Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 12 listopada 2017

MINIROZKMINY: Nocne zwierzęta, Felicia Day, Lizzie Bennet, kot z nieba i Kosiarz


Ścigam się z czasem i próbuję dopilnować przeczytania 52 książek w roku. Co prawda Goodreads twierdzi, że już mi się udało, ale liczy do ogólnej puli również komiksy. Tymczasem do wypełnienia postanowienia zostało mi sześć książek. To bardzo rozsądny wynik: zostało mi jeszcze ponad półtora miesiąca, więc wciąż mam tydzień na książkę.

Problem jest w tym, że przedzieram się przez pierwszą pozycję z literatury naukowej, którą sobie wyznaczyłam do przeczytania i zebrania przemyśleń w mojej pracy, więc... tak, niektóre lektury idą jak krew z nosa.

A tymczasem tyle ostatnio przeczytałam, a nie miałam szans powiedzieć choć kilku słów! Zaczynajmy:



Ta okładka przyciąga, intryguje, nie daje o sobie zapomnieć. O powieści przeczytałam na jakimś blogu jeszcze na początku mojej kariery w blogosferze książkowej. Wpis na tyle mnie przekonał, że zapisałam sobie tytuł. I tak po kilku latach udało mi się do Nocnych zwierząt dotrzeć. Autorka Patrycja Pustkowiak zadebiutowała z hukiem, jej powieść została nominowana do nagrody Nike. Od tamtej pory jednak ucichła, nie opublikowała nic więcej. A sama książka, przynajmniej w moim mniemaniu, jednak się nie broni. 

W zamyśle miała to być pijacka powieść zatraceńca z kobietą w roli głównej. Czyli motyw, który najbardziej mi się spodobał ze wszystkich elementów Dziewczyny z pociągu: kobieta też może się stoczyć, też może mieć problem z używkami, też można o tym otwarcie pisać. Jednak Nocne zwierzęta czyta się ze zgrzytem. Nie fabularnym, w sumie fabularnie niewiele się dzieje, ale stylistycznym. Warstwa językowa jest jak kawałek szkła przeciągany o szybę, razi. Człowiek potyka się o niemelodyjność, nagromadzone niezgrabnie, szokujące do bólu metafory. Nawet czytając cicho można wyczuć natychmiast, że czytając na głos ta historia nie będzie brzmiała gładko, hipnotycznie i potoczyście jak choćby słowne wymioty Vargi. Choć są momenty całkiem udane, zaraz wracamy na poziom epatowania pustką, zgnilizną i turpizmem na niezbyt wygórowanym poziomie. A po przeczytaniu nie czeka ani katharsis, ani odkrycie, ani większa wartość, tylko zmęczenie i ulga.

Nocne zwierzęta

Patrycja Pustkowiak

W.A.B., 2013
224 strony
Odczucia: ★★/★★★★★





Wspomnienia Felicii Day mają fantastyczny tytuł, który sugeruje ukojenie dla wychowanej w Internecie duszy. Uwielbiam minimusical Dr. Horrible's Sing-Along Blog z Nathanem Fillionem i Neilem Patrickiem Harrisem, w którym występuje i śpiewa również Felicia, ale szczerze mówiąc nie znam jej bardziej niż z kilku filmików na krzyż. Warto więc dowiedzieć się czegoś więcej!

Dla tych, którym to nazwisko nic nie mówi: Felicia to nieoficjalna królowa nerdów. Neurotyczna, urocza i zdeterminowana, zaczynała jako aktorka, ale nie wyszła poza epizodyczne i drugoplanowe postacie. Dlatego w pewnym momencie wzięła sprawy w swoje ręce i stworzyła własnymi siłami serial internetowy The Guild o grupce graczy w grę inspirowaną World of Warcraft, w którym zagrała główną rolę. Serial okazał się youtubowym fenomenem, a Felicia wpływową postacią w świecie graczy i geeków. Choć na co dzień nie jest specjalnie rozpoznawalna, na Comic Conie nie może się opędzić od fanów. 

Jej wspomnienia napisane są lekkim, gawędziarskim piórem w typowym amerykańskim, szczerym stylu. Jest zabawnie, przyjemnie, z dystansem. Świetnie czyta się o jej specyficznym dzieciństwie, gdy uczona w domu, sięgała po wszystkie możliwe przejawy kultury i poznawała świat, w tym Internet u zarania, na własną rękę. Można też dowiedzieć się jak wyglądało produkowanie The Guild of podszewki, na ile własne doświadczenia z uzależnieniem od grania wpłynęły na scenariusz, a także jak wygląda nagonka internetowa od strony osoby, która chciała się szczerze wypowiedzieć o #GamerGate. Niewiele dowiemy się o kanale Geek and Sundry, ani o nagrywaniu Dra Horrible, jednak czyta się mimo wszystko z przyjemnością.

You're never weird on the Internet

Felicia Day

Touchstone, 2015
272 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★






Będąc na wakacjach we wrześniu kończyłam czytać Sekretny pamiętnik Lizzie Bennett i absolutnie nie mogłam się oderwać. To była naprawdę dobra rozrywka, zabawna, inteligentna i ciepła. Jeśli jeszcze nie znacie kanału The Lizzie Bennet Diaries, obejrzyjcie przynajmniej jeden ze stu odcinków vloga uwspółcześnionej Elizabeth Bennet z Dumy i uprzedzenia, żeby poczuć klimat tej historii. Książka jest udramatyzowaną wersją vloga, opowiadającą całą historię od strony Elizabeth. Oczywiście w powieści również nagrywa i udostępnia vlogi jako studentka kierunku medialnego, ale jej najskrytsze myśli lądują właśnie w pamiętniku. 

Szczerze mówiąc, do tej pory nie wciągnęłam się we vloga aż tak (a miałam już dwa podejścia), jak porwała mnie książka; z jakiegoś powodu trochę irytują mnie te aktorki i ich amerykańska maniera, dlatego powieść okazała się idealnym wyjściem, by poznać tę adaptację. Sprawiła mi naprawdę górę frajdy. Dziękuję Królowej Malicie za użyczenie! :)

The Secret Diary of Lizzie Bennet

Bernie Su, Kate Rorick

Touchstone, 2014
400 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★




Ta krótka, spokojna, piękna powieść była dla mnie wręcz terapeutyczna. To historia o małżeństwie literatów i przygodnym kocie napisana niespiesznym, refleksyjnym językiem, przez który przebija typowo japońska mentalność. Bohater obserwuje drobne cuda przyrody, zmiany pór roku, upływ czasu. Choć wie, że jego czas na zachwyt długo nie potrwa, bo wszystko jest zmienne, szczęście jest ulotne i prawie wykradzione, z przyjemnego domu przy ogrodzie trzeba będzie się wyprowadzić, a urocza kotka, która skrada serca jego i jego żony, wcale nie należy do nich. Co prawda nie wszystko przychodzi bez goryczy i smutku, ale reakcje bohaterów są opisane delikatniej i chłodniej, niż pokazałby to pisarz zachodni. Nutka zen, refleksji jak z haiku i zadumy nad zmiennością życia zmieszane z prawdziwą miłością do kotów i przyrody sprawiają, że naprawdę lektura, choć zaskakuje polską mentalność innym podejściem do świata, działa kojąco. I znów dziękuję Królowej Malicie za te chwile przyjemności z książką :)

Kot, który spadł z nieba

Takashi Hiraide

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016
144 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★






Na koniec zostawiłam kilka słów pochwalnych z okazji przeczytania pierwszego dobrego tomu ze Świata Dysku. Dotychczas najpierw próbowałam czytać chronologicznie, więc ugryzłam dwa pierwsze tomy (jeszcze w gimnazjum!): Kolor magii i Blask fantastyczny. Nie siadło, bo to niezbyt dobre książki. Nic z nich zresztą nie pamiętam. Potem miałam krótką przygodę z tym gorszym tłumaczeniem Wolnych Ciutludzi. Nie było lepiej. Nie wiedziałam, co ludzie widzą w tym Pratchettcie, dopóki nie poznałam całkiem niedawno Dobrego omenu. I wreszcie zostałam namówiona do przeczytania którejś z tych naprawdę dobrych powieści ze Świata Dysku. Kosiarz mnie przekonał w całej rozciągłości. Było zabawnie, było brytyjsko, był czarny humor, były inteligentne żarty, były całkiem głupiutkie i te mądrzejsze tematy, były niezapomniane postacie i ciekawa intryga. A przede wszystkim był fantastyczny Śmierć i przepiękna scena z panną Flitworth na koniec, przez co zrobiło się trochę mokro pod powiekami. Bardzo mi się podobało i na tym mojej przygody z Pratchettem nie skończę.

