Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

niedziela, 13 października 2019

Jedz, sklejaj ceramikę i kochaj. "Purezento" Joanny Bator


Czytając tę książkę, ogarnęło mnie przyjemne poczucie spokoju. Bator się dobrze czyta, w szczególności, gdy próbuje pisać trochę jak Murakami, niespiesznie, trochę tajemniczo, bardzo oszczędnie. Tak japońsko, jak tylko Europejczyk zafascynowany kulturą zen i ceremonią herbacianą potrafi. Purezento jest bardzo przyjemną, wyciszającą książką, która niestety jest też bardzo słaba.

Znacie zapewne ten typowy motyw z literacki powtarzany w dziesiątkach popularnych książek: kobieta porzuca swoje dotychczasowe życie i wyrusza w podróż życia, podczas której poznając obcą kulturę, poznaje też siebie, a przy okazji również i prawdziwą miłość: Jedz, módl się i kochaj czy Pod słońcem Toskanii. Dorzuciłabym też Dziką drogę, choć tam nie ma degustacji i miłości, jednak prosta symbolika palenia książek, by godzić się z przeszłością i wykuć nową siebie, pozostaje ta sama.

Otóż Bator zbiera wszystkie klisze związane z tym motywem, dorzuca do nich wszystkie klisze na temat Japonii i tworzy z tego pretensjonalną powieść dla tych, którzy kochają proste jak drut metafory.


Bezimienna bohaterka powieści próbuje pogodzić się ze stratą chłopaka, ale sobie z tym nie radzi. Życie przelatuje jej przez palce, wszystko wydaje się bez sensu, gdy zamiast ludzi z krwi i kości widzi zwierzęta, a przez jej dni przemykają czarne myśli w postaci rekinów ludojadów. W tym momencie odnajduje ją tajemnicza, mądra Japonka, która proponuje nietypową transakcję: Polka pojedzie do Japonii pilnować jej domu i kota, a ta w zamian sfinansuje całą podróż. Nie mając nic do stracenia, bohaterka się zgadza. I trafia do cudownego, w pełni wyposażonego domku w stylu japońskim, gdzie leczy się dusze zagubionych i poranionych życiem cudzoziemców.

Po drodze pojawia się więcej mistycznych Azjatów. Starszy sensei pozwala bohaterce zgłębić sztukę kintsugi, czyli starojapońskiej sztuki naprawy potłuczonej ceramiki złotem. Zachęca ją do praktykowania mindfulness, bycia tu i teraz, odrzuceniu rozpraszających myśli. Sklejone skorupy scala się na jakiś czas zwykłym plastrem, aż naczynie zaschnie, a potem blizny przemieniają się w złote żyłki wzbogacające całość.

„Zdarzają się rzeczy, które nie czynią nas silniejszymi, nawet jeśli przeżyjemy. Chcemy wierzyć, że czas nas uleczy sam z siebie. Ale czas nie jest lekarstwem, jeśli pozostaniemy bierni. Wtedy prostu upływa, obojętny. Kintsugi pokazuje nam, jak objąć nasze uszczerbki, pęknięcia i rysy. Nasze rany. Słabość i ułomność. Naszą kruchość i przemijalność. Jeśli się postaramy, możemy stworzyć nową całość z rozbitych części i łączących je blizn. (...) Niedoskonałość i przemijanie to części tego, kim jesteśmy. Część naszej podróży. I to właśnie jest piękne.” (s. 159)

Tak jak sensei zmusza bohaterkę do pracy ponad siły, która doprowadza ją do paraliżującego bólu pleców i osłabienia organizmu, tak autorka wpycha symbolikę kintsugi czytelnikowi na siłę prosto do gardła. Niech się zachwyci, jaka piękna, jaka głęboka, jak pięknie wytłumaczona i podana na złotej łyżce aż do zadławienia.


Oprócz leczenia duszy poprzez naprawę cennej ceramiki, bohaterka ma okazję zachwycić się zwykłymi rzeczami, obserwacją natury i tym samym przemijalności, jak to zazwyczaj w japońskiej literaturze. Jeździ rowerem z majestatycznym i nieruchomym kotem w koszyku, kupuje ryby od miłego pana, którego totalnie nie rozumie, obserwuje ulice, ludzi, festiwale uliczne, próbuje nowych potraw. Odkrywa w sobie miłość do gotowania warzyw, ryb i tofu z ryżem, przeżywa kąpiele w japońskiej wannie niczym ceremonię oczyszczenia duszy, obserwuje świat z dachu domu i odkrywa na nowo swoje ciało.

Rzecz jasna oprócz jedzenia i duchowej pracy z czarkami do herbaty do dopełnienia tytułowego nawiązania potrzebujemy jeszcze miłości. Rzecz jasna pojawia się po jednej trzeciej książki i jest subtelna niczym uderzenie japońską packą na muchy w twarz:

„– Wejdź – zaprosił mnie i zamknął za mną bramę. A ja poczułam, jak mała brama otwiera się we mnie.” (s. 92)

Nie wiem, czy potrzebujemy do tego komentarza. Strażniczka bramy wkrótce rozpala się ze zwierzęcego pożądania, a on jest klucznikiem i wchodzi do pokoju akurat, jak ona unosi się nad łóżkiem wśród powiewających tiulów...

Heh, żarcik.


Ostatnią cegiełką azjatyckiego mistycyzmu ratującego białą Europejkę jest element realizmu magicznego, który jest równie głęboki jak ten w ostatniej powieści Mukaramiego. Co ciekawe, również polega na dosłownym schodzeniu do podziemnych tuneli i jaskiń, wiecie, g ł ę b o k o  do  w n ę t r z a, do przestrzeni poza rzeczywistością. Jak bohater Murakamiego spaceruje po czymś w rodzaju zaświatów, a na koniec przeciska się wąskimi przejściami we wnętrzu ziemi, tak bohaterka Bator schodzi do gorących źródeł i ołtarzyka bogini matki. Mokro, wilgotno, ciepło i przyjemnie, jak u mamy. Spojler: to tam dokonuje się jej ostateczne uleczenie ran i otworzenie na drugiego człowieka.

I tak jak napisałam na początku, choć książka składa się z samych klisz, to wciąż ma właściwości odprężające. Nie żałuję czasu spędzonego na podążaniu za bezimienną bohaterką, bo była to czysta, egoistyczna przyjemność czytania o fantazji spełniającej skryte marzenia. Chętnie sama przeszłabym przez bóle kintsugi, by zagoić swoje wszystkie rany i dostać gotową receptę na szczęście. Tak samo jak czytając Dziką drogę miałam ochotę ruszyć na szlak i przekuć wysiłek w odpowiedzi na dręczące mnie pytania, a czytając Jedz, módl się i kochaj chciałam zakochać się we włoskiej kuchni i odnaleźć łatwą duchowość w Indiach.

Mimo powyższego nie mogę powiedzieć, że Purezento to dobra książka. Ogłaszane na przepięknej okładce wielkie zaskoczenie w duchu zen okazało się płytką powiastką w duchu pop, przemycające zasadnicze pojęcia starożytnej etyki japońskiej. Mając w pamięci miejscami mało odkrywcze japońskie eseje autorki (Japoński wachlarz, Rekin z parku yoyogi), nie powinno mnie to jednak bardzo dziwić.


Purezento
Joanna Bator
Znak, 2017
283 stron
Odczucia: ★★/★★★★★

1 komentarz: