Drop Down MenusCSS Drop Down MenuPure CSS Dropdown Menu

poniedziałek, 5 października 2015

W TERENIE#1: Komiksy, gry, niespodziewane wywiady, czyli MFKiG w Łodzi



Międzynarodowy Festiwal Komiksu i Gier 2015


Jeśli śledzicie mnie na Facebooku, pewnie widzieliście zdjęcie wrzucone na przywitanie Atlas Areny w sobotę. Było słonecznie, ciepło i mnóstwo atrakcji. Już trzeci raz wybrałam się wraz ze znajomymi na MFKiG do Łodzi. Zaraz wszystko opowiem!



Chodziłam z aparatem i pstrykałam ile wlezie, więc przygotujcie się na zdrową dawkę wszystkiego. Sam festiwal komiksowy jest młodszy ode mnie zaledwie o dwa lata, dopiero od pięciu lat do nazwy doszły jeszcze gry i tak rozpoczęło się stopniowe zalewanie największego święta komiksu w Polsce przez żarłoczną strefę gier. To nie zmienia jednak faktu, że co roku w Łodzi można dorwać najlepszych rysowników, wystawców z całego kraju i setki fanów dymków i rynienek.


Skąpany w nieziemskim blasku stadion pełen ludzi, stoisk, ekranów, do tego dwie sceny, kilka sal prelekcyjnych, bogata strefa Star Wars, stoliki z planszówkami, korytarze wokół trybun pełne komiksów, gier, koszulek, kubeczków i przeróżnych gadżetów to tylko ogólny zarys sytuacji. Nawet po kilkukrotnym obejściu całego miejsca wciąż można było znaleźć ciekawe rzeczy, których jeszcze się nie widziało.








Można było zagrać w przeróżne gry - czy to na konsoli, na pececie czy po prostu przy stoliku, a nawet pobić się ze znajomymi przyjaznymi dla człowieka mieczami świetlnymi, które nie przecinały palców ani nie zadawały ran śmiertelnych. W specjalnej strefie rozdawano autografy, w salkach odbywały się prezentacje, na scenie co rusz odbywały się bitwy komiksowe, był też obowiązkowy konkurs cosplay i przede wszystkim rozdanie nagród. Wszędzie coś się działo.


Na autografy i rysunki od twórców można było się też załapać przy stoiskach, choć biedni komiksiarze czasem byli tak tłumnie obłożeni przez fanów, że trudno im było szybko wyrobić się z rysowaniem. Na zdjęciu powyżej ten w zielonej koszulce to Konrad "Koko" Okoński przy stanowisku Gindie. O tym panu pisałam już wcześniej przy okazji zeszłorocznego MFKiG. Przekochany człowiek, świetny artysta, w jego komiksach zaczytywałam się jeszcze w liceum. W tym roku wydał drugi tom Kija w dupie, szalonego komiksu internetowego, który serdecznie polecam. W moim tomiku mam swoją Lamię z dedykacją:)


O drugim Kiju... jeszcze napiszę osobno, podobnie jak o reszcie tomików, w które się zaopatrzyliśmy!


Skoro już piszę o fajnych ludziach, to wspomnę też o Jakubie "Demie" Dębskim i Robercie "Belem" Sienickim, którzy na tegoroczny MFKiG przygotowali stworzony wspólnym wysiłkiem album o dwóch robotach w zagadkowy i zapewne przypadkowy sposób przypominających samych twórców. Roboty powstały parę lat temu z okazji internetowych bitew komiksowych. Z czasem przeniosły się w inne miejsca, przede wszystkim do "Kolektywu" i"Braku zrozumienia dla realizmu".

Teraz wreszcie dorobiły się własnego zeszytu - poniżej "Sklepik z robotami". W naszym egzemplarzu znajduje się rysunek mnie w wersji robotyczno-szowinistycznej. Podzielę się przy okazji osobnego wpisu.


Dokupiliśmy też kolejny zeszyt od Kobiety-Ślimaka, czyli autorki Chaty Wuja Freda. Jeśli myślicie, że nie znacie, to idźcie tam i obczajcie kreskę. Na pewno choć raz rzucił Wam się w oczy fragment z komiksu, bo mają tendencję do bycia wiralami, jeśli choć trochę buszujecie w Internecie. Co tu dużo mówić, Kobieta-Ślimak cudownie komentuje kobiece problemy i rozterki.


Do tego wszystkiego doszedł jeszcze "Kot rabina", o którym też będę pisać osobno jak tylko przeczytam. A na razie może obejrzymy cosplayowiczów?







Myślałam o tym, żeby się przebrać, jednak wygoda zwyciężyła. Na następnym Pyrkonie na pewno będę w steampunku.



Jeśli zaś chodzi o wielkie nazwiska, był też pan Andrzej Sapkowski! Opowiadał o tym, że żaden wiedźminowy komiks mu się nie podobał, o filmie nie ma co wspominać, a grami się nie interesuje. Przecież oryginał w jego wydaniu nie może zostać przebity przez jakąkolwiek adaptację, więc po co się nimi zajmować?


Tymczasem koło sceny królowała wielka figura walczącego Geralta, a bodaj najbardziej popularnym cosplayem kobiecym była Ciri.


Bardzo mi szkoda, że nie mam już miejsca w półce z kubeczkami, bo bym kupiła ten po prawej, na melisę dla nerwowego liska. Cóż, musiałam ojojać Lisie Sprawy i iść dalej.

Przy "Ataku tytanów" też się zatrzymałam na dłużej, choć od liceum nie kupuję już mang. Panowie ze stoiska JPF się zasmucili, że im się nie robi zdjęć, tylko komiksom, więc obiecałam opublikować. Zobaczcie, jacy fajni panowie. Nie na sprzedaż.


Na zakończenie rzucę po prostu zdjęcia tak zwanych pierdółek. Tyle fajnych rzeczy!



Bambaki takie słodkie!





Te cudne torby i Anetka to sprawka Nie chcę się bać.







Jak ktoś lubi gołe panie i sterczące biusty, mógł sobie sprawić kubeczek z rysunkami z Boli Bloga.



Na zakończenie komiksy, których nie kupiłam, a szkoda:



Jeśli jeszcze Wam mało, Mróz z Powiało Chłodem na pewno wkrótce coś opublikuje na temat MFKiG. Wreszcie się mogłyśmy spotkać i trochę poplotkować w spokoju! To znaczy, kiedy nie podchodzili do nas dziennikarze i nie przeprowadzali dość dziwnych wywiadów...

Nie wspomniałam jeszcze o afterparty - co roku podczas MFKiG jest te osobna impreza, gdzie można spróbować własnych sił w bitwach komiksowych, pobujać się do muzyki i wypić za śmierć Polskiego komiksu. A nie, sorry, ten toast chyba już jest passé? Tak czy siak, dostałam naklejkę z najnowszego projektu Panny N od samej autorki, Regi też zasługuje na osobny wpis!