Reaper Man

Terry Pratchett

Corgi, 1992
288 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★



A Wy co ostatnio czytacie?

niedziela, 5 listopada 2017

Postmodernistyczna metagawęda o Wiktorianach. Kochanica francuza


Czasem jest tak, że powieść, którą bierzecie w rękę to mała uczta, stworzona specjalnie dla Was. Głos narratora od razu przypada Wam do gustu, tematyka wykrojona jest tak, jak Wasz ulubiony kawałek tortu, bohaterowie intrygują. Z każdą stroną coraz bardziej nie możecie się nadziwić, że to, co trzymacie w ręku jest tak bardzo Wasze. Wszystko Wam się podoba, wciągacie się, czytacie z prawdziwą przyjemnością. Jednak mimo Waszego podziwu, nie wywołuje jakiegoś niesamowitego zachwytu. Nie porywa. Brakuje emocji, koloru na policzku. Jest tylko chłodna obserwacja badacza i ciche zadowolenie.

Tak właśnie miałam z Kochanicą francuza.

Brytyjski pisarz John Fowles pod koniec lat sześćdziesiątych napisał powieść wiktoriańską. A przynajmniej tak by się wydawało, gdy zaczyna się czytać. Oto typowy młody dżentelmen Karol Smithson przechadza się brzegiem morza ze swoją narzeczoną Ernestyną w pięknym angielskim miasteczku Lyme. Dochodzą do falochronu, na końcu którego mimo silnego wiatru i wysokich fal stoi spowita w czerń niewiasta, stojąca na końcu kamiennego cypla, zapatrzona jak odurzona w horyzont. Kobietę nazywają w okolicy Tragedią, tudzież Kochanicą Francuza. Czasem mówi się o niej gorsze rzeczy. Ponoć była kiedyś guwernantką, ale wdała się w romans z rzuconym na brzeg francuskim oficerem i teraz skazana jest na odrzucenie.

Karol spotyka potem Sarę, bo tak się nazywa Tragedia, w lasku, gdy w duchu wiktoriańskiego umiłowania nauki szuka skamielin. Jest piękna, jej kasztanowate, piękne włosy połyskują czerwienią w słońcu. Wkrótce Karol nie może wyrzucić jej ze swojej głowy. Wciąż się na nią natyka. Zaczynają rozmawiać. Doktor Grogan, stary, mądry Irlandczyk, ostrzega Karola przed manipulacją chorych kobiet, opętanych melancholią i nurzających się we własnej rozpaczy z przyjemnością. Karol przez chwilę szczerze wierzy, że doktor ma rację, a Sara manipulacją próbuje zniszczyć jego ułożone życie.

Jak ta historia się kończy? Właściwie nie wiadomo do końca. A może właśnie wiadomo, tylko nic nie jest pewne. Wariantów zakończenia jest mianowicie trzy. 

Powieść Johna Fowlesa może i jest hołdem składanym statecznej powieści wiktoriańskiej, takiej, jakie pisał Thomas Hardy. Ale jest też przede wszystkim powieścią postmodernistyczną, rozkładającą ręce przed bohaterami, wydarzeniami i stałymi motywami. Głos autora od początku mówi nam w szerokich rozważaniach okołofabularnych, że on bohaterami nie steruje. Oni sami robią, co im się podoba. On na przykład nie wie, co w danym momencie robi Sara. Skąd ma wiedzieć? Co z tego, że jest narratorem wszystkowiedzącym? On może i ma wiedzę na temat typowych motywów i technik narracyjnych, ale ta powieść rządzi się swoimi prawami. 

Oprócz tego dostajemy specjalne odautorskie przypisy do powieści, przemyślenia na temat powieści dziewiętnastowiecznej jako takiej, o dżentelmenie angielskim, przemianach społecznych, zwyczajach seksualnych na wsi angielskiej w XIX wieku, prostytucji w Londynie wczoraj i dziś. To kopalnia wiedzy, celnych spostrzeżeń, złośliwych docinków. I olbrzymiej samoświadomości narratora. Który pojawia się w powieści jako bohater-narrator, literat-historyk, pisarz-analityk.


A do tego mamy jedno zakończenie, potem przewijamy w tył, dostajemy drugie. I trzecie.

Doceniam intencje stojące za nieuchwytną i wydawałoby się, niezrozumiałą Sarą Woodruff. Autor chciał w niej odzwierciedlić zarówno odrzuconą kobietę na marginesie społeczeństwa, pokazać, jakie miała przed sobą opcje życiowe, podkreślić, że jako osoba niesamowicie wolnomyślicielska, mądra i na swój sposób prosta, otarła się o przypadek chorych psychicznie, doprowadzonych do ostateczności niewiast, by wreszcie ostatecznie wybrać wolność i poszukać własnej tożsamości. 

To wszystko jest tak metafikcyjne, aż do przesady. Nic nie jest pewne. W końcu czytelnik czuje pewną suchość i miałkość fabuły, która (choć faktycznie ciekawa i w stylu Tessy d'Urberville) w pewnym momencie staje się pretekstem do artystyczno-naukowej zabawy literata. To prawa, czyta się to świetnie, szalenie doceniam zarówno pomysł, jak i wykonanie. To powieść do rozkładania na części pierwsze i akademickiej analizy. Ale po przejściu do pozycji całkowitego postmodernistycznego dystansu bohaterowie stają się papierowi i brakuje tej iskry, która sprawia, że przy Tessie tak bardzo płakałam, Jane Eyre porusza mnie za każdym razem, a Jane Austen rozpala wyobraźnię. Ale ważniejsze są dla mnie jako czytelnika emocje bardziej niż kunszt. I tak właśnie się czuję po przeczytaniu Kochanicy francuza: zadowolona, ale nie zachwycona.

Obowiązkowo obejrzałam też film z 1981 roku napisany przez Harolda Pintera z Meryl Streep i Jeremym Ironsem w rolach głównych. Ogląda się go magicznie, choć mocno się postarzał. I myślę, że filmowcy świetnie poradzili sobie z tematem, rezygnując z głosu narratora i przedstawiając film historyczny przez soczewkę współczesnej historii z planu filmu. Streep i Iron jednocześnie grają Karola i Sarę, a także aktorów ich grających i ich romans w świecie rzeczywistym, dzięki czemu można pokazać dwa zakończenia naraz w jednej opowieści. Bardzo pomysłowo i świeżo. 

Dla fanów angielskich produkcji, literatury angielskiej i brytofilów w ogóle zarówno film, jak i książka to pozycja obowiązkowa obok Opętania A.S. Byatt. Bardzo dziękuję Idzie (o której kiedyś pisałam na blogu) za cudowny prezent i uciążliwe dopytywanie, czy już przeczytałam. Opłacało się, bo Kochanica francuza to powieść, której nie mogłam nie poznać. Ale to na pewno nie miłość od pierwszego wejrzenia.


Kochania Francuza

John Fowles

Rebis, 2013
Przekład: Wacława Komarnicka
536 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

środa, 1 listopada 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: PAŹDZIERNIK 2017



Kilka dni temu widziałam za oknem pierwszy śnieg. Co prawda był dość mizerny i zmieszany z deszczem, a po chwili znów wyszło słońce, to jednak w powietrzu czuć już zimę. Jak szybko lecą te miesiące!

W październiku ruszyłam z kopyta z rzeczami uczelnianymi, nawet napisałam już kilka stron (ale nie zapeszajmy, chwalić się będę jak skończę, a skończę... miejmy nadzieję, że skończę...). Książkowo miesiąc upłynął zdecydowanie satysfakcjonująco. Skończyłam czytać To Kinga (tu o Tym pisałam), przeczytałam też cztery inne powieści: Kota, który spadł z nieba Takashiego Hiraidego, Kochanicę francuza Johna Fowlesa, Nocne zwierzęta Patrycji Pustowiak i wczoraj skończyłam Turtles All the Way Down Johna Greena. Z tych wszystkich najsłabiej wypadają Nocne zwierzęta, a najlepiej Kochanica francuza na równi z nowym Greenem, a o wszystkich zamierzam wkrótce napisać. Zamówiłam też tonę książek na temat studiów fanowskich (do pracy naukowej) i dokonałam niezwykle udanych zakupów targowych (chwalę się poniżej), w sumie przybyło mi na półkach czternaście książek, a ubyło tylko trzy.


To dlatego zrobiłam remanent i ułożyłam wszystkie nieprzeczytane książki na innych półkach niż te przeczytane i zamierzam patrzeć na te rzędy wstydu, póki nie przeczytam z połowy.

A popkulturalnie?



To (2017)


O strasznym klaunie, czyli pierwszej części rozbitej na dwa filmy ekranizacji fatalnie długiej i fatalnie zwieńczonej, acz strasznej i kultowej powieści Kinga, pisałam już dość szeroko we wpisie o książce. Nie będę więc wnikać, a kto ma ochotę na spojlerowe porównanie, zapraszam tutaj. Film wskoczył na wózek nostalgii w stylu Stranger Things i uwspółcześnij powieść, przerzucając linię czasową z lat pięćdziesiątych do osiemdziesiątych. Według mnie to przełożenie książki na język kamery wyszło zdecydowanie dobrze: wiele rzeczy problematycznych czy słabych zostało poprawionych, połączonych i podkręconych w sposób, któremu stanowczo przyklaskuję. Ogląda się bez podskakiwania na fotelu od tanich jump scare'ów, ale z emocjami, napięciem i przyjemnością. Dzieciaki aktorsko dają radę, a Bill Skarsgård jako nowy Pennywise wyszedł przekonująco. Świetna rozrywka, warto iść do kina!



