Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

sobota, 2 stycznia 2021

PODSUMOWANIE! KOLEJNY ROK ROZKMIN, ROZKMINY ROKU 2020


Niezmiernie miło, milej niż w poprzednich latach, jest mi powitać Was w nowym, 2021 roku!

Kojarzycie tablicę korkową z wpisu sprzed roku? W tym roku tablica jest niesamowicie smutna. Filmowe ulotki z kin można policzyć na palcach jednej ręki, żadnych identyfikatorów z konwentów. Zapchaliśmy ją zastępczymi ozdobnikami takimi jak kartki czy wizytówki z fajnych sklepów internetowych... Jak dobrze, że szczepionka jest na horyzoncie i 2021 ma szansę być normalniejszy niż pożegnany przedwczoraj rok pandemii. Czas na coroczne, noworoczne podsumowanie i rozkminowe tytuły honorowe!

Przeczytanych w tym roku 58 książek to rekordowy dla mnie wynik w skali ostatniej dekady. Zazwyczaj mieszczę się w 50-54 książkach! Czy zamknięcie w domu podziałało na wzrost? Oj, nie, to tylko objętość książek. Liczba przeczytanych stron jest identyczna. Utrzymuję też passę naprawdę dużej ilości czytanych komiksów w porównaniu do poprzednich lat, choć jest ich odrobinę mniej niż w ubiegłym roku. Rzecz jasna, wiadomo, czytanie to nie wyścigi i bardzo proszę się nie porównywać! Każdy ma swoje tempo i warunki.

A co do Zimowli... jej recenzja mojego autorstwa ukaże się w pewnym magazynie i dopiero potem na blogu. Wyczekujcie!


W tym roku zdecydowanie skoczyła u mnie ilość czytanych ebooków, ale mogę to szybko wytłumaczyć. Po prostu musiałam w tym roku przeczytać więcej literatury naukowej, a miałam ją głównie w formie elektronicznej. Z drugiej strony nie przesłuchałam więcej audiobooków po poprawie sytuacji słuchawkowej, która przeszkodziła mi w zeszłym roku, ale podczas pandemii najwięcej słuchałam podczas ćwiczenia, a do tego lepiej mi się słuchało podcastów.


Podział pisarze kontra pisarki wciąż utrzymuje się mniej więcej po równo, jednak jest minimalnie przekłamany, bo czytałam sporo antologii tekstów autorów i autorek. W takich przypadkach musiałam wybrać płeć redaktora.


Wydawało mi się, że w tym roku przebrnęłam przez jakąś koszmarną ilość literatury naukowej, ale chyba to tylko efekt dłuższego przedzierania się przez każdą stronę. Tylko jedna piąta czytanych przeze mnie książek była fachowa, konkretnie potrzebna do pracy czy w przygotowaniu do egzaminu, a to wzrost ledwie o 4% w porównaniu z ubiegłym rokiem. O dziwo, bardzo mało zaglądałam do klasyki, a mam spory skok do góry w literaturze faktu.

Rozkminowe nagrody 2020!


1. Najgłębsze rozkminy


O to miejsce biły się: świetny On Zośki Papużanki, melancholijna Stacja Tokio Ueno Yu Miri oraz dwie książki Dominiki Słowik, grubaśna, wyśmienita Zimowla i szalony Atlas. Doppelganger, który mnie totalnie powalił na kolana i oficjalnie wygrał ten rok jeśli chodzi o książkę, która dała mi najwięcej do myślenia i rozgryzania.


2. Największy kradziej czasu


Rok zaczęłam od zaczytywania się Slashem i Fanfikiem Natalii Osińskiej, które wciągnęłam błyskawicznie i przy tym drugim okrutnie i niezbyt elegancko się posmarkałam. Świetnie też czytało się Axiom's End Lindsay Ellis, jak już się rozkręciło, a także Unorthodox Deborah'y Feldman, wspomnienia żydówki, na podstawie których postał tegoroczny serial Netflixa. Wygrywa zdecydowanie Fanfik.


3. Największe zaskoczenie

Z jednej strony zaskoczyło mnie, jak naprawdę fantastycznie napisane są Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe Wegnera. Z drugiej, jak uroczą, chwytającą za serce i poważną powieścią fantasy dla młodszych jest Wodnikowe wzgórze Richarda Adamsa, które tyle wyczekało na półce. Ostatecznie jednak najbardziej zaskoczyło mnie to, co znalazłam w Niewidzialnych kobietach Caroline Criado Perez, a może raczej sama przygniatająca ilość problemów naświetlonych przez autorkę.


4. Największy ubaw


Rozczarowała mnie wyczekiwany debiut internetowej królowej humoru, Abby Jimenez, czyli The Friend Zone. Super czytało się spisane w jednym miejscu pasty Malcolma XD w Pastrami, ale jak wiecie, zdecydowanie gorzej było w trzeciej książce, Edukacji. Zawsze cudownie wrócić do Szymiczkowej w tegorocznym Złotym rogu. Największą uciechę sprawiło im jednak w tym roku czytanie Red, White & Royal Blue Casey McQuiston.


5. Największy gniot


Do tej kategorii chciałabym nominować Białą masajkę, ale bezkonkurencyjnie wygrywa Shibumi Trevaniana.


Wyróżnienie


Dla wydawnictwa Tajfuny: za niepokojącą antologię Gąsienica Edogawy Ranpo, urocze Ukochane równanie profesora Yōko Ogawy, oniryczną Gorączkę złotych rybek Kanoko Okamoto. Mam na stosiku dwie kolejne pozycje od nich i mam nadzieję, że nie przestaną wydawać kolejnych perełek z Azji.  

6. Najlepszy komiks


Z nowych rzeczy najbarwniejszą opowieścią komiksową, którą śledziłam, była Saga, ale w tym roku też czytałam Scotta Pilgrima - chyba po raz pierwszy w całości, a Scott to rzecz o tyle najwspanialsza, że pięknie opowiada o odkrywaniu siebie, walczeniu ze swoimi słabościami, poznawanie drugiej osoby. wypracowywaniu z nią zasad zdrowego związku. To również komiks, który połączył mnie z moją drugą połówką, bo oboje go znaliśmy, a wspomnienia jednej z pierwszych randek przeplatają się z pierwszym tańcem do Ramony. Także trudno, żeby nie wygrał.

 

7. Serial roku


W tym roku powtarzaliśmy sobie najlepszego Star Treka, czyli Deep Space Nine oraz poznaliśmy ucieszne Lower Decks. Obejrzeliśmy jeszcze raz fenomenalne Community i po raz pierwszy sporo niezłych seriali z HBO: pierwszy sezon Westworld, Wielkie kłamstweka, Ostre przedmioty... Jednak najlepszym serialem, takim, który naprawdę został w sercu i pamięci (oprócz Deep Space Nine, który jest chyba moim ulubionym serialem ever w tym momencie), oglądanym pierwszy raz będą Magicy.


8. Film roku


Bardzo trudno wybrać film roku, gdy nie do kina poszło się trzy razy zeszłej zimy. Widziałam wtedy średnie Małe kobietki, prześmiesznego Jojo Rabbita i Birds of Prey, które były kupą zabawy, ale trudno powiedzieć, czy zasługują na miano filmu roku. Poza innymi filmami, które wyszły w tym roku, na przykład średnią Wonder Woman 84 czy fatalną Mulan, widzieliśmy też mieszankę różnych tytułów: Szczęki, Ogniem i mieczem, Adwokata diabła, Dirty Dancing... Jeśli naprawdę mam wybrać z tego film roku 2020, będzie to chyba najbardziej rozbrajający, idiotyczny i beztroski The Lost Boys, czyli osobliwy i przezabawny film o wampirach z lat osiemdziesiątych. Bo czemu nie. Jest tam solo gościa na saksofonie.



A zamiast zwyczajomej znakomitości.... wystarczy chociaż: 

normalności w 2020!

niedziela, 27 grudnia 2020

Blogerka ujawnia zarobki! "Zaufanie, czyli waluta przyszłości" Michała Szafrańskiego

Od września widzieliście u mnie tylko dwa wpisy. 15 grudnia Rozkminom stuknęło siedem lat istnienia, ale zupełnie to przegapiłam i nie obchodziła tych urodzin jak zazwyczaj. Mniej się udzielam na rozkminowych mediach społecznościowych i chyba najwięcej można się dowiedzieć o tym, co u mnie słychać z Insta Stories. Częściowo jest to wina przeciążenia psychicznego nieustannym zamknięciem w domu, izolacją, niepokojem. Częściowo z powodu tego, że przerzuciłam większą część mojej energii na wykańczanie doktoratu (już jestem naprawdę blisko finiszu!). Częściowo też z powodu spadku motywacji do blogowania.

Tym bardziej nie na miejscu się czułam, czytając kolejną książkę Michała Szafrańskiego, gościa od bloga Jak oszczędzać pieniądze i poradnika o finansach osobistych Finansowy ninja. Zaufanie, czyli waluta przyszłości to sprawozdanie z blogowej drogi Michała, opis jego błędów i sukcesów, kluczowych życiowych wyborów i jak udało mu się zostać milionerem na własnej działalności w internecie. Dziwnie czytało się te wszystkie skrupulatnie zapisywane zawrotne liczby wejść na bloga, zarobków i kosztów na poszczególnych etapach rozwoju. Michał bloguje tylko rok dłużej ode mnie, a jego wyniki w porównaniu z Rozkminami to niebo a ziemia. On doszedł do 7 milionów w 2018. Ja w całej karierze tego bloga zarobiłam 150 zł, tylko 50 z tego jeszcze nie będę wypłacać, bo Buy Box ma minimalną kwotę 50 zł... jak po iluś latach wreszcie do nich dobiłam niedawno, byłam tak zadowolona! Przynajmniej zwróciły mi się te dwie koszulki i parę zakładek z logiem. Głównie mam z tego książki, wiadomo, tak to u nas działa.

Rzecz jasna, takie porównywanie się jest zupełnie bez sensu. Przede wszystkim branża: pisanie o książkach nigdy nie będzie święcić takich triumfów i nie będzie tak poczytne, jak pisanie o budżecie domowym. Dalej, Michał podchodził do projektu blog niesamowicie świadomie, z jasnym celem: w dłuższej perspektywie rzucić etat i utrzymywać swoją rodzinę na własnej działalności. Miał na karku lata przydatnego doświadczenia informatycznego, prawnego, finansowego, a także przydatne znajomości. Miał dużo szczęścia, ale i jest niebywale pracowity, pomysłowy i sumienny. Generalnie, jego osobowość, wybory życiowe, sploty przypadków i wytrwałość złożyły się na spektakularny sukces. Czy dałoby się coś takiego zrobić na książkach? Znaleźć takich sponsorów, stworzyć takie wpisy afiliacyjne, wdrożyć takie projekty uniwersalnie przydatnych wpisów, na które łatwo wpaść przez przeglądarkę? Zdecydowanie nie. 

Ale Michał przyznaje, że jego ścieżka nie jest dla wszystkich. Natomiast chce się podzielić swoim doświadczeniem, opisać swoje decyzje, narzędzia, pomocników, strategie, błędy i założenia. Bo być może ktoś na tym skorzysta.

Czy ja mam szansę skorzystać? Czy mnie się na cokolwiek ta lektura przydała?

Niewątpliwie jako jakiś rodzaj inspiracji i przemyślenia swojej drogi blogowej. Niemniej większość lekcji z tej książki wpadła mi jednym uchem i wypadła drugim, bo po prostu nie ma zastosowania w moim życiu. Nie planuję rozkręcać Rozkmin do poziomu nawet minimalnie zarobkowego, co wbrew pozorom jest możliwe, jak zrobione z głową, pomysłem i zaangażowaniem (tutaj patrzę na Literackie skarby, gratulacje i oby tak dalej!). Jednak jest coś tym fundamentalnym podejściu Michała, że budowanie wzajemnego zaufania między ludźmi, nie tylko blogerem i czytelnikami, jest bardzo ważne i może mocno zaprocentować na przyszłość. Czy jest to truizm? No jest, nie oszukujmy się. Ale mimo to przede wszystkim cenię Michała za jego szczerość i prostotę. 

Finansowego ninja dostaliśmy w prezencie ślubnym od znajomego i był to naprawdę strzał w dziesiątkę. Od przeczytania tej książki zaczęłam poważniej dbać o nasze domowe finanse, zrozumiałam wiele rzeczy, które były dla mnie czarną magią. Dostałam proste wskazówki, jak można lepiej odkładać oszczędności, jak zaplanować wydatki, wystrzegać się kart kredytowych i debetu. Wciąż daleko mi do ideału i to nie jest tak, że miałam z tym kiedykolwiek większy problem, ale rozpoczynając życie we dwójkę, dobrze ustalić pewne rzeczy i zaplanować wspólne życie jeśli chodzi o pieniądze. Także odczuwam niesamowitą wdzięczność dla znajomego, od którego dostaliśmy ten prezent, ale także dla samego autora, że wydał coś tak przydatnego. Od czasu wchłonięcia tej książki też bardziej się interesuję tym tematem i szperam dalej, słucham na przykład podcastu Marcina Iwucia, podglądam LiveSmarter

I chyba właśnie z powodu tej wdzięczność i zaufania do Marcina przeczytałam też tę najnowszą książkę. Czy wydaje mi się trochę "coachowa"? Trochę tak. Zaglądanie do biblijnych przypowieści po inspirację do tego, jak konstruować wpisy na bloga to nie jest coś, co mnie kręci. A czy oczekiwałam czegoś więcej, jakiejś sekretnej recepty? Tak, jakoś tytuł mnie zasugerował, a dostałam coś innego. Przebijanie się przez te wszystkie nazwiska, firmy, plany nie było jakieś atrakcyjne. Czytanie krok po kroku, jakich sponsorów i na jakich warunkach udało się pozyskać też nie było pasjonujące. Konkretne sumy, na jakie się wycenia Michał dla mnie akurat się nie przydadzą. Tak właściwie czytanie o czyimś sukcesie w formie takiej analizy nie ma wielkich walorów fabularnych, a całość można odebrać jako chwalenie się wynikami i zarobkami.

Ale ja tego tak nie odbieram. Widzę, że Michał naprawdę nie mydli oczu, tylko pisze, jak było. I to jest na swój sposób piękne, że mamy kogoś takiego w Polsce. A cała historia o jego relacji z Patem Flynnem to naprawdę taki kawałek amerykańskiego snu.  

Jeśli nie jesteś blogerem, który poważnie myśli o swoim blogowaniu, ta książka specjalnie ci się nie przyda. Natomiast obojętnie kim jesteś, polecam lekturę Finansowego ninja. No, chyba że jesteś doskonale obcykany czy obcykana z tematem :)

I dziękuję, że wciąż mnie czytasz!


Zaufanie, czyli waluta przyszłości. Moja droga od zera do 7 milionów z bloga
Michał Szafrański
Liczba stron: 380
Grupa Wydawnicza Relacja, 2018
Odczucia: ★★★/★★★★★

środa, 23 grudnia 2020

Ślepa plamka naszego świata. "Niewidzialne kobiety" Caroline Criado Perez


Mam 159 cm wzrostu. Przez całe życie uważałam się za bardzo niską. Niedawno jednak zaczęłam sprawdzać różne statystyki odnośnie wzrostu i szalenie się zdziwiłam, że 159 cm to również wzrost przeciętnej kobiety na świecie. W Polsce zależy od roku i badania, ale generalnie przeciętny wzrost kobiet mieści się między 160 a 165 cm. Czyli tak właściwie wcale nie jestem wyjątkowo niska.

To tylko świat mi tak daje do zrozumienia, gdy wyciągam rękę do linki czy drążka w autobusie, próbuję wyciągnąć herbatę z szafki kuchennej w pracy, sięgam po towar z wyższej półki w sklepie, próbuję dostać się do najwyższej skrytki paczkomatu. Gdy podskakuję, wspinam się, napinam szwy w ubraniach, kreatywnie wykorzystuję wszelakie przedmioty codziennego użytku, by zrzucić sobie coś z wysoka.

Moja mama jest podobnego wzrostu, co ja. Musiała kiedyś specjalnie kombinować i dopłacać, żeby w jednym z najbardziej popularnych modeli samochodu zamontować podwyższanie siedzenie, by mogła cokolwiek widzieć zza wysoko ustawionej kierownicy.

No ale wiadomo, to są takie drobne rzeczy, kogo to w ogóle obchodzi, jakieś feministyczne narzekania, szukanie problemu na siłę.

Moje palce były trochę za małe na wygodne granie na gitarze, którą dostałam. Odkąd zrezygnowałam z kompaktowego telefonu z gorszymi bebechami na rzecz lepszego, jest za duży na korzystanie z niego jedną ręką. Autokorektę przerasta możliwość sugerowania mi żeńskich końcówek podczas pisania. W biurze mam pod ręką kocyk i sweter, bo automatyczne ustawienia klimatyzacji są ustalone na temperaturę wygodniejszą dla męskiego organizmu. Byłam świadkiem, jak moja mama musi czasem powtórzyć komendę kilka razy, zanim komputer w samochodzie załapie, do kogo ma zadzwonić. Podobno gdyby mówiła niższym głosem, byłoby łatwiej. Dobrze, że nie pracuję w zawodzie, który wymaga uniformu, bo na przykład jako policjantka mogłabym wiele ryzykować z powodu niewygodnej, niedopasowanej kamizelki kuloodpornej albo mieć wypadek z powodu kombinezonu czy butów unisex, czyli mniejszy mężczyzna, bo krępują ruchy.

Kiedyś dostałam miesiąc chorobowego, żebym „uwierzyła”, że tak naprawdę wcale mnie to gardło nie boli. Coś sobie wymyśliłam, choroba musi być w umyśle. Po latach biegania po lekarzach dowiedziałam się, że mam konkretne schorzenie laryngologiczne, od którego rosną mi polipy w zatokach i stąd powracające problemy z gardłem. Lekarze latami nie brali na poważnie moich wyników krwi, które wskazywały, że mi blisko do anemii. Zbywali ręką moje zapewnienia podczas wywiadu, niskie żelazo musiało być przecież związane z miesiączką i kobiecymi fanaberiami dietetycznymi. Potem znów po latach okazało się, że mam celiakię i mój organizm po prostu ma problemy z wchłanianiem żelaza. Gorzej, jakbym miała endometriozę, o której mało kto słyszał i potrafi zdiagnozować. Albo zawał serca, który u kobiety zazwyczaj ma inne objawy, przez lekarzy uznawane za „atypowe”.

W samochodzie wolę siedzieć z tyłu na środku, bez pasa na ukos piersi. Pas zazwyczaj mnie trochę poddusza, bo jest za wysoko, a w dodatku niewygodnie ustawia się na biuście. Nawet zakładając regularny pas, jestem o 47% bardziej narażona na poważne obrażenia w porównaniu do mężczyzny. To z powodu używania manekinów o męskich wymiarach i środku ciężkości podczas crash testów. Kobieta w ciąży ma jeszcze gorzej. W dodatku mało kto w ogóle ma czas i pieniądze na używanie manekinów odzwierciedlających kobietę w ciąży przy testowaniu bezpieczeństwa auta.



Podobnie jak z faworyzowaniem praworęcznych, świat jest skrojony pod przeciętnego mężczyznę. Uniwersalny znaczy męski. Kobieta jest wariacją. Co z tego, że połowa ludzkości to kobiety, skoro jesteśmy w mniejszości, jeśli chodzi o projektowanie ulic i osiedli, komunikacji, przestrzeni i toalet miejskich, środowiska i narzędzi pracy, testowanie terapii i leków. Podręczniki medyczne, finanse, polityka, historia, klęski żywiołowe, rozmowy pokojowe i wojny, rozwiązania ekologiczne, zgłaszanie i przeciwdziałanie przestępstwom seksualnym, to wszystko tworzone jest z domyślnie męskiego punktu widzenia. Kobiecie trudniej dojść do głosu, jak już dojdzie, to jest gorzej postrzegana, a mężczyźnie nie przyjdzie do głowy, bo go to nie dotyczy. I tak kobiety robią się niewidzialne. Nie dostrzegamy, że coś jest nie tak, bo obecny stan rzeczy jest domyślny, oczywisty.

Książka Perez to doskonały podręcznik rzetelnie spisujący wszystkie obszary życia, w których o kobietach się nie myśli, bo są bardziej „skomplikowane”, ich ciała są „nieprzewidywalne”, rozkład dnia związany z bezpłatną pracą opiekuńczą, która na nie spada, jest „nietypowy”. Mówiąc, że feminizm się kończy na wniesieniu lodówki na czwarte piętro zapominamy, że feminizm to właśnie unaocznianie różnic płciowych, a nie na odwrót. A tak naprawdę wszędzie tam, gdzie coś jest nie tak z punktu widzenia kobiety, po prostu brakuje badań. Jest luka w wiedzy, bo ktoś o tych różnicach nie pomyślał. Ktoś nie zasponsorował. Ktoś stwierdził, że pochylanie się nad typowo kobiecymi problemami jest niewystarczająco poważne.

Ta luka jest jak ślepa plamka w naszym oku. Wydaje nam się, że wszystko widzimy, ale jest pewna ślepa luka, której nie dostrzegamy. Jesteśmy do niej przyzwyczajeni, a nasz mózg nauczył się ją kamuflować tak, ze nawet sobie z niej nie zdajemy sprawy. 

Jeśli chcesz twardych faktów, jasnych wyjaśnień i szerokiej perspektywy, Perez ci to dostarczy. Dla sceptyków i tych już przekonanych, polecam lekturę, choć jest niełatwa. Czasem od tych statystyk i ogromu drobnych rzeczy, które układają się w nasz świat, człowiekowi aż robi się niedobrze. To bardzo ważna lektura i chwała Karakterowi, że wydał, a tłumaczce, że czyta się z przyjemnością. Jedyne, co smuci, to to, że pisząc ściśle o kobietach, Perez nie uwzględnia w swoim myśleniu niebinarności.