 Wrócimy znów za rok. A na razie... idę to odespać.

czwartek, 1 października 2015

Bloger to absurd i pasożytnictwo, czyli Gombrowicz, wersja produkcyjna



Witold Gombrowicz

Dziennik 1953-1956

Wydawnictwo Literackie, 1989
Gatunek: dziennik, wspomnienia, komentarz literacki
373 strony
Odczucia: ★★★★★/★★★★★ 


"Obawiam się, że pretensje tej recenzji wyrastają o wiele ponad jej wartość realną. (...) Zaprawdę, pisze się o książkach byle co. (...) W samej naturze prasy literackiej zawiera się coś co literaturze musi stanąć kością w gardle." s. 32-33

"Jak rzeczy się mają? Publiczność pragnie być informowana przez prasę o książkach, które się ukazują. Stąd powstała gałąź krytyki dziennikarskiej, obsadzona przez ludzi mających styczność z literaturą. Lecz gdyby ci ludzie mieli naprawdę coś do zrobienia na terenie sztuki, gdyby w nim zapuścili korzenie, na pewno nie poprzestaliby na tych artykulikach – więc nie, są to prawie zawsze drugo- i trzeciorzędni literaci, osoby pozostające tylko w luźnym, raczej towarzyskim, stosunku ze światem ducha, osoby nie będące na poziomie sprawy, którą mają referować. I na tym właśnie polega największa trudność, która nie da się pominąć, z której rodzi się cały skandal krytyki i jej niemoralność. Pytanie jest takie: w jaki sposób człowiek niższy może krytykować człowieka wyższego, oceniać jego osobowość, wartościować jego pracę – w jaki sposób to może stać się, nie stając się jednocześnie absurdem." s. 122

"Takie zgubne skutki powoduje nadmiar pasożytów. Pisać o literaturze jest łatwiej niż pisać literaturę – w tym sęk. Więc ja, na ich miejscu, zastanowiłbym się bardzo głęboko jak wybrnąć z tej hańby, której na imię: ułatwienie. Ich przewagi bowiem są natury czysto technicznej. Głos ich rozlega się potężnie nie dlatego, aby był potężny, a tylko dlatego, że pozwolono im przemawiać przez megafon prasy.
Jak wybrnąć? (,,,)
Wobec czego – nie sądź. Opisuj tylko swoje reakcje. Nigdy nie pisz o autorze ani o dziele – tylko o sobie w konfrontacji z dziełem albo z autorem. O sobie wolno ci pisać.
Ale, pisząc o sobie, pisz tak aby osoba twoja nabrała wagi, znaczenia i życia – aby stała się decydującym twoim argumentem. Więc pisz nie jak pseudo-naukowiec, ale jak artysta. Krytyka musi być tak natężona i wibrująca jak to, czego się dotyka – w przeciwnym razie staje się tylko wypuszczaniem gazu z balonu, zarzynaniem tępym nożem, rozkładem, anatomią, grobem.
A jeśli nie chce ci się lub nie potrafisz – odejdź." s. 123-124 


Zawsze zaczytywała się w Gombrowiczu z perwersyjną przyjemnością i iskrą w oku. Podziwiała go, tego drugiego obok Witkacego najulubieńszego szaleńca literatury. Bakakaj inspirował ją do rzeczy wielkich, Trans-Atlantyk do padania na kolana, Ferdydurke do zachwytu, Pornografia do rumieńców, Kosmos do marszczenia czoła. W liceum jeszcze kupiła sobie trzyczęściową baterię Dziennika wydanego w roku jej urodzenia. Próbowała przejść, ale potykała się, zatrzymywała, gubiła wątek, zapisywała na ostatniej stronie słowa trudne: "proklamować", "paradygmat", "dialektyka", "antynomia", "fenomenologia", "eskapizm". Pławiła się w blasku samego czytania, ale mało do niej docierało. Wreszcie się poddała w połowie pierwszego tomu.

Ostatnio wróciła. Zawzięta, doświadczona, starsza. Już nie musi sprawdzać pojęć w słowniku. Już więcej rozumie. Już potrafi wchłonąć, przetrawić, zacząć dyskutować, komentować, podziwiać, ale też bezwstydnie nudzić się, przysypiać i wywracać oczami. Podkreślać fragmenty tak uniwersalne, że niemal idealnie skrojone na współczesność, choć ponad pół wieku minęło. Zaśmiewać się dziko z gombrowiczowskiego podpuszczania, z jego wybiegów, intryg i przekory.  Z podniesioną brwią i niedowierzaniem śledzić jego opisy twórcze, ze znudzeniem niemal pomijać wywody na temat lektur na temat komunizmu, doceniać różnorodność stylów i form, cieszyć się głupkowato z bezczelnej krytyki publicystów, czytelników, ignorantów i innych twórców. 

Najbardziej zapamiętuje akcję z herbami: jak to Gombrowicza chadzał do kawiarni artystów-komunistów i rzucał wciąż podteksty związane z klasami, arystokracją, genealogią, herbami, szlachectwem, dopóki artyści ci sami nie zaczęli opowiadać, czyja to babka z jakiego rodu się wywodzi, a kto jest lepiej ustawiony społecznie, kto lepszy, kto gorszy. Aż tu przychodzi ktoś z zewnątrz i podnosi raban, bo co ten Gombrowicz uczynił? Zepsuł dobrze zapowiadających się komuchów! Druga świetna akcja z arystokracją, gdy Gombrowicz na proszonych herbatkach u księcia czy innego hrabiego zaczął się dopytywać, czy jest wystarczająco dystyngowany, by w ogóle bywać. I cóż oni sądzą? Czyż z niego nie jest plebejusz?

Z drugiej strony czuje się poruszona, ja bardzo aktualne wydają jej się fragmenty o recenzjach literackich. Jak bardzo polska blogosfera mogłaby się zadławić tymi fragmentami. Jak bardzo te uwagi trafiają ją samą w czuły punkt. Co by powiedział Gombrowicz o blogach książkowych i jak bardzo byłoby to zjadliwe.

Jednocześnie pamięta też, by nie traktować Dziennika zupełnie na poważnie, by patrzeć z dystansem, jako na dzieło, w którym Gombrowicz stwarza siebie jako personę, artystę, gębę wobec publiczności. Gombrowicz w Dzienniku to konstrukt, bohater, ktoś, kim Gombrowicz chce, byśmy wierzyli, że jest. Tak jak to robimy teraz na portalach społecznościowych. Słyszała, że to autokreacja na całej linii, wie, że istnieje jeszcze Kronos, czyli ten prawdziwy dziennik. Ten, w którym Gombrowicz jest po prostu człowiekiem o nazwisku Gombrowicz.

"Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja, czwartek – ja." s. 9

P.S. Lecę pakować się na MFKiG w Łodzi, to już w ten weekend!

czwartek, 24 września 2015

ANGLOFILIA #1: Pięćdziesiąt twarzy pana B. i cnota Pameli A.

Źródło: slate.com

W 1740 roku miała ledwie piętnaście lat. Pamela Andrews: piękna, zgrabna, wrażliwa, głupiutka.  Młodziutka służąca, na której cnotę nastawał bogaty pan. W osiemnastym wieku sprawa jej moralności porwała tysiące czytelników. Śledzono jej losy z wypiekami na twarzy, czytano sobie na głos kolejne odcinki. Gdy dzięki swojej niezłomności udało jej się usidlić i sprowadzić na dobrą drogę zepsutego paniczyka, jej fikcyjny ślub witano dzwonami angielskich kościołów. Ponad dwa i pół wieku później bardzo podobna historia Anastazji Steele uwodzonej przez toksycznego, ale bajecznie bogatego biznesmana porywa serca i dusze milionów czytelniczek na całym świecie. Wszystkie cicho liczą, że bohaterka naprawi bezwzględnego i zaborczego Christiana Greya i wszystko skończy się happy endem.