Stranger Things (2016-)


W zeszłym roku zachwycałam się pierwszym sezonem Stranger Things. W tym roku drugi sezon wziął mnie trochę z zaskoczenia, bo żyłam cały tydzień myślami o Festiwalu Conrada i Targach Książki, a tu nagle w piątek sobie uświadomiłam, że historia o dzieciakach i świecie "Do góry nogami" jak z Kinga wróciła. Zaczęliśmy oglądać. I wciągnęło, wsysnęło jak w ciemną studnię. Świata nie widziałam. Te cliffhangery! Musiałam dalej oglądać. Musiałam. I jak skończyłam w niedzielę rano, dopiero wyszłam z domu na targi. Wiem, że nie mówię nic nowego, sezon drugi trzyma poziom, zaskakując dodatkowym wątkiem rodem z X-menów. Mike znowu przeżywa ciężkie chwile, Dustin chwali się ząbkami i udaje tygrysa, Eleven podrosła i uczy się słów, a do tego pojawia się nowa dziewczyna i jej starszy brat jak z okładki harlequina. Fantastycznie znowu widzieć wszystkich bohaterów, fantastycznie znów zanurzyć się w tę atmosferę, słuchać tej cudownej ścieżki dźwiękowej, czuć raz po raz okrutne ciary na całym ciele. Jeśli jeszcze nie widzieliście, nadróbcie koniecznie.



Co jest grane, Davis? (2013)


W ramach nadrabiania filmów z Adamem Driverem obejrzałam też od dawna czekający w kolejce Inside Llewyn Davis braci Coen. To kameralny, nasiąknięty cichym smutkiem i pięknymi melodiami film z Oscarem Isaackiem wcielającym się w sfrustrowanego, niepewnego jutra muzyka folkowego. Są lata sześćdziesiąte, Llewyn gra sam, choć kiedyś miał partnera do duetu. Przechodzi z mieszkania do mieszkania, od jednej cudzej historii do drugiej, skupiony na sobie, jak odbijana z miejsca na miejsce piłeczka. Liczy się tylko jego muzyka, ale nie może z niej żyć. Jest salonowym ozdobnikiem, kłopotem, utrapieniem, przekleństwem. Żyje z dnia na dzień, przemierzając nowojorską zimę z gitarą w futerale, zagubionym kotem pod pachą i długami na karku. Przyjemnie się oglądało, choć przygnębiająco i nostalgicznie. Kudosy dla Justina Timberlake'a i Adama Drivera w studiu muzycznym, a także Johna Goodmana, grającego idealnie wpieniający wrzód na tyłku.



Łowca androidów (1982)


Ta pozycja chyba mało kogo dziwi - wielu ludzi miało ochotę najpierw sobie odświeżyć starego Blade Runnera zanim pójdzie się do kina na kolejną część historii o ponurym świecie przyszłości skąpanym w świetle tanich neonów, świecie jeszcze tańszych rozrywek i wszędobylskich androidów. Czy dowiadujemy się, czy śnią one o elektrycznych owcach? Niestety nie, o tym traktuje książka Filipa K. Dicka, ale stary Blade Runner Ridleya Scotta (oczywiście w wersji reżyserskiej) to prawdziwy klasyk. Z perspektywy lat film okazał się krótszy niż pamiętałam, choć wciąż długie ujęcia w deszczu sprawiały wrażenie przeciągających się w nieskończoność. Okazał się też bardziej mizoginistyczny (ta scena z wymuszaniem wyznana miłosnego...) i bardziej dwuznaczny niż pamiętałam (końcówka z origami). Wciąż robi wrażenie.



Blade Runner 2049 (2017)


Kontynuacja starego klasyka przez Ridleya Scotta była, wiadomo, mocno kontrowersyjna. Po co kontynuować dobry film z lat osiemdziesiątych? W szczególności bez oryginalnego reżysera? Jednak Harrison Ford zgodził się zagrać i o dziwno, stara się! Ryan Gosling też pokazuje, na co go stać, jedynie Jared Leto nie wiadomo do końca, co tam robi i po co go widzimy w tych intensywnych, ale w sumie niepotrzebnych scenach. Co prawda film nie daje nam czegoś na miarę dziwacznej, niepokojącej pogoni Roya Batty'ego za Deckardem, nie daje też Rutgera Hauera z niezapomnianym monologiem na dachu. Dostajemy za to wątek hologramów ze sztuczną inteligencją, które też chcą kochać, a także moralną zagwozdkę anroidyczną, śledztwo z prawdziwego zdarzenia, odkrycie podziemi tego zepsutego świata i obietnicę zmiany na lepsze w postaci ostatniego, szalonego twistu. Tak, podobało mi się. I trochę mi się oczy spociły.



Thor: Ragnarok (2017)


Na koniec kilka słów o trzecim filmie o Thorze. Taika Waititi jest absolutnie uroczy i chcę, żeby więcej ludzi dawało mu kupę kasy na kolorowe komedie z fajerwerkami. Limit męskiego piękna został osiągnięty i wybuchł na końcu skali (Cumberbatch i Hiddleston w jednym filmie!), humor był bezbłędny i obłędny, Cate Blanchett bawiła się doskonale grając przerysowaną, seksowną czarną bohaterkę z dzikimi rogami na głowie, w Asgardzie zabawiają się w przedstawianie rzewnych scenek rodzajowych o braterskiej miłości, a Hulk miał szansę pobyć Hulkiem trochę za długo i był absolutnie przekomiczny. I Korg skradł mi serce. Podobno od dawna noszono się z pomysłem pokazania w Marvelowym cinematic universe czegoś z Planet Hulk i wreszcie się udało. Nowy Thor, mimo dość mdłych dwóch poprzednich części, o dziwo daje więcej uciechy niż druga część Strażników Galaktyki. Nie żałuję ani chwili w kinie.


To by było na tyle. Serialowo na tapecie wciąż Battlestar Galactica (Parks & Recreation wkradło się w środek oglądania drugiego sezonu i kazało dooglądać do końca), a nie oglądam nic na boku. Nie mam czasu, czytam o teorii fanowskiej. A co u Was? :)

czwartek, 26 października 2017

Diabelskie szubienice, srebrne kule i sukuby. Rękopis znaleziony w Saragossie


Trudno napisać o Potockim i jego Rękopisie znalezionym w Saragossie coś więcej, niż już zostało napisane. A jednocześnie ta historia niezmienne fascynuje i mam ochotę ją opowiadać raz po raz: o niesamowitej wiedzy, dziwnych losach i osobliwym szaleństwie pisarza, o perypetiach z kolejnymi wydaniami powieści, o chaotycznych poprawkach, niepewności oryginału, tłumaczeniowym zamieszaniu, filmowym zachwycie i samej szkatułkowej powieści, w której nie sposób się nie pogubić, skoro sam Potocki momentami nie ogarniał. Nie, nie oprę się. Muszę to opowiedzieć, żeby też poukładać samej sobie w głowie to, co wiem.

Zacznijmy samego Jana Potockiego. Potomka jednego z wielkich polskich rodów magnackich, duchowego syna myśli Europy Zachodniej i oddanego naukowca epoki oświecenia, który nigdy nie nauczył się ponoć mówić płynnie po polsku; głównie posługiwał się francuskim i w tym właśnie języku pisał swoje opus magnum. Mówię „pisał”, bo wydawało się, że nigdy go nie skończył, ciągle wprowadzał poprawki, zmieniał strukturę dzieła i prawdopodobnie dalej by je szlifował, gdyby nie palnął sobie w łeb srebrną kulą. Najlepszą legendą, która krąży wokół jego osoby jest słynna historia o srebrnej kuli utoczonej ze srebrnej gałki cukiernicy, która Potocki sam kilka lat wytrwale formował, dał do poświęcenia księdzu, aż strzelił nią sobie w głowę z obawy przed własnym wilkołactwem. Ile z tego jest prawdy? Raczej niewiele, prócz faktycznego samobójstwa. Relacja naocznego świadka ciała po samobójstwie, Stanisława Chołoniewskiego, wspomina raczej o ołowianej kuli odpiłowanej z przykrywki jakieś puszki, co nie zmienia faktu, że mit o srebrnej kuli i wilkołactwie przekazywany jest z ust do ust i wciąż powraca.

