Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 1 listopada 2015

5 dowodów na to, że „Dożywocie” Marty Kisiel to książka idealna na jesień

Marta Kisiel

Dożywocie


Wydawnictwo Uroboros, wrzesień 2015
Gatunek: groteska, humor, absurd, fantastyka
347 strony
Odczucia: ★★★★/★★★★★ 


O Dożywociu usłyszałam od blogerów z okazji publikacji drugiej książki Marty Kisiel, Nomen omen. Że Ałtorka (jak sama o sobie mówi) to istota szalenie interesująca i pozytywna, że kto nie czytał Dożywocia, ten nie wie, co traci, że boki zrywać, łzy śmiechu ocierać, rączki zacierać, no po prostu cud, miód i orzeszki, rzecz prześwietna. Tak mnie to zaciekawiło, że aż z wrażenia zapamiętałam sobie tytuł i przy każdej okazji w księgarniach i różnych innych miejscach podpytywałam o debiut Ałtorki. Na próżno. Chodziło to za mną z rok, bo się zaparłam, że nie dotknę Nomen omen póki najpierw nie przeczytam Dożywocia.

Aż tu gruchnęła wieść, że będzie wznowienie. Dopadłam je na Targach Książki, dopadłam też Ałtorkę, mój egzemplarz został zadedykowany, ostemplowany i opatrzony autografem. W kolejce po autografy niektórzy czytelnicy trzymali w łapkach oryginalne, wyprzedane do cna wydanie Dożywocia, sczytane, wysłużone. Ileż było gruchania i zachwytów na widok tej okładki z 2010 roku! Cóż, kiedyś to będzie biały kruk, niewątpliwie, rzadkość nad rzadkości. Sama Marta Kisiel, pomimo dość bojowej fryzurki na jeża i kanciastych oprawek okularów na Kazimierę Szczukę, faktycznie okazała się przeuroczą, przeciekawą osobą z wielkim poczuciem humoru i dystansem do świata, a do tego mocnymi związkami z blogosferą. Niektórzy kolejkowicze podczas audiencji z autografami w tle szeptali ukradkiem jakieś tajemne zaklęcie, a Ałtorka z podejrzanym uśmieszkiem podawała im małą, różową książeczkę. O co chodziło dowiedziałam się później, odwiedzając fanpage Kisiel z kłulika, który swoją drogą warto polubić, jak lubi się Ałtorkę, spamowanie kłulikami, ośmiorniczkami i innymi zwierzątkami. A Kisiel rozdawała zajdlowską antologię na hasło rzucone na fanpage’u... Ech, trzeba mi było wcześniej ogarnąć!

 Tak wygląda ostemplowanie.

No dobrze, a teraz wracając do samego Dożywocia. Na jesień, powiadam, przeczytawszy w ostatnim tygodniu października, na jesień idealne! Dlaczego?

→ Jesienny smut won


Od pierwszej linijki czytelnik wpada w wir szalonych, absurdalnych wydarzeń, zaprzyjaźnia się z zastępem fascynujących, zdumiewających bohaterów i przede wszystkim zostaje zaatakowany pierwszorzędnym, przekomicznym językiem, bardzo przypominającym styl Joanny Chmielewskiej w najlepszych komediowych fragmentach. Pierwsza strona wprawia w lekkie osłupienie, druga wywołuje wielkiego banana na twarzy, przy trzeciej zaczynamy się zaśmiewać, by przy kolejnych już zacieszać, chichotać i bić się po kolanach na całego. Co jedna przygoda to ciekawsza, a każda kolejna postać jest tak cudownie przerysowana i groteskowa. Trudno długo utrzymać powagę i przy okazji też jesienną chandrę przy takiej lekturze.

„Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.”

→ Świetne, lekkie czytadło


Konrad Romańczuk, chmurny, do cna współczesny młodzian w markowych ciuchach, typowy mieszczuch i początkujący pisarz, znienacka dostaje w spadku dom po przodkach, których nawet nie do końca kojarzy. Pokłóciwszy się z aspirującą do ustatkowania, usystematyzowania i ugładzenia życia narzeczoną, pakuje na szybko manatki i podjeżdża z przygodami po drodze do Lichotki, swojego dziedzictwa z dożywociem.

„Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i... wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. (...) Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości chyba tylko muzealnej - wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza (...)”

Pośród tych atrakcji architektonicznych i wnętrzniarskich żyją sobie dożywotnicy, którymi Konrad ma się odtąd opiekować: anioł (metr pięćdziesiąt wzrostu, celofanowe włoski, wyskubane skrzydełka, za duży t-shirt, goły tyłek i bamboszki, do tego alergia na pierze), pradawny potwór z głębin odwiecznego zła z kompletem macek (pierwszorzędna gosposia, kucharz i uspokajacz małych piesków), gromadka utopców (dość zaglonionych i lubujących się w długich posiedzeniach w łazience), Zmora (kocisko dość specyficzne, ciężkie w utrzymaniu i do zniesienia), wściekle różowy królik (paskuda nad paskudy) oraz panicz.

Panicz w środowisku naturalnym. Ilustracje i okładkę wznowienia popełniła Elwira Pawlikowska.

→ Upiorny klimat w sam raz na wigilię Wszystkich Świętych


Oprócz zastępu istot nadprzyrodzonych, w różnym stopniu przerażających, a także szalenie sugestywnego otoczenia, romantycznych chaszczy, stosownej wieżyczki i rozszalałego, dwustuletniego gotyku, mamy też panicza Szczęsnego, widmo nieszczęsne i ponure. Panicz dostarcza ogromnej dawki pierwszorzędnego humoru, jako że jest niespełnionym, jękliwym wierszokletą, seryjnym samobójcą i wielkim utrapieniem Konrada. Wiecznie szuka natchnienia, nowego wizerunku, nowej miłości; przede wszystkim zaś na okrągło plecie cudowne, romantyczne zlepki różnorakich wierszy dziewiętnastowiecznych. Jak nie siedzi w pełnej pajęczyn, starożytnej bibliotece, to przesiaduje na własnym grobie, rozmyślając nad naturą miłości, sztuki, piękna i innych wzniosłości, targając sobie przy okazji jasne pukle i koronki. Zazwyczaj widuje się go w stroju silnie inspirowanym Werterem, choć późniejsze eksperymenty z bajronizmem i współczesnym gotykiem mają moje silne poparcie. Mhok, zghoza i cierpiętnictwo na propsie.

„Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. - Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.”

→ Zabawa w skojarzenia na długie wieczory


Panicz przemawia tak przesentymentalizowanym, stylizowanym idiolektem pełnym literackich odniesień, że trudno nie przypominać sobie ustępów z utworów Mickiewicza czy Słowackiego, nie wspominać romantycznych ballad, nie wyciągać z półki zakurzonej Trędowatej. Sama zabawa intelektualna w doszukiwanie się odniesień do polskiej literatury daje niezłą radochę podczas czytania. Ale to nie wszystko, mamy też nawiązania do literatury europejskiej w ogóle, jak chociażby do Carmilli, a także popkultury, ze sztandarowym przykładem pomylenia panicza z Tomem Cruisem z Wywiadu z wampirem czy przelotnie rzuconym There is no spoon. Jak da mnie bomba.

„Współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do „Ballad i romansów” zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku.”

Konrad jako kupka nieszczęścia. Rys. Elwira Pawlikowska.

→ Przypomnienie o nadchodzących Świętach Bożego Narodzenia


A gdy mimo wszystko wciąż przygnębiają coraz krótsze dni, zapadający wcześnie zmrok i perspektywa coraz gorszej pogody? W Dożywociu znajdziemy też pogodny, radosny klimat świąteczny, blask lampek choinkowych, uroczego i naiwnego anioła, szalejące w kuchni macki, zapach pysznych ciast i ciasteczek, a przede wszystkim wspaniałą rodzinną atmosferę. Z czasem czytelnik przywiązuje się do dożywotników równie mocno, jak Konrad i z lubością nurza się w specyficznym, domowym cieple dość dziwacznej, wielorasowej rodzinki. Mocno sobie cenię autorów, którzy potrafią wytworzyć taki swojski, trudny do podrobienia klimat i opisać kiełkujące coraz mocniej relacje między dość specyficznymi indywiduami. Jak nikt potrafi to robić Toroj, to znaczy Ewa Białołęcka, a także mój ukochany fanfikodawca Homoviator. Nie sądziłam, że znajdę ten sam talent u Marty Kisiel. A jednak, zaskoczenie!

„- Napaliłom na górze w kominku - oznajmiło Licho, wpadając do kuchni z naręczem wielgachnych ręczników - i wyciągnełom dodatkowe koce, alleluja. Krakersik zaraz zagrzeje rosołku, a ja naplumkam świeże kluseczki.”


Mam nadzieję, że Was przekonałam. Jeśli nie, udowodnijcie, że się mylę, wytykajcie ile wlezie. Bring it on! Ja się podczas jesiennego czytania Dożywocia bawiłam wyśmienicie.

piątek, 30 października 2015

W TERENIE#2: Rozbój w portfelu, totalne szaleństwo i masa uroczości, czyli Targi Książki i Conrad

19. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

Siódmy Festiwal Conrada 2015


Zaraz po szalonym weekendzie z długo wyczekiwanymi targami i festiwalem conradowskim zachorowałam dość mocno i nie czułam się na siłach pisać cokolwiek, choć fotorelacja i rozpierająca duma z nowych nabytków wierciła dziurę w brzuchu. Wreszcie ogarnąwszy trochę życie (jestem w trakcie zmiany pracy plus przede mną Wszystkich Świętych w akompaniamencie okrutnego kaszlu), siadam opisać na szybko targi z mojego punktu widzenia!

Co tu dużo mówić, w sobotę najgorszy był dojazd i kolejki. Mam wcale niezłe połączenie z przystankiem Nowohucka, tramwaje jeżdżą co chwilę, ale niestety nie w zeszłą sobotę. Kto był, ten widział - komunikacja z centrum została zamknięta z powodu maratonu. Jedyny tramwaj, jaki dojeżdżał w tamte okolice, zatrzymywał się przystanek przed Plazą i dalej ani rusz. Musieliśmy iść na piechotę aż do M1 i dalej. Kolejki do kas - szalone. Choć sama wcisnęłam się ochoczo przez bramkę "Autorzy-VIPy-Blogerzy", mój luby musiał odczekać swoje. Potem jeszcze kolejka do szatni... Krótko mówiąc, trochę to trwało.

Kolejka do szatni w sobotnie południe ciągnęła się naprawdę daleko.

Swoja drogą, liczyłam po cichu na jakiś identyfikator, na którym mogłabym wysmarować wielkimi wołami "Rozkminy Hadyny", ale nic z tego. Przemykałam niezauważona. Może na przyszły raz powinnam sobie załatwić koszulkę z logiem bloga? Co o tym sądzicie? 

W hali "Wisła" jak zwykle tłumy i jak zwykle Literackie niemalże naprzeciw Znaku;) Oj, jakiż rozbój w moim portfelu!



Gościem specjalnym była Litwa, znalazło się więc i osobne, stosowne stoisko.


Na pierwszy ogień poszły Facecje, wydane tak rozkosznie i elegancko! Nie mogłam się powstrzymać, choć mój R. protestował: ""Przecież to samo masz na facebooku!" Trafiły prosto do moich przepastnych toreb. O Facecjach jeszcze opowiem w osobnym wpisie, jeśli jesteście ciekawi już teraz, zapraszam do Mality;)


Otwarte miało też gadgety z Fangirl, och, jakaż rozkosz, ale jednak zacisnęłam zęby i sobie darowałam...


Wydawnictwo Mg jak zwykle mnie ciągnie swoimi nowymi wydaniami sióstr Brontë, kawał dobrej roboty, nic, tylko macań wąchać te tomiszcza, ale znów ograniczyłam się tylko do jednej pozycji.


Kusił też nowy Harry Potter z cudownymi ilustracjami, jednak ogromne wydanie jest dość nieporęczne, to raz, czcionka olbrzymia i trochę jak dla maluchów do czytania przed snem, to dwa, a trzy, no cóż, jednak kupimy kiedyś w oryginale.


Na stoiskach z planszówkami znaleźliśmy dość osobliwy i niespodziewany dodatek do Kości opowieści, które mamy i zbieramy (polecam!).


Do naszej kieszeni trafił jednak Kieszonkowy bystrzak, za którym się kręcimy już od ostatniego od Pyrkonu. Teraz ostało nam tylko upolować darmowy dodatek z fandomami, serialami i innymi genialnymi kategoriami!


Nie mogłam obojętnie przechodzić przez ten raj dla wielbicieli pięknego papieru, kulturalnych i książkowych gadżetów, notesów, notesików, kopert i całego mnóstwa innych różności. Efekt: wyglądałam jak dziecko w zoo. A nie, chwileczkę, ja do tej pory się tak skandalicznie zachowuję w zoo...



Jak zwykle znalazły się też książeczki, które rozbawiły samym tytułem:>


Dzieciaki, choć pałętały się pod nogami i często taranowały tłum dość agresywnie, wiezione w wózkach przez rodziców, miały i miejsca dla siebie, gdzie siedziały zaabsorbowane i nieruchome.


W tym roku zawitałam też na panelach blogerskich organizowanych przez granice.pl. Najciekawszym, w którym brałam udział, był panel "Czy blog może zmienić życie? Dyskusja blogerów książkowych, którzy odnieśli sukces". Można się było sporo dowiedzieć o różnych historiach powstania blogów i o ich losach, a przede wszystkim podejściu do blogowania i tym, co dla różnych blogerów znaczy osiągnąć sukces w pisaniu o książkach. Wreszcie poznałam takie osobistości, jak Jana z Tramwaju nr 4, Piotra Beznadziejnie zacofanego w lekturze, Agnieszkę z Książkowo, Kingę z Krytycznie o tekście, Katarzynę z Przekładańca kulturalnego, Jarosława z Krytycznym okiem,  Annę z asymaka. Bardzo mi szkoda, że Paulinie z Miasta książek nie udało się przybyć na tegoroczne targi! 