Niewidzialne kobiety. Jak dane tworzą świat skrojony pod mężczyzn
Caroline Criado Perez
Przekład: Anna Sak
Liczba stron: 480
Wydawnictwo Karakter, 2020
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 4 października 2020

Nie masz ty, synku, szczęścia. "Stacja Tokio Ueno" Yu Miri


Kazu jest niewidoczny nie tylko po śmierci, gdy snuje się po parku Ueno w Tokio jako duch. Tak naprawdę stał się widmem już za życia, jako bezdomny. Choć był na widoku, nikt go nie widział. Ignorowany, omijany, jak powietrze.

Dworzec Ueno to dość znaczące miejsce. Przyjezdnym Japończykom z terenów na północ od Tokio kojarzy się z miejscem przerzutowym, dworcem, który jest pierwszym wrażeniem wielkiej metropolii, do którego przyjeżdżają do stolicy na zarobek i z którego wracają do rodziny. To dworzec-potwór, gdzie łatwo się zgubić pośród dziesiątków peronów. I dworzec, z którego można się w wydostać wyjściem do parku, kojarzonym z cesarzem, dzięki któremu powstał, i z instytucjami kultury, i z kwitnącymi wiśniami, które idzie się oglądać wiosną, i... z miasteczkiem bezdomnych.

Kazu był w wieku emerytalnym, gdy po raz ostatni wysiadł na dworcu Ueno i przeszedł wyjściem do parku bez zamiaru wracania do domu. Stracił syna, który miał ledwie dwadzieścia dwa lata, jego życie się dopiero zaczynało. Niedługo potem stracił żonę, z którą dopiero niedawno nauczył się żyć na co dzień. Stracił wnuczkę, zmiecioną tsunami. W głowie wciąż dźwięczą mu słowa własnej matki: „Nie masz ty, synku, szczęścia”...

Tak właściwie nie miał już dla kogo czy po co żyć. Stał się ciężarem. On, który całe życie przepracował z dala od rodziny, który tyle razy wysiadał na stacji Ueno, by szukać kolejnej roboty, który zawsze żył dla innych, nie był w stanie żyć tylko dla siebie. Wrócił więc do Tokio i poszedł do parku, by resztę dni spędzić w osiedlu z niebieskiego brezentu i kartonu.


W tej cienkiej powieści jest sporo do rozpakowania.

Po pierwsze, powierzchowne, wręcz nieludzkie podejście japońskich władz lokalnych do problemu społecznego, jakim jest bezdomność. Zamiast kompleksowego programu pomocy, bezdomni są przerzucani z miejsca na miejsce, wyrzucani, przepędzani, żeby ich nie było widać. To właśnie to zainspirowało autorkę do napisania tej powieści. Gdy w parku Ueno pojawić się ma rodzina cesarska, organizowane jest tak zwane „specjalne sprzątanie”. Pojawiają się ogłoszenia, nakazujące bezdomnym rozmontować swoje prowizoryczne siedliska i zakazujące obecności w parku w określonych godzinach. Bezdomni nazywają to „polowaniem”. Właśnie takie polowanie i wizytacja cesarza są punktem zwrotnym książki. 

Po drugie, ludzie, którzy przyjechali do Tokio wysiadając na dworcu Ueno, często przybywali z Tōhoku, rejonu na północno-wschodnim krańcu Honsiu. Spora część bezdomnych z parku to właśnie osoby z tamtych rejonów. Ich bezdomność łączy się z bezdomnością mieszkańców Tōhoku, którzy domy stracili z powodu tsunami czy katastrofy elektrowni w Fukushimie, i przesiedleni, czekają w tymczasowych schronieniach na nowy dom. Ta bezdomność dalej łączy się z oderwaniem od domu i rodziny tych, którzy z powodu biedy musieli wyjeżdżać z Tōhoku za pracą, często zatrudniając się przy budowie stadionów na igrzyska olimpijskie w 1964 roku.


Kazu łączy w sobie te wszystkie rodzaje bezdomności. Pochodzi z rodziny żyjącej w skrajnej biedzie, wszyscy od najmłodszych lat szukają zarobku. By utrzymać rodzeństwo, żonę, dzieci, ciągle wyjeżdża, szukając pracy po całej Japonii. Ile zarobi, wysyła do domu. Z żoną nie spędził może dwóch lat razem w ciągu całego swojego życia zarobkowego. Własne dzieci były dla niego obce. Tym bardziej uderza w niego utrata syna, z którym nawet nie zdążył nawiązać bliskiej relacji. 

Po trzecie, przygotowania do igrzysk olimpijskich kryją słodko-gorzką historię. Kiedyś ściągano z północy pracowników na budowy stadionów i innych obiektów sportowych, by przygotować stolicę. Piękna otoczka, pod którą czai się poniżająca bieda tych, których rękami budowana jest Japonia na pokaz. Podobnie jak z bezdomnymi, to „specjalne sprzątanie” z okazji przyjazdu ważnych gości.  Ta historia ma się teraz powtórzyć. Odbudowa domów dla osób z Tōhoku ma się opóźnić z powodu ważniejszych powodów: przygotowań do przyszłorocznych igrzysk.

Po czwarte, główną paralelą spinającą całą książkę jest Kazu i jego relacja do cesarza. Mają tyle samo lat. Gdy Kazu rodzi się syn, cesarzowa również rodzi syna. Cesarz ma wszystko, Kazu nie ma prawie nic; cesarz nic nie musi robić, Kazu całe życie się trudzi, by w ogóle przeżyć. Krąg biedy jest jak pogrążająca zmaza, grzech pierworodny, którego nie da się odkupić. Rodzina cesarska nie zna „wstydu ani grzechu”. Ich życie jest  „bez  starań, bez nienasycenia, bez zagubienia”. Kiedy cesarz przejeżdża przez park i Kazu stoi dosłownie kilka metrów od jego limuzyny, oddziela ich tylko taśma, to moment, kiedy można wreszcie wykrzyczeć całą tą frustrację, rozpacz, gorycz. Ale głos Kazu jest „pusty”. Nie jest w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku.

To obrazoburcze, tak o cesarzu w Japonii się nie pisze.


Ze wszystkich książek japońskich autorów, jakie do tej pory czytałam, ta wybija się z powodu trochę innej wrażliwości, trochę innego stylu pisania. Nie ma tu oszczędności, powściągliwości. Jest szczera, bolesna prawda, rozdrapywanie ran, debata publiczna, trochę zbyt sentymentalny zabieg artystyczny: główny bohater jest duchem. Ale to wszystko działa. 

Sama Yu Miri to szalenie interesujący temat: osoba, która nie czuje do końca przynależności ani do Japonii, w której się wychowała, ani do Korei, z której pochodzi. W Japonii wciąż żywa jest dyskryminacja wobec Koreańczyków. Jej życie uosabia to, co dla porządnego Japończyka jest odwróceniem wszelkich wartości. W niektórych księgarniach odwoływano podpisywanie przez nią książek, bo ktoś życzliwy zgłosił podłożenie bomby.

Szukając swojego miejsca, autorka osiadła w Fukishimie, miejscu, które naznaczone jest w zbiorowej wyobraźni podobnie jak Czarnobyl. Kiedy ktoś mówi, że pochodzi z Fukishimy, wszyscy się cofają. Yu Miri pojechała tam zaraz po tragedii z 2011, zaczęła prowadzić audycję w tymczasowej rozgłośni. Cztery lata później zamieszkała tam na stałe, z czasem otworzyła księgarnię i salę teatralną. Chcąc nie chcąc, została osobą polityczną, patronką odrzutków, orędowniczką trędowatych. 



Stacja Tokio Ueno
Yu Miri
Przekład: Dariusz Latoś
Liczba stron: 160
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2020
251 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

sobota, 29 sierpnia 2020

Półtora chłopca, pół widma i pół gluta. "Małe Licho i lato z diabłem" Marty Kisiel

Czemu to ciągle Bożek ma przeżywać przygody? Licho też chciałoby sobie poprzeżywać, alleluja! Tylko może takie bezpieczniejsze, wiecie, najlepiej z kakałkiem na podorędziu i parującym stosem racuszków. Ale co się stanie, gdy mały, zasmarkany anioł z alergią na własne pierze spotka się pierwszy raz różek w skrzydełko z najprawdziwszym w świecie CZORTEM?...

Ano będzie dużo dobrego jedzonka, kakałka i przede wszystkim ptasie mleczko. No i przygoda!

Po Małym Lichu i tajemnicy niebożątka oraz Małym Lichu i aniele z kamienia, seria Marty Kisiel dla najmłodszych rozrasta się o trzecią pozycję o Bożku i jego aniele stróżu. I tym razem Licho zażyczyło sobie jechać na przygodę razem z chłopcem, bo w dwóch poprzednich tomach kulminacja historii działa się a to w zaświatach, a to w przedpiekle, ale za każdym razem bez Licha. I w ten sposób Licho zostało zapakowane i wysłane na wakacje u cioci Ody razem z Bożydarem Antonim Jagiełłkiem. I rowerem, o rowerze nie wolno zapomnieć.

Jak poprzedni tom był szalenie zimowy, pełen zasp śnieżnych i zapasów w śniegu, tak ten jest wakacyjny pełną gębą. Bożek uczy się jeździć na rowerze (co nie jest takie łatwe!), spędza noc pod namiotem (oczywiście odpowiednio blisko chatki cioci Ody) i przede wszystkim musi się nauczyć pokonywać uprzedzenia wobec swojego kolegi z klasy, Witka. Wszyscy wiedzą, że Witek to przemądrzały mól książkowy, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Poza tym jest opryskliwy, niemiły, głupi i bez sensu. Kompletnie nic nie rozumie! Jak można oczekiwać, żeby Bożek spędzał z nim aż dwa popołudnia?

Witek  nie pozostaje mu dłużny: tak samo nie może znieść Bożka, nieżyciowego dziedziucha, który tylko się zajmuje bajkami, wymysłami i głupotami. Nic nie wie o życiu, nie potrafi chodzić na azymut, nie wie, jakie można znaleźć w Polsce węże i w ogóle nawet nie nosi ze sobą kompasu. 

A tymczasem nad chatką Ody przechodzi dziwna, nienaturalna burza, która przewraca wiekowe drzewo w sercu lasu. A mówią, że jak drzewo padnie pod siłami natury, a nie ludzkich rąk, jak obróci połową korzeni w stronę nieba, to to drzewo nie należy już do świata ludzi. I biada temu, kto przejdzie na drugą stronę pnia, bo może już nie wrócić...

Jak to jest, że proza Marty Kisiel zawsze działa tak kojąco? Jeszcze ani razu nie zawiodła. Znajdziemy tam dokładnie to, do czego tęskniliśmy: zgrabnie utkaną fabułę z satysfakcjonującym, mrożącym krew w żyłach zakończeniem, prostą naukę o zgodzie i porozumieniu, żywe, ludzkie dylematy w sztafażu uroczej komedii z elementami fantastycznymi. I dużą dozę cudownego humoru, nie mówiąc o zdrowym apetycie po tylu wspomnieniach masełka, śmietanki, smażonych dobroci, lodów i sama nie wiem, czego jeszcze. Ach, no tak. Nie zapominajmy też o polskiej poezji, na którą też potrafi narobić smaka.