Hrabia Potocki wyjechał z Rzeczpospolitej jako mały chłopiec, Odebrał należyte wykształcenie godne syna magnackiego rodu w Lozannie i Genewie, szeroko podróżował. Zwiedził między innymi Turcję, Egipt, Hiszpanię, Maroko – doświadczenia z tych podróży nie tylko posłużyły do licznych wspomnień i reportaży, ale również do opisania awanturniczej powieści osadzonej w górach Sierra Morena, z plejadą bohaterów z Afryki, Europy i Azji, wyznających wszelkie możliwe religie. Fakty co prawda często mu się mieszały... a może specjalnie wprowadzał nieścisłości historyczno-geograficzne, by dodać fantastycznej historii barwnej baśniowości i elementu ustnej, niedokładnej opowieści ludowej, w której ważniejsze od dat i władców są same wydarzenia? Swoje lata młodzieńcze Potocki spędził jako kawaler zakonu maltańskiego (motyw rycerzy-zakonników również przewija się w Rękopisie...), walczył z berberyjskimi piratami, służył w wojsku. Długo obijał się po świecie, spisując swoje doświadczenia i teorie (między innymi o słowiańszczyźnie), aż wreszcie osiadł w Polsce. Trafił na krótko do sejmu, odbył jako pierwszy Polak w powietrzu lot balonem nad Warszawą, drukował książki, dotarł na carski dwór i został wysłany na wyprawę do Chin, gdzie niestety nie dotarł, przetrzymany na granicy z Mongolią. Uwikłany w polityczne rozgrywki, wiecznie cierpiący na brak uznania ze strony środowisk naukowych mimo nieustannej pracy. Wreszcie, z powodu dojmującej melancholii, strzelił sobie w głowę w wieku pięćdziesięciu czterech lat.



Dzieło jego życia, które zaczął spisywać pod koniec XVIII wieku, a kończył tuż przed śmiercią, dzięki któremu jego nazwisko jest rozpoznawalne do dzisiaj, a historia Alfonsa van Wordena, nęcących go muzułmańskich sióstr i złowieszczej szubienicy wciąż jest czytana i wznawiana, wciąż pozostaje przynajmniej częściowo zagadką. Do niedawna było wiadomo, że istniały dwie wersje powieści, a ta ostateczna przepadła. Potocki publikował kolejne fragmenty Rękopisu... częściami, chaotycznie, w różnych miastach, w różnym stanie zredagowania, przez co trudno było ułożyć z tego pełną całość. W XIX wieku podjął się tego tłumacz Edmund Chojecki, choć teraz podważa się jego wyłączne autorstwo przekładu (jak pisze w posłowiu tłumaczka Anna Wasilewska). Faktem pozostaje to, że Chojecki wydał Rękopis... po polsku, łącząc pierwszą wersję powieści z 1804 roku z kawałkami drugiej wersji z 1810 i dodaną od tłumacza końcówką spajającą ten galimatias w całość. Tłumaczenie to jest silnie modyfikowane i ugładzone, a ponieważ wydania po francusku zaginęły częściowo w historycznej zawierusze, w XX wieku okazało się, że nie ma pełnej wersji innej niż polski przekład, przez co wersja Chojeckiego zaczęła służyć za oryginał w przekładach na inne języki, przede wszystkim zaś... na francuski!

Również opierając się na tłumaczeniu Chojeckiego powstał kultowy film Wojciecha Hasa ze Zbigniewem Cybulskim w roli Alfonsa. Ten czarno-biały polski niszowy obraz stał się obiektem uwielbienia ze strony wielu artystów: przyznaje się do tego Martin Scorsese, Luis Buñuel, David Lynch, Lars von Trier i Neil Gaiman. Trzygodzinny film wart jest poznania nie tylko ze względu na treść i status, ale również fantazyjny, artystyczny wysiłek ekipy filmowej, która przemieniła okolice Olsztyna i Częstochowy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej w hiszpańskie góry, jary i jaskinie.

Przedmowa redaktorów, którzy opracowali wydany po polsku Rękopis... jako nowe tłumaczenie ostatniej wersji autorskiej z 1810 roku, tłumaczą, że autor ostatecznie zrezygnował z przeplatanki wątków na korzyść usystematyzowanych partii kolejnych opowieści, w których łatwiej się odnaleźć. Wersja z 1804 roku, jak piszą, „ była <<szampańska>>, miejscami nacechowana specyficzną lekkością kultury libertyńskiej, prowokacyjna, między innymi w sprawach dotyczących religii. Wersja z 1810 jest poważniejsza, grzeczniejsza, bardziej <<uczesana>>”. Rozbudowana jest w niej wkład geometry o systemie, a usunięta historia Żyda Wiecznego Tułacza i większa część metakomentarzy słuchających na temat słuchanych historii.

Dopiero niedawne odkrycia filologiczne zidentyfikowały finalną wersję powieści w takiej formie, jaką ostatecznie nadał jej Potocki w 1810 roku. Rękopis... ten wydało w 2015 w polskim tłumaczeniu Wydawnictwo Literackie. Obszerny wstęp François Rosseta, Dominique'a Triaire'a, posłowie od polskiej tłumaczki, biogram oraz kalendarium życia autora i liczne przypisy wykazujące między innymi różnice między tłumaczeniem Chojeckiego a nową wersją stanowią niezwykle cenny i znaczący dodatek do powieści.

Czytanie tego tomiszcza to spore wyzwanie. Z jednej strony gabaryty pokaźnej cegły, z drugiej podstarzały język, osobliwa struktura i szkatułkowa kompozycja poprowadzona konsekwentnie, ale zawile. Nie trudno się zgubić, zniechęcić, rzucić książkę w kąt. Ale jak już się człowiek wgryzie w te stronice przepięknego wydania z Wydawnictwa Literackiego, skupi na nieustannie meandrujących historiach i zanurzy w tym potoku przypowieści, dziwactw, teorii i bogactwa nawiązań, powieść zwraca z nawiązką poświęcony czas i uwagę. To sześćdziesiąt jeden dni przeplatających się opowieści, zawieszonych między Księgą tysiąca i jednej nocy, Dekameronem, powieściami gotyckimi, libertyńskimi powiastkami czy Opowieściami kanterberyjskimi. Choć często sama rama opowieści – okoliczności początku opowiadania i zazwyczaj odwołanie mówiącego do obowiązków –  czasem nuży i dezorientuje monotonnością (czasem nawet sam Potocki się gubi w tym, kto opowiada), to same historie często przyprawiają o śmiech, zdumienie, grozę i radość.

Całość zaczyna się od wspomnianego już Alfonsa van Wordena, walońskiego oficera hiszpańskiej armii, który wbrew ludowym przestrogom, zapuszcza się w przeklęte ponoć rejony gór Sierra Morena. Tam opuszcza go służba, a nawiedzają diabelskie wizje tudzież sukuby, Emina i Zibelda, choć gdy sen i fikcja mieszają się w gęstą zawiesinę kolejnych historii, trudno powiedzieć, czy egzotyczne siostry próbujące swymi wdziękami przekonać Alfonsa do zmiany wiary to duchy czy prawdziwe kobiety. W międzyczasie pojawiają się też inni bohaterowie: geometra Velasquez z jego monumentalnym wywodem na temat stworzenia świata, Żydówka Rebeka z jej kabalistyczną magią, naczelnik obozu cygańskiego i jego barwne, awanturnicze przygody. Motywy trójkąta miłosnego z dwoma kobietami i kary za żądzę, niespełnionego, a genialnego naukowca pragnącego zgłębić całość wiedzy, komedii pomyłek i skomplikowanych forteli powtarzają się, splatając w stały wzór tkaniny powieści. Osobiście byłam absolutnie zachwycona historiami o młodzieńczych przebierankach naczelnika cyganów, wyprawą po dyspensę na ślub z krewną czy perypetie sprawione bohaterom przez wścibskiego Busquerosa, choć zdecydowanie wystawiły mnie na próbę wyliczenia wszystkich stu tomów encyklopedii Diega Hervasa, teoria historii wszechświata Velsaqueza i bardzo dokładna historia rodu Gomelezów z wyliczaniem wszystkich przodków.



Co ciekawe, splot narodowości, tradycji i religii, które wyobraził w powieści Potocki, bardzo przypominają Polskę z epoki, w której żył autor. Obok siebie żyli wyznawcy różnych wiar i przedstawiciele różnych ludów i narodów, na ulicach słyszało się dziesiątki języków. Na dodatek ukrywający się w jaskiniach cyganie, Gomelezi i Żydzi kojarzą się z losami naszego własnego kraju w okresie, gdy Potocki był świadkiem kolejnych rozbiorów. A może to zbyt dalekosiężne skojarzenie?

Grunt, że w splocie judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, w złączeniu kultury oświecenia z osiemnastowiecznym libertynizmem, w wycieczce po miszmaszu tradycji trzech kontynentów, Potocki stwarza dzieło ostateczne, służące za zwierciadło naszej kultury. Trudno przejść obok tak ważnego i fascynującego dzieła, którego historia sama udowadnia, że nic w kulturze nie ma oryginału, a każde dzieło literatury jest tylko powtarzanymi z ust do ust historiami, przetwarzanymi, przerabianymi, przekręcanymi po wielokroć, wciąż od nowa.

Rękopis znaleziony w Saragossie, wersja z 1810 r.