Zajrzałam też na panel fantastyczny wydawnictwa Uroboros z udziałem Anny Kańtoch, autorki Światów Dantego, Marty Kisiel, autorki Dożywocia i Jacka Inglota, autora Sodomiona. Po co? No jak to, przecie, że obejrzeć sobie Ałtorkę i zdobyć autograf! O Dożywociu też wkrótce napiszę, może nawet prędzej niż się spodziewacie;)


Z targów wyszłam obładowana torbiszczami pełnymi nowych książek, wymęczona, szczęśliwa i niezrażona perspektywą powrotu na targi w niedzielę, połączonym z wizytą na Festiwalu Conrada. Jednak nie poszłam prosto do domu, o nie! Wszak wieczorem odbywało się spotkanie blogerów połączone z niebywałych rozmiarów loterią, wszystko organizowane przede wszystkim przez Jana z Tramwaju. Co prawda nie mam zdjęć, nie zabawiłam też zbyt długo ani się z nikim specjalnie nie zapoznałam, bo tłum był dziki, gorąco okrutne, a i chaos ogólny trochę namieszał, ale przynajmniej zgarnęłam też jedną książkę dla siebie - najnowszą Harper Lee:)



W niedzielę jeszcze wpadłam na choć jedno wydarzenie z Festiwalu Conrada, a mianowicie na mniej formalne spotkanie z Mariuszem Szczygłem, który na żywo okazał się przemiłym, fanatycznym człowiekiem. Nawet udało mi się co nieco powiedzieć do mikrofonu podczas dyskusji, jednak najbardziej urocze jest to, że bardzo luźno cała rozmowa trzymała się głównego tematu, mianowicie kwestii pisarzy czytających blogi, a bardziej błądziła to tu, to tam, gdzie tylko myśl poniosła:) Gdybyście spragnieni byli szerszej relacji dotyczącej Festiwalu Conrada, Ekruda była wszędzie i widziała wszystko, a co więcej, czyniła dość dokładną relację. Zalecam zajrzeć koniecznie!



A oto na koniec mój stosik zdobyczy. Te dwie książki po prawej to dość przygodne prezenty od portalu granice.pl, ale cała reszta do rzeczy upragnione, w większości wyczekiwane i zaplanowane. Widzicie tę maciupeńką, brązową książeczkę na sznureczku? To wisiorek dla wielbicieli książek wyczarowany przez panią Krystynę Zimnal, która też miała swoje stoisko na targach:) Mała uroczość!


To co myślicie o tej koszulce z logiem Rozkmin?

środa, 21 października 2015

KOMIKS#4: Hadynobot i pewien specyficzny sklepik z robotami


Scenariusz: Jakub Dębski, ilustracje: Robert Sienicki 

Sklepik z robotami


Wydawnictwo Belego, październik 2015
Gatunek: komiks, humor, absurd, s-f
72 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★ 


Już w ten weekend podczas krakowskich Targów Książki oprócz tego, że będziecie mieć okazję nadziać się na rozentuzjazmowaną Hadynę z rozwianym włosem gdzieś pośród stoisk, odbędzie się cała masa niesamowitych spotkań z autorami i najróżniejsze prelekcje. Na przykład w ramach Salonu Komiksu organizowanego przez Krakowskie Stowarzyszenie Komiksowe odbędzie się spotkanie z Jakubem "Demem" Dębskim i Robertem "Belem" Sienickim. Podejrzewam, że będzie to jedno z zabawniejszych i ciekawszych spotkań na targach, bo są to chłopaki zacne i dość szalone, każdy na swój sposób. Pisałam już o nich rok temu, pisałam też w tym roku z okazji MFKiG w Łodzi. Czas napisać coś o wyniku ich współpracy!

Sklepik z robotami to pierwszy komiks zakupiony podczas tegorocznego MFKiG, który biorę na warsztat, choć wszystkie prócz Kota Rabina przeczytałam w pociągu w drodze powrotnej z Łodzi

Dem i Bele przyjechali na tegoroczny MFKiG rozsiewając zapach farby drukarskiej z pierwszego wydanego na papierze zbiorku krótkich historyjek o dwóch mocno rąbniętych robotach, D19 i B20. Roboty powstały osiem lat temu w ferworze walki podczas Bitew Komiksowych, potem powracały to tu, to tam, często w postaci internetowych one-shotów okolicznościowych, w których autorzy rozprawiali się z wdziękiem wielbicieli dosadnego czarnego humoru z tradycjami świątecznymi. Pojawiały się też w papierowej antologii "Kolektyw".

Tymczasem powiał wiatr zmian, twórcy trochę dojrzeli i postanowili zebrać ten mały bałagan w jedną całość. Stare historie zostały odświeżone, pokolorowane, trzy zostały narysowane zupełnie na nowo, a do tego zadebiutowało sześć nowych. Wynik? Nasycony barwami, soczysty zbiorek wygląda bardzo nęcąco. Zachwycają najdrobniejsze detale łącznie z wszędobylskim humorem, obecnym nawet w informacji o wydaniu, logiem wydawnictwa i sposobem numerowania rozdziałów. Każdy rozdział ma stronę tytułową z rysunkiem najbardziej charakterystycznej postaci, a na każdej numerowanej stronie pojawia się miniaturowy ciąg sylwetek, z których postać z właśnie czytanej historii jest zaczerniona. Bardzo mnie to wzruszyło.  


Mimo przyjemnego wydania i wyrazistej kreski poszczególne rozdziały są trochę nierówne, czego trudno uniknąć z powodu charakteru tego zbiorku. Nie opowiadają też jednej, spójnej historii. Mamy tu raczej do czynienia z sitcomowymi one-shotami, z odrobinę męczącą w ogólnym rozrachunku przewagą historii świątecznych i z niewielką ilością dłuższych historii. Wynagradza nam to jednak końcówka ("Sto robotów") i epilog, które wyjaśniają w dużej mierze życie bohaterów, jednocześnie kreśląc z rozmachem świat komiksu i ujawniając wielki potencjał, jaki się kryje w ewentualnych kontynuacjach.