Łapcie świeżutką, jeszcze ciepłą Kisiel obojętnie, w jakim jesteście wieku. Czy macie sześć, czy sześćdziesiąt lat, z przyjemnością i przeczytacie kolejną opowieść o Bożku, i przyjrzycie się ślicznym ilustracjom towarzyszącym książeczce. Trzecia część Małego Licha oficjalnie wychodzi już za kilka dni, 2 września, ale podobno już możecie robić zamówienia w sklepach internetowych. Polecam z całego serca. 

Bo wiecie, po co się czyta?

„- Żeby czuć.

- Czuć? Ale co?

Radość, chciał w pierwszym odruchu odpowiedzieć Bożek i na tym poprzestać, jak gdyby nigdy nie czuł nad książką niczego poza radością. A przecież był jeszcze dreszczyk emocji. I strach, najprawdziwszy strach, aż serce trzepotało w piersi, a stopy same wsuwały się pod kołdrę, by ich nie pochwyciło nic szponiasto-żarłocznego. I ciekawość, co to będzie, co wydarzy się na następnej stronie, i pragnienie przygody, i czysta frajda, i smutek, taki aż do granicy płaczu, i śmiech, też często zroszony łzami, i żal, że to już, koniec, ostatnia kropka. Oraz błogość, najpiękniejsza, najcudowniejsza błogość zanurzenia po uszy w czymś więcej, czymś dalej, czymś bardziej. (...)

- WSZYSTKO” s. 249 

Małe Licho i lato z diabłem

Marta Kisiel
il. Paulina Wyrt
Foksal, 2020
251 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

sobota, 15 sierpnia 2020

Mój chłopak jest kosmitą. "Axiom's End" Lindsay Ellis

Lindsay Ellis napisała książkę.

Jeśli to imię nic Wam nie mówi, śpieszę z wyjaśnieniem: to jedna z moich najulubieńszych youtuberek. Zaczynała jako Nostalgia Chick, jednak szybko wyrosła z powierzonej roli krytyczki filmów, które pamięta się z młodych lat. Teraz można znaleźć ją pod jej własnym imieniem i nazwiskiem albo na kanale PBS w serii It's Lit!, a odkąd wypuściła tak fantastyczne materiały, jak The Whole Plate, czyli wnikliwą analizę Tranformersów Michaela Baya pod kątem różnych teorii naukowych czy rozbiór porażki Hobbita na czynniki pierwsze, za który została nominowana do nagrody Hugo, stała się bodaj najbardziej rozpoznawalną youtuberką popkulturalną. Z wykształcenia filmoznawczyni, nagrywa dojrzałe, starannie zaplanowane wideoeseje biorące pod lupę różne zjawiska społeczne i filmowe. Żaden temat nie jest dla niej zbyt trywialny, żeby się nad nim nie pochylić. Polecam ten artykuł, jeśli chcecie się o niej dowiedzieć więcej.

Wiadomo, influencer publikujący książkę to nic nadzwyczajnego. Co drugi youtuber wydaje teraz swoje poradniki, autobiografie i złote myśli. Co jest takiego niezwykłego w tym, że Linday wydali na papierze?... Jej książka to powieść. Science-fiction. Wiecie, beletrystyka. I próbowała ją wydać od dziesięciu lat. Wbrew pozorom nawet bardzo znana youtuberka nie ma tak łatwo z podpisaniem umowy na wydanie książki, jeśli ta książka nie traktuje o jej życiu czy tym, czym się zajmuje w swoich filmach. Dopiero teraz jej się udało.


Czego w takim razie można się spodziewać po książce Lindsay? W 2015 wypuściła pierwszy sezon cyklu Booze Your Own Adventure, podczas którego wraz ze swoimi widzami zaplanowała, napisała i wydała powieść dla zabawy. Zaczęło się od psioczenia na Greya, że można napisać tekst o jakości słabego fanfika i go opublikować, a nawet zrobić na tym karierę. Potem była analiza rynku powieści young adult, napisanie romansu paranormalnego z Cthulu w roli amanta, wymyślenie i upozorowanie autorki książki, konkurs na najlepszą okładkę i w końcu publikowanie Awoken Serry Elinsen, które wciąż można kupić.

Mam mgliste wspomnienie, że wybierając idealny typ romansu paranormalnego dla tego projektu, w którymś momencie Lindsay bardzo się podnieciła pomysłem kosmity jako chłopaka dla głównej bohaterki. Jak się okazuje, ten pomysł miała w głowie już od dawna. Co więcej, był już spisany, choć jej maszynopis został już brutalnie odrzucony przez wszystkich agentów literackich, do których podbijała. Mówiła o tym w tym filmiku.

A teraz nadszedł czas jej tak zwanego The Bookening. Axiom's End można autentycznie kupić  księgarniach w Stanach. Marzenie się spełniło. Możemy przeczytać jej powieść, yup, o relacji młodej bohaterki z przybyszem z innej planety. 


Uprzedzając komentarze w stylu: „to nie dla mnie”, nie trzeba być fanem s-f, young adult czy romansów paranormalnych, żeby w pełni cieszyć się wartką akcją, wciągającą fabułą i uroczą, pączkującą przyjaźnią międzygatunkową w Axiom's End.  Trzeba natomiast znać angielski. Wątpię, żeby ta książka prędko pojawiła się na polskim rynku (chociaż kto wie?).

Całość zaczyna się od dziwnych doniesień i przecieków odnośnie rzekomego pierwszego kontaktu. Jest 2007 rok, w Stanach Zjednoczonych rozbijają się jakieś tajemnicze obiekty. Służby specjalne trzymają wszystko pod kloszem, jednak do Internetu dostaje się niepokojące pismo urzędowe. Pismo, które sugeruje, że ludzkość właśnie próbuje się porozumieć z przybyszami z innej planety. Tymczasem Cora Sabino, córka faceta, który doprowadził do wycieku dokumentu, zostaje zaatakowana przez dziwne, nieludzkie stworzenie. 

Axiom's End można chyba najbliżej porównać do filmu Arrival. Tutaj też skupiamy się na człowieczeństwu, niedoskonałości bohaterki oraz na kwestii komunikacji międzygatunkowej. Powolne oswajanie istoty, która myśli, odczuwa i interpretuje świat w kategoriach, o których ludziom się nie śniło, to sprawa trudniejsza niż porozumienie Małego Księcia z lisem. Jednocześnie ta relacja i poznawanie się poprzez komunikację i swego rodzaju ideologiczną, społeczną zmianę tłumaczonego komunikatu na bardziej akceptowalny w kulturze docelowej jest według mnie najmocniejszą stroną powieści. Wiadomo, podniecam się tłumaczeniem, a tutaj przekład jest właściwie osią książki. A do tego kiełkujące porozumienie mimo nieziemskich różnic kupiło mnie absolutnie. Innymi słowy obsesyjnie shipowałam od pierwszych stron pojawienia się głównego bohatera i natychmiast wskoczyłam do tak zwanego śmietnika. To Lindsay zrobiła niewątpliwie dobrze. 

Równie fascynujące jest poznawanie dokładnie przemyślanej, ciekawej kultury, technologii, hierarchii społecznej, moralności przybyszów z gwiazd. Przebija tutaj spuścizna Orsona Scotta Carda. Dodatkowo skoro autorka zawodowo rozbija filmy na akty i tłumaczy rozwój bohaterów, nic dziwnego, że zgrabnie rozplanowała całość i w odpowiednich momentach przekazuje kolejne dawki informacji. Po przedarciu się przez niezbyt ciekawy początek, potem akcja nie zwalnia i nie sposób się nudzić.

Są też rzeczy, które zgrzytają. Język nie zachwyca stylistycznie, a nawet czasem bywa powtarzalny i bez polotu. Fabularnie pojawiło się parę rzeczy, które mi się nie zgadzają czy nie podobają. Zawodzi to, że bohaterka zaczęła studiować językoznawstwo, ale potem ta wiedza na wiele jej się nie przydaje pomimo tego, że język staje się głównym elementem powieści. Początek nie wciąga czytelnika na tyle, żeby nie móc się oderwać. 

Wynagradzają to małe easter eggi dla widzów Lindsay, niezmiernie satysfakcjonująca końcówka i nadzieja, że pisana właśnie przez nią kontynuacja będzie lepsza. I myśl, że super by było, gdyby Axiom's End zostało zekranizowane.

Go, Lindsay!


Axiom's End
Lindsay Ellis
St. Martin's Press, 2020
384 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★

niedziela, 26 lipca 2020

Tajemny karzeł i skąd się wziął John Wick


Jak się spotykamy z moją znajomą poetką (pamiętacie ten wpis?), często opowiadamy sobie o książkach, które niedawno przeczytałyśmy. Nie każdy lubi, jak mu się streszcza fabułę jakiegoś losowego czytadła, ale my akurat lubimy sobie poplotkować o bohaterach z aktualnie czytanych powieści. A Ida umie opowiadać w naprawdę przekomiczny sposób. 

Dłuższy czas temu odwiedziłam ją, żeby obejrzeć jej nowo narodzonego pierworodnego. W którymś momencie, z dzieckiem na poduszce do karmienia, zaczęła w najlepsze opowiadać o bodaj najbardziej absurdalnej książce, jaką czytała. O jakimś facecie, który jest jednocześnie Jamesem Bondem i jakimś półbogiem o nadzwyczajnych zdolnościach, który żyje w zamku, a usługują mu egzotyczne, specjalnie tresowane i niesłychanie atrakcyjne kobiety, mające w sobie krew każdej rasy. I ten gość, kochanek nad kochanków, wojownik nad wojowników, wolny strzelec i uduchowiony inteligent pogardzający każdą nacją na świecie, łazi po jaskiniach i miesza się w jakieś międzynarodowe intrygi. A do tego pomaga mu niejaki Gnom, źródło informacji i tajemny karzeł. To znaczy: niskorosły facet, który ukrywa się pod przezwiskiem Gnom, ale nikt nigdy nie odkrył jego prawdziwej tożsamości, ergo, tajemny karzeł.

No przy tajemnym karle mnie miała.

Natychmiast pożyczone od niej Shibumi trochę odczekało na swoją kolej na mojej półce, ale obietnica tajemnego karła i tresowanych kurtyzan jasno tliła się na moim horyzoncie czytelniczym. Dla porządku, to amerykańska powieść z 1979 roku, produkt swoich czasów, co bardzo czuć chociażby jeśli chodzi o traktowanie kobiecych bohaterek. Dodatkowo, śmiem powiedzieć, albo wykwit megalomanii autora, albo na poważnie napisana parodia. Ta ostatnia ewentualność nasunęła mi się na myśl, bo główny bohater w którymś momencie pisze książkę, która w subtelny, zawoalowany sposób naśmiewa się z prostackich czytelników, którzy zachwycają się genialnymi posunięciami opisanymi w tejże książce, a tylko ktoś prawdziwie znający się na rzeczy dostrzeże błędy w rozumowaniu i zrozumie, że to farsa. Mam naprawdę szczerą, szczerą nadzieję, że to właśnie o to chodziło.