Jan Potocki

Wydawnictwo Literackie, 2015
Przekład: Anna Wasilewska
784 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★


sobota, 21 października 2017

Przerażająca wyobraźnia Atwood raz jeszcze. Oryks i Derkacz



To nie jest Atwood subtelna i realistyczna do tego stopnia, że w miarę czytania czuje się delikatny dreszcz na kręgosłupie, uświadamiając sobie, że to mogłoby się wydarzyć naprawdę, jak w Opowieści podręcznej. Oryks i Derkacz, pierwsza część trylogii Maddaddam wydana w oryginale w 2003 roku, to zupełnie inny rodzaj antyutopii. Przerażająca wyobraźnia pisarki zaprowadza czytelnika w sam środek niepokojąco wiarygodnej, ale całkowicie szalonej postapokalipsy, z totalnym upadkiem cywilizacji, polującymi w grupach genetycznie zmodyfikowanymi świniami, syczącymi szczurowężami, zaciekłymi psowilkami i agresywnymi szoposkunksami. Cały arsenał, od samego początku.

Mimo tej absurdalnie brzmiącej menażerii trzeba ostrzec: ta lektura mocno kopie po trzewiach i jest nam bliższa, niż może się wydawać. Dreszcze są, ale nie delikatne, wizja przyszłości jest, ale nie subtelna.

W polskiej wersji Yeti, w angielskiej Snowman, to człowiek-anachronizm. Chodzący przeżytek, którego pamięć o starym porządku świata nie jest nikomu potrzebna. Ostatni człowiek w naszym rozumieniu tego słowa, a wokół niego nikogo, kto by był nim zainteresowany. Ukrywa się w koronach drzew, umiera z gorąca, próbuje przeżyć z dnia na dzień, rabując co się da z ruin dawnego świata. Plemię niesamowitych, odrealnionych homonidów, naiwnych jak dzieci i wydawałoby się idealnie dostosowanych do otoczenia, składa mu hołd jak posłannikowi bogów. A on snuje dla nich przypowieści o dobrej, opiekuńczej Oryks i potężnym stworzycielu Derkaczu.

W tej rzeczywistej opowieści pojawiają się wyłomy, czyli retrospekcje, w których poznajemy świat niedługo przed katastrofą, która stworzyła nowy porządek rzeczy. Młody Jimmy ma niesamowite szczęście jak na standardy cywilizacyjne: wychowuje się w bogatej, inteligenckiej społeczności rodzin pracowników bioinżynieryjnej korporacji, odgrodzony i strzeżony przed biedną, niebezpieczną hołotą. Może mieć wszystko, czego zapragnie. Problem jest w tym, że nie ma specjalnych pragnień. Jego życie jest monotonne i puste, uczucia przytępione; swój czas głównie spędza na przemierzaniu bezdennych czeluści internetu, od filmów z planowanymi samobójstwami, przez dziecięcą pornografię po wyrafinowane gry w światową destrukcję. Społeczności korporacyjne pławią się w pieniądzach, wszelkie etycznie wątpliwe ruchy są dozwolone, rozszalały kapitalizm wyniszcza Ziemię, a inżynierowie zmodyfikują wszystko, byle uzyskać zysk.



To wszystko brzmi znajomo, prawda? Tylko na mniejszą skalę. Co prawda nie słyszy się jeszcze o kurczakach bez głów, którym wyrastają dodatkowe pary skrzydełek czy udek, ale naukowcy już pracują nad świniami hodowanymi na ludzkie organy. W internecie może jeszcze nie ma tak powszechnych i ekstrawaganckich rozrywek, ale jak ktoś poszuka wystarczająco głęboko, wszystko można w sieci znaleźć. Wielkie korporacje trzymają w szachu małe przedsiębiorstwa rolnicze, zastrzegając tanie, efektywne, zmodyfikowane genetycznie zboża. Atwood jednak idzie jeszcze kilka kroków dalej, pozwalając temu wszystkiemu rozrastać się bez granic. I dorzuca do tego równania geniusza, który ma lepszą wizję rzeczywistości i zamierza ją wprowadzić w życie nie pytając nikogo o zgodę.

Jeśli chodzi o część naukową, Atwood brzmi naprawdę przekonująco, widać, że spędziła sporo czasu na zbadanie tematu i umiejętnie podkręca fakty do artystycznego maksimum. Niektórzy zarzucają tej książce zbyt suchy, niewycyzelowany styl, mnie jednak ten rzeczowy ton narratora wcale nie przeszkadzał, wręcz tworzył świetny klimat. Zachwycająco realistyczne jest słowotwórstwo wszędobylskich reklam, nazw kolejnych korporacji, usług i mieszanek genetycznych.

Świetnie wyszła autorce relacja między Jimmym a Glennem, zwykłym, niezbyt utalentowanym facetem i nie do końca zrozumiałym, a nawet wydawałoby się, że pozbawionym ludzkich uczuć Wunderkind. Ich dorastanie, niezobowiązująca, a silna przyjaźń, osobliwa wieź mimo wielu różnic i oddalenia. Sama postać Jimmy'ego jest chyba jednym z najmocniejszych elementów tej powieści. To everyman ze słabą, ale przekonującą osobowością i historią, która bardziej mu się przytrafia, ale wciąż czytelnikowi bardzo łatwo wejść w jego tok rozumowania, odczytać lekkie odcienie nienazwanych uczuć, wyczuwać szczątkowe wyrzuty sumienia, nakładać filtr moralny, wreszcie wraz z nim z wolna pojmować koszmarną prawdę.



Nie jestem za to przekonana do postaci Oryks. Choć jej historia fascynuje i mrozi krew w żyłach, to jej wizerunek zawsze okryty jest różową mgiełką niezrozumiałej tajemnicy i sensualnej rozkoszy (ponieważ widzimy ją oczami Jimmy'ego). Trudno ją zrozumieć, jest orientalną zagadką, kobietą zawsze optymistyczną i zalotną, piękną i nieuchwytną. Wydaje mi się jednak, że jej postać z powodzeniem można by wymazać z całości i książka na niczym by nie straciła. Mogę ją jednak zaakceptować, jeśli postrzegać ją jako wizualizację jednego z dwóch polityczno-społecznych aspektów, które porusza Atwood. Derkacz może obrazować rozpędzoną naukę i lepkie palce korporacji, Oryks zaś - zakazane rozrywki internetu, konsumpcjonizm i tanie dążenie do przyjemności.

Atwood (ostatnio słowa klucze:) "brutalnie obnaża" wiele prawd o naszej rzeczywistości. Nie odkrywa Ameryki, ale ostrzega i straszy. Wytyka palcami hermetyczność krajów wysoko rozwiniętych, eksploatację planety, zabawę w Boga, przytępienie odczuć i wartości czysto humanistycznych, nieskrępowany konsumpcjonizm. Mówi, jak niebezpieczny jest wieczny spektakl, jaki tworzymy swoim upiększonym wizerunkiem, pogonią za młodością i atrakcyjnym wyglądem, kulturą braku prywatności. Co więcej, każe zastanowić się, czym tak naprawdę jest natura i czy wciąż jest naturą, jeśli wprowadzamy do niej elementy syntetyczne; zmusza do zamyślenia nad człowieczeństwem, pokazując idealnego człowieka bez strachu przed śmiercią, wyzutego z wyższych pragnień, potulnego jak owieczka, na tle ludzi niszczących wszystko na swojej drodze z powodu pragnień, dążeń, mrzonek i strachu.

Czytanie Oryks i Derkacza jest jak podglądanie zakazanego. Nie można się od tej książki oderwać, choć przeraża, wrzuca do rynsztoka i wyżyma jak ścierkę. To oszałamiająca, przykra wycieczka w technikolorze, po której trudno się otrząsnąć. Bardzo polecam, choć to nie jest poziom fantastycznej Opowieści podręcznej.

I dziękuję bardzo Pożeraczowi, który pożyczył mi swój egzemplarz tej książki i do tej pory miłosiernie czeka na zwrot:) Sam pisał o powieści w marcu tutaj.

Oryx & Crake

Margaret Atwood

Virago, 2013
433 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★





niedziela, 15 października 2017

Kniga Kinga, czyli o tym, jak film naprawił książkę. To


Ja sporo Kinga czytałam w życiu.

Czytałam i klasyki takie jak Lśnienie, Miasteczko Salem, Carrie, Misery; czytałam też średniaki w stylu Roku Wilkołaka, Oczu smoka czy Firestartera; ostatnio czytałam pierwszą część Mrocznej Wieży. Przeżyłam nawet ostre starcie z książką, którą pamiętam jako dość traumatyczną, czyli Regulatorów. Nawet sam King uznał ją za obciachową i wydał pod przykrywką jako Richard Bachman. No dobra, historia jest trochę inna, ale ja głęboko wierzę, że tak właśnie było. Przekonuje mnie absolutnie idiotyczna fabuła, która napędzała naprawdę niezłego stracha, ale wciąż była denną historią klasy D.


Regulatorzy i cała reszta jednak nie dorasta do pięt Temu, jeśli chodzi o emocje w trakcie czytania. To okazało się tą najboleśniejszą książką Kinga.