D19 i B20 prowadzą sklepik z różnościami. Czasem można u nich kupić artykuły hydrauliczne, spożywcze i zabawki, innym razem półki świecą pustkami prócz gruszki i pniaka, a na zapleczu znajdą się jeszcze śmieszne czapeczki i robot bez rączek. Wszystko zależy od tego, jak się uda kolejny rozbój i czy roboty nie grają akurat w statki ("Gra w statki"). Wtedy strach wejść do sklepu... Każda historyjka przesączona jest dość specyficznym humorem i klimatem absurdu, który nie każdemu może przypaść do gustu. Żarty z sierot ("Ostatnie pudło"), kościoła i Biblii ("Wszystkie roboty idą za złom" i Jezusa ("Błogosławieni ubodzy w duchu") są na porządku dziennym. Według mnie najlepszą historyjką jest rozbudowana "Latarnia", w której groza miesza się z niedowierzaniem, a śmiech więźnie w gardle.

Klimat "Latarni". Z każdą stroną robi się coraz bardziej niepokojąco... 

Jeśli macie ochotę poczytać jedno czy dwa opowiadana o robotach na próbę, dostępne są na stronie Sklepik z robotami, wystarczy kliknąć. Wydaje się jednak, że to publikacja dedykowana przede wszystkim fanom Dema i Belego, a więc sympatykom humoresek o robotach, choć nawet oni po przeczytaniu czasem odkładali komiks ze zmarszczonym czołem, komentując krótko: "To było dziwne".

Sklonowany Jezus w wersji chibi. Jak powiedział Dem, dla niego żarty z każdego, kto nie żyje od ponad 200 lat, nie powinny urazić rodziny, więc są w porządku. Nie jestem przekonana...

 Jedzenie lodów level hard.

A teraz tak, jak obiecałam, Hadyna w wersji robotycznej narysowana z dedykacją dla mojego lubego. Drugo- i trzeciorzędne cechy płciowe zostały szczególnie podkreślone z całą premedytacją, ale nie dajcie się zmylić. To tak naprawdę supernowoczesne gadżety. W biuście kryją się lasery, którymi mogę dekoncentrować kota, a z drzwiczek na dole prawdopodobnie wyskakuje kukułka, odmierzając czas. Pozdrawiam.


PS Widzimy się na targach albo na spotkaniu blogerów w sobotę?:)

niedziela, 18 października 2015

GOŚĆ#1: Mróz rozkminia 6 książek, od których należy zacząć przygodę ze steampunkiem


Co tu dużo mówić, kręci mnie estetyka steampunkowa. Złoto i brąz, stal i miedź, gorsety i gogle, śruby i kółka zębate – świetna sprawa. Jeśli pamiętacie mój wpis z okazji pierwszego razu na Pyrkonie, to dobrze wiecie, że zmontowałam sobie na szybko własny steampunkowy cosplay. Elementy tego stroju widać na powyższym zdjęciu. Ale przecież ubiór to nie wszystko, na odkrycie czeka cały steampunkowy nurt powieściowy! Jeszcze nie miałam okazji dotrzeć do żadnej steampunkowej książki. Od czego zacząć, co czytać? Z pytaniem zwróciłam się do ekspertki i to jej oddaję głos. Oto steampunkowe rozkminy Mroza z bloga Powiało chłodem w formie pierwszego wpisu gościnnego na Rozkminach!

rozkminia 6 książek, od których należy zacząć przygodę ze steampunkiem


Nie wiem, jak i kiedy dokładnie wśród swoich bliższych i dalszych znajomych urosłam do rangi znawcy tematyki steampunkowej. Mimo moich usilnych tłumaczeń, że znam całą masę osób, którzy mogliby udzielić na ten temat pełniejszych, dokładniejszych czy precyzyjniejszych wyjaśnień i niezmiennie chcę kierować do nich moich znajomków, staje się niekiedy wyrocznią od tej futurystyczno-wiktoriańskiej mody. Tak już jest, kiedy człowiek zaczyna się czymś interesować jako pierwszy. Choć może być w tym i ziarno logiki ponieważ od momentu wkręcenia się w steampunk, nie przepuściłam niemal żadnej konwentowej prelekcji czy też książce choć luźno związanej z tym motywem. A i wiedza w narodzie na ten temat jest różna. Nie mogę zapomnieć sytuacji z jednego z mniejszych konwentów, kiedy to paradując w mojej brązowo-białej kreacji, zostałam zatrzymana przez jednego z młodszych uczestników i zapytana: „Czyj to cosplay? Za kogo pani się przebrała?” Na hasło „steampunk” zrobił wielkie oczy, pokiwał mądrze głową i zniknął, nim chęć wyjaśnienia tego słowa narodziła się w moim umyśle. I sumie właśnie dlatego, kiedy Hadynka zaproponowała mi u siebie gościnny wpis o takiej właśnie tematyce, postanowiłam działać.

Oczywiście mogłabym się pobawić w definicję steampunku, tak jak to robiłam w podobnym poście na swoim blogu:

Czym więc jest ten szalony steampunk? Najprościej rzecz ujmując, jest to nurt w kulturze, odpowiadający na pytanie: jak rozwijałby się świat, gdyby nasza technika była oparta na mechanice a nie na elektronice? Dlatego też stylistyka tego trendu opiera się na epoce wiktoriańskiej – złotej erze mechaniki i pary. Stąd też tendencja wszystkich miłośniczek steampunku do wciskania się w sztywne, ale niezwykle stylowe gorsety. Jest to swoisty hołd dla świata, po którego niebie płyną sterowce, a życie ułatwiają ludziom maszyny napędzane parą oraz niekończące się morze pomysłów. Wszystko, co było, można zmienić, a wszystko co jest, można przedstawić tak, by wpasowywało się do stylu, co skutkuje niezliczonymi pomysłami na alternatywne przedstawienie historii, przynajmniej od czasów panowania królowej Wiktorii.


Po gorącej dyskusji z prowadzącym facebookowy profil „Steampunk – Klimat Wieku Pary”, stwierdziłam że jest ona niewystarczająca czy wręcz spłycająca temat. Nie zawarłam w niej wielu znaczących elementów, również odpowiedzialnych za odbiór tego nurtu. Dlatego też doszłam do wniosku, że najlepiej będzie pokazać, czym on jest, niż tłumaczyć. Jeśli chodzi o stronę wizualną, to serdecznie zapraszam na już wcześniej wspomniany TwarzoKsiążkowyprofil KWP. Natomiast dla zapalonych czytelników, pragnących jeszcze bardziej zanurzyć się w świecie pary, przygotowałam przegląd powieści, które im to ułatwią.



Burton i Swinburne Marka Hoddera


Jest to cykl przedstawiający alternatywną historię Wielkiej Brytanii od momentu niespodziewanej śmierci królowej Wiktorii i następującemu po niej zaskakującemu rozwojowi techniki. A wszystko to z powodu upiora nazywanego „Skaczącym Jackiem”. Głównymi bohaterami są oczywiście tytułowi sir Richard Francis Burton – żołnierz, dyplomata, poliglota, pisarz i nieoceniony podróżnik – oraz Algernon Swinburne – poeta, dramaturg i krytyk literacki. W prozie Hoddera te znane postacie historyczne muszą odnaleźć się w roli agentów Jego Królewskiej Mości. Jak na nietuzinkowe jednostki przystało, ich zadania nie zaliczają się do tych standardowych, które można zlecić zwykłemu oficerowi Scotland Yardu. W kręgu ich zainteresowań znajdują się wilkołaki z East Endu, przemierzający czas i przestrzeń, skaczący upiór, kradnąca diamenty zjawa czy też pradawna rasa jaszczuroludzi. A to wszystko w epoce, którą z naszego punktu widzenia nazwalibyśmy wiktoriańską.

