efektów, tańca przy stole i wygłupów, a nie dla fabuły. Bo szczerze mówiąc, im bliżej się człowiek przygląda temu światu i tej historii, tym więcej widać dziur. Ale co tam. Michael Keaton bawi się tutaj jak mało kto, a Winona Ryder nie mogła być bardziej przerysowaną, nieszczęśliwą nastolatką.

Shake, shake, shake seniora!


The Twilight Zone (2019-)


Nie wiem, czy słyszeliście, ale pojawiło się wznowienie Strefy mroku, specyficznego serialu fantastycznego z lat sześćdziesiątych. Jordan Peele, komik stojący za Uciekaj! i To my, wskrzesza starą antologię klasycznych historii niesamowitych z dreszczykiem, na których wzorowało się trochę Black Mirror. Widziałam pierwsze dwa odcinki. Są ciekawe i niepokojące, w klimacie Czarnego lustra, ale bez skupiania się na technologii i wizjach przyszłości. Warto obczaić.


Shazam! (2019)


Shazam! to chyba najbardziej udany jak do tej pory film superbohaterski od DC. Zdecydowanie familijny, choć nie dla najmłodszej widowni, wzruszający, zabawny i wyważony. Nastolatek z przeszłością dostaje supermocy, dorosłe ciało na zawołanie i zadanie obrony ludzkości przed złymi mocami. Zamykając przez lata niewyjaśniony wątek swojej matki, okrywa siłę rodziny zastępczej (w której chyba brakuje tylko Sliniaka) i przyłatanego rodzeństwa.

Ogląda się z niesamowitą frajdą.


Hellboy (2004)


W ramach smutkania tegoroczną, podobno bardzo słabą adaptacją historii o Hellboyu, obejrzeliśmy sobie starego, dobrego Hellboya Guillermo del Toro. Słowo daję, że oglądałam ten film wieki temu, ale w ogóle absolutnie nic z niego nie pamiętałam. I dopiero tym razem byłam w stanie docenić biegających na początku nazistów i Rasputina, menażerię z biura od spraw paranormalnych, uroczego Abe'a Sapiena i świetnego, cudownie przesadzonego czerwonego diabła o złotym sercu. Chyba powinnam zabrać się za komiksy!


Cztery lwy (2010)


Co ja obejrzałam. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, czy ten film mi się spodobał, czy głownie mnie oszołomił. Specyficzna, brytyjska komedia o niewyobrażalnie niekompetentnych zamachowcach, parodiująca ignorancję i głupotę ślepo podążających za ideałem mordujących niewiernych dżihadystów. Bombowcy bardzo starają się zostać męczennikami, ale nie wychodzi im to w absolutnie przepiękny sposób. To trzeba zobaczyć, przy okazji pamiętając, że aktorzy sami są muzułmanami i wciąż świetnie się bawią.


Rilakkuma and Kaoru (2019– )


Japońskie firmy od słodkich zwierzaczków idą za ciosem i po sukcesie Aggretsuko od Sanrio, San-X proponuje kolejny serial oparty o już istniejących bohaterów stworzonych głównie pod zabawki. Ponoć była ilustratorka San-X wymyśliła misia Rilakkumę, który gównie leży, leni się, śpi i je, w ramach terapii odstresowującej, gdy firma wymagała od pracowników wymyślania jednego uroczego stworka na zabawki miesięcznie. Podobnie w ślicznie zrobionym, poklatkowym serialu główny cel misiów żyjących u pracującej w biurze Kaoru to zapewnić jej wsparcie i relaks po pracy. Sama produkcja jest odprężająca i spokojna, ale do bólu japońska, przez co wydaje się za bardzo zen, a za mało zamkniętą, do końca wyjaśnioną historią. Co ma też swoje plusy!


Avengers: Koniec gry (2019)


(Oczywiście, że bez spojlerów, za kogo Wy mnie macie?)

Chyba nie trzeba powtarzać: ostatni film zwieńczający pierwszą ponad dekadę filmów z uniwersum filmowego Marvela zdecydowanie udźwignął presję i dostarczył potężną dawkę rozrywki, satysfakcjonując dużą część oczekiwań publiczności. Każdy bohater dostaje swoją chwilę, jest wzruszająco, jest zabawnie i jest niesamowicie epicko. Na seansie przedpremierowym klaskałam razem z widownią kilka razy, nie mówiąc o ronionych czasem dość głośno łzach i salwach śmiechu. Wiadomo, nie wszystkie rozwiązania fabularne wszystkim podeszły, ale ja na seansie bawiłam się doskonale. Dali radę!


A jak Wam podeszli Avengersi, Shazam i inne produkcje, które widzieliście w ubiegłym miesiącu?

środa, 3 kwietnia 2019

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: MARZEC 2019



Wreszcie zrobiło się cieplej. Zachmurzone niebo i szybko zapadający zmrok ustąpiły miejsca słońcu i błękitowi nieba. Co prawda T.S. Eliot twierdził, że „najokrutniejszy miesiąc to kwiecień”, ale mnie nie przetłumaczysz. Ja zawsze w kwietniu podszyta jestem radosną energią. Zbliżają się moje urodziny, święta, Pyrkon, majówka... jest na co czekać :)

W marcu zaś pobiłam jakiś osobisty czytelniczy rekord ostatnich lat. Aż siedem skończonych lektur!
  • Zmierzch Osamu Dazaia (recenzowany tutaj)
  • The Mermaid and Mrs. Hancock Imogen Hermes Gowar (o syrence z rozczarowaniem pisałam tutaj)
  • tom czwarty Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza (tu pisałam o pierwszych dwóch tomach)
  • Oczy uroczne Marty Kisiel (recenzja tutaj)
  • Kwiat wiśni i czerwona fasola Duriana Sukegawy (recenzowana tutaj)
  • Dziewczyna z konbini Sayaki Muraty (pisałam o niej tu)
  • Zapach mężczyzny Agnety Pleijel

A popkulturalnie?


Kapitan Marvel (2019)


Spotkałam wiele opinii, których przewija się, że to spoko film, ale nic specjalnego. A dla mnie to właśnie coś bardzo specjalnego. I nie mówię o świetnej roli kota czy myjącym naczynia Samuelu L. Jacksonie. To film przełomowy.

Kapitan Marvel mianowicie uzmysłowiła mi, jak bardzo polegam na domyślności męskiego bohatera w filmie superbohaterskim. Że oglądam filmy przez szklaną ścianę męskiego doświadczenia, której do tej pory nie zauważałam, bo była zbyt oczywista. Nie dała mi tego Wonder Woman ani żadna bohaterka z Marvela. Oglądając Carol Danvers po raz pierwszy poczułam dysonans, który mnie zupełnie naelektryzował: oto superbohaterka z własną agendą, charakterem, ale i zwykła dziewczyna, spoko babka otoczona kobiecymi wsparciami, mentorką, przyjaciółką, córką przyjaciółki; którą wkurzają prośby losowych facetów, żeby się uśmiechnęła. Kobieta, z którą mogę się utożsamiać, bliska, jak koleżanka. Z którą czuję wspólnotę, nie tak jak z Dianą, księżniczką wychowaną przez odcięte od świata plemię, nie tak jak z Czarną Wdową skonstruowaną jako spełnienie marzeń dla męskiego spojrzenia i pełen stereotyp femme fatale.

Carol Danvers to dla mnie pierwsza superbohaterka stworzona głównie z myślą o kobietach. Byłam tak tym odkryciem zaskoczona, że długo nie mogłam tego dobrze wyrazić i do tej pory czuję dziwne wzruszenie po tym uczuciu po wyjściu z kina. To dla mnie niespodziewanie naprawdę ważne, że wreszcie ktoś ze studia filmowego otwarcie zauważa moją obecność w kinie i zaprasza na seans. I że mogę zauważyć, że tak naprawdę do tej pory byłam traktowana jak duch. Obywatel drugiej kategorii, od którego chętnie się przyjmuje pieniądze za seans, ale głośno nie mówi, że chodzi do kina.

Do tej pory mnie boli, że dopiero po dwudziestu (!) filmach twórcy stwierdzili, że czas na film skierowany do kobiecej części publiczności...


Bumblebee (2018)

Czy jest możliwe, żeby film o transformersach miał sensowną, jasną fabułę, trójwymiarowych, ludzkich bohaterów, dobry montaż, od którego nie boli głowa i który pomaga zrozumieć bez problemu oglądany film? A, no i design postaci na tyle przyjemny dla oka i nieskomplikowany, żeby można było bez problemu podążać za każdym ruchem robotów ? Otóż, SZOK, jest to możliwe. Po Bayu pałeczkę franczyzy przejął Travis Knight, reżyser między innymi poklatkowego filmu Kubo i dwie struny. Człowiek, który autentycznie lubi i rozumie transformersy, umie poruszać lalkam i figurkami w przekonujący sposób, a na początek stworzył opowieść bliską Stalowemu gigantowi. Tylko z lekkim podtekstem w stronę Kształtu wody. Mnie się bardzo podobało!


Snowpiercer: Arka przyszłości (2013)

Sporym odkryciem była dla mnie niespodziewana postapokaliptyczna perełka, jaką jest Snowpiercer. To nie jest film dla każdego i wiem, że wielu osobom mógłby się nie spodobać, ale mnie wizja rozpędzonego przez martwy, zlodowaciały krajobraz pociągu ma w sobie coś zachwycającego. Każdy wagon pociągu przedstawia inny poziom społeczeństwa, inne wartości, tworząc metaforę smutnej, ale prawdziwej ludzkiej zbiorowości antyutopii. Determinacja i wytrwałość głównego bohatera (granego przez Chrisa Evansa!) sprawiają, że oglądanie tej podróży wgłąb siebie staje się pasjonującą przygodą. Zdecydowanie warto obczaić.


Żona (2017)

Fenomenalny popis aktorski Glenn Close autentycznie wycisnął mi z oczu łzy. Niestety siódma nominacja do Oskara wciąż nie doprowadziła ją do nagrody i choć Olivia Coleman była fantastyczna w Faworycie, tak szkoda, że aktorka pokroju Glenn Close wciąż nie została uhonorowana. Żona to film dość kameralny, rozgrywający się głównie między żoną a mężem. Mąż został właśnie nagrodzony nagrodą Nobla, więc oboje wybierają się do Sztokholmu na ceremonię. W międzyczasie dowiadujemy się coraz więcej o ich związku i o cichej, wiecznie uroczo uśmiechniętej kobiecie, która na każdym kroku asystuje swojemu zajętemu „wyższymi sprawami” mężczyźnie. Dla każdego, kto lubi oglądać filmy o literaturze, serdecznie polecam.


To my (2019)

Odkąd zauważył to mój Ryba, trudno mi przestawić się na inne myślenie o tytule tego filmu: angielskie „us” może nie tylko oznaczać „nas”, ale i „U.S.”, czyli Stany Zjednoczone. Jordan Peele po świetnym Uciekaj! znów bierze się za opisywanie swoich krajan poprzez zgrabnie pomyślany horror psychologiczny. W nowym filmie zastanawia się nad dualizmem natury ludzkiej, ale i natury Amerykanów, a także nad tym, jak fundamenty i historia kraju wpłynęły na współczesną Amerykę. Jest ciekawie, choć jak tylko głębiej zastanowić się nad pomysłem, tym bardziej podstawy filmu się kruszą. Co nie zmienia faktu, że przynajmniej możemy polegać na archetypie bliźniaka, by snuć kolejne odczytania i odgadywać wielorakie metafory.


Bliskie spotkania trzeciego stopnia (1977)


Znany klasyk Spielberga bardzo brzydko się zestarzał. Zamiast metafizyki, czuje się nudę. Kosmici mają idiotyczne pomysły na komunikację z ludźmi: przelatują nocą w kilku miejscach, powodując poparzenia słoneczne, jakimś sposobem uczą niektórych pewnej melodii, innym wbijają w głowę wizję jakiejś góry. Na koniec zaś urządzają elektroniczny koncert z pokazem świetlnym. Wygląd przybyszów z kosmosu rozczarowuje, końcówka wiele nie wnosi, bohaterów trudno polubić, a wszystko jest powolne i niezbyt ciekawe. Cóż. Dobrze, że Lucas nakręcił Gwiezdne wojny, bo inaczej kino nowej przygody nie byłoby warte specjalnej uwagi po latach.


Lekarstwo na miłość (1966)

Kalina Jędrusik, wraz z jej trzpiotowatą manierą, dziecinnym głosikiem, opadającymi zniewalająco powiekami podmalowanymi kocią kreską i lekko rozchylonymi, pełnymi wargami to idealna słodka idiotka. Dzięki oryginalnej historii Joanny Chmielewskiej z jej debiutanckiego Klinu, całe szczęście filmowa Joanna wielokrotnie, pomimo roztrzepania i zakochania, wykazuje się całkiem sporym rozsądkiem i błyskotliwością w rozpracowywaniu szajki przestępczej. O dziwo, jak na tak stary film, wciąż ogląda się to świetnie, wciąż można się szczerze pośmiać i pozachwycać piękną Jędrusik. Mimo to muszę przyznać jak na snobistycznego mola książkowego przystało: książka była lepsza!


Kedi - sekretne życie kotów (2016)

Zapomniałam w ubiegłym miesiącu wspomnieć o filmie, który obejrzałam z okazji międzynarodowego dnia kota. A wspomnieć trzeba koniecznie, bo to jeden z najlepszych filmów na świecie. To dokument w zupełności opowiadający o kotkach w Stambule. Przez cały seans rozpływałam się z zachwytu: były dzielne kocie mamy, małe kotki, zaborcze kocie urwisy, kocie herszty na dzielni, koci wygodnisie, spryciule i głodne biedaczki. Byli też ludzie na co dzień opiekujący się bezdomnymi kotami będącymi stałym elementem krajobrazu, opowiadający o swoich relacjach z kotami, czasem boskim połączeniem, czasem mechanizmem psychicznym, a czasem po prostu zwykłym przywiązaniem. Wzruszające historie, piękne krajobrazy i piękne koty. Proszę oglądać.


Co robimy w ukryciu (2019– )


A na koniec honorowe wspomnienie o świeżo wypuszczonym pierwszym odcinku serialu telewizyjnego, tworzonego przez Jemaine'a Clementa i Taikę Waititiego. Nikomu, kto zna film, nie będzie trzeba tłumaczyć, że to trzeba oglądać. Niepowtarzalna atmosfera mockumentu o wampirzych współlokatorach powraca, tym razem w historii o krwiopijcach z Ameryki. Uśmiałam się jak dzika i nie przegapię ani jednego odcinka.