Może najpierw zarysuję krótko historię, jaką opowiada To dla tych, którzy jeszcze nie widzieli żadnej z ekranizacji ani nie czytali książki. Małe amerykańskie miasteczko Derry wielokrotnie mogło by być tematem zainteresowania krajowych mediów. Dość regularnie co około dwadzieścia siedem lat nasilają się niesłychane statystycznie w porównaniu do reszty Stanów krwawe mordy, katastrofy, zaginięcia. Nikt jednak o tym nie mówi, nikt się tym nie interesuje. W latach osiemdziesiątych znów zaczynają się dziwne zdarzenia. Zapomniany przyjaciel z dzieciństwa dzwoni do siódemki rozrzuconych po świecie, dorosłych już znajomych i prosi, żeby przyjechali i dopełnili młodzieńczej obietnicy, by skończyć to, co zaczęli. Ta fabuła nieustannie splata się z wspomnieniami z dzieciństwa całej siódemki, gdy prześladowani przez miejscowych łobuzów, na progu dojrzewania, zaczęli widzieć i doświadczać rzeczy przerażających i niesamowitych. Gdy jakaś osobliwa wewnętrzna siła sprawiła, że spotykają się, natychmiast tworząc zwartą paczkę. I postanawiają coś z "Tym" zrobić.

To dobry horror. Klimat jest absolutnie nieziemski, King fantastycznie buduje atmosferę niepokojącego, skrywającego przerażające tajemnice miasteczka w stanie - a jakże - Maine. On zna się na strachu. Co krok wyciąga z obrzeży umysłu coraz straszniejsze i obrzydliwsze wizje, potwory, zjawy, odzwierciedlające te z najbardziej typowych lęków ludzkich. Szczególnie warto docenić sprawną żonglerkę narracją, namacalność scen, dryg do dialogów. Jego proza, choć często absurdalnie podrzędna jeśli chodzi o pomysły, sprawia, że czytelnik wpada w nią jak w studnię. Trudno odłożyć jego książkę na bok, gdy strona za stroną wznosi kolejne kręgi lęku, zamurowuje wyjście na zewnątrz, zasłania źródło światła. Pomijając typowe monstra jak wilkołaki, mumie, klauny, głównym źródłem strachu i niepewności okazuje się najbliższe otoczenie, dom, szkoła, miejsce zabaw. Przemoc psychiczna i fizyczna w rodzinie, agresja na ulicach, traumy z dzieciństwa, nadopiekuńczość przemieniająca się w psychozę przerażają bardziej niż jakakolwiek forma Tego. Zostajemy sam na sam ze strachem, w krępującej ruchy, lepkiej, śmierdzącej wodzie, bezradni, słabi i przerażeni jak bohaterzy jego książek.

Trudno też nie wspomnieć o tym, że klaun Pennywise stał się szeroko rozpoznawalną, kultową figurą horroru (głównie z powodu adaptacji z Timem Curry'm, ale zawsze).

Czemu więc taka książka miała by być bolesna?


Mam wrażenie, że To było bodaj najdłuższą książką w ogóle jaką czytałam. A przynajmniej zdawała się nigdy nie kończyć, pomimo godzin czytania wciąż nawet nie byłam w jednej czwartej. Było to denerwujące, szczególnie że nie jestem pewna, czy ta długość jest w ogóle potrzebna. King potrafi napisać o wiele krótszą i równie mocną książkę. Wiadomo, skoro mamy tylu głównych bohaterów, nie licząc bohaterów drugoplanowych, którzy też dostają osobne, dość wnikliwe backstory (jak na przykład Patrick Hockstetter, członek gangu Henry'ego Bowersa - brrr!), a do tego jeszcze w dwóch liniach czasowych, jest o czym pisać. Wyszła z tego kniga monumentalna. Ale czy wszystko to jest warte opisania? Czy potrzebujemy opisu tego, jak Richie ucieka przed morderczą rzeźbą Paula Bunyana? Czy wielki ptak zadziobujący Mike'a i jego nieujawniony lęk przed ptakami jest naprawdę najlepszym pomysłem, na jaki Kinga stać? Momentami ma się wrażenie, że King uprawiał tu freewriting, zapisywał wszystko, co mu przyszło do głowy. I nikt, żaden redaktor, nie ośmielił się zasugerować, że nie wszystko dobrze wpisuje się w ogólny zamysł, że pewne rzeczy można wyrzucić, w zamian dodając subtelne nawiązania do czegoś, co naprawdę tę postać powinno przerażać.



Zdecydowanie niepotrzebna jest też rzecz jasna TA SCENA (tutaj możecie poczytać soczysty rantu Catusa Geekusa ze spojlerami). Jeśli znacie tę historię, wiecie o co chodzi. Jest niesmaczna, niewytłumaczalna, bez sensu, a przede wszystkim - całkowicie zbędna. Daje złe wyobrażenie na temat takiej akcji, nie uwzględnia realiów, według mnie bezsensownie wykorzystuje i wykrzywia bohaterkę. Nie służy żadnemu celowi, poza szokiem i perwersyjną przyjemnością autora.

Ale to nie koniec. Gdyby to była tylko książka o złu, które czai się w ludzkich duszach, uzewnętrznia w nadprzyrodzony sposób, o potworze będącym sumą niegodziwości miasteczka - w porządku. To świetna metafora. Ale w momencie, gdy potwór okazuje się mieć jakąś cielesną powłokę, ta powłoka jest po prostu... słaba. Idiotyczna. Ale potem jest jeszcze gorzej. Wchodzimy bowiem na poziom mityczno-mistyczny. King postanowił wpisać To w jego teorię swojego multiwersum, łącząc To i wiele innych powieści ze światem Mrocznej Wieży.

Uwaga, od tego momentu będą spojlery:

Dlatego w ostatecznym starciu przenosimy się do macroverse, gdzie spotykamy wielkiego żółwia o imieniu Maturin, który stworzył wszechświat z powodu niestrawności. I ten żółw nie może pokonać Tego mimo swej nieziemskiej siły i mądrości, więc to jego wolą te dzieciaki zostały zwołane w kanały pod Derry, żeby zmierzyć się z Tym w pojedynku na wolę. Co więcej, jest tam też drugi żółw, który użycza dzieciakom mocy, a To jest tak naprawdę bratem-adwersarzem Maturina...

Zaraz, co?

Na szumiące bory dziewicze, co tu się, za przeproszeniem odpieprza? Czy to przypadkiem nie za dużo? Czy to potrzebne? Gdyby dzieciaki walczyły z ucieleśnieniem zła mieszkańców Derry własnymi rękami, o ileż to byłoby lepsze! Po co mieszać w to jakieś mityczne stworzenia, mistyczne teorie i zewnętrzną wolę sterującą bohaterami niczym kukiełkami?

To już koniec spojlerów. Mam nadzieję, że udało mi się wytłumaczyć, co w tej książce nie działa. Wydaje mi się, że właśnie zabrakło osoby, która powiedziałaby Kingowi szczerze, że sporo z jego pomysłów jest poronionych i powinien usiąść do tej książki, przemyślawszy i połączywszy to wszystko jeszcze raz.

Tak, jak robią to twórcy nowej ekranizacji Tego, dopiero pierwszej części, ale jakiej dobrej!


Film opowiada historię dzieciaków i ich pierwszego starcia z Tym. Podtytuł obrazu to "rozdział pierwszy", a część druga planowana jest na 2019. Na fali popularności wyśmienitego Stranger Things, wydarzenia oryginalnie rozgrywające się w późnych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przeniesione zostały do lat osiemdziesiątych, co stwarza świetny klimat i jest wręcz naturalnym wyborem w momencie, gdy w kinie panuje nostalgia za latami takiego dzieciństwa, jak pokazywał E.T.. Wyszło to filmowi na dobre, w ogóle, według mnie, twórcy tej adaptacji naprawili wszystko to, co zgrzytało, męczyło i się nie zgrywało w Tym książkowym. Jednocześnie oddając hołd wszystkim szaleństwom, które napisał King. Jest żółw z Lego, jest pstrokata rzeźba Paula Bunyana, podczas ostatecznego starcia pojawiają się nawet deadlights... Ale jednocześnie ten film winduje To na wyższy poziom rozrywki, wycinając, gdzie trzeba, nadając sens temu, co powinno mieć sens, łącząc to, co powinno się łączyć.

I znów będą spojlery, bo chcę pokazać przykłady tego, o co mi chodzi:

1) Bardzo podoba mi się, że Richie boi się klaunów, bo to wyjaśnia w ogóle powtarzający się motyw klauna. W oryginale To tłumaczy, że staje się klaunem, by przywabiać małe dzieci. Ale dlaczego pojawia się w takim razie jako klaun też w innych momentach? Teraz wątek się łączy z jednym z głównych bohaterów i to działa.

2) Przyklaskuję temu, że Mike widzi pożar i duszących się w dymie, wzywających pomocy ludzi za zamkniętymi drzwiami. Nie tylko dlatego, że to lepsze z punktu widzenia medium wizualnego, ale przede wszystkim dlatego, że to łączy historię książkowego ojca Mike'a z podpaleniem murzyńskiej knajpy i silnymi rasistowskimi nastrojami w Derry z młodszym pokoleniem. Czyż nie lepiej, żeby ciężarem i lękiem Mike'a była przeszłość, która rzutuje na teraźniejszość, związana z jego kolorem skóry, niż dość groteskowy wielki ptak, który próbuje go zadziobać?

