Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 31 sierpnia 2016

NOWINY HADYNY: sierpień 2016



Ostatni dzień lata, więc czas na nowiny, a największą nowiną jest wydarzenie, które udało mi się dogadać z krakowską Księgarnią Bona - Silent Reading Party, o którym pisałam w lipcu na facebooku, odbędzie się już za niecałe trzy tygodnie!

O co chodzi? To pierwsza w Polsce impreza, podczas której mole książkowe zbiorą się razem, by zaszyć się w wygodnych siedzeniach i w spokoju i ciszy po prostu sobie poczytać. Dokładnie tak! Chcecie wiedzieć więcej? Klik na stronę wydarzenia na facebooku, podlinkowaną powyżej! Wszyscy z Krakowa i okolic - wpadajcie w niedzielę 18 września na 16:00 na Kanoniczą!

Ale to będzie się jeszcze działo i na pewno nie raz wspomnę o SRP - na pewno możecie spodziewać się relacji! - ale teraz wróćmy do sierpnia. Co u mnie?


Podczas poprzednich nowin pojawiły się głosy, że nie piszę o książkach. O to właśnie w tym cyklu chodziło, żeby skomentować pokrótce to, co się dzieje pozaksiązkowo, ale mogę zrobić krótkie podsumowanie. Oto, co czytałam:


O Harrym napisałam od razu, jak przeczytałam, Panią Furię dopiero dziś skończyłam, a o Historii pszczół możecie się już wkrótce spodziewać na blogu:) Co oglądałam?

Gravity Falls (2012-2016)



Trochę się wzbraniałam przed tym serialem, ale niepotrzebnie. To fantastyczna jazda bez trzymanki z cudownym, absurdalnym humorem, milionem odniesień do popkultury, genialnymi postaciami, których trudno nie pokochać, starannie zaplanowaną i wyważoną fabułą, całą dodatkową warstwą w ukrytych zaszyfrowanych kodach i niejasnymi dla tych, co oglądają pierwszy raz, mrugnięciami odnośnie rozwiązania niektórych zagadek. Zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy tego lata.

Suicide Squad (2016)



Zaraz po najlepszym odkryciu tego lata, największa porażka. Wielkie oczekiwania i spora klapa, choć nie całkowita. Harley Quinn i Deadshot ratują rozłażącą się w szwach całość, choć nie też nie mają zbyt sensownie i przekonująco napisanych postaci. Jak przyznałam się na facebooku, przepadłam dla świata z powodu przeuroczej Margot Robbie. Joker ma szansę być wcale niezły, ale powycinano mu sceny i staje się mało zrozumiały, wręcz lekko niepotrzebny. Nie był to dobry film, choć nie aż tak koszmarny, jak Batman vs Superman (jak słyszałam). Przynajmniej nikt nikomu nie właził z miłości w butach do wanny.

Dredd (2012)



Powtórzyłam sobie też starego dobrego sędziego w najlepszym wydaniu (bo dopiero teraz się zorientowałam, że pod maską jest McCoy z nowych Star Treków!) i aż nabrałam chętki na komiksy, ale od czego zacząć? Film z 2012 aż wyje z bólu o sequel, to tak dobra rzecz. Wyśmienicie się ogląda.

Mr. Holmes (2015)


Kameralny i nastrojowy film, o którym przypomniała mi Mirabell swoim wpisem. Iana McKellen jest absolutnie ujmujący jako postarzały pan Holmes, a po czytaniu Historii pszczół pasieka detektywa wydawała się bliższa sercu. Opowieść o poruszającej przyjaźni miedzy starzejącym się geniuszem a dorastającym chłopcem, okraszona poszukiwaniu sensu i tożsamości w coraz bardziej dziurawej, starczej pamięci unika popadania w ckliwość. Głęboka refleksja, piękne zdjęcia i stylowa muzyka to dobre połączenie.

Flight of the Conchords (2007-2009)



Jak wspominałam we wpisie z lipca, musiałam wreszcie napocząć Flight of the Conchords. Członkowie wybitnie niszowego zespołu Jemaine i Bret (Brit?) są tak nieporadni i uroczy, ich manager Murray nie mieści się w kategoriach rozumienia normalnego człowieka, a jedyna (serio, JEDYNA) fanka to kompletnie stuknięta, napalona groupie. Ten dwusezonowy serial poraża specyficznym, niezgrabnym humorem prosto z Nowej Zelandii, karmi idealnie idiotycznym absurdem i imponuje ilością wpadających w ucho, prześmiesznych piosenek. Koniecznie przesłuchajcie chociaż tę u góry!

Lost Highway (1997)



Mam słabość do Lyncha. Co prawda wciąż planuję trzecie podejście do Twin Peaks, a Eraserhead to najbardziej porąbana rzecz, jaką w życiu widziałam, planuję docelowo obejrzeć wszystko, co nakręcił. Włączając Lost Highway nie wiedziałam, że ta historia to tak totalna, chora gra z widzem, soundtrack zbija z nóg (David Bowie, Lou Reed, Rammstein, Marylin Manson, Nine Inch Nails, The Smashing Pumpkins - serio, wow), w środku filmu natykamy się na scenę porno z Mansonem i gościem z Rammsteina, a jeszcze długo po filmie siedzi się i rozkminia, o co mogło chodzić. Ale to sprytna pułapka, bo to nie ma kompletnie sensu! A może jednak ma?...

The Killing Joke (2016)



Na koniec kilka słów o klimatycznym komiksie Alana Moore'a o Batmanie i Jokerze, a także jego niedawnej animowanej ekranizacji. Film oglądałam na świeżo po przeczytaniu oryginału, ale z powodu pewnego Ryby zaczynając od momentu, gdy zaczynają się wydarzenia z komiksu. Czyli bez pierwszych dwudziestuparu minut (to dlatego, że ponoć są tam jakieś niepotrzebne bzdury o Batgirl). Komiks jest niesamowity. Robią się od niego ciary, a niektóre kadry zostają na sługo w pamięci. Historia jest dość prosta, ale przedstawiona w mistrzowski sposób. Film zaś jest mocno przeciętny, animacja taka sobie, w krótkiej scenie z karuzelą wręcz tragiczna, gdyby nie fabuła i dialogi (wzięte z oryginału), no i przede wszystkim głosy aktorów (Mark Hamill nie tylko może popisać się swoim histerycznym śmiechem szaleńca, ale nawet kawałkiem musicalowym), byłoby to mierne. Zmarnowana szansa.

To wszystko na dziś. Nie zapomnijcie być 18 września w Krakowie i zajrzeć do Bony!;)

10:01:00