Bo jeśli nie, to naprawdę jedna z najbardziej rozdmuchanych, idiotycznych lektur, jakie dane mi było czytać. Śmiałam się z niedowierzaniem i czytałam całe ustępy ze szczerą uciechą na głos mojemu zniecierpliwionemu Rybie. Miał bardzo szybko dość. Dobrze, że mogłam zadzwonić czasem do Idy i się z nią podzielić moimi przeżyciami.

Shibumi zapowiada się jak łatwa, szybka i przyjemna powieść sensacyjna. Po ponad trzystu stronach wciąż szukałam tej z dawna wyczekiwanej sensacji, gdy nagle dostawałam na przykład pięćdziesiąt stron opisu chodzenia po jaskiniach (z mapką!). To podejście tłumaczy schemat gry, a raczej spis treści, który objawia, że tkanka powieści została specjalnie tak skonstruowana, by naśladować rozgrywkę w go. Z baardzo długą fazą wstępną, podczas której przedstawiany jest życiorys głównego bohatera. Zanim go poznamy w chwili obecnej dopiero jakoś w połowie książki...


Nicholai Aleksandrowicz Hel to kosmopolita ponad podziałami narodowymi. Japończycy nie są dla niego wystarczająco Japońscy, a Baskowie wystarczająco baskijscy, a każda inna nacja to niemal podludzie, dla których nie ma szacunku. Wychował się w Szanghaju jako syn rosyjskiej arystokratki, która tak naprawdę była Habsburżanką, więc nie ma w nim rosyjskiej krwi. Już jako dziecko mówi biegle w kilku językach, bo w jego domu „o miłości i innych błahych sprawach mówiło się po francusku, o tragediach  i nieszczęściach po rosyjsku, po niemiecku załatwiało się interesy, a do służby wypadało zwracać się po angielsku”. Do tego doszedł również chiński, japoński (jego przybranym ojcem został japoński generał) i baskijski. 

Gość nie tylko zaskakuje językowo. Jest nadzwyczaj bystry i inteligentny, piekielnie uzdolniony matematycznie, a jako trzynastolatek fantastycznie gra w go, choć uczył się wyłącznie z książek. Co więcej, okazuje się być naturalnym mistykiem, osiągającym stan duchowej nirwany na zawołanie, ma dar telepatii, dzięki której wyczuwa przestrzeń w jaskiniach i intencje otaczających go ludzi, a nawet wycelowane w siebie obiektywy czy lufy. Dla pieniędzy bywa genialnym łamaczem szyfrów, choć go to nie kręci. Wydaje się też być wiecznie młody mimo upływu lat. Aby zwieńczyć tę imponującą listę, należy wspomnieć o tym, że jest mistrzem specjalnej sztuki walki zwanej hoda karosu, z japońskiego „nago/zabijać”, dzięki czemu zawsze jest w stanie się obronić, bo dowolny przedmiot codziennego użytku staje się dla niego narzędziem walki, a także osiągnął czwarty stopień wtajemniczenia w sztuce miłosnej.

Dowiadujemy się tych wszystkich rewelacji, przypominam, przez pół książki, nie poznawszy jeszcze naszego bohatera w teraźniejszości. Ale już wiemy, że jest pół-bogiem, a za jego jedyne wady można uznać arogancję i bezwzględność.

Sam opis tychże miłosnych stopni to naprawdę wspaniała rozrywka. Stopień pierwszy jest „plebejski i monotonny”, ale „zdrowy i uczciwy”. Ponieważ nasz bohater „gardził amatorszczyzną we wszystkich postaciach”, szybko przeskoczył na „poziom trzeci, seksualne smakoszostwo”, najwyższy poziom, jaki udało się osiągnąć ludziom Zachodu i większości ludzi Wschodu. Jak mu się udało? „Profesjonalny trening taktyczny otrzymał na Cejlonie i w ekskluzywnych burdelach Madagaskaru, gdzie mieszkał przez cztery miesiące, pobierając lekcje od kobiet wszystkich ras i kultur”. Ocieram łzy wzruszenia.

„W przypadku Hany i Nicholaia gra wstępna miała w równym stopniu charakter mentalny, co fizyczny. Oboje byli wytrawnymi kochankami czwartego stopnia, ona – w wyniku doskonałego treningu, on – dzięki kontroli mentalnej, której nauczył się w dzieciństwie, i zmysłowi telepatii, który pozwalał mu odbierać odczucia partnerki i dokładnie wiedzieć, ile ją dzieliło od paroksyzmu kulminacji. (...) Grą, którą najbardziej lubił, wymyślił sam i nazwał <<seks kikashi>>. Można ją było prowadzić wyłącznie z partnerem czwartego stopnia, i to tylko wtedy, kiedy oboje byli w szczególnie dobrej formie. W małym pokoju, o powierzchni mniej więcej sześciu mat tatami, gracze wkładali odświętne kimona i klękali naprzeciwko siebie, opierając się plecami o przeciwległe ściany. Każdy z partnerów poprzez samą koncentrację miał dojść na krawędź ekstazy i trwać tak, jakby w zawieszeniu. (...) Celem ostatecznym było spowodowanie kulminacji u partnera przed własnym szczytowaniem; najlepiej się w nią grało podczas deszczu.” (s. 333-335)

Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że te rzeczy nie są wyssane z palca, istnieje seks tantryczny i orgazm poprzez sam wysiłek mentalny, jasne, ale sam arogancki sposób opisania tych kolejnych stopni, ta pogarda i wymyślność mnie absolutnie zniszczyły. Czytam te kilka stron jeszcze raz i kwiczę ze śmiechu.


Dla pełni obrazu muszę jeszcze przytoczyć przypis od autora, który dla mnie udowadnia, że autor ma podobne podejście do świata, co jego bohater. Otóż przy opisie wcześniej wspomnianej sztuki walki mamy następującą notkę:

„W dalszym ciągu tej książki Nicholai Hel będzie się posługiwał taktyką hoda karosu, nie będzie ona jednak nigdzie szczegółowo opisana. (...) Najzwyklejsze poczucie społecznej odpowiedzialności nakazuje autorowi unikać dokładnych opisów takich sposobów działania, które mogą (...) przyczynić się do wyrządzenia szkody niewtajemniczonym (bądź przez niewtajemniczonych). | Z podobnych pobudek autor pozostawi w cieniu pewne wysoko rozwinięte techniki seksualne, ponieważ mogą być niebezpieczne, a z pewnością przykre dla nowicjuszy”. (s. 198)

Co ciekawe, autor pozwolił sobie jednak zachować opis czegoś, co nazywa „masażem brzytwy”, czyli techniką podniecania się poprzez muskanie ostrzem bardzo blisko ciała, ale nie dostajemy szczegółów nagiego zabijania oprócz wspomnienia ołówka czy karty magnetycznej jako narzędzi. Kiedy już książka przechodzi do właściwej akcji, przechodzi ona prawie niezauważona.

Ale jak to? Bo po drodze musimy się jeszcze dowiedzieć, jak wspaniałym gospodarzem jest nasz bohater, jak bardzo jest ponad wszystkimi, jak wyśmienicie zna się na winach (tak dobrze, że potrafi towarzysko poniżyć przeciwnika przy stole), jakim to nie jest smakoszem, ale jednak, wiecie, je tyle co ptaszek. Może i zamawia wykwintny posiłek składający się z iluś dań, ale i tak większość zje rodzina szefa kuchni, jakie to wspaniałomyślne z Nicholaia strony. Ach, no i oczywiście jego sama obecność to nagroda dla pań, które zniewala jego dżentelmeńska maniera niewybrednych żarcików i same mu się pchają do łóżka. Ba, jego największy przyjaciel, sam już zbyt schorowany na te rzeczy, prosi go o przysługę: Nicholai ma z zaskoczenia odwiedzić jego partnerkę w nocy i dostarczyć jej wybitnych przeżyć w ramach prezentu. Babka nie ma nic do gadania, bo przecież to jasne, że to będzie dla niej zaszczyt. Nie mówiąc już o całym wątku młodej Amerykanki Hannah, którą bohater „kara” poprzez doświadczenie nieziemskiej rozkoszy, by potem każde inne przeżycia seksualne nie mogły się do nich równać...

No po prostu wysiadam.


Uwierzcie mi, ja bym mogła jeszcze o tej książce długo rozprawiać, bo nawet nie wgryzłam się ani we właściwą fabułę, ani w absolutną pogardę do każdej nacji (każda narodowość dostaje swoją łatkę, ale chyba najwięcej dostaje się Amerykanom i Arabom), ani tym bardziej nie wytłumaczyłam, czym jest ta tytułowa filozofia shibumi i dlaczego Nicholai do niej dąży. Chyba jednak już rozumiecie, czego można się po tej książce spodziewać. Według mnie, choć miejscami wybitnie rozrywkowa, jest absolutnie śmieciową lekturą, która nie ma najmniejszego szacunku do czytelnika.

Na zakończenie opowiem, czemu ta książka jednak przyłożyła się do tego, żeby świat stał się lepszym miejscem.

Otóż główną osią wydarzeń w Shibumi jest decyzja byłego wolnego strzelca, specjalnego agenta do zadań specjalnych, Nicholaia Hela, żeby przerwać swoją emeryturę i wziąć udział w jednej ostatniej akcji. Brzmi to dość podobnie do fabuły pierwszego Johna Wicka z Keanu Reevesem, prawda? Co więcej, zastanowiwszy się uważniej, John Wick też zabija wszystkim, co mu się nawinie na rękę, w tym podobno również ołówkami, co podobno było oryginalnie zainspirowane przez Shibumi właśnie. Jako wisienka na torcie, w jednej scenie z filmu widać faceta, który właśnie czyta tę powieść.

Johna Wicka, w przeciwieństwie do Shibumi, szalenie lubię i wszystkim z czystym sercem polecam.


Shibumi
Trevaninan
Albatros, 2014
510 strony
Odczucia: ★★/★★★★★

czwartek, 30 kwietnia 2020

Kup pan duszę. "Martwe dusze" Mikołaja Gogola


Pyza Wędrowniczka z Pierogów Pruskich i Naia z Literackich skarbów świata całego po raz drugi organizują Nabokoviadę, czyli wspólne czytanie klasyki i konfrontowanie jej z wykładami z literatury Nabokova. Tym razem zajmują się konkretnie literaturą rosyjską i zaczynają od Martwych dusz Gogola. A ja, skoro dziś skończyłam czytać zarówno Gogola, jak i Nabokova o Gogolu, też zamierzam się wypowiedzieć na doczepkę.