Moim zdaniem cykl ten przedstawia wszystko, co najlepsze i najgorsze w steampunku. Mamy tu więc nieprzeciętne jednostki, zacnych dżentelmenów, wykwintne damy, ponadprzeciętne wynalazki czy przygody z pogranicza realizmu i fantastyki. Fabułę osadzono w mglistym i zadymionym Londynie, dla wielu będącym jedynym słusznym miejscem na akcję tego typu powieści. Jednak dzięki wspomnieniom bohaterów, głównie sir Burtona, przenosimy się też w bardziej egzotyczne rejony, mogąc zasmakować w obcej kulturze widzianej oczami Europejczyka. Do największych zalet powieści należy bardzo naturalistyczne przedstawienie epoki, bez wygładzeń, przemilczeń czy nadmiernego uwielbienia, natomiast najgorszą wadą jest przesada. Niektóre osiągnięcia techników, zwierzęta stworzone przez eugeników, czy rośliny stworzone przez botaników zdają się stosować do wolnoamerykanki i dosłownie zalewają Wielką Brytanię (i nie tylko), w krótkim czasie stając się absolutnie niezbędne do życia. Jednak wszystko to doskonale obrazuje, czego możemy się spodziewać po prozie steampunkowej.



Mapa czasu Felixa Palmy


Jeśli macie ochotę na wyważoną ilość techniki i wybujałej fantazji, to polecam pierwszy tom Trylogii Wiktoriańskiej Felixa Palmy. Przedstawione w nim trzy, pozornie nie związane ze sobą, ale ściśle przeplatające się historie, świetnie wprowadzają czytelnika w klimat wiktoriańskiego Londynu. Pierwsza opowiada o młodym arystokracie, pragnącym ocalić ukochaną przed śmiercią z rąk Kuby Rozpruwacza. Druga zawiera opis wojny ludzkości z automatami z roku dwutysięcznego i nieprzewidzianych komplikacji podróży w przyszłość pewnej młodej damy. Trzecia angażuje w zagadkę kryminalną trzech wielkich, wiktoriańskich pisarzy, którzy jeszcze wtedy tacy znani nie byli. Oprócz ciągle powracającego motywu podróży w czasie, wszystkie historie łączy ze sobą postać H. G Wellsa – autora niezapomnianego Wehikułu czasu – stanowiącego widoczną inspirację dla autora.

Jak już wspominałam, powieść jest stonowana pod względem ilości steampunkowych nowinek technicznych, co tylko wychodzi jej na dobre. Zyskuje w ten sposób na klimacie i czytelnik nie czuje się przytłoczony nadmiarem innowacji, choć muszę przyznać, że nieco zbyt rozbuchane opisy zaburzają odbiór przyjemnie awanturniczych przygód. Mimo to trudno nie wciągnąć się w całą tę historię i nie brnąć z uporem maniaka aż do końca. Najpoważniejszą wadą, jak dla mnie, jest wplątanie w fabułę postaci Kuby Rozpruwacza, tak jakby w folklorze brytyjskim nie było dość tajemniczych postaci, które można posądzić o morderstwo. Czasami mam wrażenie, że pisarze automatycznie wybierają tę postać, jakby tworzyła nieodłączny zestaw z wiktoriańskim Londynem, czym naprawdę jestem zmęczona.



Obsydianowe serce Ju Honish


Tak po prawdzie długo zastanawiałam się czy włączyć tę dylogię do mojego przeglądu, głównie dlatego, że przez długi czas twierdziłam, iż steampunku w niej tyle, co na okładce, skądinąd po prostu cudownej, ale zupełnie niepasującej do tematyki powieści. A ta jest całkiem niezła. Ekskluzywny, monachijski hotel staje się areną zmagań o tajemniczy manuskrypt, niosący ze sobą niezwykłą moc. Walczą o niego agenci Ludwika II Bawarskiego, członkowie Bractwa Światła oraz istota, pragnąca zmienić nasz świat w wielką, obsydianową pustynię. Przez przypadek wplątuje się w to młoda dama, starająca się jedynie dobrze wyjść za mąż, a jej sekret już nie jest tak bezpieczny jak kiedyś.

I gdzie tu steampunk pytacie? Mamy oczywiście dziewiętnastowieczne realia, co prawda nie angielskie, a bawarskie, jednakowoż po wiecznie mglistym Londynie ekskluzywne Monachium, choć mocno wyidealizowane, jest przyjemną odmianą. Do tego przedstawiono nam pełen zestaw dystyngowanych dam i eleganckich dżentelmenów, z których nie wszyscy są pokorni i zgadzają się z przydzielonymi im rolami. Fabuła dostarcza nam zagadki, tajemniczości i elementów niezwykłości, choć tego jednego wampira to autorka mogła nam odpuścić. Jedyne braki dostrzegam w umiłowaniu techniki, innowacjach spod znaku pary, która w tej powieści występuje jedynie w ilościach śladowych. Oczywiście historia w pewnym momencie zmienia się w romans z przeszkodami, co może bardziej przypaść damskiej części czytelników, ale to chyba każdy sam powinien rozważyć.



Wolsung Antologia tom 1


Mamy się czym pochwalić, jeśli chodzi o steampunk ojczysty.  Najbardziej sztandarowym przykładem będzie tu Wolsung – nasze dobro narodowe na rynek amerykański (zaraz obok Wiedźmina). Słowem wyjaśnienia: jest to polska gra fabularna, osadzona właśnie w klimacie steampunku, której rzeczywistość jest mniej lub bardziej inspirowana polską historią. Ponadto w tym świecie istnieje magia do spółki z fantastycznymi rasami i niezwykłymi przedmiotami, jakie może posiąść każdy gracz. Oprócz niezapomnianych przygód, rozgrywka dostarcza nam też cudownego humoru, zapewniającego rozrywkę na wiele godzin. Powyższa antologia jest zbiorem opowiadań, których realia zostały osadzone właśnie w tym systemie.

Wśród autorów znajdziemy zarówno pisarzy znanych i lubianych, jak i debiutantów wyłonionych w ramach konkursu organizowanego przez wydawnictwo Van der Book. I, jak można się spodziewać, opowiadania nie są równe, ale nie ma tekstu, który odstawałby jakoś w szczególny sposób. Awanturnicze realia Wolsunga zaowocowały fantastycznymi przygodami, które przypisać do różnych gatunków literackich, od horroru na komedii skończywszy. W tym zbiorku każdy znajdzie coś dla siebie.