3) Ben zostaje tym, który szpera w historii miasteczka. Przecież on się do tego nadaje! Jako dzieciak przesiaduje w bibliotece, fascynują go książki, ma dużo wolnego czasu i żadnych przyjaciół. Uważam, że to właśnie on powinien być tym, który zostanie w bibliotece w Derry, zamiast robić z niego architektonicznego geniusza. Jak czytanie książek ma się wiązać ze smykałką i magicznym niemal zmysłem do budowy, skoro dzieciak nic chyba nigdy nie budował, a przynajmniej nie ma o tym mowy w książce? Do tej pory nie rozumiem, czemu to Mike został.

4) Wątek Bev został świetnie poprowadzony, dodając do zwykłej grozy wątek strachu przed dojrzewaniem, przed kobiecością, miesiączkowaniem, z czym świetnie się łączy ojciec-potwór. Scena w łazience, z krwią i włosami, została podkręcona dokładnie tak, że aż powiedziałam sobie: genialne! Tak właśnie powinien to napisać King!

5) Strach Stana związany jest z figurą surowego ojca i inicjacją religijną. Jestem na tak, bo to logicznie łączy się z jego pochodzeniem i realnymi problemami, a przede wszystkim chroni nas przed idiotyczną sceną z wykrzykiwaniem nazw jaskółek, wróbli i innych skrzydlatych, razem z trzymaniem atlasu ptaków niczym tarczy, by pokonać To.

6) Końcówka - unoszące się na powietrzu ciała nadają wreszcie powtarzanemu do znudzenia tekstowi: we all float down here; you will float too. Super!

7) Dzieciaki same, wszystkie razem, przezwyciężając strach, zatłukły potwora. O to właśnie chodziło! Czemu kombinować, komplikować, jak można zakończyć prosto i wymownie.

8) Nie ma TEJ SCENY. Nie przeszłaby. I bardzo dobrze. Zamiast tego dostajemy zbiorowego przytulasa, który działa zdecydowanie lepiej.

Koniec spojlerów. Jedyna rzecz, która mnie trochę rozczarowała to to, że dzieciaki nie przesiadywały w lasku, tudzież ziemi jałowej, czyli po tyloktoć wspominanych w książce Barrens. Ale to nie przeszkadza. A Bill Skarsgård, brat aktora wcielającego się we Flokiego z Wikingów, jest absolutnie fantastyczny jako Pennywise.

Podsumowując: idźcie do kina. I możecie sobie odpuścić książkę, chyba że bardzo chcecie sprawdzić To na własnej skórze.


It

Stephen King

Scribner, 2016
1478 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★



środa, 4 października 2017

POPKULTURALNE NOWINY HADYNY: WRZESIEŃ 2017



Dość niespodziewanie prosto z włoskiego słońca trafiłam na poranne mrozy polskiej zimy i już leżę z zapasem chusteczek i pastylek na gardło. Średni początek miesiąca, ale cóż poradzić. Wenecja była przepiękna, Werona magiczna, Padwa zaskakująca, czas w Treviso upłynął pod znakiem zmęczenia ostatniego dnia i wałęsania się bez celu tuż przed wylotem. To był naprawdę udany urlop. Może więc w ramach nowin najpierw uraczę Was kilkoma zdjęciami z mojej wycieczki? Błękitne niebo dobrze Wam zrobi na tę październikową pogodę.









Wrzesień upłynął bardziej komiksowo niż książkowo z powodu MFKiG w Łodzi w połowie września, o którym dopiero co pisałam. Przede wszystkim przeczytałam Tam, gdzie rosły mirabelki Jana Mazura i Jeże Dema, a na półce leży napoczęty trzeci tom Alias, czyli Jessiki Jones według Briana Michaela Bendisa oraz Michaela Gaydosa. W całości przeczytałam w ubiegłym miesiącu Reaper Mana, czyli Kosiarza Terry'ego Pratchetta i The Secret Diary of Lizzie Bennet Berniego Su oraz Kate Rorick, świetne rzeczy, będę o nich jeszcze pisać. Przeczytałam też połowę It Stephena Kinga, co według mnie powinno się liczyć jako co najmniej jedna książka. Mam wrażenie, że to najdłuższa powieść, jaką w życiu czytałam. Błagam, 1200 stron? Znacie coś dłuższego? Oprócz Biblii, rzecz jasna.

Wiem, że to mało bibliofilskie pojękiwanie, ale zadziwiająco mnie demotywuje siedzenie godzinę nad książką i przejście dopiero o jeden procent na czytniku. Może bym lepiej to znosiła mając w ręce tomiszcze i śledząc postęp w fizycznych stronach.

A teraz, przechodząc do filmu i serialu, co tam się działo we wrześniu?



Parks and Recreation (2009-2015)


To serial, który okazał się moim ostatnim największym odkryciem i miłością. Z początku podejrzliwa i niechętna, już po kilku pierwszych odcinkach zupełnie się wciągnęłam, a po jeszcze kilku stwierdziłam, że rzucam wszystko i oglądam Parks&Rec. Początkowo stylizowany na rządowe The Office mocumentary, ten serial wkrótce wznosi się na własnych skrzydłach absurdu, zgryźliwości, specyficznego humoru i ciepłej atmosfery. Wiem, że Ameryki nie odkrywam i że Ron Swanson jest ulubioną postacią wielu od dawna, ale pozwólcie mi na moje własne, opóźnione zachwyty. Czuję duchową więź z Leslie, chcę się zgubić w wąsie Rona, iść na koncert Andy'ego, podziwiam April, chcę chodzić z Donną na imprezy i zakupu, a do tego sekretnie aż za bardzo zachwycam się Benem (jest słodkim jeżykiem, który zasługuje na miłość!). Gorące podziękowania dla Ryby, który namówił i ogląda ze mną drugi raz.



Na pokuszenie (2017)


O nowym filmie Sofii Coppoli pisałam świeżo po wyjściu z kina na Facebooku, ale może szybko podsumuję już na chłodno. Mam taki problem z większością filmów tej reżyserki, że choć mają w sobie specyficzną, często wręcz magiczną atmosferę, olbrzymią dbałość o cieszące oko, eleganckie kadry i spójną, zachwycającą estetykę, czuję w nich pustkę. Zawsze im odrobinę brakuje do filmu naprawdę znaczącego, poruszającego ważne kwestie. Te filmy uwodzą, by na koniec zaskoczyć napisami końcowymi i wywołać nieskoordynowane ruchy rąk w stronę ekranu. Z Na pokuszenie jest podobnie. Uwielbiam Nicole Kidman mimo botoksu, lubię twarz Kirsten Dunst, Colin Farrell w przyodziewie secesyjnym wygląda powalająco. Niestety mimo bajecznych kadrów, cudownych kostiumów, klimatycznego wystroju, zgrabnie stopniowanego napięcia psychologicznego i dobrego aktorstwa, znowu czegoś brakuje. Według mnie ta historia jest niedopowiedziana, zbanalizowana, ukrócona. Gdyby sięgnąć gdzieś poza konflikt kobiecy świat vs świat męski, poza zazdrość, zło wojny niszczące niewinność, co wydaje się zbyt oczywiste. Można było ten film przemienić w perełkę, zamiast tego jest wydmuszka w postaci thrilleru psychologicznego.



Ścieżki (2013)


Tracks miałam na tapecie tylko i wyłącznie z powodu Adama Drivera. Wiecie, kiedyś miałam takie epizody, że oglądałam kilka filmów z tym samym aktorem pod rząd, wszystko, co mi się nawinęło pod rękę. Alan Rickman, Colin Firth, Hugh Grant, Jude Law... Od nowych Gwiezdnych Wojen miałam tak z Adamem Driverem. Obejrzałam Dziewczyny, Patersona, Słowo na M, Powiedzmy sobie wszystko... O Ścieżkach wiedziałam tylko tyle, że to coś o pustyni, a Driver jest fotografem w spodenkach pogromcy sawanny i okularach z lat siedemdziesiątych. Nie spodziewałam się tak klimatycznego, wytrwałego filmu drogi z jedną dwudziestosiedmiolatką, psem i czterema wielbłądami. W 1977 roku Robyn Davidson, grana przez Mię Wasikowską, naprawdę przeszła samodzielnie pustynną część Australii - ponad 2700 kilometrów. Do funduszów wyprawy zgodziło się dołożyć National Geographic pod warunkiem, że wyprawę dokumentował będzie ich człowiek, stąd pojawia się Driver. Film powstał na podstawie biograficznej książki Davidson, wydanej w naszym kraju jako Na zachód od Alice Springs. Czy warto obejrzeć? Dla kadrów i poznania samej historii tak. Ale Mia wygląda zbyt dobrodusznie, by wyszła z niej prawdziwa zatwardziałość i hardość, wędrówka staje się wkrótce monotonna, bohaterka przeżywa kolejne, kliszowe momenty, a jej wyprawa ukazywana jest zbyt artystycznie, transcendentalnie, nieskalanie. Podobno tak naprawdę z Davidson był kawał interesownej kobiety i nie wszystko wyglądało ta różowo.