Z braku laku ściągnęłam sobie Martwe dusze z domeny publicznej w tłumaczeniu Zygmunta Wielhorskiego, dostępne na Wikiźródłach. Rzecz jest z 1876 roku, trzydzieści cztery lata po opublikowaniu oryginału, ale na wiele dłużej przed reformą ortograficzną, więc samo w sobie czytanie tego tekstu było przygodą pełną najrozkoszniejszych sformułowań z głębokiego XIX wieku. Z drugiej strony, po przeczytaniu cytującego w najlepsze Nabokova, mogłam sobie porównać to stare polskie tłumaczenie z tym używanym w wykładzie, a następnie dojść do wniosku, że ten stary przekład jakiś piękny i dokładny to nie jest. Wydaje się, że mogłam sporo stracić taką decyzją, bo na przykład końcowe odwracanie uwagi autora od tego, że bohater ucieka jak niepyszny, ale jednocześnie bez żadnej kary, jest chyba zupełnie z tłumaczenia Wielhorskiego wycięte.

Pięknie zaczynam od końca, nie zarysowawszy, o czym Martwe dusze w ogóle są. Ja sama przed lekturą głównie Gogola kojarzyłam z groteskowego Nosa, gotyckiego Wija  i historycznego Tarasa Bulby, tymczasem Rewizora znam tylko ze słyszenia, a o Martwych duszach nie wiedziałam nic. Otóż jest to pierwsza i ostatnia powieść z ostatecznie niedokończonego cyklu, opowiadająca o nader nijakim bohaterze, Cziczikowie. Cziczikow był „nie bardzo przystojny, ale i niebrzydkiéj powierzchowności, nie za nadto otyły, ale i niezbyt szczupły; właściwie nie stary, ale téż i nie za nadto młody. Przybycie jego nie sprawiło w mieście żadnego wrażenia i nie towarzyszyło mu nic szczególnego”. Nic szczególnego, oprócz strategicznego zaprzyjaźniania się z najbardziej wpływowymi obywatelami gubernialnego miasta N., a następnie równie zdeterminowanego poszukania właścicieli ziemskich, którzy byliby skłonni pozbyć się tak zwanych martwych dusz. Cziczikow skupuje i pozyskuje chłopów, którzy w świetle prawa wciąż figurują w rejestrze jako żywi i płaci się od nich podatki, a tymczasem już im się zmarło.



Mnie w tej opowieści najbardziej podoba się fantastyczna satyra na filisterstwo; różnorakie figury gospodarzy odmalowane są w tak rozrywkowy sposób, że trudno się nie roześmiać. Groteskowa Koroboczka sama nie wie, jak się ma, ale każdego zmarłego potrafi wyrecytować z pamięci. Mdły Maniłow jest obrazkiem idealnego pretensjonalnego paniczyka, który na gospodarstwie się nie zna, ale przed domem ustawił sobie świątynię dumania. Kwadratowy, potężny Sobakiewicz, który niesamowicie twardo stąpa po ziemi i mimo rozespania, obżarstwa i narzekanctwa potrafi się nadwyraz skutecznie i inteligentnie targować. Do tego jeszcze szalony Nozdrew, zapijaczony, kłamliwy utracjusz, żyjący od jarmarku do jarmarku oraz Pliuszkin, doprowadzające swoje gospodarstwo do upadku skąpiradło, składujące u siebie w domu wszystko, co mu się nawinie pod ręce. Same te portrety i ich rozmowy z Cziczikowem to wyśmienita zabawa.

Według Nabokova jednak to nie ta groteska jest siłą tej powieści. W swoim wykładzie opowiada o szeregu artych uwagi aspektów. Po pierwsze, sam bohater, „kreatura szczególnego Gogolowskiego chowu”, w którym Nabokov widzi nieudolnego wysłannika diabła, gnijącego od środka czerwia (więcej o tym pięknie pisze Pyza). Po drugie, paradoksalnie, wszyscy żywi bohaterowie zapełniający karty powieści to bardziej martwe dusze niż te kupowane przez Cziczikowa; tymczasem ci autentycznie martwi, gdy opowiada o nich Sobakiewicz lub wyobraża je sobie Cziczikow, chwilami wydają się bardziej od tych żywych pełnokrwiści. Po trzecie i chyba najważniejsze, Nabokov chwali kunszt Gogola jako pisarza. Mówi, że przed Puszkinem i Gogolem nikt tak nie odmalowywał kolorów; przed Gogolem trudno szukać tak wyśmienicie opisywanych drobnych wydarzeń, trzecioplanowch bohaterów, przejść od sceny do sceny czy wręcz wymyślonych na potrzeby metafory postaci czy całych grup, które zaczynają żyć własnym życiem wewnątrz tekstu.

Niewątpliwie czytanie wykładu Nabokova uwypukla pewne wartości, które trudno wyłapać, czytając archaiczne tłumaczenie z domeny publicznej. Dodatkowo bardzo dużo kontekstu, tylko zarysowanego we wstępie Zygmunta Kierdeja z mojego wydania, Nabokov dopowiada na temat autentycznej, tragicznej historii pisania drugiej części Martwych dusz. Ponoć Puszkin, zanim jeszcze cokolwiek Gogol wydał jako młodzieniec, już widział z nim wielkiego twórcę. Duża presja początkowo napędzała młodego Gogola, a jego płodna i różnorodna twórczość zachwycała rodaków.

Niestety jego największe dzieło, które z zamierzeniu miało być trzyczęściowe i nawiązywać do Dantego, skończyło się na świetnej pierwszej części, czyli właśnie tych tutaj opisanych Martwych duszach. Kolejne nigdy nie doszły do skutku. Talent zawiódł twórcę, wszelkie próby dalszego pisania wychodziły miałkie, bez tego samego wyrazu. Gogol miotał się po Europie w poszukiwaniu natchnienia, dziwaczał i pogrążał w fanatyzmie religijnym. Gloryfikował rolę pana jako boskiego pośrednika miedzy chłopami a Niebem, chociaż jego ostatnie dzieło wielu ludzi odczytało jako potępienie feudalnych stosunków pańszczyźnianych. Ostatecznie większość rękopisów drugiej części Gogol puścił z dymem i nic więcej wartego uwagi nie wydał oprócz dość wstecznych i mocno krytykowanych fragmentów listów. Z jednej strony, to szalenie ciekawa, ale z drugiej, mocno przygnębiająca historia literackiego geniuszu, który palił się niestety zbyt krótko.



Martwe dusze
Mikołaj Gogol
Redakcya Kuryera Poznańskiego, 1876
374 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★

sobota, 25 kwietnia 2020

Koniec języka za przewodnika. "Języczni" Jagody Ratajczak


Second Language Acquisition, czyli dział językoznawstwa poświęcony uczeniu się drugiego języka, był dla mnie jednym z nudniejszych zajęć na studiach. Prowadzenie absolutnie nie porywało, grupa była senna i zrezygnowana, trochę poirytowana tymi, którym autentycznie chciało się gadać – ale zazwyczaj nie o przedmiocie. Przedstawiane z bólem teorie nie mieściły mi się w głowie. Gramatyka uniwersalna? Że niby każdy język ma jakieś identyczne postawy gramatyki? Niby z której strony patrząc? Przyrząd do poznawania języka? Chyba chodzi o mózg? No bzdury totalne, panie Chomsky.

Do tej pory pamiętam smętne zakuwanie do egzaminu w ciągu dwóch czy trzech nieznośnie długich i żmudnych dni czerwcowych. Po zdaniu natychmiast wszystko mi z głowy wymiotło.

Ach, gdyby tylko te zajęcia prowadziła Jagoda Ratajczak tak, jak pisze o tym temacie w swojej książce!


Autorka książki Języczni, tak samo jak ja, mój mąż oraz spora grupa moich znajomych, ukończyła filologię angielską. Jednocześnie jej udało się podążyć ścieżką zawodu tłumacza, z której ja ostatecznie zrezygnowałam. Do tego angielski to nie jej jedyny język: zna również niemiecki i w mniejszym stopniu niderlandzki. Prowadzi też bloga Językowo. Nie wiem, czy kontynuuje studia i na przykład myśli też o doktoracie, ale póki co wybrała popularyzowanie psycholingwistyki wśród narodu poprzez książkę, jak pisze, „z ludzką twarzą”, o której myślała latami. Jak dla mnie – strzał w dziesiątkę.

Języczni to szalenie sympatyczna, zgrabnie napisana pozycja opowiadająca ze swadą i lekkością o wielu zagadnieniach, które są niesamowicie bliskie każdemu filologowi. Z jednej strony prowadzi czytelnika przez pewne oczywistości, nad którymi człowiek jednojęzyczny zapewne nigdy się nie zastanawiał. Z drugiej, sięga również głębiej, opisuje ciekawostki, badania, procesy i teorie, które zaciekawią nawet bardziej zaawansowanych wielojęzykowców.

Osobiście szalenie się ucieszyłam na widok znajomego nazwiska pani profesor Bałuk-Ulewiczowej, która uczyła mnie na studiach. I na dodatek jej praca, o której była mowa, nie jest mi znana, a jednocześnie okazuje się fascynująca. Otóż okazuje się, że języka można się uczyć nie tylko z miłości do kultury czy brzmienia, ale również z nienawiści. Tak, nie przesłyszeliście się. Z pracy wspomnianej wyżej pani profesor można było się dowiedzieć o historii esesmana, który doskonale władał językiem polskim, ale używał go głównie po to, by udowadniać, jakim podłym narodem są Polacy. Autorka z kolei wspomina o jej byłym nauczycielu języka niemieckiego, Polaku, który z kolei nauczył się perfekt niemieckiego, by działać niczym kret i mścić się za cierpienia zdane przez Niemców...


Autorka zna się na tym, o czym pisze, jednak nie można wyczuć w jej słowach ani grama zadęcia. Krótkie rozdziały zajmują się konkretnymi zagadnieniami, przedstawionymi w formie pytań, które autentycznie nurtują. Dla mnie najbliższe są rozważania na temat tego, czy można poznać kogoś naprawdę, nie mówiąc mu o sobie w swoim ojczystym języku.

Gdy byłam na Erasmusie, stwierdziłam, że nie mam ochoty się wyprowadzać z Polski właśnie z tego powodu, że znajomość z obcokrajowcami wydawała mi się rozpaczliwie płaska i powierzchowna. Często zamęczałam moich angielskojęzycznych znajomków dokładnym tłumaczeniem, dlaczego takie a nie inne skojarzenie dla mnie oznacza wycieczkę w krainę dzieciństwa i co to dokładnie oznacza. Albo jak sheepskin coat jest ubogi, bo nie przywodzi na myśl peerelowskiego, zgrabnego kożucha mojej babci. Albo co to jest Wieczorynka. Albo jak wspaniały i ważny dla polskiej kultury jest Sienkiewicz, a poza tym fabuła Trylogii jest porywająca, tylko że żadne tłumaczenie na angielski nie jest zbyt dobre, więc może opowiem pokrótce...

No właśnie, dla mnie to problem. Jednak ileż jest par, które nie znają swoich ojczystych języków i porozumiewają się za pomocą drugiego.