Moją prywatną lekcję historii literatury angielskiej chciałam zacząć od powieści, której nigdy nie przestanę wspominać z krzywym uśmiechem szaleńca. Pamela; or, Virtue Rewarded (Pamela, czyli cnota nagrodzona) Samuela Richardsona to prawdziwy osiemnastowieczny bestseller, ówczesny fenomen na miarę współczesnej trylogii o Greyu. Rozchwytywana jak świeże bułeczki powieść rozbudziła wyobraźnię mas, rozpoczęła erę współczesnej powieści, wywołała niesamowitą modę na utwory epistolarne i spopularyzowała samo imię Pamela. Świat podzielił się na pamelistów i antypamelistów, historia przez jakiś czas była szerzej dyskutowana niż jakiekolwiek kwestie polityczne. Zarzucano, że to pornografia w ukryciu taniego moralizatorstwa, przytaczano ją jako przykład z ambon kościelnych, gromadzono się na wspólne czytania, sprzedawano gadżety takie jak druki, obrazy, figurki woskowe, wachlarze, karty do gry z cytatami z powieści...

"Chcę, ale nie mogę, panie B."...

Wszystko to przez zmiany społeczne, jakie zachodziły w osiemnastowiecznej Anglii, a tak dokładniej wykształceniem się klasy średniej. Wcześniej świat był czarno-biały: byli bogacze i ubodzy, panowie i wasale, szlachta i magnaci, a pod nimi chłopstwo. Wraz z bogaceniem się rzemieślników, kupców i mieszczan, pojawiła się warstwa ludzi, którzy żyli wygodnie, choć nie byli przesadnie bogaci. Ci ludzie potrafili czytać, ale nie byli klasycznie wykształceni jak arystokraci. Pracowali, ale nie byli przywiązani do cudzego pola. Mieli swoje potrzeby, swoje zachcianki, a przede wszystkim mieli pieniądze, by kupić sobie za parę groszy jakieś czytadło. Stąd właśnie wzięła się powieść. 

Oczywiście z początku była wyśmiewana z powodu zbytniego sentymentalizmu, pretensjonalności, tanich chwytów. Młodzi terminatorzy czytali tzw. penny dreadfuls, czyli opowieści z dreszczykiem za pensa, służące zaś preferowały czułe i równie niedrogie romanse. Nic dziwnego, że taka publika zachwyciła się historią młodziutkiej dziewczyny służebnej, która potrafiła pięknie pisać listy i na dodatek świeciła przykładem czystej, nienaruszonej cnoty wobec niewinnych czytelniczek, choć jednocześnie elektryzowała opowieścią buzującą od napięcia seksualnego. Pamela może służyć za uosobienie całej klasy, wyśmiewanej przez panów za umiejętność czytania i pisania, ale jednocześnie młodej, ekscytującej, rosnącej w siłę.

"A kto to tam w kącie?" "Ach, to tylko pan, dziecko. Stary podglądacz." 
Źródło: tate.org.uk

Dla mnie to była pierwsza książka jaką przeczytałam w oryginale po angielsku (wcześniej zawsze sięgałam po te Pingwinki ze skróconymi wersjami dla uczących się języka, tak jakoś wyszło). To było rzucenie się na głęboką wodę, bo język dość archaiczny, fabuła nudna jak flaki z olejem i głupia jak siedem nieszczęść, a czcionka malutka, drobniutka i męcząca. Mimo to przetrwałam, zaciskając zęby i wytężając oczy.

Powieść zaczyna się od śmierci pani Pameli Andrews. Jej syn, pan B., od razu zaczyna usilne awanse wobec niechronionej przez nikogo młodej służącej, najpierw oferuje jej ubrania swojej matki, a potem próbuje uwieźć. Na szczęście pannica nie daje się nabrać na poczucie wdzięczności, obraża się i odmawia, zasłaniając cnotą. I tak całą książkę. Pan B. na różne sposoby próbuje dobrać się do halek Pameli, a to przebiera się za służącą, przykrywa twarz chustą i chrapie donośnie w kącie pokoju, podczas gdy Pamela i inna służąca kładą się spać, by później wyskoczyć z ukrycia i dopaść roznegliżowaną Pamelę, a to porywa ją do jakiegoś mająteczku na wsi, pisząc jej rodzicom jakieś dyrdymały, a to namawia i próbuje przekupić, by została jego oficjalną kochanicą. Nic z tego, Pamela wie, że tak się nie godzi. Ucieka (ale boi się krów, więc wraca), drży, mdleje (wtedy pan B. rozumie swą winę i przestaje stosować podstępy i przemoc - przynajmniej na jakiś czas), pozoruje nawet własną śmierć (tego nie spodziewałam się po jej małym móżdżku), a przede wszystkim wytrwale pisze listy i dzienniki, by wszyscy widzieli, że jest prawa i cnotliwa. I tak w koło Macieju, Pamela jest tak upiornie powtarzalna i sentymentalna, że naprawdę trudno przez nią przebrnąć, nie umierając z nudów i nie chichocząc w najbardziej głupich momentach. Na koniec, o dziwo, tym dwojgu udaje się wreszcie skonsumować swój związek - po przyzwoitym ślubie w kościele, rzecz jasna. Mezalians jak stąd do wybrzeży Albionu. 

"Kobieta pisząca? Pfe, nie ma większego bezeceństwa. Jak się panienka nie wstydzi."
Źródło: umich.edu/~ece/student_projects/pamela_illustrated/artists.htm

Powieść Richardsona zainspirowała gruby stos różnorakich kontynuacji, parodii i satyr. Bodaj najsłynniejsza to An Apology for the Life of Mrs. Shamela Andrews ("Przeprosiny za życie pani Oszumeli Andrews" - próba własnego tłumaczenia, Shamela to zbitka Pameli i słowa "sham", znaczącego tyle co "oszustwo, lipa, szopka") Henry'ego Fieldinga, w której przebiegła karierowiczka i manipulantka próbuje uwieść bogatego panicza Bobby'ego, udając cnotliwe niewiniątko. Do Pameli pił również Marquis de Sade ze swoją Justyną, której podtytuł brzmi "nieszczęścia cnoty".

Jest XXI wiek. Wydaje się, że historia powieści popularnej zatoczyła koło. Znów ta sama historia poddaństwa i oporu: młoda i niezbyt bogata, ale za to dziewicza reprezentantka klasy średniej, poprzez umowy i targi doprowadza swoją naiwnością, cnotą i prostotą do mariażu z oszalałym na jej punkcie milionerem, pnąc się po drabinie społecznej. Tyle tylko że nierozwiązana dwuznaczność historii z XVIII. wieku (czy Pamela jest narratorem godnym zaufania, czy może faktycznie to manipulantka, udająca w listach do rodziców urażoną niewinność?) została zamieniona na niedwuznaczne sceny wyidealizowanego seksu. Może jednak nie zataczamy koła, a się staczamy?

poniedziałek, 21 września 2015

Miss samoakceptacji, czyli ma być grubo albo spadówa


Julie Murphy

Dumplin’


HarperCollins, 2015
Gatunek: współczesna, young adult, młodzieżowa, dla dziewcząt, obyczajowa, romans
384 strony
Odczucia: ★★★/★★★★★ 


John Green spotyka Rainbow Rowell przy dźwiękach Beth Ditto i All About That Bass Meghan Trainor - i macie całą Julie Murphy. Babkę, która pisze ciepłe, inteligentne książki z pazurem. Cieszę się, że to całe young adult wreszcie obrodziło wcale niezłymi pozycjami.

Willowdean Dickinson to dziewczyna słusznej postury. Nigdy zbytnio nie przejmowała się swoimi wałeczkami, to pewna siebie, przebojowa, rezolutna szesnastolatka. Mało co ją rusza. Całymi dniami siedzi na telefonie albo twarzą w twarz ze swoją najlepszą papsiułą Ellen, słucha Dolly Parton i po szkole pracuje w barze z fast foodem. Skądś kasę trzeba brać, a jej rodzina bogata nie jest. W domu nie przelewki. Matka do tej pory mieści się w swoją ukochaną suknię, w której wystąpiła jako zwyciężczyni konkursu piękności, więc czasem dogaduje na wagę córki. Podstawia sałatki, zabiera słodycze. Co roku zaś wciska się w cudowną sukienkę i prowadzi ten sam konkurs piękności...

Źródło: artykuły reklamowe, amazon.com

Jedyna rzecz, którą faktycznie Willowdean się przejmuje, to ciotka, najbliższa jej osoba. To ona nauczyła ją odwagi i poczucia własnej wartości, to ona pokazała jej Dolly Parton, piosenkarkę, która nigdy nie porzuciła swojego ulubionego, choć tak wyśmiewanego stylu. Lucy pokazała jej, jak cieszyć się sobą, jak robić swoje, jak żyć, nie rezygnując z niczego, bez względu na swój wygląd. A potem umarła. Miała ledwie trzydzieści sześć lat, ale przy wadze ponad dwustu kilogramów jej ciało nie wytrzymało.

Nic nie złamało Willowdean, póki nie spotkała Bo. Przystojny, wyluzowany, zainteresowany kolega z pracy śledzi dziewczynę wzrokiem, zaczepia, całuje. I nagle dziewczyna traci całą pewność siebie. Dlaczego ktoś taki jak on mógłby być nią zainteresowany? I w ogóle... czy nie obrzydza go dotykanie jej od szyi w dół? Może to dlatego nic nie mówi nikomu o ich związku... Tak dalej nie można. Albo się przyzna, albo nici z tego.

Wszystko się komplikuje, wszystko się nagle rozpada. W tym najgorszym momencie Willowdean postanawia rzucić wyzwanie światu i wziąć udział w konkursie piękności prowadzonym przez swoją mamę. Udowodnić im wszystkim, że nie ma co się przejmować wyglądem! Pokazać, że się niczego nie boi i wszystko potrafi!

Źródło: tumblr.com

Samotne wyzwanie pociąga za sobą podziw trzech innych dziewczyn, tych najbardziej wyśmiewanych i nielubianych w szkole. Kochana i urocza, ale otyła Millie, jej przyjaciółka Amanda, kulejąca z powodu krótszej nogi, oraz Hannah, obcesowa czarnoskóra nastolatka o krzywych, wystających zębach. Wszystkie cztery startują w konkursie. One też mogą być piękne, mogą zauroczyć publiczność, mogą pokazać coś ciekawego na scenie. I udowodnią to.

Powieść dopiero co ukazała się w polskim wydaniu pod tytułem Konkurs. Podobno matka Willowdean nie nazywa córki z południowoamerykańskim akcentem: "Dumplin'", a swojskim "Kluseczko".

Powieść Julie Murphy to kawał ciepłego, wciągającego i angażującego czytadła. Kojarzycie może książki Jacqueline Wilson, te z cyklu Dziewczyny się zakochują, Dziewczyny się odchudzają i tak dalej? Dumplin' potrafi w podobny sposób, z wyczuciem i zrozumieniem mówić o rzeczach trudnych i kontrowersyjnych. Willowdean to postać pełnokrwista, wiarygodna, pełna wad, ale i czarująca, charyzmatyczna. Jest widocznie zagubiona, czasem postępuje źle. Trudno jej nie lubić, trudno się choć trochę nie utożsamić. Ważne jest to, że otyłość nie jest tu traktowana jako coś obrzydliwego i chorobliwego (choć śmierć ciotki przestrzega, że jest pewna granica), nie jest też tarczą ochronną, tłumaczącą fochy bohaterki.

Źródło: artykuły reklamowe, amazon.com

Oczywiście nie chcę sprawiać wrażenia, że to powieść genialna i absolutnie wspaniała. Ma swoje minusy. Nie jestem przekonana do stereotypowego pokazania transwestytów, którzy służą też trochę jako comic relief. Willowdean czasem robi się irytująca. Fabuła trochę za bardzo się gmatwa, by na koniec zatriumfować kliszowym, tendencyjnym zwieńczeniem w postaci samego show - konkursu piękności. Sam temat też nowy nie jest - słyszeliście o filmie Mała Miss? Mimo to nie żałuję lektury.

To dobra książka dla każdej dziewczyny z kompleksami, bo afirmuje pewność siebie niezależnie od wyglądu. To szczególnie ważne w dobie reklam i kolorowych magazynów reklamujących jedyny słuszny rozmiar, czyli rozmiar 0. W polskich szkołach panuje plaga otyłości, a ponoć aż 90% polskich nastolatek nie akceptuje swojego wyglądu, nie mówiąc już o idących za tym zaburzeniach psychicznych i depresji. Po przeczytaniu tej powieści nie wstąpi w nas przekonanie, że musimy wyglądać jak Ewa Chodakowska, a przekonanie, że należy zmienić swoje nastawienie, a poczujemy się jak ktoś, kto może zostać gwiazdą niezależnie od figury.

Ważne jest też, że otyłość nie jest w ogóle głównym tematem książki. Jest nim szukanie siebie, dorastanie, nauka zaufania, a wreszcie akceptowania samego siebie.

A poza tym ta okładka jest naprawdę świetna. To co, zakładamy koronę i głowa do góry?

Źródło: artykuły reklamowe, amazon.com

sobota, 19 września 2015

NERDOZJA#3: Doktor Who i podziemia BBC


Marcus Hearn

Doctor Who: The Vault

BBC Books, 2013
Gatunek: s-f, telewizja, popkultura
320 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★

W związku z dzisiejszą premierą dziewiątego sezonu wznowionego od 2005 Doktora Who, czas na pochwalenie się wreszcie moją zdobyczą londyńską! Rok temu upolowałam sobie bowiem kompendium wiedzy o losach tego najdłużej emitowanego serialu science fiction w historii. Doktor Who to brytyjski fenomen, który trwa od 1963 roku, to telewizyjny serial, który miał być typową zapchajdziurą łączącą widownię młodzieżową i męską, półgodzinnym, edukacyjno-fantastycznym przerywnikiem między blokami tematycznymi, a stał się megapopularną historią łączącą pokolenia.

Pierwszy Doktor, w którego wcielił się William Hartnell.

