Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

środa, 21 stycznia 2015

Siostry Brontë, larwy i niedokonczone poczwarki


Niedokończone opowieści
Charlotte Brontë


Ta okładka. Przyjrzyjcie się jej. Coś jest w niej bardzo nie tak. Galopujący koń i nieruchoma pani w grafitowej tonacji, wszystko łącznie z tłem miejscami zamazane. Jakoś mnie ta dama drażni. Niepokoi. Nie jest to ładny obrazek, według mnie wygląda wręcz na lekko nieudany. A może jest w tym głębszy sens? Metafora wiktoriańskich bohaterów i dzikich, nieokiełznanych instynktów? Drugi Szał uniesień?



Ulegał każdemu impulsowi, jaki odczuwał, widocznie nieświadomy, że jego rosnąca i najbardziej ekscentryczna ekstrawagancja może z czasem bardziej przerażać, niż fascynować.


Pali się we mnie niegasnące uznanie i radość z serii wydawnictwa MG za jego serię poświęconą siostrom Brontë. Wznowiono nie tylko wszystkie klasyczne powieści, ale również wydano te mniej znane, często po raz pierwszy w naszym kraju (pisałam o Profesorze), a dodatkowo świetne opracowanie pana Ostrowskiego z szalonymi teoriami, w którym pisałam już wcześniej oraz pierwszą i dość wątpliwą biografię sióstr pióra pani Gaskell. Wreszcie na krakowskich targach dorwałam Niedokończone Opowiadania z tego samego cyklu. Ach, jak ja uwielbiam te klimaty, bicze, baty i plebanie.

Charlotte już od najmłodszych lat pisała przeróżne rzeczy. Wraz z całym rodzeństwem stworzyła fantastyczne krainy Gondal i Angrię, opisując je w opowiadaniach, poezji, dziennikach i listach (więcej tutaj). Niestety, same opowiadania nie przetrwały, ale wciąż do dyspozycji mamy różne napomknienia i wiersze, a także wczesne, niedokończone manuskrypty powieści obyczajowych. Wszystkie te dzieła zdają się w sobie mieć zalążki pomysłów przepisywanych wciąż na nowo, recyklingowanych, przerabianych i odtwarzanych, które później pojawiają się w twórczości sióstr - a może tylko samej Charlotte, bo skłaniam się do tej teorii, jakoby to poprzez podawanie się za tylko jedną z trzech autorek, pomagała zabezpieczyć byt swoim młodszym siostrom.


W zbiorku znajdziemy cztery początki w różnej długości: Ashworth, Emma, Państwo Moore i Historia Williego Ellina. Dlaczego zostały zarzucone? Czemu nigdy się nie dowiemy, jakby potoczyły się losy lekko zarysowanych postaci? A może właśnie się dowiadujemy, czytając o ich kolejnych wcieleniach w skończonych książkach sióstr?

Ashworth to człek szalony, istny szatan wcielony, Heathcliff w początkowym stadium, taka larwa Heathcliffa. Wieczny kombinator, wcielenie zła, przemierza angielskie hrabstwa nabierając ludzi w butelkę i zdobywając majątek na szemrane sposoby. Jego synowie, William i Edward, to zalążki braci z Profesora, jeden stateczny, drugi porywczy i pogardliwy, tylko jeszcze bez bata. Edward później z nimfy przekształci się w swoje imago, Edwarda Rochestera z Jane Eyre. Wreszcie mamy zepsutą do szpiku kości Amelię De Capell, ich siostrę (z tego jaja później wykluły się zapewne córki pani Reed) oraz ich kuzynkę, która jak szara myszka kuli się pod kominkiem. Zupełnie przypomina wystraszoną Jane Eyre w kąciku okiennym w salonie podczas spędu szlachty.

W sumie dobrze, że Charlotte nie skończyła nigdy Emmy, bo by miała konkurencję w Emmie Jane Austen, haha, żarcik taki. Poznajemy tam Dianę, pokorną i sprawiedliwą uczennicę, która przypomina trochę Dianę z Moore House w Jane Eyre, a także pana Ellina, człowieka milczącego i spokojnego, może oryginalnego St Johna?

Co do Państwa Moore, Sarahy Julii i Johna Henry'ego, to niestety nie mogę jeszcze ich w żaden sposób połączyć z Moorem z Shirley, bo ta wciąż czeka na swoją kolej na stosiku. Mamy za to znów kolejnego Williama, a raczej Willa Moore, brata pana domu. Znów jak w Profesorze, ujmujący, głęboki i spokojny osobnik studiujący charaktery. Zmierzy się on z Alicią Wynne, stara podrywaczką, piękną i zepsutą niczym Blanche z Jane Eyre. Coś nam też przypomina motyw dziewczyny, która nie gra zbyt dobrze na klawiszach...

Mały Willie Ellin to czyste Wichrowe Wzgórza, w jego historii znajdziemy przemoc rodzinną i bicie dzieci. Pani Hill to trochę Nelly Dean z Wichrowych Wzgórz, trochę Bessie z Jane Eyre. Sam Willie uciekł z domu jak mała Jane, a i później już jako dorosła - z Thornfield Hall. Edward Ellin to zły brat Williego, który bardzo dobrze potrafi machać batem (to już jakaś obsesja).


Jak widzicie, wszyscy Williamowie Charlotte są spokojni, opanowani, marzycielscy, idealistyczni. Wszyscy Edwardowie są porywczy, szaleni, skłonni do przemocy. Pisarka siedziała sobie na plebanii w Haworth i lepiła ich raz za razem jak ludziki z plasteliny. Williamowie, Edwardowie, Diany i inni przechodzili długo przez stadia od jaja do larwy, by później powrócić jako w pełni ukształtowane istoty w kolejnych powieściach sióstr. Co potwierdza podejrzenie, że faktycznie to tylko jedna siostra ich tworzyła.

Czy warto przeczytać? Jeśli przepadacie za tymi klimatami, to jasne, jak najbardziej. Choć za każdym razem czuje się żal, że nigdy nie dowiemy się końca tych historii.

Na koniec, tradycyjnie już, Hark! a vagrant:

17:12:00