Albo czy mówiąc w innym języku, stajemy się trochę kimś innym? Bo człowiek czuje się trochę inaczej, inaczej się wyraża, nawet rejestr głosu się podnosi, mówiąc w innym języku niż ojczysty.

No i jak to jest z tym, że ojczyste słowa na uczucia wydają się milion razy wyrazistsze, a przekleństwa bardziej siarczyste?


Języczni starają się na te i wiele innych pytań odpowiedzieć, a przy okazji uwrażliwić, wyjaśnić i zaciekawić. To ożywczy zastrzyk zadziwienia światem języków dla tych, którzy się języka uczą, a także dla tych, którzy go nauczają. Filolog rozsmakuje się w szczegółach, a nie-filolog otworzy oczy na zjawiska, które wyczuwamy intuicyjnie, że zachodzą, ale tak naprawdę rzadko można usłyszeć, jak ktoś o tym mówi.

Na uwagę też zasługuje jak zwykle piękne wydanie. Karakter zawsze stara się, by ich książki zachwycały i tak jest też z tą drobną, soczyście pomarańczową pozycją. Uwielbiam, jak ten kolor pięknie odznacza się na tle fioletu wewnętrznej strony okładki, a także szorstki dotyk materiału, z którego jest zrobiona. Wnętrze jest równie dopracowane i cieszące oko. Całość dopełniają złote strony oddzielające rozdziały i złoto-czarne, minimalistyczne rysunki Oli Niepsuj. Takie książki aż chce się w kółko wąchać, trzymać w ręce i przeglądać.

Jedyny minus, jaki tu znajduję, to to, że było za krótko. Poproszę więcej!


Języczni
Jagoda Ratajczak
Karakter, 2020
207 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 19 kwietnia 2020

Czego nie ma w "Nie ma". "Gottland" i "Nie ma" Mariusza Szczygła


Wiecie dobrze, że nie siedzę w reportażach. Rzadko po nie sięgam, zdecydowanie wolę fikcję. Nie czuję się znawcą tego gatunku, więc miałam spore opory przed bezpardonowym opisywaniem moich reakcji na Nie ma, ostatnią książkę Mariusza Szczygła. A reakcje te były nie do końca przychylne.

Nie ma czytałam świeżo po zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie, a dokładniej podczas wycieczki do Bratysławy. Co z perspektywy pandemicznego zamknięcia wydaje się wiekami świetlnymi temu... Po drodze przeczytałam jeszcze Gottland, żeby bardziej utwierdzić się w moich odczuciach na temat wcześniejszego stylu Szczygła, który pamiętam jeszcze z czytania Niedzieli, która zdarzyła się w środę. Ta ostatnia książka była debiutem z 1996, Gottland wyszedł dziesięć lat później, a Nie ma ponad kolejną dekadę później. Co się w tym czasie zmieniło?


Zarówno Gottland, jak i Niedziela... pisane są, jak pisze większy znawca tematu, Rafał Hetman, według tak zwanej polskiej szkoły reportażu. To styl zbliżony do publicystycznego, zwięzły, ale jednocześnie ekspresyjny i dobitny, z dodatkiem pewnej dozy swobody literackiej. Niemniej jednak trudno się pomylić, jak taki reportaż wygląda: to często dłuższy tekst opowiadający jakaś historię czy podążający za jakimś bohaterem, przytaczający rozmowy, pisma, fakty.

Nie ma w niektórych tekstach od tego stylu niefrasobliwie odchodzi, pozwalając sobie na odpłynięcie w eseistykę czy eksperyment, taki jak przytaczanie całej tabeli z arkuszu kalkulacyjnego, jak w Bilansie Ewy, jednozdaniowe rozdziały metatekstowo-poetyckie, jak Najkrótszy wykład o Nie ma Hanny Krall czy Reportaż, wywiad, który składa się z samych odpowiedzi (Przeczucie), a wreszcie rozdział, który zawiera więcej wyimków niż samego tekstu (Rzeka). Znajdziemy tu też teksty o ojcu pisarza czy o samym pisarzu. Teksty o tym, jak pisze tę książkę, jak rozmawia o niej z innymi. To wszystko przetykane jest pełnokrwistymi Nieznajomy wróg jakiś, Czytanie ścian, Gwiazda wszystkich willi. No i Śliczny i posłuszny z 2013 roku, ale do niego zaraz wrócimy.

I nie, to nie jest tak, że mnie się nie podoba to frywolne odejście od typowego schematu polskiego reportażu, literacka zabawa formą, poszukiwania różnych ujęć tytułowej absencji, braku, ubytku. Ja czuję się rozczarowana tym, że te typowe reportaże, które mnie osobiście najlepiej się czyta, są poprzetykane tą eseistyczną, eksperymentalną prozą, którą... gorzej się czyta. Po prostu jedno i drugie mi nie pasuje jak pięść do nosa, a o tego w tych nowych kombinacjach można znaleźć trochę słabszych fragmentów.

 
A jeszcze do tego dochodzi rozpoetyzowanie, wzniosłe sentencje i generalne lekkie odpłynięcie w stronę klimatów Coelho. Przed czym przestrzega go wprost cytowana Hanna Krall...

„Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.
(Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).
Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej?”

Mnie to nie leży.

Nie leży mi też to, że najlepszy, najmocniejszy tekst z całości jest jednocześnie odgrzewanym kotletem, który jest jednocześnie dość problematyczny. Bo Śliczny i posłuszny już dawno wybrzmiał, zrobił swoje, zaszkodził kobiecie, o której opowiada, a która już swoją zbrodnię odpokutowała. W 1982 została skazana na 15 lat więzienia, tekst wyszedł w 2013. Czytelnicy szturmem ruszyli na polowanie, odebrali ten tekst jako wezwanie do interwencji. I trzy lata później ten sam tekst zostaje wpisany w książkę, którą odbieram bardziej jako patchwork dłuższych, typowych reportaży i nowych, słabszych tekstów, wydaje się, jakby dopisanych pod wspólny temat.


Natomiast Gottland czyta się fantastycznie. Być może to częściowo zasługa tego, że to wydanie trzecie, podszlifowane w porównaniu z oryginałem. Mimo to historie o Czechach ubiegłego stulecia są niesamowicie barwne, ale i wymowne: zaczynając od szalonego, dyktatorskiego imperium Baty, przez tragedie artystek zniszczonych przez historię i politykę, takich jak Lída Baarová i Marta Kubišová, fenomenalną, tragiczną opowieść przemilczanego pomnika Stalina w Pradze, po analizę prawdziwej twarzy pewnego pisarza, któremu częściowo się udało zabłysnąć podczas komunizmu. 

Z tych niełatwych, przygnębiających, często nieprawdopodobnych historii wyłania się zarys specyficznego społeczeństwa, które musiało się dostosować, żeby przeżyć. Historia ludzi sprzecznych, wizjonerów, ale i oportunistów; pełnych ambicji, ale i chowających głowę w piasek. Dla Polaka: częściowo powtórka z rozrywki, częściowo kosmos. Dla Czechów: zbyt bliskie spojrzenie na problematyczne miejsca, odgrzebywanie starych brudów.

Nic dziwnego, że to klasyka gatunku.

A czego mnie osobiście zabrakło w Nie ma? Gottlandu.


Nie ma
Mariusz Szczygieł
Dowody na Istnienie, 2018
335 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★

Gottland
Mariusz Szczygieł
Czarne, 2016
251 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★

niedziela, 22 marca 2020

Co zatruwa kobiece życie i jak się z tego uwolnić. "Obsesja piękna" Renee Engeln


Książka, do której dotarłam przez najcieplejszą osobę na świecie, Asię prowadzącą bloga Drobiazgi. (Jeśli brakuje Wam w życiu zachwytu rzeczami małymi, optymizmu i głębokiego, duchowego zastanowienia nad sobą, bardzo polecam obserwowanie jej Facebooka albo Instagrama.) Najpierw czytałam jej wpis o Obsesji piękna Engeln, a potem natknęłam się na nią buszując w stosikach i półkach z książkami w jej mieszkaniu. Ostatecznie skończyło się pożyczeniem i czytaniem w amoku bodaj do pierwszej w nocy. Bo to wszystko prawda. Bolesna, codzienna, wgrana na stałe w mózg i społeczeństwo prawda.

Są osoby, które czują się jak ryba w wodzie jeśli chodzi o stereotypy, wymagania i postrzeganie damskich ciał. Kobiety, które uwielbiają być podziwiane, wystrojone od stóp do głów i z efektownym makijażem, nawet w domu we frywolnych pantoflach na zgrabnej platformie i z puszkiem na górze stopy, w zwiewnym kimonie, ułożonych włosach. Zazwyczaj jednak obsesja piękna wyrządza więcej szkód niż daje korzyści jakakolwiek gratyfikacja z powodu wyglądu, nawet autentycznie szczera.

Czym jest obsesja piękna i skąd się bierze? To stan, w którym „energia emocjonalna kobiety jest tak silnie związana z wyglądem, że trudno jej dostrzec pozostałe aspekty życia. (...) Obsesję piękna napędza kultura, która koncentruje się na wyglądzie kobiet bardziej niż na ich słowach, czynach i osobowości. Wzmacnia ją sposób, w jaki przedstawia się kobiety i język, jakim posługujemy się, opisując siebie i inne panie. Przyczyniają się do niej osoby, które zawstydzają kobiety z powodu ich wyglądu – ale także te, chwalą dziewczynki i kobiety jedynie za urodę” (s. 21-22).  


Renee Engeln ma doktorat z psychologii społecznej, wykłada na amerykańskim Uniwersytecie Northwestern i naukowo zajmuje się teorią uprzedmiatawiania, „fat talk”, czyli niemal rytualnego narzekaniami na wagę oraz wpływem wyidealizowanych wizerunków kobiet w mediach na psychikę. Wynikiem jej analiz, wywiadów i poszukiwań jest właśnie ta książka, napisana w przyjemny, popularnonaukowy sposób, ale poparta solidną bibliografią i wynikami badań – zarówno jej własnych, jak i innych w tej dziedzinie. W ramach wprowadzenia można obejrzeć jej TED Talk, ale książka o wiele lepiej i głębiej przedstawia problem, od definicji, przez skutki i przyczyny, po rozwiązania: te nietrafione i te autentycznie działające. Spróbuję streścić tutaj pewne najważniejsze punkty, nie tylko dla siebie, ale i dla wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć, co tu można znaleźć.

Zarys

Bardzo trudno znaleźć nastolatkę czy dorosłą kobietę, która choćby w cichości serca nie ma kompleksów, uwag odnośnie swojego ciała, wewnętrznych komentarzy: ach, gdybym miała szczuplejsze uda, płaski brzuch, piękne włosy, pełne krągłości, większe oczy, mniejszy nos... Już bardzo małe dziewczynki instynktownie wyczuwają, że bycie nazwanym brzydką to największa potwarz. Czasem można sobie pomyśleć, że po co komu ten cały feminizm, skoro większa część kobiet cichcem podmieniłaby swoje prawa i wywalczony szacunek na poprawę wyglądu.

„Stworzyliśmy kulturę, która wmawia kobietom, że najważniejsze to być piękną. Narzucamy im nieosiągalne kanony piękna, a później, kiedy się nimi przejmują – oskarżamy o próżność albo, co gorsza, zbywamy pełnymi troski słowami: <<Każdy jest piękny na swój sposób>> i upominamy, że powinny akceptować siebie takimi, jakie są” (s. 13).  

Przyczyny

Mechanizm psychiczny, który tak mocno wypacza już kobiety od najmłodszych lat, to przedmiotowe traktowanie ciała. Kiedy świat traktuje twoje i inne damskie ciała jako poddawany nieustannej ocenie przedmiot, istniejący tylko po to, by sprawiać innym przyjemność; gdy wygląd to aspekt ważniejszy niż posiadanie sprawnego umysłu, życia wewnętrznego, uczuć, marzeń i aspiracji, trudno nie utracić części swojej podmiotowości, poczucia własnej wartości. Kiedy jesteś chwalona za to, że jesteś taka śliczna, gdy wszyscy martwią się o to, żebyś nie pomięła swojej najlepszej sukienki, kiedy najładniejsza dziewczynka dostaje nagrodę miss, kiedy dorosłe kobiety wokół ciebie nieustannie martwią się o swój wygląd, kiedy obcy ludzie na ulicy cię proszą o uśmiech albo wyzywająco komentują twoją sylwetkę, kiedy każdy portal plotkarski pozwala sobie na swobodne komentowanie i obcinanie wyglądu gwiazd, kiedy kobietom się płaci za to, by stały obok towaru i ładnie wyglądały, przyjmujesz jasny przekaz. Nie liczysz się ty, tylko twoje ciało. A twoje ciało jest sprawą wszystkich. Jest sprawą publiczną. A ty stajesz się przedmiotem. W oczach innych i w oczach samej siebie.

Jesteś uprzedmiotowiana. I skupiając się na wyglądzie w odpowiedzi na bombardujące cię komunikaty, dokonujesz samouprzedmiotowienia.

„Samouprzedmiotowienie ma miejsce, kiedy, choć fizycznie odchodzisz od lustra, pozostaje ono obecne w twoich myślach. Kiedy spacerujesz, siedzisz lub uczestniczysz w spotkaniu, cząstka twojej świadomości nieustannie monitoruje twój wygląd. Kiedy wygłaszasz prezentację przed grupą, cząstka ciebie siedzi w pierwszym rzędzie i sprawdza, czy dobrze wyglądasz. Temat wystąpienia jest nieważny. Czy spódnica nie opina cię zbyt mocno?” (s. 85)
 

Skutki

Opisane powyżej zjawisko narzuca nam skupienie się na zewnętrznej kontroli swojego ciała, przez co zatracamy tak zwaną świadomość introspektywnej, czyli wrodzonej zdolności do wyczuwania potrzeb swojego ciała od wewnątrz. Pracoholiczki, perfekcjonistki, bulimiczki, anorektyczki i wiele innych kobiet, które zabiło w sobie naturalne zwracanie uwagi na sygnały wysyłane przez ciało, są przykładami na to, jakie spustoszenie w ciele i psychice może zrobić ignorowanie poczucia głodu, sytości, zmęczenia czy tętna.

Wewnętrzny policjant skupiony na ciele odbiera też część mocy przerobowych umysłu. Przekierowując część ze swoich zasobów poznawczych na monitorowanie swojego wyglądu, narażamy się większe ryzyko zaburzeń myślenia i uwagi, tracimy część koncentracji, a do tego obniżamy swoją motywację i samoskuteczność.

Cierpi również asertywność, również seksualna. Nie czujemy, że mamy prawo mówić z szacunkiem o swoim ciele, więc tym bardziej nie wyrażamy swoich pragnień związanych z seksem. Skoro nasze ciało jest przedmiotem, nie zasługuje na prawo odmowy czegoś, na co nie mamy ochoty. Jeśli celem naszego istnienia jest sprawianie innym przyjemności swoim ciałem, dlaczego miałybyśmy się nie poddać presji.

Kobiece ubrania są skrojone z troską o atrakcyjność, a nie praktyczność. Damskie ubrania są krępujące, brakuje im kieszeni, są mocniej wydekoltowane, rękawy są krótsze, materiały cieńsze; wysokie obcasy zniekształcają stopy i obniżają komfort życia; zabiegi upiększające i makijaż zabiera nam czas i pieniądze.

Nie postrzegamy swojego ciała jako jedynej w swoim rodzaju biologicznej maszyny, która niesie nas przez świat i daje miliony możliwości. Nie myślimy, że nasze ramiona są użyteczne, bo można nimi przytulić najbliższą osobę, że nasze nogi pozwalają chodzić po górach i brodzić stopami w morzu, że nasze włosy zapewniają ciepło czaszce, włoski na ciele spełniają różne ważne funkcje, brzuch dostarcza energii i składników odżywczych przez trawienie. Nie ćwiczymy, żeby być zdrowymi, żeby mieć lepszą kondycję, żeby zestarzeć się z ukochaną osobą. Nie myślimy praktycznie.

Co nie pomaga

Krytykowanie wagi i body shaming nie motywują do przerzucenia się na zdrowe nawyki. Jeśli sprawimy, że ktoś znienawidzi własne ciało, czy będzie miał ochotę o nie dbać? Zamiast tego takie zachowania mogą wepchnąć kogoś w poczucie wstydu, kompleksy, skupienie na wyglądzie, a następnie popchnąć do źle umotywowanej i źle poprowadzonej diety, ćwiczeń czy zabiegów chirurgicznych, a nawet wpędzić w chorobę psychiczną.

„Wstyd to skomplikowana emocja – obejmuje poczucie niepowodzenia i poddania swoich wad pod osąd innych. Jest powiązany z normami kulturowymi i oczekiwaniami społecznymi. Sprawia, że stajemy się zbyt niepewne i za bardzo wsłuchujemy się w cudze oceny. (...) Skoro podobanie się innym ma być naszym najważniejszym zadaniem – niepowodzenie na tym polu traktujemy naprawdę poważnie, a związany z nim wstyd może zniszczyć nawet najsilniejsze kobiety. (...) Wstyd różni się od poczucia winy. To ostatnie zwykle łączy się z określonym zachowaniem i sprawia, że człowiek chce przeprosić za swoje postępowanie –  a nie zniknąć z powierzchni ziemi. (...) Wstyd ma ogólniejszy charakter –  nie dotyczy tego, co zrobiłaś, ale tego, kim jesteś. Trudno się go pozbyć, a toruje drogę dla lęków, depresji i zaburzeń odżywiania” (s. 85).

Złą drogą jest zakrywanie obsesji piękna troską o zdrowie. Nie da się stwierdzić, czy ktoś jest zdrowy kierując się wyłącznie jego wagą.

Również nie pomoże komplementowanie kobiet. Mówienie im, że są piękne, ściąga ich uwagę na wygląd. Przypomni, że są oceniane.

Jeszcze gorsze jest to, jak skonstruowane są nasze media. Tutaj odwołuję za autorką do świetnie tłumaczących rzeczywistość filmików Jean Kilbourne z serii Killing Us Softly na temat wizerunków kobiet w reklamach. Przeglądanie mediów społecznościowych, w których kreujemy często zafałszowaną, ulepszoną wizję swojego życia i wyglądu, a dodatkowo bardziej skupiamy się na przeglądaniu zdjęć, czyli wyglądu, tym bardziej ciągnie nas w dół. Bycie pod nieustannym ostrzałem aparatów w telefonach komórkowych wprowadza nas w nieustanny niepokój.

Sama świadomość powyżej wymienionych mechanizmów wcale nie pomoże nam się uchronić przed obsesją piękna, bo każde skupianie się na wyglądzie, nawet w celu krytyki pogoni za pięknym ciałem, zmusza nas do myślenia o ciele. A tego chcemy uniknąć.


Co pomaga

  • Przeniesienie ciężaru z troski o wygląd na troskę o zdrowie, dobre samopoczucie fizyczne i psychiczne. Oddzielanie wyglądu od poczucia własnej wartości i utożsamianie go ze szczęściem. Nie trzeba być pięknym, żeby zasłużyć na miłość.
  • Traktowanie swoich oznak starzenia jako symbol dojrzałości, medalu za przebyte doświadczenia. Zdobywa się je, gdy się na nie zasłuży. Po co się ich wstydzić?
  • Nie komentuj cudzego wyglądu. Komplementuj tylko to, nad czym dana osoba ma kontrolę, a zatem zalety wnętrza. Jeśli będziesz komplementować np. spadek wagi, podkreślasz to, że przed schudnięciem ta osoba była gorsza.
  • Jeśli już wstawiamy zdjęcia na swoich profilach mediów społecznościowych, pokazujmy na nich, kim jesteśmy i co robimy, co możemy, co jest dla nas ważne.
  • Unikajmy wystawiania się na media, które skupiają się na ciele: czy media społecznościowe, czy tradycyjne. 
  • Koncentrujmy się na myśleniu o tym, co robimy. Co możemy dzięki niemu zrobić. Jak funkcjonalne, wygodne jest nasze ciało. Ile mamy energii, jak jesteśmy wytrzymałe. Do czego NAM służy. Jak wpływa na NASZE samopoczucie. Ćwicząc, ćwiczmy dla naszej przyjemności i samopoczucia, a nie dla osiągnięcia wymarzonej wagi.
  • Zrezygnuj z ubrań, które zmuszają cię do ciągłego monitorowania swojego wyglądu. Postaw na funkcjonalność, przydatność, wygodę. Głosuj portfelem na te marki, które wspomagają twoją wizję świata.
  • Przenieś swoją uwagę na te aspekty twojego ciała, które lubisz. Które sprawiają ci radość.
  • Nie postrzegaj siebie fragmentarycznie: brzuch mam taki, biust taki, włosy takie. Patrz na siebie jako na całość.
  • Myślmy o naszym wyglądzie jak najmniej. Zmieńmy naszą perspektywę.
  • Zmuśmy nasz umysł do wejścia w dysonans poznawczy. Uznając się za osobę, która oddziela się od obsesji piękna, będąc wystawionym na wyidealizowane wizerunki kobiet, będziemy odczuwać dysonans, co stanie się naszą zaporą. Obsesja nie opanuje naszego myślenia aż tak szybko.
  • Nie włączajmy się w rozmowy o ciele z narzekającymi kobietami. Nie komentujmy naszego wyglądu przy innych. Nie usprawiedliwiajmy swojej powierzchowności. Uważajmy na słowa, mają dużą moc.
  • Zdobądź się na współczucie sobie i innym. Zaangażuj się w pomoc innym.


„Nie jesteśmy w stanie całkowicie wyłączyć części naszego mózgu, która wyczula nas na ludzkie piękno. Możemy ją jednak wyciszyć” (s. 266).




Obsesja piękna. Jak kultura popularna krzywdzi dziewczynki i kobiet
dr Renee Engeln
tłum. Marta Komorowska
Wydawnictwo Buchmann, 2018
416 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★