Dla niewtajemniczonych, Doktor Who opowiada o podróżniku w czasie i przestrzeni, zwanym właśnie Doktorem, który wraz ze swoimi wiernymi towarzyszami (głównie jednak towarzyszkami...) eksploruje wszechświat. Czasem wpadnie odwiedzić jakieś historyczne zdarzenie, innym razem poleci zwiedzić jakąś egzotyczną planetę z przyszłości, ale zawsze - to pewne - wplącze się w poważne tarapaty i skończy się ratowaniem świata. Wojaże odbywają się za pomocą budki telefonicznej zwanej Tardisem, a tak dokładniej supernowoczesnemu statkowi kosmicznemu (jest o wiele większy w środku, niż się wydaje), a sam Doktor miał już dwanaście wcieleń (nie jest człowiekiem, a Time Lordem, więc może, nie pytajcie).

Tardis, czyli najbardziej niepozorny statek kosmiczny świata <3

W 2005 roku, po dłużej przerwie trwającej całe lata 1990. i połowę 2000., kiedy Doktor... kontynuowany był głównie w postaci słuchowisk radiowych, powieści i jednego filmu, serial wrócił na ekrany telewizorów w nowym, zmodernizowanym wydaniu i osiągnął gigantyczny sukces, wskrzeszając przykurzoną sławę serii. Od Christophera Ecclestona, który wcielił się w postać dziewiątego Doktora, poprzez Davida Tennanta i Matta Smitha, aż do obecnego, dwunastego, Petera Capaldiego, ten dość specyficzny, czasami mocno kiczowaty serial podbija serca kolejnych fanów. Obecnie Doktor... pisany jest głównie przez genialnego Stevena Moffata, który napisał krótki wstęp do wydanej na pięćdziesięciolecie tytułu książki.

Najlepszy, najprzystojniejszy i najukochańszy Doktor i jego muszka. 

Osobiście z Doktorem... zetknęłam się zdecydowanie zbyt późno, bo na studiach. Sam tytuł obijał mi się o uszy, ale ostatnią cegiełką był pewien wybitny skecz Catherine Tate i Davida Tennanta, którzy w owym czasie grali Doktora i jego towarzyszkę. Żeby w pełni zrozumieć całą dawkę humoru zawartą w tym filmiku, musiałam zostać uświadomiona w sprawach Doktora, a potem z ciekawości obejrzałam pierwszy odcinek nowej serii z 2005. Nie spodobało mi się; było nudnawo, dziwnie i mało profesjonalnie. Po kilku latach wróciłam, zdeterminowana, by wytrwać. Gdy udało mi się przeżyć wraz z moim R. odcinek z pierdzącymi kosmitami, stwierdziliśmy, że przeżyjemy wszystko i wgryźliśmy się mocno. Oglądaliśmy bez wytchnienia aż do sezonu ósmego, czyli niedługo po tym, gdy moje serce zostało złamane przez odejście Matta Smitha. Capaldi w pierwszym odruchu protestu średnio nam podszedł, podobnie jak nowy opening i uciążliwa już Clara Oswald. Jak tylko skończymy Angela (kończymy, Buffy... już za nami!), przeforsowałam powrót do Doktora... W końcu dziś zaczyna się nowy sezon!


Samej księgi rzecz jasna jeszcze nie przeczytałam w całości, więcej oglądałam, przeczytałam spory kawałek o początkach i większą część od 2005, ale na moją fanowską duszę dobrze mi robi sam fakt, że cienobłękitny tom leży na mojej półce, w towarzystwie pluszowego Daleka (który po ściśnięciu wykrzykuje drżąco: Exterminate! Exterminate!) oraz kupionego za 2 zł w ciucholandzie śrubokrętu sonicznego dziesiątego Doktora. Na razie mogę powiedzieć, że sam tekst jest trochę chaotyczny, częściowo też nie do końca dostosowany dla tych, którzy nie widzieli osobiście całego serialu, ale jest w nim mnóstwo smaczków i ciekawostek, nie mówiąc już o bogactwie zdjęć wszelkiego rodzaju kostiumów, rekwizytów i scenerii. To faktycznie trochę tak, jakby się zeszło do podziemi BBC z jakimś prastarym entuzjastą serialu i przeglądało najróżniejsze skarby, podczas gdy przewodnik snuje historie, wspomina daty i strzela nazwami konkretnych odcinków. 

czwartek, 17 września 2015

Kopiuj-wklej-pomieszaj, czyli Murakami i jego powieściowe pielgrzymstwa


Haruki Murakami

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa

Muza S.A., 2013
Gatunek: współczesna, realistyczna, bildungsroman
350 stron
Odczucia: ★★★/★★★★★


Mój znajomy, widząc pod pachą Hadyny kolejnego Murakamiego, zapewnił: kolejny autoplagiat. Bardzo dobry, świetnie się czyta, ale jak zwykle w przypadku Murakamiego, autoplagiat.

To prawda. Chyba mało kto czytając kolejną książkę tego najpopularniejszego obecnie japońskiego powieściopisarza nie słyszy niezmienne brzmiącego w uszach: "ale to już było"... Pamiętacie Bingo Murakamiego, które zamieściłam przy okazji pisania o Na południe od granicy, na wschód od słońca? Myślę, że znów się przyda, skoro już mówimy o Bezbarwnym.... Zacznijmy zatem odliczanie:
                                 
tajemnicza kobieta ✓ 
kształtne uszy ✓
nagłe telefony ✓
stare płyty (tym razem z Lisztem) ✓
miejska nuda ✓
dworce ✓
dojrzałe jak na swój wiek dzieciaki z liceum ✓
dziwaczne stosunki seksualne ✓
Tokio nocą ✓
niezwykłe imiona ✓

Do tego spora dawka melancholii, specyficznego oderwania od rzeczywistości, niedopowiedzeń, pustki i pobieżności - w taki oto sposób wychodzi nam historia o Tsukuru Tuzukim. Ale o wszystkim po kolei.


Tsukuru oznacza między innymi "tworzyć, budować". Główny bohater nigdy nie doceniał zbytnio swojego imienia, ba, przez długi czas w swoim życiu żałował, że nie ma w nim żadnego koloru. Żadnego wyrazu, żadnego zabarwienia. Czwórka jego niepowtarzalnych znajomych z liceum, Czarna, Biała, Niebieski i Czerwony - każde z nich miało swój kolor zaczerpnięty z nazwiska. Tsukuru czuje urazę do świata za swoją bezbarwność. W sumie nigdy osobie nie miał pochlebnego zdania. W końcu każdy z jego znajomych był jakiś. Czarna była żywiołowa, temperamentna, bystra; Biała piękna, utalentowana, delikatna; Niebieski popularny, wysportowany, życzliwy; Czerwony inteligentny, zadziorny, ambitny. A Tsukuru? Był w porządku. Raczej nijaki. Ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, ani przystojny, ani brzydki. Nieciekawy.

Ich piątka tworzyła w liceum idealnie harmonijną grupę przyjaciół, idealny, wyjątkowy kolektyw. Mieli między sobą coś, co nigdy się już nie ma szansy powtórzyć w przyszłości. Dopóki na pierwszym roku studiów, gdy Tsukuru kontynuował naukę w Tokio, a jego znajomi pozostawali wciąż w rodzimej Nagoi, nie zerwali znienacka kontaktów. Bez uprzedzenia poprosili, by się z nimi już nigdy nie kontaktował.

Tsukuru bardzo to przeżył. Do tego stopnia, że szesnaście lat później niezabliźniona rana po zerwanej przyjaźni wciąż krwawi. Wciąż nie pozwala mu się zbliżyć, pokochać, zaufać drugiej osobie. I dlatego Sara, widząc udrękę Tsukuru, namawia go do spotkania z przyjaciółmi sprzed lat, by wreszcie wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze.

Le mal du pays, czyli nostalgia, tęsknota za krajem. 
Melodia, którą przesączona jest cała powieść.

Tsukuru nie jest skomplikowany. Lubi dworce, dlatego został projektantem dworców. Choć potrafi godzinami przyglądać się ruchowi ludzkich mas podczas wsiadania i wysiadania z wagonów, sam nigdy nie wskoczył do pociągu byle jakiego. Tsukuru milczy, słucha, obserwuje. Cierpi. 

Rozmowy z przyjaciółmi pomagają zrozumieć i przetworzyć ból. Zrozumieć drugą stronę medalu. Uświadomić sobie, że inni też byli ofiarami, też cierpieli. Pomagają zaleczyć rany. Tajemnica rozstania sprzed lat to nie jest skomplikowana historia, choć czytelnik z przyjemnością, niespiesznie rozwikłuje zagadkę wraz z Tsukuru. Na końcu zaś jak zwykle w przypadku Murakamiego wciąż czujemy niedosyt, wciąż zadajemy pytania, wciąż żądamy odpowiedzi, gdy tymczasem przerzuciliśmy ostatnią kartę powieści.

Mam wrażenie, że tutaj Murakami wchodzi na poziom cytatów Coelho.
 Niby głębokie, a dziwnie oczywiste i płytkie.

Po publikacji w kwietniu 2013 roku, w ciągu tygodnia sprzedano milion egzemplarzy trzynastej powieści autora Norwegian Wood w samej Japonii. Rok później, w sierpniu 2014, Bezbarwny... w tłumaczeniu na angielski wdarł się na szczyty list bestsellerów. Polskie wydanie było pierwszym w Europie.

"The Japan Times" porównuje czytanie Murakamiego do jedzenia chipsów. I jedno, i drugie jest wciągające, ale nie potrafi nasycić. Mimo to trudno się oprzeć kolejnej paczce czy kolejnej książce. Jednocześnie są krytycy literaccy, którzy doszukują się w Murakamim sprzeciwu wobec współczesnej powieści japońskiej, próby udowodnienia niemożności odzwierciedlenia podmiotu pierwszosobowego, krytyki tradycyjnych pojęć znaczenia i osobowości. Nawiązania do postmodernistycznego założenia, że świat składa się z kopii i znaków, których oryginały i znaczenia dawno przepadły (Tim Hornyak, "The Japan Times").

W czym tkwi fenomen Murakamiego? Pisarza, na którym jedni wieszają psy za "amerykanizowanie" literatury japońskiej, a inni nominują do Nobla? Którym jedni nudzą się po dwóch powieściach, a inni zaczytują w każdej bez wyjątku? Tymczasem jego powieści są powtarzalne, często bliźniaczo podobne. Wydają się sięgać głęboko do ludzkiej duszy, próbują budować znaczące symbole, szukać metafizyki, tymczasem ledwie muskają powierzchni, urywają się za banałem, milkną zanim zdoła się wydusić coś doniosłego. Oniryczne, zapętlone, nostalgiczne. Według mnie tajemnica tkwi w niepowtarzalnym, nieuchwytnym klimacie. W niedopowiedzeniu. W labiryncie znanych motywów, w nostalgii klawiszy, w smaku świeżej kawy, w miękkiej, eleganckiej tkaninie sukienki.

Nostalgiczny kot Hadynianki zastanawia się nad fenomenem Murakamiego. 
I tym, gdzie znikł jego kolorowy kauczuk.

niedziela, 13 września 2015

Co dalej? Potrzebuję właśnie Twojej opinii!

Biblioteczka Hadynianki część I (część II znajduje się w domu rodzinnym)

Jak zapowiadałam, szykują się zmiany na blogu. Zanim je jednak wprowadzę w życie, chciałam zasięgnąć Waszej opinii. Któż jak nie moi goście powinni wyrazić swoje zdanie na temat tego, co chcieliby na Rozkminach czytać? Otwieram więc przed Wami moją biblioteczkę i umysł, by podzielić się pomysłami. Zaczynamy!

  • Będzie więcej zdjęć i będą one lepsze. Żegnajcie rozmazane krajobrazy i słabo uchwycone tytuły na okładkach! Wreszcie zaopatrzyłam się w lepszy aparat.

  • Mam wrażenie, że wpisy o książeczkach związanych ze Star Trekiem czy Gwiezdnymi Wojnami, a także posty z relacjami z targów książki czy konwentów giną pod masą recenzji i trudno je potem odkopać. Dlatego w kolumnie po prawej stronie pojawią się dopasowane do loga Rozkmin bannery, które usystematyzują treść bloga. Już wkrótce dzięki jednemu kliknięciu przeniesiecie się odpowiednio do wszystkich postów, które dotyczą (1) książek, (2) są wszelako powiązane z językiem angielskim i kulturą brytyjską, (3) czy też kulturą popularną, grami, serialami, filmami, a także (4) wpisy terenowe, czyli sprawozdania z targów, konwentów, spotkań itd. 

  • Zdaję sobie od dawna sprawę, że to musi być nużące - wchodzisz na Rozkminy, a tu kolejny wpis o książce. Bardzo rzadko publikuję coś innego. Od jakiegoś czasu nosiłam się z pomysłem cykli wpisów, ale to Ekruda i Pyza Wędrowniczka z Pierogów Pruskich przekonały mnie ostatnio, że trzeba to wprowadzić w życie. 
Bookspot - w ramach wpisów terenowych, zamierzam odwiedzać fajne miejsca, których można zapatrzeć się w książkę i wygodnie, z przyjemnością poczytać. Już mam kilka typów, oczywiście głównie będą to miejsca w Krakowie, ale przy okazji wypadów do innych miast będę prosiła o polecanie miejsc, które mogę zbadać!

Gamespot - podobnie jak w miejscach książkowych, tutaj będę pisać o miejscach, gdzie można przyjść ze znajomymi i pograć czy to w planszówkę, czy w karciankę, czy w coś jeszcze innego. Za każdym razem, jak będę się wybierać do takiego lokalu czy na konwent, będę zabierać ze sobą aparat i cykać zdjęcia:)

Anglofilia - w ramach mojego bzika na punkcie wyspiarzy, zamierzam prowadzić cykl edukacyjny, zahaczający o historię literatury, połączony z polecaniem najlepszych ekranizacji filmowych.

I'd read a book - polecanki łatwych, przyjemnych, ale wartościowych pozycji do czytania po angielsku, by połączyć przyjemne z pożytecznym. Ćwiczmy język bez zniechęcenia!

Nerdozja - tak samo jak akcesoria czy precjoza, podobnie "nerdozja" byłyby przedmiotami pożądanymi - tyle że przez nerdów. I tak do tej kategorii trafiłyby wpisy o Gwiezdnych wojnach w wydaniu szekspirowskim czy kultowych komiksach.

Po co ja to trzymam - zamierzam odkurzyć zakurzone kąty biblioteczki, w szczególności tej rodzinnej, i opowiedzieć, skąd mam sentyment do takiego a nie innego tytułu.


Pomysłów sporo, prędzej czy później chciałabym wszystkie wprowadzać w czyn. Co o tym sądzicie?

poniedziałek, 7 września 2015

Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz


John Green
Paper Towns

Bloomsbury, 2015
Pierwsze wydanie: 2008
Gatunek: young adult, młodzieżowa, współczesna, romans, thriller
305 stron
Odczucia: ★★★★/★★★★★


Margo Roth Spiegelman. Bystra, niesamowita, szalona. Dziewczyna, której każdy w szkole zazdrości. Nic, dziwnego: popularna, urocza, utalentowana. To, że zamieszkała akurat obok Quentina "Q" Jacobsena, to mały, prywatny cud. Jego wszechogarniająca, wszem i wobec znana obsesja. Dopóki pewnej nocy nie zapukała do okna jego sypialni, a po wspólnej wariackiej nocy spędzonej na mszczeniu się za zdradę byłego chłopaka, nie zniknęła jak kamień w wodę. Puf! I tak Margo stała się tajemnicą. Gargantuiczną, bezlitosną fiksacją.

Wydana jako Papierowe miasta trzecia książka Johna Greena, obecnie niekwestionowanego króla inteligentnej prozy współczesnej dla młodzieży, oparta jest na naprawdę świetnym pomyśle i niezłej konstrukcji. To powieść o uczuciu, dojrzewaniu, docieraniu do drugiego człowieka. Green wykorzystuje do tego typową miłosną historię o nie do końca dostosowanym do rzeczywistości nastolatku z wąską grupką znajomych, przesyca ją dość prostymi, ale interesującymi nawiązaniami literackimi i metaforyką, dodaje odrobinę pieprzu w postaci hojnie sypniętego humoru i genialnej części o maniackim road tripie, by wreszcie zajrzeć trochę głębiej do ludzkiej duszy i zachęcić do indywidualnych przemyśleń. Nie zapominajmy też o obowiązkowym wzruszeniu, choć do tego wrócę później.

FanArt: Risa Rodil, źródło: risarodil.tumblr.com

Niestety Paper Towns, choć czyta się ją naprawdę świetnie, to równocześnie książka dość nierówna. Zaczyna od startu z kopa, a nawet kilku mocnych kopniaków, zakończonych jednym z półobrotu, by następnie zwolnić na stanowczo zbyt długo. Cała część druga, najdłuższa i zdecydowanie dłużąca się, rozwałkowuje temat fascynacji Q postacią Margo aż do bólu. Choć chłopak obsesyjnie myśli o zaginionej dziewczynie, długo trzeba czekać, zanim orientuje się, że jego obowiązkiem jest ją znaleźć. Po wielu, niemal zbyt wielu przemyśleniach, hipotezach, próbach i błędach, dochodzi do kolejnych "okruszków", czy też wskazówek, jakie - wydaje się - pozostawiła specjalnie dla niego Margo. 

Szukaj mnie w papierowych miastach, prosi dziewczyna - jak dochodzi do wniosku Q. I zaczyna jeździć do wszystkich okolicznych nieukończonych, wymarłych, choć nigdy niezasiedlonych mieścinach, obecnych formalnie, tylko na papierze. Zagadki Margo wydają się naprawdę intrygujące i inteligentne, przynajmniej te związane z Whitmanem, choć zdecydowanie zbyt ulotne i niepewne. Czy pojechała do Nowego Jorku? A może do Kalifornii? Jak ją znaleźć na tym olbrzymim kontynencie? 

Momentami wydaje się też, że Green za bardzo wczuł się w rolę swoistych, powieściowych Spark Notesów, czyli najbardziej popularnego portalu ze ściągami z literatury dla amerykańskich licealistów, i poświęca zdecydowanie zbyt wiele czasu na analizowanie Leaves of Grass, swoją drogą wspaniałego zbiorku poetyckiego. Gdy przemija zachwyt, to zaczyna w końcu zwyczajnie nużyć. 

FanArt: HarpyMarx, źródło: harpymarx.deviantart.com/art/Paper-Towns-313931205

Wreszcie końcówka, choć z jednej strony funduje czytelnikom solidny, acz przemyślany prztyczek w nos, aż ma się ochotę powarkiwać z niedowierzaniem, to nagle staje się odrobinę napuszonym teatrzykiem dwóch aktorów. Niektóre momenty wydają się zbyt sztuczne i pompatyczne, zbyt naciągane. Sama postać Margo z czasem wydaje się coraz mniej interesująca, a czytelnicy zaczynają tęsknić za sikającym do butelki Benem, który podsumował swój wyczyn dosadnym:

"Sikanie jest jak dobra książka, bo kiedy już zaczniesz, niezwykle trudno jest przestać."

Mimo to Green wynagradza czytelnika rozwiązaniem zagadki samej powieści, która rozwijała się cichcem pod nosem czytelnika w postaci kolejnych części książki. Rozwiązaniem kryjącym się za znaczeniem tytułów okazują się naprawdę trafne rozważania o kondycji ludzkiej, o tym, czy jesteśmy samotną trzciną, czy źdźbłami trawy połączonymi wspólnymi korzeniami, a przede wszystkim o tym, jak siebie nawzajem postrzegamy. Kim dla nas jest druga osoba, co buduje jej obraz w naszym umyśle, ile w tym jest prawdy. Kiedy możemy zobaczyć się nawzajem tak naprawdę? 

Po namyśle i rozmowie z moim lubym dochodzę do wniosku, że podoba mi się też zakończenie, bo różnie je można interpretować. Jedni stwierdzą, że było szczęśliwe, a przez to tendencyjne, inni, że nieszczęśliwe i z głębokim przesłaniem. Dla mnie sam fakt, że ostatnią stronę można tak różnie odczytywać, że jednak powieść ma ukrytą, otwartą strukturę, dodaje Papierowym Miastom świetnego smaczku.

FanArt: bewchanaphat, źródło: rebloggy.com

Tym razem po Greenie nie ryczałam jak bóbr, a leżałam zamyślona i przekminiałam, doceniając kunszt autora, który mimo tanich środków, stworzył dobrą książkę dla nastolatków z inteligentnym pomysłem, świeżym podejściem, świetnym językiem i głębokim przesłaniem. Może nie byłam pod takim wrażeniem, jak po przeczytaniu Gwiazd naszych winy (o której pisałam tutaj), ani nie wstrząsnęło mną tak, jak podczas Szukając Alaski (dla przypomnienia więcej tutaj), to jednak Papierowe miasta też doceniam. Każda z tych książek jest zupełnie inna, choć mają tak wiele cech wspólnych.

Ostatniego dnia lipca miała w Polsce ekranizacja Papierowych miast 
z Natem Wolffem w roli Quentina i Carą Delevingne jako Margo. Jeszcze nie widziałam, ale podobno niezbyt wyszła.