Czas ognia, czas krwi Marcina Rusnaka


Kolejne dzieło polskiego autorstwa, może nie najwyższych lotów, ale na pewno przyjemne w odbiorze. Książka będąca połączeniem steampunku i magii w dziewiętnastowiecznej Rzeczpospolitej mogła być wielkim niewypałem, jak to kiedyś zgrabnie ujęłam w jednej ze swoich recenzji. Jednakowoż wyszła bardzo przyzwoicie. Historia opowiada o przygodach Filipa Saggo – włóczącego się po Europie maga, z typowo polską zaradnością radzącego sobie z problemami, w które nie raz na własne życzenie się pakuje. W swojej operatywności niezwykle podobny do Arivalda z Wybrzeża stworzonego już chyba całe wieki temu przez Jacka Piekarę.

Najcudowniej steampunkowo-magicznym „rozdziałem” jest „Złoty pył”, jak dla mnie świetnie pasujący do klimatu wieku pary. Pozostałe może nieco się z nim mijają, ale wciąż widać w nich to umiłowanie techniki, któreej brakowało w „Obsydianowym sercu”. Do niewątpliwych zalet powieści należy „przechadzka” po dziewiętnastowiecznych uliczkach krakowskich i pewna swojskość. Po tylu zagranicznych powieściach zwyczajnie miło przeczytać coś, co dzieje się na naszym własnym podwórku. Oczywiście nie obyło się także bez negatywów jak chociażby wykorzystanie po raz wtóry motywu Kuby Rozpruwacza. Znowu. Ale i tak nie to wywołało u mnie największą konsternację. W trakcie czytania, kiedy rozwijał się wątek martyrologiczny, już się bałam, że Filip skończy jak kolejny Wallenrod czy Winkelried, ale na szczęście autor nam tego zaoszczędził.



Ostatni Dzień Pary


Na koniec chciałam Wam zaprezentować kolejną polską antologię, którą w zasadzie będziecie mogli zacząć czytać już teraz, a to dlatego, że dostęp do jej wersji elektronicznej jest całkowicie bezpłatny. Ostatni Dzień Pary powstał w wyniku krakonowskiego konkursu na opowiadanie, którego motywem przewodnim miały być właśnie steampunk i postapo. Oczywiście połączenie pozornie tak skrajnych nurtów mogło wydawać się niezwykle trudne, ale nie dla uczestników konkursu, którzy wywiązali się z zadania, choć trzeba przyznać, że z różnym skutkiem.

Problem z antologiami jest zawsze ten sam. Są historie, które się kocha, znosi albo nienawidzi. I tak jest tym razem. Ale to już kwestia gustu. Do moich ulubionych należy „Steampark Jurajski”, krótka i treściwa historia, jak się łatwo domyśleć, nawiązująca do klasyki Sevena Spielberga. Tym co najbardziej wpasowało się w moje upodobania były „technologiczne” rozwiązania jakie wprowadził autor, by jak najlepiej wpasować się w tematykę konkursu. Choć całość niekiedy sprawia mocno przygnębiające wrażenie (tyle historii o końcu świata/epoki/ludzi potrafi nieco zdołować) zbiór czytało się całkiem przyjemnie. Jednakowoż zachęcam do samodzielnego wyrobienia sobie zdania na jego temat.


Oczywiście to nie wszystkie książki, jakie można znaleźć w tej tematyce. Nie wspomniałam nawet o Lewiatanie czy chociażby o Mechanicznych pająkach, które sama czytałam i recenzowałam w ramach Powiało Chłodem, albo też o Krawędzi czasu Krzysztofa Piskorskiego, na którą poluje już kilka lat. Opisanie ich wszystkich znacznie rozbuchałoby objętość tego tekstu, a nie wniosłoby nic nowego. Tym bardziej, że polski rynek wydawniczy stopniowo otwiera się na powieści spod znaku steampunku, choć wciąż nie ma ich tyle co za granicą. Osobiście zachęcam do samodzielnego poszukiwania innych pozycji. Jeśli znajdziecie coś ciekawego, podzielcie się tym z nami w komentarzu pod tym postem czy na Facebooku. Niecierpliwie czekam na Wasze odkrycia i wrażenia po przeczytaniu wspomnianych przeze mnie książek! Do przeczytania następnym razem.

poniedziałek, 12 października 2015

Życie to dygot, a usta pól są pełne krwi


Jakub Małecki

Dygot


Wydawnictwo Sine qua non, październik 2015
Gatunek: obyczajowa, saga rodzinna, historyczna, elementy dramatu psychologicznego i realizmu magicznego
312 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★ 
Współpraca!


Patrząc na okładkę, z której spogląda na nas spode łba androgyniczny, pyzaty, przecharakteryzowany chłopiec, a tytuł czcionką mocno odwołuje się do ekskluzywnych magazynów modowych, w życiu bym się nie domyśliła. A tymczasem Dygot to porywająca, brutalna saga, kreśląca z rozmachem  soczystą historię podwójnie przeklętej wielkopolskiej rodziny od roku 1938 do współczesności. Historię trudnych wyborów, ciężkich chwil, krzywych dróg; przygnębienia, tragedii, odrzucenia, niezrozumienia; choroby, rozpaczy, śmierci. Historię czerpiącą pełnymi garściami z dorobku Tokarczuk i Myśliwskiego. Nie na darmo mówi się, by nie oceniać książki po okładce.

Pomysł na książkę zrodził się od zdjęcia autorstwa Braenta Stirtona, które wygrało konkurs World Press Photo i które przedstawia pięciu albinosów. Wszyscy są niewidomi i mieszkają w domu dziecka w Indiach. Robi ogromne wrażenie, kiedy uświadomimy sobie, że ktoś ich musiał do tego zdjęcia ustawić, a oni tego zdjęcia nigdy nie zobaczą.
 Fragment wywiadu z autorem; źródło: styl.pl

Przesiedlona Niemka Frau Eberl i jej córki zamieszkała z Łabendowiczami. To była dobra kobieta, zawsze pomogła, zawsze przymknęła oko, gdy trzeba. Na wieść o nadchodzącej Armii Czerwonej zebrała cały swój dobytek i poprosiła Jana, by odwiózł ją do domu. Wytrzymał ledwie kilkadziesiąt kilometrów, potem uciekł ze strachu, zostawiając przeklinającą go kobietę samą na wozie, "żeby wam się Teufel urodził, a nie Kind, szatan, nie dziecko", wołała za nim.

Wkrótce jego żona Irenka urodziła chłopca o skórze pozbawionej koloru, kredowobiałych włosach i czerwonych oczach. "Uduś go, Janek", powiedziała w pierwszej chwili matka albinosa.


Równolegle w odległym o jakieś siedemdziesiąt kilometrów Kole Bronek Gelda zostaje przeklęty przez Cygankę, która z całego serca życzy mu, by jego córkę Milkę pochłonęło piekło, a potem wypluło jak szmatę. Bronek lekce sobie waży te prorocze słowa, dopóki dziewczynka nie zostaje ciężko poparzona, gdy w mieszkaniu jej ciotek wybucha zardzewiały granat. Kto zechce taką pannę za żonę? Czy dorosła Emilia kiedykolwiek doświadczy bliskości drugiego człowieka? – zastanawia się przejęty ojciec.

Losy dwóch rodzin przeplatają się i łączą poprzez zbiegi okoliczności, opowiadając czasem okrutną, czasem piękną historię na przestrzeni dziesięcioleci. Bohaterowie rodzą się, zmieniają się pod wpływem rożnych wydarzeń, dorastają, gorzknieją, starzeją się, łapczywie chwytają łapią ostatnich okazji na choć odrobinę szczęścia zanim przegryzie ich choroba i wiek. W tle mimowolnie obserwujemy przemiany polityczne, zmiany społeczne i technologiczne, aż dochodzimy do Sebastiana, najmłodszej latorośli rodu. Sebastian dorasta w nowej, wyzwolonej z komunizmu Polsce; w oderwaniu od całościowej historii rodziny, zamykający się w wąskim kręgu znajomych spod trzepaka, wyrasta na lenia, niewdzięcznika i marnotrawcę. Dopiero powrót do korzeni, bezpośredni kontakt z ziemią dziadów i rozwikłanie mrocznych sekretów rodzinnych daje mu szansę na spokój i świeży start, choć nie można mieć złudzeń, że to szczęśliwe zakończenie. Końcowe zdania powieści to lustrzane odbicie pierwszych, tak że powieść równie dobrze można zacząć czytać jeszcze raz niemal nie dostrzegając przejścia. Cykl życia się powtórzy, w odwiecznym zapętleniu.


Oczywiście nie twierdzę, że to powieść znakomita. Nie, to nie jest dzieło monumentalne, przełomowe czy wybitne. Jednak czyta się je z pasją i przejęciem, surowy język narracji ściska za gardło, tragizm życia nie pozwala nam przejść obojętnie albo szybko zapomnieć o lekturze. Ale jednak Dygot mógł być lepszy i nie mówię tu tylko o okładce. Brakuje tu rozmachu, wgryzienia się w detal, rozbudowania tła, skupienia na postaciach drugoplanowych, jak zauważa ekipa z Dzikiej Bandy. Dodatkowo widzimy pewną niekonsekwencję w opisywaniu zmian w Polsce na przestrzeni czasu. Na początku są to krótkie, wyrywkowe wzmianki – wybuchła wojna, wybrano Polaka na papieża, na wieczorynkę leci Jacek i Agatka. Dopiero gdy do głosu dochodzi najmłodsze pokolenie, opisów rzeczywistości pojawia się o wiele więcej, wręcz przytłaczająco dużo w porównaniu z resztą powieści, przez co zbyt oczywiście rozumiemy, że tu autor czuje się swoim żywiole i opowiada o swoich doświadczeniach, jedzeniu Korsarzy (swoją drogą najlepsze draże na świecie, tu się zgadzam), słuchaniu Liroya, noszeniu dresów, pierwszej udanej próbie klonowania zwierząt, wejściu Polski do NATO i tak dalej. 

Z drugiej strony dostajemy też pewne ciekawe smaczki. Bardzo spodobał mi się ukłon w stronę "Nowej Fantastyki", kultowego magazynu, w której debiutował i Małecki, i jego koledzy Łukasz Orbitowski, Wit Szostak i Szczepan Twardoch. Czasopismo pojawia się w powieści kilka razy, czasem komentowane są konkretne teksty. Kolejny motyw, który mnie ubawił, to śmiertelna obraza Heleny na Polę Negri, która niegdyś jako Basia Chałupiec skradła serce ówczesnego ukochanego bohaterki. Wraz z silną niechęcią do aktorki, Helena pała nienawiścią do telewizji, która ulatnia się w momencie, w którym kobieta dowiaduje się, że jej nemezis zmarła.


To mroczna, przygnębiająca, ale niezwykle fascynująca, mocno oddziałująca na wyobraźnię powieść. W ten sposób tłumaczę sobie ten przedziwny, nieprzyjemny sen, który miałam dziś w nocy. Czy to ballada? Gatunkowo zdecydowanie nie, ale znajdziemy tu coś z klimatu słowiańskiego chłopstwa, odmieńców, zabobonów i demonów, zaklętych w utworach Mickiewicza. Jednak nie to jest największą siłą powieści, a przekonujący, szczery realizm pomieszany z niepokojącą symboliką, wyrażony oszczędnym, bezpośrednim językiem.

Element nadprzyrodzony objawia się głównie poprzez wariatkę Dojkę, swego rodzaju bezdomną, odpychającą, ale wszechwiedzącą Pytię (echo Florentynki z Prawieku... i Jenty z Ksiąg Jakubowych Tokarczuk) i postępującą chorobę wzroku albinotycznego chłopaka. Odmawiający posłuszeństwa wzrok odkleja się od rzeczywistości, pokazując jego drugą stronę; cienie w lustrzanym odbiciu, które wcale nie są tym, czym się wydają w świetle dnia. Wiktor widzi "to rozmyte", płynącą poprzez nasz świat rzekę, szum, Styks, niosący rozkład, chorobę, szaleństwo i śmierć, przenikającą każdą szczęśliwą chwilę grozę istnienia.

Dlatego każde żywe istnienie dygocze, prąc do przodu, walcząc z prądem, wyznaczając swoją własną drogę w tym nieprzyjaznym świecie. Dygocze ze strachu, z pożądania, z radości. Póki dygocze, póty żyje.



PS Trudno nie słyszeć w głowie tej melodii podczas czytania.

środa, 7 października 2015

NERDOZJA#4: Gdybanie na wysokim poziomie i 25 koni mechanicznych Yody


Randall Munroe

What if? A co gdyby? 

Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania


Wydawnictwo Czarna Owca, premiera DZIŚ!
Gatunek: gdybania naukowe, humor, Internet na papierze
Tłumaczenie: Sławomir Paruszewski
309 stron
Odczucia: ★★★★★/★★★★★ 
Współpraca!


Siedzicie w klasie na lekcji fizyki. Ze zdziwieniem orientujecie się, że słuchacie z półotwartymi ustami i jesteście naprawdę zaciekawieni tym, co jest opisywane. Tymczasem szalony fizyk z humorem i werwą opowiada o tym, jak długo łódź podwodna przetrwałaby na orbicie, posługując się do tego planszami z zabawnymi komiksikami i zabawnymi odniesieniami do kultury popularnej. Dowcipkujecie, jak załoga zareagowałaby na wieść, że potrzebne są spadochrony. W końcu przy dnie morskim są niezbędne! Potem zaczynacie razem zastanawiać się, czy jest możliwe stworzenie jetpacka ze strzelających karabinów maszynowych. Ze śmiechem dochodzicie do wniosku, że tak, ale trzeba gadać z Ruskimi. 