Planeta Małp (1968)


W poprzednich Nowinach sierpniowych opowiadałam o Wojnie o planetę małp, a przy okazji również co nieco o dwóch pierwszych częściach tej nowej trylogii. Wtedy też przyznałam się, że nie widziałam poprzednich filmów. Dlatego we wrześniu stwierdziłam: czas nadrobić klasykę! I tak obejrzałam pierwszy film o małpach, mocno leciwy, zdecydowanie trącący myszką, ale mimo to uniwersalny w wymowie, z silnym przesłaniem i zmuszający do rozkmin i dyskusji na temat ewolucji, polityki, religii, obyczajów, moralności. Warto zobaczyć choćby dla ostatniej sceny, która trafiła już dawno do klasyki kina (God Damn You All To Hell!), ale jeszcze bardziej warto obejrzeć całość, jeśli się tej sceny nie zna i nie wie się, jaki twist na koniec szykuje nam film. Planeta małp długo się rozkręca, na początku trochę nuży marszem przez pustynię, rozwlekłymi dialogami i Star Trekowym wystrojem statku. Wraz z pojawieniem się małp film robi się naprawdę angażujący i choć rodzi tysiące pytań, ostatecznie wszystko się wyjaśnia. A nowe filmy całkiem przyzwoicie nawiązują do oryginału. Dobra robota!



Rambo: Pierwsza krew (1982)


Idąc za ciosem, po małpiej klasyce zostałam oświecona inną, czyli pierwszą częścią Rambo, która absolutnie nie była tym, czego się spodziewałam. Nigdy nie oglądałam w całości żadnego z filmów z tej serii, a jedyne, co mi się kojarzyło, to umorusany i upocony do granic Sylvester Stallone w podkoszulku i opasce na włosach, serwujący z męskim wrzaskiem serię z karabinu. Czego absolutnie się nie spodziewałam, to filmu z głębszym przesłaniem, poruszającego ważny problem społeczny, na swój sposób wzruszającego i autentycznie wymagającego przemyślenia. Co prawda opaska, karabin i umorusanie wciąż były obecne, ale tak naprawdę nie chodziło o akcję, a o problem weteranów wojennych, którzy nie potrafią się dopasować do rzeczywistości zwykłego życia cywilów ani znaleźć własnego miejsca. Co więcej, również problem upartych osłów na wysokich stanowiskach, którzy podejmują złe decyzje mimo dobrych rad doświadczonych ludzi czy armii, która tworzy chodzące maszyny do zabijania, pogardzające życiem innym niż wojskowe. Z ręką na sercu przyznam, że zostałam bardzo przyjemnie zachwycona, a młody Stallone miał aboslutnie urocze spojrzenie bezdomnego psiaka.



Kingsman: Złoty krąg (2017)


A na koniec zostało kilka słów do powiedzenia na temat sequela świetnego Kingsman: Tajne służby z 2014. Pierwszy film to było dla mnie totalne zaskoczenie: od pierwszych scen byłam oczarowana, bawiłam się absolutnie fantastycznie, choć poszłam do kina bez żadnych oczekiwań. Świetna dobra rozrywka na bazie szpiegowsko-bondowskich stereotypów, satyryczna, otwarcie absurdalna, bezczelna. Druga część, choć też dostarcza sporo zabawy z tej samej półki, nie jest aż tak dobra, jak jedynka. Główny zły (Julianne Moore) siedzi w swoim zamku na odludziu i tylko grozi na odległość, gościnny występ Eltona Johna zamienił się w paradę pod tytułem zbyt dużo Eltona, cała oś fabuły zasadza się na dość głupim założeniu, Colin Firth przez pół filmu gra postać, której nie chcemy oglądać, a początkowy zabieg dotyczący wszystkich siedzib Kingsmana wygląda jakby scenarzyści nie mieli tak właściwie nic do powiedzenia na temat organizacji, którą chcielibyśmy poznać bliżej. Sam pomysł z paralelną instytucją amerykańską jest niezły, klimatycznie, muzycznie i estetycznie - zasługuje na oklaski, ale całość nie porusza aż tak jak mogłaby. Cóż.


Dodatkowo trzeba wspomnieć, że widziałam też pierwszy odcinek Outlandera, serialu kostiumowego na kanwie książek Diany Gabaldon, ale może napiszę o nim coś więcej, jak obejrzę na przykład pełen pierwszy sezon i wyrobię sobie zdanie.

A co słychać u Was?

niedziela, 1 października 2017

W TERENIE#13: MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL KOMIKSU I GIER W ŁODZI 2017


Mam sporo wpisów do nadrobienia, nie tylko o książkach, ale też chcę się z Wami podzielić wrześniowymi Nowinami. Jest jednak jeszcze jedno wydarzenie, którym chcę się z Wami podzielić, a o którym jeszcze nie napisałam. Tuż przed wyruszeniem na moją włoską wyprawę w drugiej połowie września, pomiędzy 15 a 17 września wybrałam się jak zwykle do Łodzi na MFKiG, czyli Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier. Robiłam też zdjęcia (tylko merchu, bo w tym rok nie po drodze było mi ze spotkaniami, na jednym zapomniałam o zdjęciach, na drugim zostałam przedwcześnie wywołana), co roku robię fotorelację (tutaj wpisy z 20162015 i 2014), więc trudno się nie podzielić choć kilkoma spostrzeżeniami i z tej edycji pomimo urlopowego opóźnienia.  

Przede wszystkim w tym roku dla mnie na Atlas Arenie królowały koty. Pośród wystawców można było znaleźć aż dwóch kocich miłośników, na których stołach można było znaleźć kubeczki, zakładki i inne kocie gadżety. Zobaczcie sami!


Pierwsze stoisko to Kotter - fantastyczne torby, kubki, magnesy i przede wszystkim ta słodka zakładka. Najlepszość.


Koty od Akuma-Inn podbiły moje serce - kupiłam sobie i kubeczek, i zakładkę. Będę ich obserwować!



W kocich tematach pozostając, widziałam też takie koszulki z kosmicznym kotem. Nie chciałam wydawać za dużo pieniędzy, więc ostatecznie się na nią nie skusiłam... Może następnym razem?



Jeśli kiedyś wyhoduję sobie latorośl, koniecznie będę ją przywdziewać w takie właśnie koszulki z Wisienkowa.


Kubków, tak jak koszulek, było wręcz za dużo. Czy już wspominałam, że moje powoli przestają się mieścić na półce?



Pośród wszelakiego dobra można też było spotkać Tony'ego Starka w wystrzałowym przyodziewie z nowego Spider-Mana. Och!



Nie obyło się też bez stosów komiksów - bardzo mnie nęci ta Róża Wersalu...


To wydanie Sandmana! Co prawda zbieram na półce kolejne tomy po polsku, ale ręka aż się sama wyciąga.


Rzecz jasna na festiwalu można było zaopatrzyć się nie tylko w komiksy, ale też w książki i gry. Na przykład pan na stoisku wydawnictwa CzyTAM był naprawdę niesamowicie przekonujący, gdy zaczął opowiadać, o czy jest Zły Jednorożec!


Pośród stoisk znalazły się i materiały dla rysowników - nie wiem, jak Wy, ale ja lubię podpatrywać przez ramię, jak ktoś rysuje.


O, a na koniec fotorelacji - zdjęcie mojego ulubionego stanowiska Gindie. To u nich wydają się Kobieta Ślimak, Odmęty Absurdu, Kiciputek, Koko, Lisie Sprawy, a w zeszłym roku - polska manga Kawaii Scotland. Podobno wraz z nowym rokiem pojawi się drugi tom! Przy okazji, pozdrowienia dla załogi:)

Zdecydowanie trzeba pochwalić pojawienie się food trucków na terenie festiwalu, dzięki czemu nie trzeba było się martwić polowaniem na pożywienie. Co więcej, tuż przed dolnym wejściem zaparkował mobilny bankomat, co było świetnym rozwiązaniem. Muszę się też pochwalić, że wraz z moją ekipą zaklepaliśmy sobie naprawdę świetne, olbrzymie mieszkanie na weekend przez Airbnb.

Co na nie? Konferansjerka na konkursie cosplayowym znów leżała i kwiczała, zabrakło tak bogatej co roku osobnej strefy Star Wars. Chyba z powodu pogody niewiele osób się przebrało, choć jeden cosplay totalnie mnie rozwalił (tu zdjęcie z 707 na dowód). Afterparty tak rozczarowywało w zeszłych latach, że tym razem postawiliśmy na własne.

I jeszcze zdobycze: różowy królik, sztuk jeden; nowy, trzeci tom Alias (ten komiks o Jessice Jones); pierwszy tom Nieśmiertelnego Iron FistaJeże Dema (co za bardziej niż zwykle zryta rzecz!); świetne Tam, gdzie rosły mirabelki Jana Mazura (muszę o nich napisać); Do kroćset! Olgi Wróbel i, tak, właśnie tak, breloczek z Gudetamą.

To tak w skrócie. Wkrótce nowiny i recenzje!