A tak na boku, ostatnio dorwałam (z dużym opóźnieniem) lipcowy numer specjalny magazynu "Książki". Jest w nim artykuł o Johnie Greenie ("Szeryf walczących mięczaków", s. 41-43), który przeczytałam w pierwszej kolejności... i niestety, zawiodłam się mocno. Katarzyna Surmiak-Domańska chyba bardzo chciała napisać cały tekst pod jedną tezę o tym, że wszystko związane z Greenem jest też nierozerwalnie związane z byciem nerdem, choć jedynie przejrzała jedną z jego książek. W tym szczytnym celu zdecydowanie się zagalopowała, bo chociażby w ten sposób podsumowała fabułę Papierowych miast: "para nerdów obmyśla zemstę na kolegach, którzy kiedyś wkluczyli ich z grupy". Kto czytał powieść, ten wie, że to jakieś wielkie nieporozumienie. Margo przyjaźniła się w dzieciństwie z Quentinem, ale potem ich drogi się rozeszły, choć Q wciąż został w niej zakochany. Dziewczyna nigdy sama nie była nerdem, jedynie ukrywała przed popularnymi i "fajnymi" znajomymi fakt, że uwielbia najróżniejsze gatunku muzyczne i czyta poezję. To nie pasowało do jej nowej, licealnej stylówy. Dopiero gdy Margo odkrywa, że paczka cheerleaderek i sportowców to zakłamani zdrajcy, postanawia wrócić do przyjaciela z dzieciństwa, by jej pomógł w zemście.

piątek, 4 września 2015

Jedenaste miejsce wśród najlepszych blogów książkowych w Polsce?



Nawet nie wiedziałam, co mnie uderzyło. Pierwsza była Fabryka Dygresji na fejsbuku. Jakieś tajemnicze gratulacje i nic więcej. Pomyłka? Zły numer? To nie to mieszkanie? O co chodzi?

Potem była kochana Ekruda. Przynajmniej rzuciła hasło: magazyn "Press".

Po ciężkim dniu, ciężkim tygodniu i ogólnym nadmiaru stresu byłam na tyle wkurzona światem, by nie czekać, tylko od razu kupić, przez internet. Kupić, ściągnąć, otworzyć sobie w ciągu kilku minut w przeglądarce i zobaczyć, o co tak właściwie się rozchodzi.




Okeeej... A więc to tak.

"Poszukiwanie najlepszych blogów książkowych przypomina grzebanie w stogu siana w poszukiwaniu igły. Trzeba przejrzeć setki stron, by dotrzeć do wartościowych blogów. (...) Przykładów, że osoby bez umiejętności pisania, a czasem i bez znajomości ortografii, poprawiają sobie samoocenę, wymądrzając się o książkach, których nie rozumieją – jest mnóstwo."

Zgodnie z zasadą najpierw zbesztaj, zanim połechtasz, dostajemy na dzień dobry dosadne podsumowanie blogosfery książkowej. W którym jest wiele prawdy. Przecież niedawno pisałam o pewnym tragicznym "dziełku", które wątpliwej jakości wydawnictwo chciało rozpromować poprzez loterię książkową - dziełku lansowanym patronatami popularnych blogerów książkowych. Może nie będę się teraz wdawać w głębsze rozkminy na temat blogosfery, która skupia się na nowościach, byle tylko dostać darmowe książki, czy małolatach ferujących pochopne i smutne wyroki odnośnie klasyki literatury, czy o przygnębiającym poziomie językowym niektórych wypowiedzi na blogach. Skupię się na pozytywach.

Pozytywem zaś jest to, że "Press" przesiał 260 blogów książkowych (doceniam poświęcenie), wyodrębnił jedną czwartą najlepszych, a następnie poprosił jury o ocenę i dodanie kilku swoich osobnych propozycji. Dzięki systemowi ocen - liczył się pomysł na bloga, posty, wartość merytoryczna, poziom wpisów, design, interaktywność blogera - można było zdobyć maksymalnie 150 punktów. Oceniali: Kamil Niemira (szef Agencji Social Media), Tomasz Brzozowski (człowiek za Czułym Barbarzyńcą), Jakub Frołow (szef BookSenso), Piotr Kofta (pisarz i publicysta), Paweł Goźliński (redaktor naczelny „Książek”) oraz Michał Nogaś (dziennikarz programu III Polskiego Radia).

Pozytywem jest też to, że Rozkminy wylądowały na 11. miejscu top 15. najlepszych blogów książkowych w Polsce.

Wait, what?





Dla jasności oto cała lista:


Lupus Libri 133 pkt.
Wielki Buk 126 pkt.
Kurzojady 122 pkt.
wyliczanka.eu 120 pkt.
Outline 117 pkt.
Rozkminy Hadyny 110 pkt.
Czytanki Anki 107 pkt.


Jak najbardziej przyklaskuję większości - a przynajmniej tym blogom, które znam, "Lupus Libri" jest konsekwentny, atrakcyjny, fascynuje, "Beznadziejnie zacofany" przykuwa uwagę i ma genialne wpisy, "Wielki Buk" się panoszy i trudno jej nie kochać, "Kronika kota" jest prześliczna, z chwytliwym pomysłem - ale gdzie chociażby Miasto książek? Mam ochotę oddać to miejsce Paulinie, koleżance po fachu, która jest o wiele bardziej oczytana niż ja, marny translatolog. A jej wpisy są fantastyczne! Gdzie czarodziejka Kasjeusz? Gdzie Owca z książką? Ekruda i jej barwne, czytelne grafiki? Pierogi pruskie z jej wnikliwymi, naprawdę ciekawymi wpisami? I tak dalej, i tak dalej, wiecie, o co mi chodzi. 

Ja rozkminiam mocno na boku, jak napiszę raz w tygodniu to już dobrze, raz na kilka wpisów coś, co nie jest impresją na temat lektury, to już super. Zapracowany człek jestem, choć ostatnio mocno kminiłam, jak coś ulepszyć na nudnych rozkminach, to jednak Rozkminy to taka przyjemność po godzinach, jak znajdę choć godzinkę po godzinach.

A tu znienacka zaszczyt mnie kopnął.



Ale czy na pewno zaszczyt? Podczas dyskusji na fejsie zauważyliście to samo, co ja. Więcej tu negatywów niż pozytywów. Skąd więc to wyróżnienie? Przecież z blogosferą nie jest aż tak źle (vide blogerzy wymienieni przeze mnie wcześniej). Są lepsi.

Ktokolwiek napisał to telegraficzne podsumowanie mojego bloga, zauważył, że "kocham fantastykę" - tymczasem nie licząc komiksów, do tej pory w roku 2015 przeczytałam jedną pozycję fantasy. Fantastykę kochałam w liceum, teraz wolę s-f.

"Nie porywam" - no cóż, nie zawsze mam flow. "Autorka pisze o sobie – <<trochę nerd>>. Ale w sumie to zwyczajny blog". Nerd nie może mieć zwyczajnego bloga z rozkminami lektur? I teraz to, co mnie najbardziej zastanawia: "Informacje szczątkowe, niezadowalające" - czy ten równoważnik zdania odnosi się do moich wpisów czy samej notatki na temat mojego bloga? Hmm. Dalej, "za mało, aby zaciekawić" - hej, to już napisali, po co powtarzać. Ale zaraz po tym wreszcie trochę zalet! By potem znów zdołować negatywami...

Co do ostatniego, to znaczy braku informacji o ilości komentarzy ze strony startowej - powinnam była przeprosić Was wszystkich już dwa posty temu. Niestety to nie wina szablonu. To wina Disqusa, który od dłuższego czasu ma problemy z synchronizowaniem komentarzy z bloggera. Przestałam dostawać powiadomienia o komentarzach, co chwilę przychodzą mejle o trudnościach z synchronizacją, a na głównej Rozkmin nie widać komentarzy, choć tam są. Disqus obiecuje, że naprawi, ale jak na razie kicha.

Źródło: betweentheseats.blogspot.com/2011_08_01_archive.html

To wszystko, czym chciałam się podzielić. Kopnął mnie zaszczyt. Chyba został siniak.