Albo lekcja chemii, na której dosadnie i z wizualizacjami dowiadujecie się, jak tragiczne w skutkach byłoby ułożenie sześcianów składających się z pierwiastków w formie żywego muru na kształt tablicy Mendelejewa. Lekcja matematyki, na której liczycie ile unikalnych tweetów można stworzyć w języku angielskim. Lekcja biologii, podczas której analizujecie bezsensowność zapłodnienia komórki jajowej spermą uzyskaną z komórek macierzystych szpiku kostnego matki. Lekcja geografii, podczas której na poważnie przerabiacie wygląd naszej planety, gdyby była stopniowo osuszana z oceanów. Lekcja polskiego, na której znienacka zastanawiacie się, jak wyglądałoby życie na asteroidzie tak małej i masywnej, jak ta z Małego Księcia.

Nie wiem, jak Wy, ale ja bym była zachwycona mając zajęcia z Randallem Munroe.


Po namierzeniu i umieszczeniu niespodziewanie wysoko w rankingu Pressa, znienacka Rozkminy... znalazły się na radarze różnych instytucji, wydawnictw i osób prywatnych. Teraz moja blogowa skrzynka mejlowa atakowana jest mnóstwem propozycji, jednych ciekawszych, innych mniej. Odmawiam zdecydowanie, ale What if? jest pierwszą zaproponowaną książką, na której widok się ożywiłam i na serio zaczęłam się zastanawiać, czy ją wcisnę w grafik. A następnie z przyjemnością wcisnęłam i to akurat na dzień polskiej premiery! Dziękuję biurze prasowemu Czarnej Owcy za egzemplarz recenzencki:)


Wizualizacja smutnego losu właściciela wszystkich pierwiastków z układu okresowego.

Randall Munroe to człowiek-legenda. Jeśli nie kojarzycie jego komiksów internetowych znanych jako xkcd, to na pewno coś Wam świta spoglądając na tych patyczkowych ludzików. Niektórzy mogą go też kojarzyć z jego wystąpienia w ramach słynnego TEDx, w końcu obejrzało je prawie dwa miliony osób. Pracował dla NASA jako robotyk do 2006 roku, a gdy nie przedłużono mu kontraktu, zajął się xkcd na poważnie. Fizyk z wykształcenia, ironista z zamiłowania i samozwańczy autorytet naukowy dla znajomych. Postanawia otworzyć na swojej stronie dodatkowy kącik: What if?, w którym jego czytelnicy mogą zdawać mu dziwne, pokręcone, nonsensowne pytania, a on następnie na nie odpowiada. Co tydzień pojawia się nowa odpowiedź, okraszona rysunkami, specyficznym poczuciem humoru i rzetelnie popartą analizą naukową problemu. 

W zeszłym roku wydał książkę, w której publikuje wybór pytań i odpowiedzi, częściowo je rozwijając. What if? stało się natychmiastowym bestsellerem, a dziennikarze z "Newsweek", "Huffington Post", "The Wall Street Journal", "Rolling Stone", "Wired" i wielu innych wpływowych mediów rozpływali się nad błyskotliwością, humorem i inteligencją książki. Bill Gates stwierdził, że to jego ulubiona lektura (na pewno po to, by się popisać). Przez pół roku What if? nie schodziło z list bestsellerów. Osobiście zamierzam zostawić mój egzemplarz dla potomności, by tłumaczyć dzieciom różne zjawiska i zaciekawiać naukami ścisłymi. Już ustawia się z wolna kolejka znajomych, którzy też chcą przeczytać. Ale hej, naprawdę warto!




Co by się stało, gdyby Ziemia nagle przestała się obracać, a atmosfera wciąż poruszałaby się z tą samą prędkością? Czy da się zabarwić Księżyc kieszonkowymi laserami? A gdyby cała ludzkość zebrała się w jednym miejscu i podskoczyła w jednym momencie? Odpowiedzi Randalla często odpowiadają katastrofalne skutki proponowanych pomysłów, a nawet jeśli odpowiedź brzmi: "nie", znienacka pojawia się pan w kapeluszu i pyta: "a jakbyśmy użyli więcej mocy?" i zaczyna się jazda bez trzymanki. Nasza planeta ginie na różne sposoby, traci satelitę, ludzkość wymiera, następuje katastrofa ekologiczna... Z drugiej strony dowiadujemy się raczej nieszkodliwych rzeczy, jak na przykład tego, że nic by nie wyszło ze smażenia steku poprzez zrzucenie go z olbrzymiej wysokości, albo mniej szkodliwych, a przydatnych - na przykład że warto uchylać się, gdy wypełniona w połowie wodą i w połowie próżnią szklanka się unosi. To zły znak, uwierzcie mi.

Mamy też pytania, które są zbyt głupie i zbyt niepokojące. Te dostały osobną sekcję, która się systematycznie przewija co kilkanaście, kilkadziesiąt stron. Czytając je, odnosimy wrażenie, że ludzie są naprawdę dziwni.


Troszkę mnie załamało uświadomienie sobie, że romantyczna idea drugiej połówki, która jest jedyna na świecie, to naprawdę słaby pomysł. Co jeśli ta osoba jeszcze się nie urodziła albo umarła wieki temu? A gdyby zgasło Słońce? Randall pociesza nas, że byłyby pewne plusy tej sytuacji! Nie licząc rzecz jasna tego, że zamarzlibyśmy na śmierć albo umarli z głodu.

Wreszcie na ostatnie pytanie o siłę trzęsień ziemi dostajemy pouczającą i uroczą w sumie listę ujemnych magnitud, kończąc na upadającym piórku, piasku przesypującym się przez klepsydrę i pyłku kurzu opadającym na stół. Bo jednak "[c]zasami miło jest dla odmiany nie niszczyć świata".



Książka jest napisana naprawdę lekkim, przystępnym językiem, wszelkie zawiłości tłumaczone są krok po kroku, a czasem pojawiające się obliczenia i wzory nie są niezbędne do zrozumienia całości danego zagadnienia. What if zrozumieją i mądre dzieciaki, i znudzone nastolatki, i humaniści, by następnie z podnieceniem opowiadać znajomym, co to wyczytali. Zdarzy się też i nawiązanie to Terminatora, i Władcy Pierścieni, i Gwiezdnych Wojen. Jedyna bolączka to to, że nie wszystkie dialogi komiksowe dobrze brzmią w tłumaczeniu na polski, ale to bardziej przez specyfikę języka niż przekład. Polecam jednak czytać po polsku, by lepiej rozumieć te wszystkie zawiłości i pojęcia.


P.S. Na przyszłość, żeby była jasność, gdy dostanę egzemplarz recenzencki, a nie sama wybiorę lekturę, będę umieszczać przed oceną książki tekst: "Współpraca!" Podobno czytelnicy blogów wolą otwartość w tych sprawach. To prawda? Jeśli nie, to co proponujecie/sami stosujecie?